szwedzkiereminiscencje

Archive for Luty 2011|Monthly archive page

Barok i kultura pieknych-Southall

In Ksiazki, Muzyka on 27 lutego 2011 at 18:46

Elisabeth Southal, Megan Norris; Ofiara doskonala; 2002/2005

 

 

Dzisiaj polecam nastepne rewelacyjne przedstawienie – dla tych, którzy doceniaja Szekspira, podziwiaja Purcella i kochaja muzyke baroku:

http://svtplay.se/v/2340112/veckans_forestallning/tre_vintersagor__the_fairy_queen

Zasadniczo ma byc o ksiazce i zaraz o niej bedzie. Z ciekawoscia wypozyczylam pozycje wydana przez Muze – te sama Muze, która nawet nie odpisala na temat propozycji wydania La’s orchestra saves the world. Chcialam sie na wlasne oczy przekonac jakie to korale-mycyje wydawane bywaja w Muzie, ze z taka pogarda pogarda potraktowala zakochana w polskim lotniku Le (tymczasem w bibliotece w Halmstad pojawil sie juz audiobook Li). No i nie byla to zdecydowanie rewelacja literacka – o czym za chwile. 

Ofiara doskonala zaciekawila mnie takze ze wzgledu na osobiste doswiadczenie. Córka mojej kolezanki zostala zamordowana w zblizonym wieku jak bohaterka ksiazki, Rachel. Znaleziono jej cialo duzo pózniej, wiec przed co najmniej miesiac przezywalam (choc na odleglosc) walke rodziny o jakakolwiek informacje o zaginionej nastolatce. Czytajac autobiograficzne opowiadanie Elisabeth Southall pamietam relacje moich znajomych o plakatach w krakowskich tramwajach. Na cale szczescie Elisabeth zaoszczedzone bylo doswiadczenie kontaktu z jasnowidzami. Obie rodziny obdarzone byly bliska relacja z Bogiem – choc kazda z nich na swój sposób. Czytajac szczere wyznania autorki przezywalam raz jeszcze zalobe i ból, przez które musiala przejsc i moja towarzyszka zabaw z dziecinstwa. Zbiegiem okolicznosci matka Rachel jest nasza rówiesnica.

Przy okazji bylam w stanie referowac do wymienionych w ksiazce ulic jak Elisabeth Street czy St Kilda Road, gdyz wiem gdzie leza w Melbourne. Postanowilam wkleic jakies zrobione przez siebie zdjecie z Melbourne i oto, co znalazlam – na zdjeciu widac czesc plakatu o tematyce tanecznej – a ofiara byla wlasnie tancerka!

W tekscie wspominana jest takze olimpiada letnia w Sydney, której nowatorskie i przyjazne dla srodowiska obiekty w Homebush Bay zwiedzalam przed rozpoczeciem Igrzysk. W ogóle moje slady przeciely sie se sladami rodziny Rachel – bylam w Melbourne w lutym roku 2000, juz po zabójstwie, lecz jeszcze przed ogloszeniem wyroku.

A teraz koniec o mnie i pare slów streszczenia. Ksiazka powstala jako naladowany emocjami dokument, pisany czesciowo przez matke Rachel, a czesciowo przez dziennikarke. Matka notuje chronoligicznie pzrebieg wydarzen, stan emocji rodziny i przebieg poszukiwan. W nastepnej czesci zamieszczone sa jej listy do zmarlej córki. Rola dziennikarki jest opis pracy policji i przebiegu procesu. Opublikowano tez profil psychologiczny zabójczyni.

Zamordowana: Rachel, lat pietnascie, nastawiona na kariere taneczna, a moze takze kariere modelki. Harmonijny dom, dwie mlodsze siostry, dziadek znany pisarz (Ivan Southall) i „plastykowa babcia” fotografik. Morderczyni – Caroline. Tez najstarsza w trzech sióstr, niezle warunki finansowe, rozwiedzeni rodzice, sporo starsza od ofiary, pochodzi ze znajomej rodziny. Caroline pozostaje w stanie konfliktu z obojgiem rodziców i juz jako nastolatka czuje sie odrzucona, niekochana i brzydka. Obiektywnie biorac miala wieksze szanse w zyciu niz Rachel: rodzice mogliby jej zapewnic kosztowna edukacje, byla zdecydowanie bardziej zdolna i wcale niebrzydka (choc zaniedbana). Bylam pod wrazeniem opisanych z absolutna szczeroscia przezyc i uczuc matki ofiary, ale w jakis sposób to wlasnie Caroline nie daje mi spokoju. Nie moge sie oprzec wrazeniu, ze za tragiczna smierc Rachel winic mozna obowiazujacy, uniformistyczny wzorzec „udanego zycia” czy „udanych dzieci”. Wcale mi sie nie podoba opisywanie Rachel jako pieknej i utalentowanej. Na zdjeciu widze wysoka dziewczynke o sylwetce dziecka i spojrzeniu uwodzicielki. Moze by wyrosla na piekna kobiete, a moze nie – moglby równie dobrze odziedziczyc po matce sklonnosci do tycia. Utalentowana tanecznie – no i to by bylo na tyle, bo juz podstawówka przysparzala jej trudnosci. Na szczescie miala tolerancyjnych rodziców, którzy sie zgodzili na porzucenie nauki w szkole i postawienie wszystkiego na jedna karte czyli na taniec. Byla tez fotogeniczna i dzieki macosze matki stala sie twarza powielana na wystawach fotograficznych. W oczach wielu, jak sie okazalo, ucielesnienie sukcesu. Mogla byc istota niezwykla, obdarzona wyjatkowa wrazliwoscia artystyczna – ale czy taka jednostronnosc musi byc przedmiotem zazdrosci? Musiala zostac przez otoczenie wykreowana na jednostke wybitna skoro starsza od niej dziewczynka postanowila sie w Rachel przedziezgnac.

Z drugiej strony Caroline zostala przeanalizowana na dziesiata strone. Wnioski w tej analizy wzbudzaja mój sprzeciw. W wieku lat dwunastu uznano ja za „normalna dziewczyne, która za swojego idola uwaza Kylie Minogue, a na scianie nad lózkiem wiesza plakaty takich gwiazd jak Michael Jackson i Madonna.” Sama plakatów gwiazd nigdy nie wieszalam – czyzbym byla nienormalna? „Zle przeczucia budzi tylko jedno: juz w tak mlodym wielu deklaruje upodobanie do kryminalów Agathy Christie” – no nie! Tez czytalam kryminaly w tym wieku, a co gorsza czesc pochodzila z serii ze srebrnym kluczem, czyli byly o niebo gorsze iz klasyczna Christie. Czy jestem moze w  zwiazku z tym potencjalnym morderca? Znakiem ostrzegawczym dla psychologa stala sie tez notatka: „Nienawidze nie dostawac tego, czego chce”. Ciekawa jestem KTO lubi jak sie nie spelniaja jego marzenia? Z calym przemyslem pozytywnego myslenia, które przekonuje nas, ze chciec to móc raczej trudno sie dziwic, ze co slabsze czy bardziej naiwne jednostki lapia sie na lep obietnic.

Podoba mi sie natomiast, ze matka ofiary, mimo ciezkich przejsc, wzywa do dawania bezwarunkowej milosci swoim dzieciom. W moich oczach Caroline jest w równym stopniu katem jak i ofiara. Jej wina i bestialstwo w stosunku do Rachel nie ulegaja watpliwosci. Z drugiej strony zwraca uwage na niechciane konsekwencje kultury, w której zyjemy. Przez wiele lat ani rodzice ani szkola nie wychwycila jej rozwijajacej sie depresji i braku sensu istnienia. Z jednej strony spotkala ja bezsilnosc doroslych, z drugiej ich obojetnosc. Obserwowala uwielbienie okazywane ladnej kolezance – choc nie zrozumiala, ze Rachel miala po prostu wyjatkowych rodziców, której Caroline los poskapil. W pracy, choc obowiazkowa i sprawna, nikt jej tez nie wyróznial. Nikt nie chcial sie z nia zaprzyjaznic czy nawet przyjsc z wizyta. To, co wspólpracownicy zapamietali o niej, to konfabulacje na temat znajomosci w swiecie teatru. To gleboko tragiczne, ze byla tak obojetna dla wszystkich – w kulturze, gdzie status wyznacza ilosc posiadanych „znajomych” (moga byc ci wirtualni na necie). Jak na ironie losu, Caroline odzyla dopiero w wiezieniu, gdzie zadbala o forme, poswiecila sie edukacji i stala sie osoba kolezenska. Czemu szkola nie byla w stanie wydobyc tych jej cech?

Bardzo trudno byloby mi te ksiazke polecic. Literacko jest raczej slaba – poza porywajacymi listami Elisabeth do niezycej córki. Jej spoleczna zasluga jest zwrócenie uwagi na przezycia rodziny ofiary przestepstwa, gdyz dla nich zabójstwo staje sie trudna do zintegrowania czescia skladowa zycia i niezawiniona trauma. Wola tez o prawo do bólu po stracie oraz do zaloby, które to tematy wypierane sa z obowiazujacej kultury masowej. Nie moge sie oprzec refleksji, ze rodzina Rachel w czasach „sukcesu” pieknej i utalentowanej córki bezrefleksyjnie te kulture popierala, natomiast dopiero gdy szczescie sie odwrócilo odkryla odwrotna strone medalu.

Reklamy

It’s a small world-dybuk u Krall (i nie tylko?)

In Ksiazki, Polskie refleksje on 24 lutego 2011 at 21:06

Hanna Krall, Dowody na istnienie, 1996

 

Sama sobie nie wierze – ze niby informacji w  swiecie coraz wiecej, a nadal zdarzaja sie takie zbiegi okolicznosci! A bylo tak. W sobote z wielka przyjemnoscia obejrzalam (niestety tylko w TV) przedstawienie Hamleta z Royal Shakespeare Company. Mozna zobaczyc tu, choc nie jestem pewna jak dlugo jeszcze: http://svtplay.se/v/2331705/veckans_forestallning/tre_vintersagor__hamlet__prins_av_danmark. W roli Hamleta wystepuje David Tennant, znany m.in. z filmu o Harrym Potterze:

Zeby nadac ogladaniu „Hamleta” dodatkowego smaczku wspomne, ze zamek Elsynor to zamek w Helsingor, po drugiej stronie Sundu oddalonego o ca. 80 km ode mnie Helsingborga. Zamek stoi nadal i mozna go zwiedzac. Ale wracajac do przedstawienia – skad inad przemawiajacego do wspólczesnego widza ze wzgledu na jezyk, kostiumy i scenografie (zamieszczony przez Lirael list króla Henryka VIII uzmyslowil mi nieprzystepnosc ówczesnego angielskiego). Jak na Hamleta przytalo David Tennant pojawia sie na scenie z czaszka, co kazdy moze zobaczyc na wlasne oczy:

Czaszka jak czaszka – w TV nawet nie wiadomo do konca czy aby nie plastykowa. Tymczasem wczoraj siegnelam do nastepnego tomiku Hanny Krall. Nazywam rozdzialy tamze opowiadaniami, co w moich ustach jest najwiekszym komplementem. Podobno to reportaze – niech bedzie. Moze reportaze literackie?

Wpis o „Dowodach na istnienie” bedzie niewielki, bo i ksiazka watlutka, a i o Krall wlasnie pisalam. Znowu zbiór opowiadan dokumentalnych – tym razem autorka nie idzie w ilosc, lecz nurkuje w glebie. Tematyka jak zwykle – Zaglada i polscy Zydzi. Chociaz ostatnie opowiadanie, „Decyzja”, traktuje o spoleczenstwie gejów zarazonych wirusem HIV. Jak widac smierc ma dla Krall wielka sile przyciagania. Najbardziej spodobal mi sie „Dybuk”, który zamieszczony zostal na samym wstepie. Jak doszlam do „Hamleta” to podskoczylam, bo skad niby pisarka wiedziala co ja ogladalam w sobote? Czytajac zorientowalam sie, ze o bohaterze opowiadania, pianiscie i kompozytorze Andrzeju Czajkowskim czytalam nie tak dawno. Jak ktos chce o nim poczytac to zdecydowanie wiecej informacji znajdzie w angielskiej wersji Wikipedii. Czajkowski byl osoba zdecydowanie niebanalna Cytuje ze strony 107 Dowodu:

Wiadomosc przekazala agencja Associated Press. „André Tchaikowsky, pianista polskiego pochodzenia, zmarly na raka w Oxfordzie, zapisal w testamencie swoja czaszke Królewskiemu Teatrowi Szekspirowskiemu…”. Jedne gazety informowaly, ze marzyles przez cale zycie o aktorstwie. Inne – ze kochales teatr i draznilo cie, gdy Hamlet trzymal w rekach czaszke z plastiku.

No i co sie stalo z ludzka czaszka Andrzeja Czajkowskiego? Otóz wykorzystana zostala w przedstawieniu, które ogladalam w sobote!

Tchaikowsky died of colon cancer at the age of 46 in Oxford.[1][3] In his will he left his body to medical research, and donated his skull to the Royal Shakespeare Company, asking that it be used as a prop on stage.[4] Tchaikowsky hoped that his skull would be used for the skull of Yorick in productions of Hamlet.[5] For many years, no actor or director felt comfortable using a real skull in performances, although it was occasionally used in rehearsals. In 2008, the skull was finally held by David Tennant in a series of performances of Hamlet at the Courtyard Theatre, Stratford-upon-Avon.[6] After the use of Tchaikowsky’s skull was revealed in the press, this production of Hamlet moved to the West End and the RSC announced that they would no longer use Tchaikowsky’s skull (a spokesman said that it would be „too distracting for the audience”).[7] However, this was a deception; in fact, the skull was used throughout the production’s West End run, and in a subsequent television adaptation broadcast on BBC2.[8] Director Gregory Doran said, „Andre Tchaikowsky’s skull was a very important part of our production of Hamlet, and despite all the hype about him, he meant a great deal to the company.”[8]

Jakos mi sie tak zrobilo dziwnie – moze te okolice Europy nawiedzane sa regularnie przez duchy? Az sie boje zgasic dzisiaj swiatlo – bo kto wie kto mi sie ukaze i czym bedzie dzwonic? Pozostaje pod silnym wrazeniem, ze duch Andrzeja Cz zstapil w sobote z ekranu telewizora i zaglada mi teraz przez ramie. Mam slabosc do artystów, ale wole ich raczej na zywo. A co jak duch Czajkowskiego zawladnal moim cialem i stal sie moim dybukiem? Mialam juz makabryczny sen o tym jak to ktos cwiartowal moje cialo i obdzieral mnie ze skóry – moze to byly wspomnienia wojenne Roberta Andrzeja Krauthammera, jak sie Czajkowski nazywal przed wojna? Czy tytul tego zbioru sugeruje dowody na istnienie…dybuka??

Chyba jednak skoncze z czytaniem Hanny Krall na czas nieokreslony. Jak nastepne wpisy na tym blogu pojawia sie w formie zapisu nutowego znaczyc bedzie, ze dybuk wzial nade mna góre.

Ladna okladka-Rylski

In Ksiazki, Polskie refleksje on 23 lutego 2011 at 01:46

Eustachy Rylski, Wyspa, 2007, wydanie pod egida patronów medialnych

 

 

Mam tutaj zagwozdke. „Wyspa” to jedyna ksiazka Rylskiego w bibliotece, a ja latem czytalam niezmiernie sensowny wywiad z Rylskim. Czulam wiec, ze jestem mu winna przeczytanie przynajmniej jednej ksiazki. I pewnie skonczy sie na tej jednej – chyba ze znajde „Na grobli”, bo to podobno wzorowane na Iwaszkiewiczu. Nie lubie zbioru opowiadan, poniewaz nigdy nie moge sie rozpedzic z czytaniem. Jak juz co to niech bedzie Hemingway. W powiesciach zreszta tez.

Opowiadania w zbiorze to:

  • Dziewczynka z hotelu „Excelsior”
  • Dworski zapach
  • Jak granit
  • Wyspa

 

Taki kulturalny czlowiek i prywatnie sie nim bardziej niz zgadzam – za to jakos mniej sie zazebiam literacko. Jak dla mnie te opowiadania sa pozornie plytkie i zawieraja pulapke na czytelnika. Bo gdy juz znudzona mialam odlozyc lekture to Rylski zaczyna mówic ludzkim glosem i snuc ciekawa opowiesc. Odbieram te opowiadania jako przeintektualizowane, jakos za bardzo ostrozne, coby nie rzec tchórzliwe. Rylski cos uwaza, cos by chcial powiedziec, ale stosuje kombinacje przez dziurke od klucza. Kluczy i mataczy zanim nie wyszepta o co mu tak na prawde chodzi. A jak ktos szepta to nie trudno zle go zrozumiec.

Dziewczynka przyprawila mnie o ciarki ze wzgledu na znakomicie oddane realia czasów PRL. Meskie kapielówki z bistoru (polski odpowiednik krempliny), zapach Brutala, wieczorki zapoznawcze na wczasach, kaowiec w osrodku wypoczynkowym. Slowa, które odplynely do skasenu wokabularnego. W tych realiach plastyk z zona na wczasach nad morzem. Scieki splywajace prosto do zatoki, gdzie kapia sie beztroscy wczasowicze. Nuda i schematycznosc bytu. W to wszystko wkracza trzynastoletnia lolita. I tutaj, przyznam szczerze, konczy sie moja cierpliwosc dla Rylskiego. Pedofilia jest równie wstretna w wykonaniu Polanskiego czy bohatera opowiadania, wiec trudno mi sie nad nim litowac – a zdaje sie utopil sie. Jak dla mnie sprawiedliwosci stalo sie zadosc.

Dworski zapach pachnie z daleka Gombrowiczem, m.in. wprowadza postacie panicza i parobka. Jak w tekscie otwiera sie czasoprzestrzen srodowiska ziemianskiego to Rylski od razu staje sie wysmienity i wiarygodny. Jak stara sie byc swiatowy (akcja opowiadania umieszczona jest we Francji) to jakos ta swiatowosc jest mniej przekonujaca. Krótka scena seksu miedzy staruchem a mloda, piekna kobieta znowu mnie zniesmaczyla. Czyzby Rylski na serio uwazal, ze mezczyzna moze sie odrodzic poprzez stosunek z duzo mlodsza kobieta? Troche mi to przypomina afrykanski przesad, ze mezczyzne moze wyleczyc z HIV seks z dziewica. A fuj!

Jag granit spodobal mi sie chyba najbardziej. Moze dlatego, ze glówna bohaterka jest kobieta? Znowu pojawia sie morze – skad to morze u pisarza urodzonego w górach? Moze morze jako poczatek zycia wszelkiego? Jako akwen do dokonywania ablucji? Bohaterka opowiadania, Monika, wyrywa sie z malego miasteczka na wakacje nad morzem. Spotyka stolecznego uwodziciela, który z grupa kompanów zabawia sie na calego. Dziewczynie imponuje jego „swiatowy” sposób zycia, wiec porzuca salon fryzjerski i odszukuje swoja wakacyjna milosc. Niestety znajduje nie to czego sie spodziewala. Co znowu prowadzi ja nad morze i summa summarum wyprowadza na prosta – co nie wydaje sie logicznym wnioskiem z poczatkowego rozwoju akcji. Ale podoba mi sie, ze autor nie poszedl na latwizne i nie zrobil z Moniki kobiety upadlej. Moze zycie ja przejechalo, lecz zeskrobala sie z asfaltu i poszla dalej.

Tytulowa Wyspa irytowala mnie chyba najbardziej. Tutaj z kolei czuje „Urzad” Brezy i troche Iwaszkiewicza. Wszystko by bylo dobrze gdyby nie traktowala o ksiedzu. Sceneria piekna, bo wysepka na pograniczu Europy i Afryki. Znowu wiarygodne przeblyski dawnej fortuny czyli relikty polskiego ziemianstwa w sluzbie wloskiego kleru. Poza tym znakomita ni to krytyka, ni to pochwala wspólczesnych kobiet zachodnich: anorektycznych i feministycznych. W ogóle Rylski czyni miejscami blyskotliwe obserwacje i komentarze, które stanowia najwieksza wartosc tej ksiazki. Natomiast opisy slupowatych nóg czy zaokraglonego brzucha wielebnego ojczulka wyraznie mnie nie biora.

Czy Wyspa jako zródlo aforyzmów wystarczy do zachecenia czytelnika? Mysle, ze moglaby zyskac przy ponownym czytaniu. Przyznam, ze preferuje ksiazki, które uwioda mnie juz za pierwszym razem. Bede za to wygladac z niecierpliwoscia nastepnych wywiadów z Rylskim.

Polski dwuglos-Iwaszkiewicz i Krall

In Ksiazki, Polskie refleksje on 22 lutego 2011 at 01:51

Jaroslaw Iwaszkiewicz, Utwory ostatnie, 1981

Hanna Krall, Taniec na cudzym weselu, 1994

 

Po cudzoziemskiej postmodernie przyszla mi ochota na powrót do zródel. Wypozyczylam jedyna ksiazke Iwaszkiewicza w halmstadzkiej bibliotece. Iwaszkiewicz mógly, d’apres moi, pozostac przy „Slawie i chwale”. Jakby juz nic wiecej w zyciu nie napisal tez nic by sie nie stalo, gdyz w zasadzie wypowiedzial tam calego siebie. No i niestety „Utwory ostatnie” to jakies nieszczesne szczatki i okruszyny talentu pisarza. Wydana pózniej „Aleje przyjaciól” mam w calosci – w tym mizernym tomiku zamieszczono jedynie ogryzek szkiców. Najdluzsze jest opowiadanie „Tano”, bedace wyblaklym cieniem Slawy. Jedno nie opuszczalo Iwaszkiewicza na pewno: namietna milosc do muzyki. Pasja do Rachmaninowa laczy go z ojcem i synem w filmie „Shine”. Laczy go takze z zawodowymi muzykami. Tak sie zlozylo, ze zaraz po przeczytaniu tego tomiku obejrzalam dokumentalny film o Anicie Lasker-Wallfisch. Anita urodzila sie we Wroclawiu, w niezwykle muzykalnej rodzinie zydowskiej. W Oswiecimiu przezyla tylko dzieki muzyce: grala na wiolonczeli w damskiej orkiestrze, która przygrywala m.in. marsze kolumnom udajacym sie do pracy. Po wojnie nie stracila  zamilowania do muzyki, choc przestala kochac Niemcy. Osiedlila sie w Wielkiej Brytanii, wyszla za maz za muzyka, ma teraz nie tylko dzieci, ale i wnuki. Czasami zdarza sie, ze ta wielopokoleniowa rodzina urzadza sobie, niemieckim zwyczajem, wspólne muzykowanie. A ma z kim grac: muzykami sa i jej syn, i synowa – a poza tym trójka wnuków. Z najstarszym wnukiem, choc posrednio, zetknelo sie wielu z nas. Ben Wallfisch jest wybitnie muzykalna osoba i autorem muzyki filmowej do wielu znanych filmów. Nota bene wykorzystuje w swoich nagraniach talenty rodzinne – na przyklad dodaje do muzyki w tle pietnastokrotnosc nagarania wiolonczeli ojca. Benjamin Walfisch uzupelnil swoja wyrafinowana muzyka takie filmy jak mój ulubiony „Atonement”, „Dear Wendy”, „Goodbye Bafana” czy „Miss Potter”. Jego brat; Simon, jest znakomitym tenorem i powrócil do niemieckiego repertuaru oraz wystepów na kontynencie. Ciekawe jest, ze prócz zdolnosci muzycznych Anita przekazala na nastepne pokolenia niemiecka kulture muzyczna – zupelnie wbrew swojej woli.

Benjamin Wallfisch. Photography by Tim Meara

Podobna mieszanka wystepuje u Hanny Krall. Zydzi Polacy mieszaja sie z niezydowskimi Polakami, ci z komunistami uciekinierami do Zwiazku Radzieckiego, repatriantami oraz emigrantami. Wlasciwie wszedzie biora ze soba swoja mala ojczyzne – wyblakle zdjecia nieistniejacych juz dzisiaj miasteczek. Krall opisuje tez wojenne i powojenne rabunki i morderstwa wykonane pzrez Polaków na Zydach. Tak sie zastanawiam dlaczego jej opowiadania zdaja sie nikogo nie prowokowac, w odróznieniu od prozy Grossa? Tez przytacza rózne losy ludzkie i jest ich, prawde rzeklszy, na peczki. Jej uszlo na sucho jeszcze w 1994 – co tez sie stalo z nasza kolektywna pamiecia, ze teraz juz temat stal sie trefny? Czy jakby Krall wydala teraz taka sama ksiazke jak Gross to czy wszyscy takze by protestowali? Zastanawiam sie równiez dlaczego tak mi sie dobrze czyta jej ksiazki. Jak na dzisiaj mam teorie, ze Krall, podobnie jak Singer, zdaje sie byc niezwykle demokratyczna w doborze charakterów. Opisuje w ten sam sposób ludzi ladnych i brzydkich, biednych i bogatych, samotnych i wielodzietnych. Podoba mi sie swiat, gdzie stalo miejsca dla wszystkich (a moze to tylko w ogrodzie pamieci wszyscy sie mieszcza na równych prawach?). Sa przedsiebiorczy, pracowici, ale tez i glodni, mdlejacy w drodze do wiezienia. Sa prostytutki i zlodzieje. Sa ofiary i kaci – a nawet tacy, u których te dwie role wystepuja zamiennie. Sa wysportowani, lecz tez i kalecy: bez nogi czy bez palca. Istnieje miejsce dla wiezniów i zycie wiezniów po wyjsciu z wiezienia. Podoba mi sie nieprzystawalnosc tych ludzi do konta na Facebooku, podobaja mi sie ich ludzkie ulomnosci i ludzki wymiar. Chyba dlatego – miedzy innymi – czytam Krall i tak dobrze sie czuje, mimo oddawanych czesto dramatycznych losów. Bo nie ma Paris Hilton ani jej klonów.  I nie ma Facebooka.

Na tropach Smutka- w okowach Juli Zah

In Ksiazki on 16 lutego 2011 at 02:10

Juli Zah, Instynkt gry, 2007

 

O jeden skok (gwintu) za daleko. Akcja podrsrubkowana do granic wytrzymalosci czytelnika, a wlasciwie to o jeszcze jeden skok gwintu dalej. Postmodernistyczny belkot w trudnym coctailu z wysmakowana literackoscia.

 

Nowatortswo tej pozycji zainspirowalo mnie do nowatorskiego pzredstawienia moich uwag i refleksji w formie notatek – robionych czesciowo w trakcie czytania, jak juz nie wytrzymywalam presji autorki.

Och, a moglo byc tak pieknie! Bohater powiesci: Polak z mojego macierzystego Krakowa, ponad 190 cm wzrostu, umiesniony, wlosy w miare dlugie, inteligentny, cieply i z charakterem. Ale mial pecha, bo trafil na Juli Zeh. To znaczy patrzac chronologicznie to niemiecka Juli wymyslila postac naszego rodaka w Bonn i na dodatek nazwala go Smutek. Dodala mu piekna zone zwana Sniezka, co jeszcze by sie zmiescilo w milej konwencji – czego, niestety, nie da sie powiedziec o parce nastolatków z piekla rodem: Adzie i Alevie. I niby jestem zaprawiona w bojach, bo Elfriede Jelinek przeczytalam w oryginale (gwoli scislosci, po niemiecku jedna ksiazke – i to dlatego, ze tylko taka byla w bibliotece w dniu nadania Nobla). Czastki elementarne Houllebecque’a odebralam okrzykiem „nareszcie”, wiec juz myslalam, ze niewielu autorów jest mi w stanie dolozyc. Pomimo tej naiwnej wiary we wlasna niewzruszonosc Juli Zeh sponiewierala mnie psychicznie.

Samo nasuwa sie porównanie z Samotnoscia liczb pierwszych oraz Panna Nikt. Z tym, ze Samotnosc mi sie spodobala w calosci bez jakichkolwiek zastrzezen, natomiast Panna tak sobie. Powiesci pisane o postmodernistycznej mlodziezy przez urodzonych na skraju moderny doroslych – stad moze ten tragiczny wymiar.

Ostatnio mam chyba uczulenie na dlugie ksiazki – tym razem chetnie zakonczylabym lekture juz w polowie. Do dwusetnej strony przeczytalam z zapartym tchem, a potem zaczelam sie meczyc. Po przekroczeniu pólmetka czytalam juz pod wlos, jakby wbrew sobie. Choc pod koniec akcja znowu sie rozkrecila.

Jezyk wspanialy, nowatorsk cudowna konstrukcja scen, metafory, obrazy – you name it!

Czy nie ma sladu lekkiego rasizmu – fakt, ze bad boy / bad news calej historii ma tate Egipcjanina? Ze, zgodnie ze wszystkimi przesadami, albo ten ojciec bije matke, albo uprawia z nia seks, albo i jedno, i drugie (wedlug samego Aleva). Sam Alev przypomina brata disneyowskiego Króla Lwa: skosne oczy, agresywnosc, masywnosc sylwetki.

Alev is a Turkish given name (meaning flame) for females. Dlaczego autorka dala mlodziencowi imie kobiece?  Z ignorancji czy perwersji – bo ksiazkowy Alev zdecydowanie nie przejawia cech uwazanych tradycyjnie za kobiece.

Alef – – pierwsza litera alfabetu hebrajskiego i fenickiego, odpowiadająca liczbie 1. Moze to mial byc Alef?

Mlodzi psychopaci

Pytania o zdrowie psychiczne samej autorki (podobno stwierdzono podejrzenie schizofrenii?), zbyt wykalkulowana konstrukcja, ze zycie mozna ujac w forme gry – zycie jest zbyt nieprzywidywalne, a czlowieka nie da sie do konca zaplanowac / zmanipulowac – vide zachowanie ludzi chocby w obozach koncentracyjnych czy innych ekstremalnych warunkach. Jest punkt, po przekroczeniu którego budzi sie opór w czlowieku – moze rózny u róznych ludzi, ale gdzies sie ta granica u kazdego znajduje

Pretensjonalnosc – ciekawe fragmenty przeplatane sa wyjatkowo pretensjonalnymi, nadetymi. Pusta frazeologia – niczym u Lema: „prawdy” generowane w systemie random, kabotynstwo wypowiedzi

Bezmyslne i bezsensowne okrucienstwo

Ksiazka niewatpliwie inteligentna – ale co z tego?

Plus dla Ady za czytanie Balzaka!

Duza spostrzegawczosc autorki:

(s.437-8)

Posród czeredy punków, absolutnych negatywistów i anarchistów , których plec mozna bylo okreslic tylko wtedy, gdy byli rozebrani lub pólnadzy, dwoje Polaków ze swoja nieublagana elegancja rzucalo sie w oczy nie mniej niz para wapniaków grupie frankfurckich maklerów gieldowych.

 

A na deser pare na prawde ladnych fragmentów. Rzecz jasna, tego, kt mi sie najbardziej podobal teraz nie moge znalezc.

Wdech, tup, tup, tup, wydech, tup, tup, tup, szmaragdowy blekit zamienia sie w szafirowa szarosc (s.206)

 

Nastepny tydzien byl zimny i szmaragdowoblekitny, obramowany zlym przeczuciem zimy, co niebezpiecznie przyprawiala swieze powietrze korzennymi zapachami i laskotala pluca pierwszymi ukluciami igiel i ostrzy, które w styczniu przy kazdym oddechu beda przypuszczaly atak.

….(s.209)

W poniedzialek w miejscu wyskubanych brwi zalegaly ciemne, ohydne cienie odrastajacych wlosków, Alev zas stal na rogu, aby z nia wrócic ze szkoly do domu. Nieba pociemnialy i zmiazdzyly miasto skumulowanym ladunkiem szafirowej szarosci.

 

Gdy wzywa sie Boga i Szatana nikt nie odpowiada (s.239)

 

Nastepnej nocy temperatuta spadla prawie o dziesiec stopni, a nad ranem zaczal padac snieg. Ada obudzila sie z lekkim bólem glowy, wstala i zanim którakolwiek z pozostalych dziewczat otworzyla oczy, podeszla do okna. Jesien i zima byly najlepszymi porami roku, moja ulubiona pora roku, jak mówil Smutek, zapamietala to. Kiedy przyroda umiera, czlowiek moze czuc sie zywy. Snieg i cisza, kolysanie sie opadajacych lisci, umierajace zwierzeta, chlód i nisko wiszace niebo nie domagaja sie szczesliwego zycia, kolorowego jak na pocztówkach, które zreszta i tak nikomu nie jest dane.

Tajemnicza wyprawa Kajdanskiego

In Ksiazki, Polskie refleksje on 13 lutego 2011 at 15:35

Aleksander Franchetti / Tybetanska ksiezniczka / 2006

 

Z ulga wpadlam wczoraj na mete i zakonczylam czytanie Tybetanskiej ksiezniczki. To, co jest najwieksza zaleta ksiazki jest tez jej wyrazna wada. W swiecie globalnym, gdzie juz opisano wszystko i ma sie dostep do kazdej ksiazki czy kazdego filmu spotyka nas – a mnie przynajmniej – swiat znany mi najwyzej z „Tajemniczej wyprawy Tomka”. Czytalam co prawda pare lat temu wspomnienia Olgi (nie pamietam ani jej nazwiska, ani tytulu ksiazki) o zyciu w Czicie i jej swiat mnie zafascynowal. Bedac wychowana w centrum Europy trudno mi sie oswoic z mysla, ze najblizsze miasto oferujace kulture to nie bedzie Paryz czy Londyn, ale miasto mongolskie badz chinskie, na dodatek o nazwie trudnej do zapamietania. Znalam co prawda pobieznie historie barona Ungerna http://en.wikipedia.org/wiki/Roman_Ungern_von_Sternberg , ale – osadzajac ze swojego zakatka swiata – nie wiedzialam, ze byl on tak wazny dla ludnosci Dalekiego Wschodu. Dla wyjasnienia dodam, iz ksiazka nie traktuje o samym Krwawym Baronie, lecz o terytoriach na których byl aktywny i posrednio o tym, o co walczyl. Z braku konterfektu tybetanskiej ksiezniczki wklejam kurlandzkiego barona:

Krwawy alias Szalony Baron

Autor ma szalona wiedze – i to taka wyniesiona z domu i przezyta, a nie wyuczona w szkole. Jest wielka kopalnia dat i zajsc historycznych, dlatego wolalabym, zeby napisal ksiazke czysto historyczna. Nieobyty w tej czesci Azji czytelnik napotyka na trudnosci, zeby rozeznac sie w gestej plataninie opowiadan, niekoniecznie przytaczanych chronologicznie, od pierwszej az po druga wojne swiatowa. Sama akcja powiesci toczy sie niby w Chinach w latach 1980-1985, ale to tylko wymówka w pograzeniu sie (i czytelnika) w historiach starszych i miejscach innych. Odnioslam wrazenie, ze wszystko najistotniejsze bohater, bedacy alter ego pisarza, przezyl do zakonczenia swoich studiów w Harbinie. Czemu nie napisac skiazki autobiograficznej i zostawic watek sensacyjny komu innemu? Bo bohater Ksiezniczki szuka sladów wlasnej mlodosci, a wpada na trop jednej z najbardziej sensacyjnych wspólczesnych afer – na trzecia bombe atomowa, niewybuch z Tokio i jej losy. To znowu material na odrebna ksiazke – czemu nie? Az zal bierze, ze tyle interesujacego materialu autor scisnal w jedna, nienajlepsza powiesc! Materialu tam starczyloby jeszcze na pamietniki dyplomaty PRL stacjonujacego w Chinach – i to tez samo w sobie byloby ciekawe.

Harbin wspólczesny

Pod pseudonimem Aleksandra Franchetti kryje sie Edward Kajdanski http://pl.wikipedia.org/wiki/Edward_Kajda%C5%84ski . Autor pisze o swoich wloskich koneksjach i wypada mu wierzyc, ale jak dla mnie ten pseudonim brzmi dosc pretensjonalnie. Na dodatek malo prawdopodobne, zeby Wlocha wysylano w PRL na placówke dyplomatyczna… Wiem, ze z pseudonimami trudna sprawa; juz Joe Alex wzbudzal reakcje, a Tanya Valko tez nie nalezy do najszczesliwszych. Chyba wole czesto obsceniczne, a czasami tylko egzotyczne tozsamosci obrane w Internecie. Kto jak kto ale pisarz powienien dysponowac wyobraznia!

 

Hajlar w roku 1937

Dla mnie najciekawsze sa historie Polaków, którzy ze wzglegu na wielka polityke (zsylka po powstaniach) i mozliwosci kariery zasiedlali Daleki Wschód. Byli to z reguly ludzie dobrze wyksztalceni. Franchetti wspomina o cukrowni (zapewnie o tej, w której pracowal jego ojciec), ze wiekszosc pracowników to byli Polacy. To samo jezeli chodzi o konstrukcje kolei. Jako inzynierowi rosnie mi serce z dumy. Ciekawa jest fascynacja swiatem Buriatów i Tybetanczyków. Natomiast majace pewnie wprowadzic ozywienie watki erotyczne sa malo przekonujace. Poza tym jezyk powiesci jakby zatrzymal sie w latach piecdziesiatych. Jest malo zywy i malo wspólczesny – zapewne ze wzgledu na duza czesc zycia autora spedzonego na obczyznie. Z ciekawostek znalazlam fragment dotyczacy ilustrowanych ksiazek, dodajac nowe nazwiska do mojej kolekcji ciekawych ilustratorów:

Jedna z pólek w pokoju ojca miescila antologie rosyjskich bajek, pieknie wydanych na dlugo przed rewolucja. Niektóre z nich byly wydane przez Aleksandra Puszkina, inne oparte na basniach ludowych, wszystkie zas byly ilustrowane przez wybitnego malarza, Iwana Bilibina.

 

 Reasumujac: jak ktos lubi historie i chce poszerzyc swoja wiedze z geografii to znajdzie bardzo wiele oryginalnych ciekawostek. Jak ktos lubi dobre ksiazki, to nich poszuka pozycji kogos bardziej literacko uskrzydlonego.

Okolice miasta Hajlar

Glowacki-niekochajacy biograf

In Ksiazki, Polskie refleksje on 8 lutego 2011 at 17:54

Janusz Glowacki /Good night, Dzerzi / 2010

 

 

Sa ludzie mozliwi do przewidzenia niczym szwajcarskie zegarki i sa ludzie niejednoznaczni, skomplikowani. Tych pierwszych latwo lubic, zas ci drudzy wprawiaja innych w zaklopotanie; wymagaja wyjscia poza utarte konwencje zachowania. Sa wyzwaniem, któremu nie kazdy podola; sa testem na otwartosc oraz integralnosc charakteru. Nie wiem jakim czlowiekiem jest Glowacki, ale Kosinski na pewno nalezal do tej drugiej kategorii.

Po przeczytaniu ksiazki zajrzalam na net, a tam az sie roi od emocji. Raczej tych zlych: oskarzenia, swiete oburzenie podszyte zazdroscia czy zawiscia. Kosinski zyje po smierci, po raz kolejny prowokuje. Nawet Glowacki w Good night z jedenj strony jakby staral sie zebrac obiektywne informacje o Dzerzim, a z drugiej z perwesyjna przyjemnoscia cytuje plotki i przede wszystkim stara sie zaciemnic jego obraz wlasna narracja. Ale prawda jest, ze to nie musi byc ksiazka o Kosinskim – wbrew tytulowi. Moze to mial byc z zalozenia osikowy kolek w trumne z Dzierzym? (skad inad ten Dzierzy brzmi jak Dzierzynski)

Porzadnej recenzji nie bedzie, gdyz sama ksiazka napisana jest nieporzadnie. Troche tu, trochu siu, a troche tam, tam-tam-tam, pan-sam. Ma to swój urok, choc po Shantaramie jakby rozlazilo mi sie palcach. Duze wrazenie zrobila na mnie teatralnosc wielu scen. Glowacki ma wyrazny dryg do budowania dramatu i wyczucie scenografii. Te teatralne fragmenty sa niewatpliwie znakomite! Natomiast zdecydowanie nie podoba mi sie to, co zwykle: bylejakosc polskiego artysty zagranica. Uprawiana przez Glowackiego, w odróznieniu od Kosinskiego. Takie popijanie przy barze w rozmaitych etnicznych knajpach, najlepiej rosyjskich (bo nic tak nie podnosi morale rodaków jak obserwowanie mizerii narodów do nas zblizonych). Jak Olga, to rzecz jasna gruba. Jak Irina to prostytutka. Jak Zacharek, to najpierw Czeczenia, a potem smierc na nowojorskiej plazy. Jak mostek do zebów, to „zelazny”, bo na inny nie ma. Jak rodzice z Moskwy, to rzecz jasna alkoholicy, a tata hydraulik.

Romantyzowanie flejtuchostwa, nedzy duchowej i dziadowania. Prawdziwy artysta legnie sie, niczym pchly, z brudu. Jak twórca, to mezczyzna, pije i je najwyzej pielnieni. To jest ta norma. Natomiast mieszkanie na Manhattanie, gra w polo czy elegancki swiat Kosinkiego sa zdecydowanie podejrzane.

Szukam bezskutecznie na Internecie fotografii Kosinskiego zrobionej przez Annie Leibovitz. To byla kwintesencja esencji – zmyslowa, wzbudzajaca dreszczyk niepokoju i dekadencka. Moze bym sie zaprzyjaznila z Dzierzym, a moze nie – w kazdym razie jestem w stanie docenic jego geniusz. Dal Amerykanom dokladnie to, czego chcieli – choc pewnie nie do konca by sie do tego przyznali. Obraz Holocaustu z prymitywna ludnoscia polska niczym z Polish jokes. Perwersje seksualne przekraczajace granice dobrego smaku i wyobraznie desperate housewives. Nie chcieli najpierw Zydów, to sie dla klienta wyzydzil. Chcieli po angielsku, to im dostarczyl (jak w obecnych korporacjach: deliver-deliver-deliver).Nie dal sie wepchnac do getta emigrantów, byl bezczelny niczym Polanski, a czy równie zdolny? Na pewno byl mistrzem swojego image, brand czy trade mark zanim jeszcze marketingowcy calego swiata wpadli na te pojecia. A przy tym nie stal sie Paris Hilton, bo zostal prezesem amerykanskiego PEN-clubu i zbieral pieniadze na szczytne cele w Polsce. Tak na prawde nie wyparl sie ani sie nie wyrodzil. Podobno pomagal ludziom. A ze niekoniecznie trzymal sie prawdy? Przeciez jego zawodem bylo opowiadanie historii i zabawianie czytelnika, co tez w inteligentny sposób czynil. Pamietam jak ogladalam z synem filmowa wersje Wystarczy byc. Mlody zachwycil sie zupelnie – bo niby prosta fabula, a jednak wspaniale. Wbila mi sie takze w pamiec bujna, czarna fryzura Zinowjewa z filmu Reds. Facet cos w sobie mial i w odróznieniu od tylu innych mial odwage, zeby cos ze soba i swoim zyciem zrobic. Byl w stanie zrealizowac fantazje, które innym sie nawet nie snily. Nikt go za reke nie zlapal, choc nie wykluczone, ze byl hochsztaplerem. Zyl ze stylem i tak tez swiadomie zycie zakonczyl.

Mialo byc o Glowackim, a zrobilo sie o Kosinskim. Pewnie dlatego go ludzie nie lubili, bo gdzie sie nie pojawil skupial na sobie uwage? Good night Dzerzi warto przeczytac – wbrew przewrotnemu tytulowi Kosinki nadal zyje nadal.

Przy okazji wyzjadliwie sie na Wikipedie. Co prawda sama nazywam ja czasami glupiopedia, ale szwedzka wersja nawet mnie zaskakuje bezmyslnoscia. Do niedawna (poprawilam) Maria Sklodowska-Curie figurowala jako „urodzona Rosjanko-Polka”. Natomiast o Kosinskim pisza mniej wiecej tak: ‘JK, wlasciwie Josek Lewinkopf, „polskourodzony” pisarz amerykanski,…studiowal w Lodzi, przyjechal do Stanów, dostal obywatelstwo, pracowal jako szofer i fotograf’. A jakby nie bylo siedem tytulów przetlumaczone na szwedzki!

Kto jest Twoim ulubionym ilustratorem ksiazek?

In Ksiazki, Polskie refleksje on 7 lutego 2011 at 19:33

Przeczytawszy ksiazke o formacie cegly zatesknilam za lektura ilustrowana. Shantaram miotal mna po ulicach Bombaju i wywiódl w pole u rodziców Prabu oraz nawet w góry Afganistanu – i nic, ani nawet najmniejszego obrazeczka. A akcja powiesci az sie o ilustracje prosi. Ksiazki mojego dziecinstwa byly ilustrowane i mialy artystyczne okladki – az sobie pare z pólki wyciagnelam. i tak ulubionym ilustratorem byl Antoni Uniechowski, sygnatura AU. Zilustrowal stojace w mojej biblioteczce obie Pollyanny, Mala ksiezniczke, Emancypantki. Jak wyczytalam zamilowanie do historii wyniósl z domu – a z ciekawostek to jego pierwsza zona byla autentyczna ksiezniczka (a moze t byla ksiazniczka?): http://www.sponsoring.pl/uniechowski/biografia.html

Innym ulubiencem byl Jan Marcin Szancer. Tak jak AU lubilam czarno-bialego, rysujacego piórkiem, to kochalam kolory u Szancera. Dziadek do orzechów zachwycil mnie wlasnie dzieki ilustracjom.

No i kto nie zachwycal sie Akademia Pana Kleksa?

Lubilam tez ilustarcje Ernesta Sheparda w Kubusia Puchatku – bo jakze tych pluszowych zwierzatek nie kochac? Tez samo piórko, zostawiajace pole do wyobrazni. W Alicjach rysunki podobaly mi sie bardziej niz tekst, który mnie jako dziecko rozczarowal- ilustracje Johna Tenniela . No i jeszcze, z obrazków pozostajacych w pamieci, nieocenione muminki pióra i pióra Tove Jansson.

A które ilustracje Wam sie najbardziej podobaly?

Prawo do buntu-humanista Shantaram

In Ksiazki on 6 lutego 2011 at 17:22

Gregory David Roberts / Shantaram / 2008 / tlum. Maciejka Mazan

 

 

Shantaram = Bozy Pokój, imie nadane bohaterowi powiesci w wiosce hinduskiej

 

Nie dziwie sie, ze Shantaram narobil sporego zamieszania w chwili ukazania sie – bo to powiesc nie dajaca sie ujac w sztywne ramy klasyfikacji. Czytelnicy dziela sie na zacieklych milosników i niemilosiernych krytyków – ja naleze do tej pierwszej kategorii, podobnie jak Johnny Depp.

Mozna powiedziec, ze to ksiazka awanturnicza- i tu klaniaja sie znowu moje ulubione lektury z dziecinstwa pióra Stevensona czy Verne’a. Z drugiej strony to krytyka spoleczenstwa, polaczona z naiwna, oswieceniowa wiara we wrodzona dobroc ludów niezepsutych cywilizacja – typu podrózy Guliwera czy ksiazek o Indianach amerykanskich. Z tym, ze pojawia sie pewien klopot: przedstawiciel zachodniej cywilizacji moze i jest szlachetny, ale napietnowany za czyn uznawany przez wiekszosc spoleczenstwa za niewybaczalny i ze stygma penitencjariusza. Tacy zreszta sa wszyscy jego biali znajomi (przepraszam azjatów za za okreslenie), którzy musieli salwowac sie ucieczka ze wzgledu na narkotyki, morderstwo, przekrety finansowe. Kazdy z nich jest nieprzystawalny: homoseksualista, Cygan / Rom, ofiara molestowania, utracjusz, narkoman, prostytutka. Te osoby lubi sie w ksiazce, ale sadze, ze niewielu czytelników zaprosiloby ich na obiad do domu. Z trzeciej strony w pewnym momencie pisarz jakby sie gubi i zaczyna sie powiesc z gatunku „zabili go, uciekl”. Z czwartej to klasyczna kontynuacja bajek z 1001 nocy, wykorzystujaca swiadomie egzotyzm otoczenia i wielosc spotykanych kultur.

Nigdy w Indiach nie bylam i mnie srednio ciagnie, gdyz fascynuje bez watpienia mozaika kultur, lecz odstraszaja wizje przykrych zapachów i brudu. Filmów Bollywood tez nie lubie, wiec az sie balam siegnac po Shantarama. Co prawda ogladalam pare lat temu reportaz o genezie powstania, ale glównie dlatego, ze pisarz byl Australijczykiem, a ja ze wzgledów wiadomych mam slabosc do Oz. Natomiast australijski bohater powiesci pokonuje granice kulturowa blyskawicznie – wysiada z autobusu, spotyka lokalnego przewodnika i juz zmienia strone; zachowuje sie jakby byl Hindusem od urodzenia. Autor tymi naszymi wyobrazeniami czy kliszami sie bawi, czasami wykorzystujac je do stworzenia malowniczej scenerii, czasami do ukazania zderzenia kultur. Nawet filmy Bollywood odegraly pewna role. Pod tym wzgledem Shantaram nie ma wartosci poznawczych – jak ktos liczy na cos na ksztalt nowatorskiego opisu „seksu dzikich” jak u Malinowskiego, to sie srodze zawiedzie. Widac, ze autor przebywal w Bombaju i ze poruszal sie w takich a nie innych kregach. Wiele miejsca poswiecili krytycy dociekaniu na ile Shantaram jest biograficzny. Dla mnie to sprawa mniej istotna. Zaden czlowiek tyle by ani nie przezyl, ani nie zdzierzyl. Shantaram to bohater, ucielesnienie marzenia o rewanzu osoby zle potraktowanej przez spoleczenstwo, to danie drugiej szansy powiekszonej o rekompensate. Bez watpienia autobiograficzne sa opisy pobytu w wiezieniach i ich realizm wstrzasa wrazliwym czytelnikiem – inne przygody zlewaja sie w jedno, natomiast brutalnosc traktowania oraz niesprawiedliwosci popelnione w imie sprawiedliwosci wczytaly sie trwale w pamiec mojego twardego dysku.

Roberts operuje chetnie humorem, co ladnie uwidocznila tlumaczka, Maciejka Mazan. Dzieki niej juz na wstepie chichocze sie wypowiedzi hinduskiego Cicerone, zwanego Prabu:

– Prabaker, nie tak glosno. Jesli bede chcial z nia porozmawiac, sam to zrobie.

– Och, jestem zrozumialy – powiedzial ze skrucha. – Zagraniczni mówia na to gra wstepna, tak?

– Nie! Gra wstepna to…niewazne.

– Och dobrze! Gra wstepna mi nie przeszkadza. Jestem z Indii, a my w Indiach nie przejmujemy sie wstepnym graniem. Od razu zabieramy sie do bzyku bzyku.

 

A oto fragment rozmowy o pracodawcy Prabu z kierowca miejscowego autobusu:

– Zna mahrati?

– Nie.

– Hindi?

– Nie. Tylko angielski.

– Tylko angielski?

– Tak.

– Dlaczego?

– W jego kraju nie mówi sie w hindi.

– Nie mówia w hindi?

– Nie, tylko angielski.

– Swiety ojcze! Biedny idiota.

 

Poza humorem Roberts okrasil Shantarama refleksjami filozoficznymi, które na poczatku wspólgraja z tekstem, a potem zaczynaja nieco nuzyc. W ogóle ksiazka jest za dluga – zakonczylabym ja na stronie 430. Dotad czytalam jednym tchem, a potem fragmentami lektura zaczela mnie meczyc. Jezeli chodzi stosunek do kobiet – bo to taka niby powiesc macho – to autor ma zupelnie dobry, choc zastanawia mnie postac Karli, ukochanej narratora. Karla to typowa femme fatale, serwujaca czesto-gesto madrosci tracace fortune cookies. Mozna ja strescic slowami piosenki o Józku: pojawiasz sie i znikasz, mam na twym punkcie bzika. Piekna, intrygujaca, nie zawsze grajaca fair, niedostepna – taki króliczek do gonienia. Natomiast szczescie daje mu atrakcyjna blondyna o dobrym sercu, tak jak i on naznaczona narkotykiem. Tutaj chetnie poznalabym komentarz odautorski – czy pisarz rzeczywiscie wierzy, ze „prawdziwa” kobieta nie powinna byc inteligentna i ambitna?

Dla zastanawiajacych o czym w ogóle pisze bardzo krótkie streszczenie.

Niczym hrabia Monte Christo Australijczyk, zwany pózniej Lin, Linababa albo Shantaram ucieka z wiezienia. Zostawia swoje dawne zycie i rodzine za soba i laduje w Bombaju, który mial byc tylko poczatkiem podrózy. Okradziony co do grosza nie ma innego wyjscia jak zarabiac na swoje utrzymanie – a poniewaz drzwi wielkich korporacji nie stoja otworem przed zbieglymi zabójcami, wtapia sie w tlum. Uczy sie jezyka i zycia w slumsach, mimowolnie wlacza w lokalna spolecznosc i równie minowolnie dokonuje dobrych uczynków. Zostaje wplatany w dzialalnosc miejscowej mafii, w której robi kariere. Jego „ojciec chrzestny” wyciaga go na wyprawe do Afganistanu w stanie wojny. Wraca ranny, ale wolny od zobowiazan i powoli stara sie znalezc swoje miejsce na ziemi. Na koncu ksiazki zostawiamy go z paroma opcjami – jedna z nich jest wyjazd na ogarnieta walkami Sri Lanke.

Reasumujac wydaje mi sie, ze to ksiazka o buncie. Buncie przeciwko konwencjom i niesprawiedliwosci. Daje wiare w skutecznosc ludzkiego dzialania. Taki empowerment – bo kto z nas nie marzy, zeby z bronia w reku wymierzyc kiedys sprawiedliwosc? Stad pewnie niebywala popularnosc Shantarama. Czytany przez biale kolnierzyki, a moze i narkomanów czy wiezniów na calych swiecie daje im nadzieje na wyrwanie sie z okowów wielkich korporacji, banków, nalogu czy kajdanów par ecellence. Nadzieje, ze podjeta walka przyniesie rezultaty i ze poniesione rany sie wygoja. To w sumie bardzo ladne przeslanie – tak przynajmniej uwaza moja osobistosc, jak by to powiedzial Prabu.

Czy warto pisac do wydawców?

In Ksiazki, Szwecja on 3 lutego 2011 at 15:06

Czy istnieje kraj Galicja?

Wymienilam wlasnie maile z autorem ksiazki „Garpar, gipskatter och svartskallar” i nie jestem zadowolona z wyniku mojej interwencji. Wczesniej mialam niezle doswiadczenia, poniewaz redaktor „De fattiga i Lódz” bardzo pozytywnie przyjela moje uwagi. Zgodnie z moja sugestia zatrudniono polskiego korektora, który automatycznie mógl wychwycic wyrazenie obrazliwe czy niepoprawne w polskiego punktu widzenia. Ksiazka dotyczyla getta w Lodzi, wiec moze dlatego redakcji zalezalo na poprawnosci takze  z polskiego punktu widzenia? W kazdym wypadku redakcja wykazala chec uczestniczenia w dyskusji i znalezienia rozwiazania zadowalajacego dla stron obu. Jak wiadomo niektóre tematy historyczne sa drazliwe i jak kazda strona sie zaprze to nie mozna osiagnac kompromisu.

Poniewaz tak mi dobrze poszlo z jedna ksiazka to sie nie zawahalam wyslac paru komentarzy o drugiej (do innego wydawnictwa). Jako czlonkini towarzystwa obrony dobrego imienia Polaków zagranica czuje cos w rodzaju moralnego obowiazku zabrac glos – bo jak nie ja to kto? Nie spodobalo mi sie germanofilskie podejscie autora do historii i nazewnictwa – choc, jak tez i on mi odpowiada, jest to podejscie nadal dominujace w Szwecji. Ale jak sie rozmawia z pojedynczymi historykani uniwersyteckimi to sa sklonni do dyskusji, przyjecia uwag czy ewentualnych poprawek. Takie mam przynajmniej doswiadczenie w kregów akademickich – choc juz nauczyciel gimanzjalny bywal zamkniety na dyskusje. Natomiast jak ktos juz wydaje ksiazke to uwazam, ze fakty powinny byc w zgodzie z najnowszymi odkryciami (takze historii) i przede wszytskim poprawne. Niestety, w odpowiedzi na mój list autor powolal sie tylko na takie a nie inne szwedzkie leksykony i nie wlaczyl wlasnego krytycznego myslenia. Zatem Szwedzi nadal beda mysleli, ze Gdansk to niemieckie miasto Danzig i wszyscy tam urodzeni to NIemcy. Podobnie jak slowianski Eryk Pomorski z rodu Gryfitów. O slowianskich korzeniach Pomorza mozna w ogóle zapomniec – wg. Andersa Pomorze bylo niemieckie – oprócz Greifswaldu z okolica, który byl szwedzki. Mieszkancy Rzeczpospolitej to Rusini, polski Zyd zostal zakwalifikowany jako Fin, mieszkancy Moraw to Niemcy, zas mieszkancy Polski poludniowo-wschodniej to byli „Galicjanie”. Jedyna szansa na korekte dotyczy Henryka Bukowskiego, wiec niewykluczone, ze autor uwzgledni takze powstanie styczniowe. Jak na razie z tekstu wynika, ze Bukowski przyjechal do Szwecji po walce trwajacej wiele dziesiecioleci, gdyz jako geneze jego emigracji autor podaje powstanie listopadowe! No nic, jak juz kiedys zauwazylam, niespecjalnie nas tu lubia. Znam wielu NIemców i z nimi mozna prowadzic dyskusje, natomaist na tej zabitej dechami prowincji Europy trzyma sie nadal kciuki za Niemca – co tez i Andersowi wypomnialam.

Zalaczam korespondencje jak równiez skan dokumentów mojego Dziadzia. Urodzony podczas rozbiorów zostal zakwalifikowany przez wladze rozbiorowe jako urodzony w Galicji. Przez powojenne wladze Polski jako urodzny w ZSRR. Jakby ktos spytal Dziadzia, to urodzil sie w…Polsce.

Hej,

 

Jag läste den nyutkomna boken ”Garpar, gipskatter och svartskallar” av Anders Johnson och vill dela med förlaget några kritiska kommentarer.

 

Generellt är det en bok med vacker grafik och mycket intressant samt nyttig information. Som utlandsfödd tycker jag att det är viktigt att lyfta upp hur många specialister och investerare från flera, mest europeiska, länder har bidragit till svenskt näringsliv.

 

Jag hittade även information av personligt intresse – ett helt stycke om min förre detta mans kusiner, familjen Versteegh. Från hans berättelser har jag föreställt mig kusinen som en enskild ägare av en, enda skog och jag upptäckte ett helt skogsimperium. Med skräck upptäckte jag också att just Gerard Versteegh var den hatade ägaren mot vilken man protesterade i Ådalen 1931 (vilket AJ lämnade åt sidan). Så att boken skakade mig ordentligt.

 

Efter ha lovprisat boken blir det dags att dela med min kritik. Personligen fick jag ett intryck att AJ är en germanofil och okritiskt tar en tysk ståndpunkt gällande Europas historia. Detta kanske kan förklaras med en ledande roll av tysk kultur i Sverige förre kriget, men tiderna har förändras och man kan hitta andra källor idag. Min slutsats baserar på följande observationer:

 

  1. AJ tillskriver gärna ”tyskhet” människor och platser som inte var tyska,
  2. han använder begreppet ”tysk” oavsett regionen från vilken en person härstammade (aldrig: westfaler, sachser, pfalzer etc). – men använder gärna regionala tillhörigheter hos andra nationer
  3. han använder sig av konstgjorda konstruktioner för att beskriva nationaliteten hos medborgare i slaviska länder
  4. han använder vilseledande begrep som infördes av den tyska /österrikiska ockupationsmakten – istället av att använda korrekta geografiska benämningar

 

Jag ska inte gå in i detaljer och förklaringar  – en duktig historiker gör det betydligt bättre – ska bara lista ut vilka fel jag hittade.

 

Erik av Pommern var INTE tysk. Han tillhörde den slaviska dynastin Gryfiter (Grif), antagligen besläktade med den regerande polska dynasti Piast. Han hette egentligen Bogislaw och pappan hatte Warcislaw – inga tyska namn direkt.

 

Gdank, kallad hos AJ: Danzig var en INTE en tysk stad – och det påstår författaren genom alla epoker. Skulle han kalla lika konsekvent Visby för en tysk stad? Förklaringen lämnar jag till en duktig historiker – orkar inte med tusen år av historia. Förresten vissa tyskar anser att alla städer är tyska. Nazisten Hans Frank, innan han flydde min hemstad  Kraków i januari 1945, talade om ”den anrika tyska staden Krakau” (sic!).

 

AJ bestämmer sig för att använda ett modernt begrep ”tysk” genom hela historiska perioden, dvs. ca. tusen år. Nationella stater är en ganska sen påfund och hör till XIX talet. Om han var lika konsekvent då skulle han använda också adjektiv som ”polsk” och ”tjeckisk”. Men AJ introducerar diversa historiska begrepp istället. Han skriver att någon kommer från ”Böhmen” och det betyder inget annat än Tjeckien (om man så vill: den västra delen av nuvarande Tjeckien). Ordet ”Böhmen” härstammar från tyska. Samma gäller ”Mähren”. Man kan lugnt skriva Tjeckien och invånare av Morava kommer att bli nöjda. Både ”Böhmen” och ”Mähren” befolkas av slaver. Att använda tyska namn på svenska ger intrycket att man pratar heltyska landskap.

 

Ännu lustigare beskriver AJ fru Anna Bielska, som ”kom från en rutensk familj i Litauen”. Att kallas för en rutener innebar för det mesta att man tillhörde kristenortodox kyrka – varför var det så viktigt att beskriva fru Annas trosbekännelse? Om det gäller begreppet ”Rus” då ändrade det innehållet genom tiderna (det fanns flera arter av Rus, t.ex. Rus Biala, Rus Czerwona, Rus Halicka, Rus Wolynska etc. etc.) – kolla med t.ex. en polsk historiker. Om det gäller Litauen då omfattade den också, på den tiden, nuvarande Vitryssland och delar av Ukraina – kanske även delar av Ryssland. MEN Litauen var en (automonisk) del av kungariket Polen (Storfurstedom Litauen och Kungariket Polen – kungen satt i min hemstad, Kraków, på den tiden). Ingen litauer heter ”Bielska” i efternamnet. Så egentligen skulle man skriva att hon var polska. Om det gäller ”rutener” så förekommer de inneslutande i den tyskspråkiga litteraturen.

 

Nu till punkt nummer fyra. AJ skriver om arbetsinvandring från ”Galizien”. Galizien är ett ord som introducerades av ockupationsmakter, första Österrike och senare Tyskland under andra världskriget. Galizien överensstämmer inte med något geografiskt eller historiskt område. Jag är född i Kraków och jag är polska – inte någon ”galizier”. Skärpning! Man kan lugnt skriva att det var polacker, slovaker och ukrainare som kom som billig arbetskraft.

 

En komplettering också. I stycket om Henryk Bukowski står det om polskt uppror 1830. Det var två stora uppror som ägde rum på 1800-talet: 1830 och 1863. Bukowski kom till Sverige som följd av det andra.

 

Ja, det var det hela. Om jag får föreslå något så kan kanske redaktionen anlita en duktig historiker för att reda ut alla missförstånd? Efter Stieg Larssons framgångar utomlands fick Sverige ryktet om sig att ha varit ett nazistvänligt land. Då ska man vara extra noga att inte tala från en (nazi)tysk synpunkt, använda tyska benämningar och kalla för tyskt det, som historiskt sett inte var det. Det upplevs som väldigt känsligt bl.a. i Centraleuropa.

 

Jag vill bara tillägga att jag har gått en tysklinje i gymnasium, arbetade som tolk i Tyskland och har många tyska vänner. Tyskarna är ytterst noga med att vara historiskt korrekta nuförtiden. Så jag lider inte av en tyskfobi – men rätt ska vara rätt.

 

Tackar för annars helt fantastisk läsning!

 

Med vänlig hälsning

 Marzanna Baczynska

 PS. Jag förstår den stora utmaningen i att skriva en så omfattande monografi – det kunde inte vara lätt, även för redaktionen.

 

Marzanna

 

Jag fick från SNS det mejl du skickade till dem angående min invandrarhistorik. Tack för att du tog dig tid att skriva en så utförlig och initierad kommentar. När det blir dags för nästa upplaga, så finns det anledning för mig att se över en del formuleringar. På en del punkter, där du kritiserar min text, vidhåller jag nog att det inte behövs några korrigeringar. Här är några reflexioner från mig:

 

Det är ofta svårt, och i vissa fall känsligt, att välja hur man kategoriserar människor – särskilt när man skriver om personer som levde för länge sedan då dagens nationella eller etniska kategorier saknade relevans eller betydde något annat. En individ kan ju också bära på flera identiteter som kan ha relevans i olika sammanhang. Ett exempel, som jag skriver om, är Herbert Felix. Hans modersmål var tyska och hans religion judisk. Han föddes i Mähren (Morava) som då ingick i Österrike-Ungern och som i dag är en del av Tjeckien. Han var innan flykten till Sverige tjeckoslovakisk medborgare. Fadern var från den stad i Mähren där Herbert växte upp och som låg i en tyskdominerad del av Mähren. Modern kom från Wien. Familjen kände stark samhörighet med den habsburgska monarkin och kände sig mer som österrikare än som tjecker. Här finns alltså många möjligheter för en författare i dag att gå vilse i geografin.

 

Problemet med namnet Tyskland (och Italien) för tiden innan länderna enades har jag berört i förordet. Man kan naturligtvis välja ett annat sätt att skriva men jag har i alla fall berättat hur jag har gjort, varför inga missförstånd bör uppkomma. Mitt sätt att skriva stämmer med vad som är brukligt i Sverige. Jag har dessutom, i de fall jag har kunskap om detta, angivit varifrån i Tyskland en person kommer.

 

Vad gäller Erik av Pommern så var det fel av mig att bara kalla honom ”tyskfödd”. Han var av slavisk fursteätt född i västra Pommern. Hans släkt var dock, enligt Svensk biografiskt Lexikon, tidigt germaniserad och erkända som tyska furstar.

 

Vad gäller Danzig så skriver jag inte någonstans, vad jag har kunnat finna, att det var en tysk stad. I svenska historiska texter brukar den tyska namnformen på staden användas.

 

Jag kan inte heller se något fel i att använda namnen Böhmen och Mähren i stället för Tjeckien för en tid då Tjeckien inte existerade som politisk enhet. (Vad gäller Tyskland anser du det fel att jag använder det namnet i stället för landskapen, under perioder då Tyskland inte existerar som politisk enhet och efterlyser där att jag ska använda regioner i stället.) För en svensk läsekrets skulle det bli svårbegripligt, och strida mot svensk språknorm, att använda de tjeckiska namnen på landskapen (eller på Prag och Moldau). Ingen italienare har protesterat mot att jag använder tyska namnformer på Venedig och andra italienska städer.

 

En av mina huvudpoänger i boken är att Sverige och svenska språket p.g.a. historiska omständigheter är starkt tyskinfluerat. I sällsynta fall har tyska namnformer på icke-tyska geografiska företeelser övergivits i modern tid, t.ex. i fallet Nissa (Nice). I fallet Gdansk och andra polska städer används normalt de polska namnen då man skriver om nutid men inte sällan tyska namn om äldre tider. Jag har använt de namnformer som är etablerade i Sverige och som är accepterade som god svenska. Det finns en risk att man uppfattas som snobbig eller pretentiös om man använder lokala namnformer som inte är förståeliga för en stor del av läsekretsen.

 

Det finns mycket lite information om Anna Bielska och det enda jag har funnit (i Gunnar Wetterbergs historik över Riksbanken) är att hon kom från en rutensk familj i Litauen. Ordet rutensk har, enligt Nationalencyklopedin, flera betydelser. Den troligaste i detta sammanhang är ”ukrainsk”.

 

Att jag nämner Galizien och galizier beror på att dessa ord förekom flitigt om invandrare i början av 1900-talet, vilket många av läsarna kan förväntas känna till. Jag förklarar vilket område som avsågs med Galizien och påpekar samtidigt att ordet galizier snarare var ett uttryck för vissa invandrare än en etnisk eller geografisk ursprungsbeteckning. Men jag kunde ha varit tydligare och påpekat att det inte finns någon etnisk grupp som kallas galizier. Dessutom borde jag ha undvikit namnet Galizien i avsnittet om Bukowski. Man kan också notera att Nationalencyklopedin inte är lika kategoriskt avvisande till begreppen Galizien och galizier som du.

 

Vad gäller Bukowski skriver jag precis det som du efterlyser, nämligen att han kom som en följd av upproret 1863.

 Anders Johnson

hej anders,

 

tack att du tog dig tid att svara på mitt brev!

 

det är alltid värst med periferier – polacker har rett ut en del av historiska oenigheter med tyskar genom att tillsammans redigera skolböcker medan svenskar håller fortfarande på tysken. böcker är skrivna av människor, svenska lexikon är skrivna av svenskar – eller hur? man lär sig hela tiden, upptäcker nya saker samt redigerar om böcker. jag ville ge dig incitament för att ompröva vissa historiska fakta, men det är ditt namn som står på boken såklart och du beskriver världen som du ser den.

 

om du har även en liten bit av vetenskaplig läggning, prata med en duktig professor i historia!

 

om du skriver ”tysk” om alla invånare av nuvarande tyskland skulle du per konsekvens skriva ”polack” om alla ukrainare, litauer och en del andra balter.

 

om det gäller ”galizien” bifogar jag två dokument from hemarkivet. min onekligen polska farfar var född i radzienice. I hans österrikiska papper stod det ”galizien”. efter 2:a världskriget hamnade radzienice inom sovjetiska gränser. då stod det i hans papper att han föddes i sovjet (ZSRR). skulle du fråga honom, då är han född i polen – dokument nummer två bekräftar att han är polsk medborgare.

 

det är lite synd att du förkastar en grupp potentiella läsare – bocken välkomnades jo i början av alla slags immigranter. min svenska bibliotekarie tyckte däremot att det var bara ”massor av onödig kunskap”… även om sverige lyckades hålla sig borta från kriget kan känsliga människor förstå att tyska benämningar förknippas med terror och förstörelse av kontinentala läsare.

 mvh \ mb