szwedzkiereminiscencje

Archive for Wrzesień 2010|Monthly archive page

Glos kobiet – pod egida mezczyzny

In Feminizm, Ksiazki, Polskie refleksje on 30 września 2010 at 00:31

Agnieszka Drotkiewicz, Anna Dziewit; Glosniej! Rozmowy z pisarkami, 2006


Biblioteka w Halmstad roi się od skarbów naszej kultury narodowej i buszujac po regalach natknelam się nareszcie na ksiazke nowoczesna. Ponieważ mi się spodobala, zaczne od jedynego zarzutu pod jej adresem, żeby potem nie psuc już sobie humoru.

Autorki ksiazki rozmawiaja z polskimi i niepolskimi osobami pióra, a to:

  1. Kazimiera Szczuka
  2. Agneta Pleijel
  3. Dubravka Ugresic
  4. Ewa Kuryluk
  5. Irena Karpa
  6. Grazyna Plebanek
  7. Marlene Streetuwitz
  8. Reanta Serelyte
  9. Dorota Maslowska
  10. Michalina Witkowska

I wlasnie o te ostatnia mi się rozchodzi. Nie jestem na biezaco w odczuwaniu plci przez Michala Witkowskiego – pod takim imieniem i nazwiskiem sprzedaje swoje ksiazki. Niech będzie, ze jestem politycznie niepoprawna, ale dla mnie jest to raczej kobiecy mezczyzna niż meska kobieta. Pozostale osoby w antologii to niewatpliwie kobiety – czyli pisarki, nazwane tak w tytule. No to skoro ksiazka zawiera wywiady z kobietami, to dlaczego okladke „dekoruje” najbardziej meski wariant czyli Michal / Michalina? Niby miał to być zart i rozumiem odwrócenie roli damy z lasiczka – lecz czy dla odwrócenia roli nie trzeba by było mezczyzny wlasnie? Kawaler z lasicem (meska odmiana lasiczki) to typ mezczyzny slodkiego i udomowionego. Tymczasem kogo symbolizuje kobiecy mezczyzna ze zwierzeciem, które na niedbalym rysunku wyglada raczej jak jaszczurka / jaszczur? Dysonans kompletny. Jak dla mnie ta okladka dyskredytuje przez swoja smicho-chichowa konwencje powazne wypowiedzi madrych kobiet. A Witkowski prostytuuje się za pieniadze (o ile dostal honorarium) albo skandalizuje. Baby na prawde bywaja glupie (to o autorkach) – zamiast popierac swoje, babskie pisarki robia lans facetowi.

Najbardziej blyskotliwa zdala mi się Kazimiera Szczuka. Ciekawie operuje jezykiem, od wyrazen górnolotnych do twórczych skrótowców czy wyrazen slangowych. Jest osoba od tematów prziemnych, pieknych i wysokich lotów. Ma ciete zdanie na każdy temat. Chetnie bym z nia spotkala się przy winie. Agneta Pleijel wykazala nieskonczona cierpliwosc w stosunku do dziennikarek, które były bardzo slabo przygotowane do rozmowy. Ich „prawdy” o Szwecji pochodzic musza z wypowiedzi Manueli Gretkowskiej – takie są nieprawdziwe i naiwne. Agneta wykazala maksimum taktu i interesujaco opowiedziala o swoich zyciowych wyborach – odebralam jako najbardziej osobisty z wywiadów. Dubravka pozostala soba i wypowiadala się obszernie, obnazajac wylewnosc duszy slowianskiej – jak dla mnie troche za malo zdyscyplinowane są te jej wypowiedzi. Jak zwykle jednak powiedziala rzeczy, pod którymi się zdecydowanie podpisuje:

W Stanach można znalezc setki, jeśli nie tysiace ksiazek o Europie Srodkowo-Wschodniej, jak tu jest brzydko, ohydnie, jacy ludzie są glupi, prymitywni i tak dalej. (…) Na okladce, oczywiście, zdjecie bezzebnego pana… W srodku zas wiele takich zabawnych kadrów osób z problemmami dentystycznymi. I to jest zle. Bardzo. Ale nikt nigdy o tym nie napisal, nie przeciwstawil się temu, ponieważ ludzie ze Wschodu przyzwyczaili się do tego, ze postrzega się ich jako ludzi brzydkich, bezzebnych, leniwych, szalonych i prymitywnych. (wypowiedz zgodna z moja krytyka „Domu zlego”)

Chcialabym, tylko, żeby ludzie ze Wschodu nie stracili swojej tozsamosci. Żeby nie stali się transformersami.

Wydaje mi się wlasnie, ze w dzisiejszych czasach ciezko jest rozróznic, co jest kiczem, a co nim nie jest. (…) Nikt nas nie informuje, co jest w dobrym guscie. Wszystkie autorytety, czymkolwiek zreszta taki autorytet jest, profesorowie uniwersytetów, nauczyciele – oni przestaja mieć glos. Ton nadaje rynek.

Ewa Kuryluk troche mnie rozczarowala. Najciekawsza wyczytana rewelacja okazal się protest Tadeusza Kantora  przeciwko sprowadzaniu do Polski dziel Klimta i Schiele – jako malarzy burzuazyjnych i dekadenckich. Nigdy się nad tym nie zastanawialam, ale Kantor zdaje się dokonal tzw.ucieczki do przodu, przez co stracil czesc europejskiej historii i sztuki (czyzby był za pruderyjny na wyuzdane rysunki Schiele?). Nastepna do golenia to Ukrainka, Irena Karpa, dotad mi nie znana. Zaczela ostro – zacytuje, bo to przyczynek do dyskusji o „zmeczeniu” czy martwocie Europy Zachdniej.

Z kolei Europa Zachodnia. ..jest dla mnie zdecydowanie zbyt ospala, wciąż spada w niej cisnienie. Z drugiej strony te wszystkie spoleczenstwa rozwijajace się, jak Ukraina, Serbia czy Indonezja, to kraje, które musza się dopiero rozpedzic. I ona są dla mnie duzo bardziej ciekawe, bo jest w nich duzo wiecej zycia,…, wiecej szans, wiecej perspektyw, wiecej energii…

Bo kiedy wszystko jest gotowe, to na nic już nie mam miejsca, tylko na perwersje. To jak w ksiazkach Houllebecqa: rozczarowanie, samotnosc, depresja, perwersje seksualne, wynikajace z tego, ze nie możesz już się cieszyc z prostych przyjemnosci, bo proste przyjemnosci to dla ciebie poziom zero, stan wyjsciowy.

W ogóle duzo w tych rozmowach zarówno Houllebecqu’a i Jelinek – a oboje naleza do moich faworytów. MH odkrylam bodajze w 2001 przez „Czastki elementarne” i co prawda nie napisal potem już, jak dla mnie, nic równie dobrego – lecz zostawil slad w swiadomosci (ucieszylam się, ze nie tylko ja jedna mam takie ponure refleksje). Jelinek mówi madre rzeczy, choc pisze jakby chciala kopac czytelnika w dolek – tym niemniej ja cenie. Milo wiec było dowiedziec sie, ze ktos inny tez ich docenia.

Grazyna Plebanek zrobila zero wrazenia, choc powolala się na niezla ksiazke Lizy Marklund i Lotty Snickare. Może dlatego, ze GP lubi pisarstwo Atwood? Albo dlatego, ze nie czytalam jej ksiazek? Jakos mi nie lezy – odloze do lezakowania, niewykluczone, ze kiedys jeszcze do niej powróce.

Marlene przedstawia Austrie opresywna w stosunku do kobiet – znana skad inad od Jelinek. Na mnie zrobila kiedys wrazenie ksiazka innej austriackiej autorki pt.„Sciana” (kobieta zostaje oddzielona sciana od reszty swiata i musi sobie sama radzic w górskiej chacie). MS podejmuje wazny temat znikania kobiet z kart historii i lekcewazacego stosunku do wyrobów rak kobiecych. Do wymogu niewidzialnosci kobiet w spoleczenstwie, gdzie mezczyzna jest norma – problem nierozwiazany do dzis.

Litwinka Renata tez nie byla mi znajoma  nawet ze slyszenia – opowiada duzo o Litwie, o prowincji i nostalgii ludzi za ZSRR. Mówi rzeczy mroczne i nawiazuje do tradycji poganskich – troche to mnie wystraszylo i z ulga przeslam do Doroty Maslowskiej. Masloska szczera do bólu – bardzo mi się podobalo, jak opisywala reakcje rodziców na swoje wczesne poczynania:

Ja rodzicom wszystko w domu niszczylam, malowalam, oklejalam czyms, znosilam do domu druty, rózne smieci. Oni byli mna przerazeni.

Odczuwam z nia pokrewienstwo dusz – moi rodzice tez byli przerazeni jak udekorowalam sciane rytami w zwierzatka mniej lub bardziej abstrakcyjne. Jak wpadalam do domu i z entuzjazmem oznajmialam,, ze wlasnie wpadlam na swietny pomysl, to wital mnie wyraz panicznego strachu na twarzy.

Antologie wywiadu konczy Michal Witkowski. Dobrze, chlopak, mówi o bezdusznym turyscie wspólczesnym, ale mi podpadl na okladce, wiec nie będę o nim pisac.

I to by było na tyle.

Kryminal kryminal w lasach pd-wsch Szwecji

In Feminizm, Ksiazki, Szwecja on 25 września 2010 at 19:53

Anna Bovaller, Svinajakten/ Polowanie na dziki, 2009

(tytul mozna przetlumaczyc takze: Polowanie na swinie – takze te ludzka)

Mial byc ”Rynek w Smyrnie”, ale juz po pierwszym opowiadaniu podziekowalam panu Dehnelowi za wspólprace i jegio studenckie wprawki. Zamiast rynku w Smyrnie będą wiec dzis lasy poludniowo-wschodniej Szwecji czyli Österlen. Ksiazka była zalacznikiem do Elle, o który to dodatek musialm ostro zawalczyc, jako ze konczylam wlasnie prenumeracje. W rezultacie po przeszlo pieciu tygodniach dostalam az dwa egzemplarze – jednym sparwilam radosc mojej sasiadce. Z takimi darowanymi koniami róznie to bywa, zazwyczaj nie da się czytac. Ale tym razem oczekiwala mnie mila niespodzianka – debiutantka Anna B. wysmazyla wcale zgrabny kryminal. Zbierala się z tym pisaniem caly wiek sredni – pracujac w miedzyczasie jako adwokat. Rozochocila się jednak na tyle, ze już powstal ciag dalszy, zatytulowany Svärmaren czyli Marzyciel.

Jestem srednim milosnikiem kryminalów – bardzo lubie sluchac Agath’y Christie na audiobookach, a nie trawie (w zadnej formie) produkcji norweskich, a już na pewno islandzkich. Polowanie na dziki polknelam blyskawicznie i mi sie podobalo. Co prawda po przeczytaniu niewiele w glowie zostaje, ale to juz natura gatunku. Glówna bohaterka jest sztokholmska pani adwokat, Petra Wester – podobno nie alter ego pisarki. Za kobiete w roli glównej AB dostaje plusika. Plusem jest mala czestotliwosc jej wystepowania, gdyz czytelnik ma szanse poznania innych osób, a nawet calej okolicy. Petra Wester obdarzona zostala przez los dobra natura, gdyz nie martwi się ani nie mysli za duzo. Na zbrodnie natyka się przypadkiem, kiedy zostaje egzekutorem spadku po dawnym znajomym. Ksiazka obfituje w wiele watków i troche czasu uplywa zanim pojawi się pierwszy trup. Trzyma czytelnika w napieciu, gubi tropy i dopiero pod koniec zaczelam podejrzewac kto jest sprawca zbrodni.

Autorka ma domek w Österlen i z jej prozy bije zachwyt przyroda tego zakatka Szwecji. Jak na mieszczucha przejawia dobra znajomosc zycia szwedzkiej wsi – inaczej polowanie przezywaja miejscy dyrektorzy, a inaczej ludnosc zyjaca z dobrodziejstw lasu z dziada pradziada. Widzi konflikt miedzy miejskim a wiejskim stylem zycia oraz zagrozenia jakie niesie szwedzkiej wsi wesolej nowoczesnosc i globalizacja. Realistyczne są także opisy pracy prawników. Na cale szczescie malo wystepuje policjantow jedzacych hamburgery na czatach. Szefem techników policyjnych jest kobieta i Bovaller komentuje rzeczywistosc z pozycji feministycznej – zastanawia się na przykład czy samotna mama dostaje od otoczenia taka sama pomoc jak samotny tata. W kazdym wypadku AB nie zawodzi także milosników mocnych mezczyzn – przybywaja na koncu, żeby uratowac  glównej bohaterce zycie.

Uwazam, ze jak na debiut Polowanie na dziki jest wyjatkowo dobrze napisane. Prawdziwy kryminal kryminal, czytany dla samego czytania. Jezyk jest bogaty (w odróznieniu od Lizy Marklund), sceny wyrezyserowane starannie. Nie wiem czy siegne po Marzyciela, ale Polowanie polecam  z czystym sumieniem.

Poniewaz nie zalaczam cytatow, to zamiast nich plaza nie tyle wschodniego, co zachodniego wybrzeza. Foto Lena.

Pieseczek ma na imie Khero i jest lagodny jak baranek.

O Lali wszyscy dobrze pisali

In Ksiazki, Polskie refleksje on 14 września 2010 at 18:00

Lala, Jacek Dehnel, 2006

I ja tez! (nie wiem czy pamietacie zabawe w „i ja tez” z dziecinstwa?)

No, nareszcie ktos, kto umie pisac! Pisze czysto, po literacku, z duzym poczuciem humoru i dystansem. A przy tym ladnie i na dodatek wrazliwy, bezkurcyja jedna, na piekno. Z wyczuciem historii. Z cieplem. Nie nudzi ani nawet nie przynudza. Nie moralizuje i nie wyrywa się z tanimi „madrosciami”. Nie stosuje wulgaryzmów dla dodania dobie animuszu. Chyba samo mu się pisze? Jacek-samograj. Jacek Dehnel.

Jak dla mnie Lala ma dwa poziomy. Pierwszy latwy i przyjemny czyli opowiadania rodzinne. Drugi trudny i niewygodny: o odchodzeniu, o fizycznej starosci, zaniku intelektu, zmudnej opiece nad stara osoba. Ogólnie o rodzinie i jej trwalosci mimo zawieruchy nie tylko wojennej. O matriarchacie polskim, który niesie rodzine na swoich barkach wbrew sprzeciwnosciom losu i braku parytetów.

Opowiadania rodzinne – któz ich nie lubi? Wakacje przegadalam z kuzynka na wspomnieniach o krewnych. We dwie glowy nie bylysmy w stanie odtworzyc tego, co znala ciocia, której już wśród nas nie ma. Chyba pierwszym literackim nurem w cudza przeszlosc była Janina Porazinska „I w sto koni nie dogoni” (dostalam jako nagrode z dedykacja „milemu kronikarzowi kolonijnemu”). Jej bracia przypominali mi bohaterów innej ksiazki, o gimnazjalistach, sprzed chyba jeszcze pierwszej wojny – wazna role odgrywalo w ich zyciu zbieranie znaczków. W koncu niedoscignione „Wspomnienia gorszycielki” Krzywickiej.

Babcia Lala była na dodatek babcia jasieniczna czyli Babcia Wielu Narodów. Miała w zylach 50% krwi rosyjskiej i na dodatek 12,5% bądź 25% krwi niemieckiej. Poczeta w Kijowie była „czystej krwi” Polka. Pochodzaca z wielokonstelacyjnej rodziny (nazwisko nosila po pierwszym mezu matki), sama kochala po równo swoich obu mezów – przy czym drugi ledwo co zdazyl na czas, żeby nie zostac zastapionym trzecim absztyfikantem. Wszechstronnie wyksztalcona i majaca po ojcu dobre podejscie do ludzi – także do tych z ludu. Dzielaca z tyloma osobami doswiadczenie wielokrotnego przepadku calego majatku i zaczynania od zera.

Lala ma jeszcze jedna zalete – losów rodziny nie zamyka wojna ( a reszta jest milczeniem). Wydaje mi się, ze wiele rodzin ma klopoty z przejsciem w czasy wspólczesne – losy ich rodziny są funkcja nieciagla, mówiac jezykiem matematyki. Zas mówiac jezykiem ogólnie zrozumialym, to często slyszalam historie o swietnosci przedwojennej (tu nieciaglosc numer jeden), potem o biedzie i ponizeniu lat wojny (czasami nawet historia lat wojny wymazywana bywa kompletnie z annalów rodzinnych), tu nieciaglosc numer dwa i losy powojenne. Pani Lali się udalo – ani ona, ani jej najblizsi nie cierpieli przesladowan za AK. Z zapalem wlaczyli się w odudowe Polski, a ze dysponowali wyksztceniem i energia, to dokonali czegos pozytywnego. Podoba mi się, ze Dehmel to wyraznie napisal, gdyz polityka glosi dzisiaj, ze PRL zaludnialy być może ufoludki, a być może swinie – bo „porzadni” ludzie nie przykladali reki do pracy. Tymczasem babcia Lala zaludniala redakcje kulturalne i muzyczne, zas jej drugi maz zaludnial lasy. Z pierwszym mezem reprezentowala godnie PRL w Brukseli zaraz po wojnie. Dama o sporym temperamencie, niezawodnej intuicji i woli dzialania.

Bardzo mi się spodobaly obie Lale – babcia Lala i ksiazka Lala. Nie dziwie się, ze Dehnel czuje sie dumny. Mam nadzieje, ze Lala odeszla zanim starosc oberwala z niej resztki godnosci.

A na deser wkleje zdjecie swojej babci piszacej wiersze oraz zdjecie z pobytu Ciotki-z-Ameryki (w dwóch osobach) u babci ukochanej (to z warkoczykami to ja)

Za polecenie ksiazki dziekuje nieocenionej lirael: http://lekturylirael.blogspot.com/

Samo zycie – w sutannie lub bez

In Ksiazki, Polskie refleksje on 11 września 2010 at 22:06

Piotr Dzedzej, Porzucone sutanny. Opowiesci byłych ksiezy, 2007

Szczerze rzeklszy jestem z innej parafii, czyli religijnie niezrzeszona, wiec wybór lektury wydaje się może dziwny. Z drugiej strony jakkolwiek moi rodzice byli ateistami, to już chrzestna matka chadzala do kurii na oplatek. Rodzina była mniej lub bardziej religijna. Kolezanki jezdzily z biskupem na kajaki. W liceum zetknelam się z fenomenem Oaz. Na ferie jezdzilam czasami z ksiedzem w cywilu, do którego mówilo się Gienus. Nie mialam jednak ksiedza w rodzinie i to po zadnej stronie, w zadnej generacji. Pewnie dlatego z ciekawoscia siegnelam po „Porzucone sutanny”.

Jest to zbiór osobistych opowiesci mezczyzn, którzy przyjeli swiecenia kaplanskie, a nastepnie rozpoczeli „cywilne” zycie. Opowiesci krótsze lub dluzsze. Ludzie w róznym wieku. Motywy najrozmaitsze. Byli tacy, którzy wystapili raz na dobre i tacy, którzy wracacali. Generalnie żaden z nich nie zaluje swojego wyboru, choc cena była wysoka. Byli wsród nich prymusi i repetenci. Intelektualisci, spotowcy i biznesmeni. Tacy, który zawsze spadaja na cztery lapy i niedojdy. Alkoholicy. I jeden homoseksualista.

Uderzyly mnie rzeczy nastepujace. Po pierwsze jak wysoka pozycje zajmuja w spoleczenstwie ksieza. Sutanna syna to nobilitacja dla rodziny. Mozliwosci zarobku. Szacunek. Bycie ksiedzem otwiera drzwi, pozwala zalatwiac interesy. Po drugie latwosc prowadzenia podwójnego zycia: z jednej strony kaplan, a z drugiej zakrapiane imprezy w mieszanym gronie. Krycie ksiezy zyjacych z kobietami, majacych rodziny – pod warunkiem, ze są „dyskretni”. Po trzecie nieludzkosc hierarchów kosciola, zadajacych wyrzeczenia się wlasnego dziecka. Dosc trudne do pogodzenia z walka o „zycie poczete” – bo zycie urodzonego już dziecka zdaje się nic nie znaczyc. Struktury hierarchiczne i patriarchalne, traktujace kobiety przedmiotowo (gotowanie, sprzatanie, zabawa, seks), a dzieci jeszcze gorzej. Po czwarte brzydka strona rodziny polskiej, która tak się slawimy. Fajnie jest mieć ksiedza w rodzinie, natomiast nie ma miejsca dla bylych ksiezy. Ogromny nacisk na synów, żeby poszli do seminarium. Żeby wytrwali, wyswiecili się i żeby ich gloria, a często i majatek splynely na rodzine. Szantazowanie typu: „wpedzisz rodziców do grobu”. Bezwzgledne przeciecie wszystkich wiezów jak syn zrzuca sutanne – i tu chetnie bym zapytala tych rodzin: dlaczego? Co dla Polaków jest najwazniejsze: wstyd co ludzie powiedza? Poczucie winy, ze zle dzieci wychowalismy? Wygoda? Korzysc materialna i niematerialna? Akurat wczoraj obejrzalam „Plac Zbawiciela”, gdzie pokazano niewystarczalnosc innej polskiej rodziny. Może to jeszcze jakis wojenno-powojenny model, gdzie wszyscy czlonkowie rodziny musza podporzadkowac się wspólnemu dobru? Czy to brutalny model rodziny chlopskiej, z Jagna wywozona na wozie gnoju? Czy tez mieszczanski, z koltunstwem? I gdzie się podzial wzorzec ziemianski czy arystokratyczny, gdzie góra spoleczna wyznaczala wzorzec postepowania?

Po piate uderzyla mnie samotnosc i podatnosc na zranienie mezczyzn w sutannach.

Pointe podala dzisiaj GW. Opisane są ostatnie poczynania Macieja Ziemby. Powtarzaja się slowa: zaufanie spoleczne na kredyt, samotnosc i alkoholizm. Polski kosciól tak się zaangazowal w polityke i zycie seksualne wiernych, ze nie staje mu czasu ani zainteresowania dla swoich wiernych slug. Jak to podsumowal jeden z bylych ksiezy:

Jestem z calego serca wdzieczny holenderskiej fundacji, bo inaczej byloby fatalnie. Okazalo się, ze protestanci są bardziej ludzcy niz katolicy.

Samotnosc marynisty – Carsten Jensen

In Ksiazki on 10 września 2010 at 15:21

Carsten Jensen, Sista resa (Ostatnia podróz), Albert Bonniers Förlag, 2009


No Carstenie – jak mogles mi to zrobic?

Najchetniej bym pominela Ostatnia podróz milczeniem. Mam wrazenie, ze Carsten zmeczyl się wieloletnim pisaniem Vi, de drunknade, wyczerpal caly zapas fantazji i postanowil isc na latwizne. Po pierwsze wzial pare osób z odzysku z poprzedniej ksiazki i nawiazal do Zatopionych. Po drugie, na niedobry wzór PO Enquista, zrobil rekonstrukcje zycia osoby historycznej. Po trzecie ta osoba malowala okropne obrazy. Jedyne, co pozostaje niezmienne to milosc morza i okolic Marstal, a może nawet calej Danii.

W dodatku napisal ksiazke po znajomosci, ponieważ kolegowal się z wnukiem malarza, niejakim Knudem Erikiem (do czego przyznaje się bez bicia). Glównym bohaterem jest urodzony i Aeroe Carl Rasmussen (1841-1893), syn miejscowego krawca meskiego, a w pózniejszym czasie realistyczny odtwórca pejzazy morskich oraz widoków Grenlandii. Jego obrazy wisialy w domach sasiadujacego z Aeroe Marstal, gdzie dorastal Carsten. W swoim czasie artysta osiagnal sukces, ale dzis można powiedziec, iż należy do malarzy, co to Pan Bóg dal im talent, ino maly. Wiem, ze jestem niesprawiedliwa, lecz wyjatkowo nie trawie kochanego również w Polsce realizmu. To są takie obrazy z mieszczanskich salonów albo pretensjonalnych gabinetów dyrektorów. Solidne i wzbudzajace szacunek. Wypukle, bo olejne. Tak na marginesie to Szwed uznaje za prawdziwe wylacznie obrazy wypukle…

W tym samym czasie powstaja wybitne obrazy P S Kroeyera, jego uzdolnionej acz niedocenianej zony, Marie oraz innych malarzy Skagen. Kroeyer jest nawet wspomniany przez Carstena, jak również spotkanie z opisanym anonimowo Paulem Gaughin’em. Jednak Jensen nie odrobil dokladnie lekcji z historii sztuki, ponieważ mysl o formie wyrazu niemal w ogóle zdaje się nie zaprzatac Rasmussena. Widac za to zaangazowanie spoleczne CJ – w Kopenhadze dochodzi do ciekawej dyskusji malarzy czy przecietny widz dorósl do ogladania obrazu nedzy, czy tez tylko do jej wyidealizowanego i wyczyszczonego dito.

Ciekawe są fragmenty opisujace zycie w Aeroe – troche jak u Buddenbrooków Manna’a. Nawiazanie do Zatopionych przypomina intensywnosc i pasje poprzedniej ksiazki. Reszta, niestety, jest nudna jak flaki z olejem. Jakos nie zwrócilam na to uwagi przy Zatopionych, ale Jensen to pisarz ludzi samotnych. Rzeczywiscie, w nadmorskiej miejscowowsci mezczyzni zostawiaja rodziny i ida na morze. Kobiety z dziecmi pozostaja w domu – i obie strony walcza ciezko o przetrwanie. To nie są warunki dla salonowych przyjazni, a często nawet za ciezko bywa, żeby okazac solidarnosc blizniemu. Wyrastaja wiec ludzie twardzi – i samotni. W Ostatniej podrózy zapewne wazny miał być watek milosci Carla do swojej kuzynki, a pózniej do zony. Ale Jensen nie potrafi (?) opisywac milosci miedzy ludzmi – w odróznieniu od namietnosci do morza. Ludzie pojawiaja się i znikaja jak pionki w grze. Takie podejscie broni się w epopei morskiej, ale nie w powiesci z zalozenia czesciowo psychologicznej. Carsten to pisarz akcji i nieszczesliwie dobral sobie teraz niespieszne tempo i podróz wglab siebie, zamiast podrózy awanturniczych po swiecie. Wlasciwie nic się nie dzieje: Carl Rasmussen dorasta, uczy się malowac, jedzie na Grenlandie szukac inspiracji, powraca slawny, zeni się i rozmnaza, a nastepnie nie powraca już z ponownej grenlandziej awantury.

Zdaje sobie sprawe, ze CJ nie napisze już nic równie dobrego jak Zatopieni. Ksiazka nastepna po wybitnej zawsze musi się stac rozczarowaniem. Lepiej jednak, żeby może napisal powiesc zupelnie wspólczesna i ochlonal z XIX-wiecznych klimatów, gdyz zdradza objawy hiperwentylacji. Spokojnie Carsten – opisz na raz nastepny swoja brytyjska narzeczona. Może nauczy cie tez troche glebi psychologicznej – bo po tej ksiazce można rzeczywiscie nabrac przekonania, ze mezczyzni są autystycznymi nieborakami emocjonalnymi.

Ksiazki należy zdecydowanie unikac.

Idealny pracodawca, szwedzkie sympatie i c.d. Jasienicy

In Ksiazki, Polskie refleksje, Szwecja, Szwedzki Zwiazek Inzynierow on 6 września 2010 at 21:54

Zaczne od pochwalenia się, ze dziennikarka „Ny teknik” zwrócila się do mnie – jako jednej z wielu osób – o zdefinowanie w 200 znakach idealnego pracodawcy. Moje zyczeniowe myslenie opublikowane zostalo w tym tygodniu, a poza tym ma być gdzies wyeksponowane na targach pracy w Globen, w Sztokholmie. Zawsze to milo jak czlowieka pytaja o zdanie!

Drugi akapit będzie z zupelnie innej beczki. Pojechalam do biblioteki w Halmstad po ksiazki – a znalazlam malenka wystawe fotografii z II wojny swiatowej. Jakby ktos miał watpliwosci po której stronie biło szwedzkie serce to zalaczam dwa zdjecia:

Trzeci akapit to niesmiertelny Jasienica; mój temat-rzeka. Ile bym go nie przeczytala, to wchodzi we mnie jak w beke miodu. Dzis pora na „Rzeczpospolita Obojga Narodów: Calamitatis Regnum” (zdjecie okladki myslalam, ze zrobilam – taka sama jak poprzednia, tylko z Janem S zamiast Wladyslwawa IV).

Tom zaczyna się od wstapienia na tron Jana Kazimierza, a konczy smiercia Jana Sobieskiego. Sympatie Jasienicy są latwe do przewidzenia: Waza to flop, zas Sobieskieski to flip. Duza czesc faktów znana z Sienkiewicza, choc ich interpretacja niejednokrotnie diametralnie inna. Dla mnie zupelnie jasnym jest, ze Sienkiewicz mocno nabroil i posial w sercu rodaków ziarno nacjonalizmu i mocarstwowosci. Mysle, ze Sienkiewicza dla samego jezyka warto czytac w dziecinstwie. Sama pamietam z domu, ze grozil mi czasami „kesim” (o którym i Jasienica wspomina). Z tego Jasienicy wynikaja wnioski dwa: 1.ze Wazowie to był wyjatkowy dopust bozy. Zupelnie nieudani jako ludzie i demonstracyjnie Polska niezainteresowani. Ba, deklarujacy wrecz pogarde dla narodu, którym rzadzic im przypadlo. Uparci, tepi, skorumpowani, bez social competence. Jedyna ich zasluga było zakonczenie dynastii po zaledwie dwóch pokoleniach. 2. ze Polsce na psu buty była unia z Litwa – przy czym Litwa to także Bialorus i Ukraina. Za duzy był do kasek do przelkniecia. Litwa wlasciwa zostala sfederowana, co nie udalo się z prawoslawna Ukraina. Na skutek braku reform Ukraina się wykruszyla. Zas Litwa zostala opanowana przez wlasne rody magnackie, które niechlubnie zapisaly się we wspólnej polsko-litewskiej historii. Przy okazji dostalo się tez holubionemu przez Sienkiewicza „Jaremie” – podobno wcale wybitnym czlowiekiem ani wodzem nie był. Syna Wisniowieckiego Jasienica wysmial bezlitosnie i napisal, ze Michal Korybut znal osiem jezyków i w zadnym z nich nie miał nic do powiedzenia. Czy można komus dogryzc dowcipniej? I ze miał podobno, oprócz lingwystycznego, jeszcze jeden talent: do jedzenia. Co doprowadzilo nieszczesnego  monarche do zgonu.

Dowiedzialam się tez nareszcie kim był ów Wyhowski, co to: „Wyhowskiego szabla krzywa mala bawi się dziecina”. Ktos jeszcze chialby się dowiedziec? To warto udac się do biblioteki po Jasienice – zdecydowanie jest mezczyzna, w towarzystwie którego nie mozna się nudzic. Może akurat uda się w bibliotece nie zaliczyc zadnych irytujacych wystaw…

Próba bezruchu – Jenny Diski, On Trying to Keep Still, Little.Brown, 2006

In Ksiazki on 4 września 2010 at 23:38


Bedzie mi trudno – bo “On trying to keep still” to ksiazka, która moglabym sama napisac. Nie chic lit, o co bylam podejrzewana, ale wlasnie taka „diske”. To ksiazka, w której na pewno rozpoznaja się ci, co to „mysla za duzo”. Tzn.przynajmniej inni tak sadza i serwuja ten slodko-kwasny komentarz (ja slyszalam go wiele razy w zyciu).

Sama pani Diski to ciekawa historia sama w sobie – dosc ekshibicjonicznie dzieli się z czytelnikiem nie tylko swoimi myslami, lecz również przeblyskami iscie traumatycznego dziecinstwa. Co prawda deklarowalam, ze mam już dosyc ludzi z popapranym zyciorysem, ale zaleta „Próby bezruchu” jest niewielka ilosc tych dramatycznych wspomnien. Są tez oddane bardzo chlodno, jakby w trzeciej osobie i to pozwala przebrnac przez wspomnieniowe fragmenty raczej z zainteresowaniem niż przerazeniem. Natomiast zawsze pozostaje równie zadziwiona, ze ludzie z taka iloscia kiepskich wspomnien, jak to się mówi, wychodza na ludzi. Bo pani D miala jeszcze pare innych paskudnosci na drodze do szczescia i spelnionej kariery literackiej – o czym można sobie poczytac na necie, np., tutaj: http://www.contemporarywriters.com/authors/?p=auth29

Ksiazka to wynik eksperymentu badajacego rozmaite formy odosobnienia. Pierwsza wycieczka stanowi podróz na Nowa Zelandie. W opisie tej wyprawy odnajda się podróznicy krytyczni, do grona których i ja naleze. Diski, zamiast zachwycac się wszystkim, żeby podkreslic swoja wyjatkowosc i wyjatkowosc SWOJEJ podrózy (co bywa przypadloscia dosc rozpowszechniona), zastanawia się nad przyczynami brzydoty dworca autobusowego. Nastepnie rozchorowuje się, denerwuje na imperatyw obowiazkowego zwiedzania elektrowni w górach i zauwaza idiotyczny usmiech skoczki (dziewczyny skaczacej na linie w celu zachecenia turystów). Nie odnajduje tez się na farmie nawiedzonych religijnie osadników.

Drugie odosobnienie to trzymiesieczny pobyt na angielskiej farmie, na dodatek jesienia. Typowy stres mieszczucha, który odszedl już za daleko od natury, żeby czuc się swojsko na jej lonie. Najbardziej przypada jej do gustu historia wielbladów, które ktos sprowadzil dla zarobku, a teraz opiekuje się nimi z czystego przywiazania. Z ulga wraca do swojego partnera, Poety, do Cambrigde i cywilizacji.

Trzecia wyprawa w kraine pustki to pólnoc Szwecji czyli Laplandia. Tutaj zaimponowala mi Jenny dokladnie, ponieważ podeszla z duzym zapalem, szacunkiem i zainteresowaniem do historii i uwarunkowania Samów. Wiecej się dowiedzialam o Samach od niej niż ze szwedzkiej TV, ponieważ Szwed wlasciwy Samem pogardza. Jak na mieszczucha spisala się na piatke, uczestniczac w rozdziale reniferów na stada plemienne oraz spiac w swoistym namiocie podczas kilkudziesieciostopniowego mrozu. Cierpiac niedogodnosci zauwazyla piekno przyrody i urok tego trudnego, lecz fascynujacego zycia. Widzi konflikt miedzy nowoczesnoscia, wciskajaca się do starego swiata a uswieconym wielowiekowym stylem zycia. Z uporem szuka sladów dawnej religii i swietnie opisuje stadia protestantyzacji mieszkanców Pólnocy. Wykazuje kulturalna ciekawosc innosci – nareszcie osoba, która nie opisuje innego sposobu zycia jako glupi!

Wbrew tytulowi polecam wszystkim podróznikom do miejsc mniej lub bardziej dalekich.

Chic lit – Jenny rencontre Albert czyli nic nowego pod sloncem!

In Pamietnik, Sztuka on 1 września 2010 at 23:21

Jenny rencontre Albert, Jenny de Beausacq, nigdy nie wydane

Niniejszy wpis wyrasta ze biegu okolicznosci i byl zupelnie nieplanowany. Zaczelo od soboty, kiedy nieoczekiwanie odwiedzial mnie artystka. Dostalam od niej nawet obrazek – do wgladu na:  http://www.garnek.pl/jilsander/11057754/prezent-od-elzbiety. Zaczely się opowiesci o wszystkim i niczym – w tym o bohemicznej rodzinie mojego bylego meza. Potem szukalam amerykanskiej normy, a przy okazji zajrzalam do rzadko uzywanego segregatora i znalazlam troche papierów o bylej tesciowej. Miedzy innymi wspomnienia o spotkaniu z bylym tesciem. Nigdy nie mialam czasu przeczytac, a teraz postanowialm się zaglebic w lekture. Jak już przeczytalam, to zauwazylam, iż to prawdziwa chic lit! Tyle, ze prawdziwa i wyszlo na to, ze pisarki od „gorszej literatury” po prostu kopiuja samo zycie. No i był jeszcze inny, maly przyczynek. Podczas ostatniej wizyty w kraju zauwazylam wiele wysilków typu „Iksinscy tez sroce spod ogona nie wypadli” czyli ped na wypuchacenie wlasnej linii rodzinnej. Dzisiaj będzie o kobiecie, która swojej linii puchacic wcale nie musiala.

Moja tesciowa to artystka – pewnie wiele kobiet by sie pod takim stwierdzeniem podpisalo. Tymczasem ja powinnam dodac dwa razy slowo « byla » : moja byla tesciowa to byla artystka: http://www.sikart.ch/KuenstlerInnen.aspx?id=4002016&lng=de Z pochodzenia byla holenderska baronówna, choc jak to się mówi, „dobrze” to było po stronie jej mamy z bardzo starej rodziny. Akcja opowiadania zaczyna się w Szwajcarii kiedy ma zaledwie dziewietnascie lat i spotyka przyszlego meza, Alberta: http://www.sikart.ch/KuenstlerInnen.aspx?id=4025033&lng=de W przeciagu zaledwie trzech lat zdazy uzyc troche zycia, żeby potem wyjsc za maz i urodzic dwójke dzieci. W sumie urodzila ich osmioro – przezyla szóstka. Kiedy ja poznalam była zalkoholizowana i agresywna kobieta, która mylila swojego syna ze swoim mezem. Zawiódl ja malarz Albert, który co prawda studiowal z Severinim, ale w czasie wojny wolal siedziec u mamusi. Zawiódl ja tez drugi maz, francuski hrabia gracz i utracjusz, który szybko przehulal jej caly majatek. Dlatego az z niedowierzaniem czytalam wspomnienia mlodej kobietym która kocha piekne ubrania i jezdzi na lekcje baletu do Londynu. Lubi dobre jedzenie we francuskich knajpkach i tanczy do upadlego. Przed zamazpójsciem zdazy jeszcze popracowac na placu Vendôme. Poza tym sama przemierza Europe tam i z powrotem samochodem – a jest to czas, kiedy Janusz Myszynski porusza się wylacznie dzieki umiejetnosciom szofera i z szoferem odbywa podróz do Hiszpanii.

W kazdym razie jej wspomnienia to istna chic lit, co zilustruje cytatami:

1. diamenty są najlepszym przyjacielem kobiety:

Il y avait encore un petit incident quand Zus croyait avoir perdu le diamant qu’elle portait comme boucle d’orreille et que maintenant je porte au doight. Souvenir d’un temps d’éternelles vacances, de plaisir, de bonheur.

2. Niczym u Plum Sykes tata wyprawia piecdziesiate urodziny zagranica :

Fin mars, nous recevions de nouvea une invitation pour aller à Vienne, cette fois-ce pour fêter les cinquantes ans de mon père.

3. próby normalnego zycia, w tym gotowania zaczynaja sie od niepowodzenia:

J’apprenais à faire la cuisine, et après quelques erreurs, comme le verts des poireaux et jeter le blanc, nous finissions par même manger.

4. tata ma nie tyle jumbo jet (to nie te czasy), ale swój wlasny samolot. Uwaga, polonicum – pilot o polskim nazwisku :

Quelques semaines plus tard, mon père arrivait de Vienne à Lausanne avec son avion pour un Rallye…lui et son pilot Brumowski.

5. na wspólne spotkania rodzina przybywa z róznych stron :

Le 27, Carie arrivait de Hollande, mon père de Paris, Carla de Vienne et ton cousin Kurt de Bern.

6. czas baz rozrywki to czas stracony :

Je partais encore pour les Baléares avec ma mére, où je ne faisais que t’écrire et me baigner.

7. pije sie (jeszcze przed czasami Bellini) szampana :

A cette occasion…nous buvions du champagne.

W tym natloku wyjazdów na narty do Zell am See i wszystkich innych próbowalam odnalezc jakas refleksje swiadczace o wrazliwosci spolecznej czy tez swiadomosci politycznej. Znalazlam dwa fragmenty. Jeden z wystawy w Brukseli :

Nous étions écoeurés de voir l’art dégénéré des propagandas russe et italienne.

Zas drugi z wizyty w Wiedniu:

..la Mariahilfstrasse en regardant les tristes magasins, le marché, les petites confiseries, les gents pauvres et misérables qui courrait après un char à charbon pour ramasser les charbons qui tombaient.

Reasumujac : chic lit to nic nowego pod sloncem. Tylko dlaczego wstydliwym mialoby byc czytanie o mojej niezyjacej juz bylej tesciowej ? Jej zycie bylo niezmiernie barwne – a ze miala z domu urodzenie i majatek nie powinno nikomu przeszkodzic zobaczyc w niej nowoczesnej kobiety. Szkoda tylko, ze potem poswiecila sie swoim tkaninom, a nie pisaniu – bo malzenstwo dwójki artystów to tez ciekawy temat. Jak u Sigrid Hjertén i Isaaka Grünewalda.