szwedzkiereminiscencje

Archive for Marzec 2011|Monthly archive page

Witajcie w Szwecji!-kultura

In Muzyka, Sztuka, Szwecja on 21 marca 2011 at 19:33

W naszym muzeum rysunku http://www.teckningsmuseet.se/ mozna znalezc czasopismo, wydawane przez cos, co niezupelnie skromnie nazwalo sie „imperium kultury”. Czasopismo nazywa sie „Gazeta kulturalna Hallandii” i jest bardzo profesjonalnie zrobione. W srodku tez same mile niespodzianki, a to:

  1. Göteborski teatr Backa wystawia Iwone, ksiezniczke Burgunda. Z tym, ze „ksiezniczka Burgunda” wypadla z tytulu. Wystawia lewicowy ruch trzezwosci?

  1. Ciekawy artykul o Wolnej Szkole Malarskiej w Halmstad, nalezacej teraz do okrytych dobra slawa ludowych szkól wyzszych. Pierwsza ludowa szkola wyzsza powstala w Danii w roku 1844 i wpisala sie w skandynawska tradycje samoksztacenia. Zalozyl ja Nicolai Frederik Severin Grundtvig – nazwisko znane z programu unijnego. W Szwecji od roku 1868 i wspomniany wyzej ruch trzezwosciowy byl scisle z ludowa szkola wyzsza zwiazany. Podonbie jak ruch robotniczy i wolnych kosciolów. W tym momencie istnieje 150 tego typu szkól wyzszych –  z tego trzy w Hallandii. Wolna szkola malarska zalozona zostala przez Olle Wallera. Uczyl tu m.in. Teutch, z którego wernisazu zdjecia mozna znalezc na moim fotosajcie. Teraz prowadza szkole dwie kobiety: Anne-Lie Lantz i Agneta Göthesson. Agnete znam osobiscie i spotykam ca dwa tygodnie w klubie filmowym. Wyjatkowo sympatyczna kobieta – zobaczcie sami:

  1. Po malarstwie (znowu) kolej na teatr, Teatr Albatros z Falkenbergu. Tak jak panstwo to ja, tak Albatros to Robert Jakobsson. Nazwa albatros wywodzi sie z „Kwiatów zla” Baudelaire’a. Najwieksza inspiracja w zyciu i twórczosci Roberta stal sie Wladyslaw Hasior. Ten sam Hasior, którego organy niemal wrzucone zostaly na smietnik historii… W latach siedemdziesiatych zetknal sie z teatrem Jerzego Grotowskiego i to uformowalo go jako twórce. Jakobsson zaczynal w Göteborgu, potem dzialal w Sztokholmie az nie oparl sie w niewielkim Falkenbergu nad rzeka Ätran. Bylam kiedys w Olsztynie z Robertem i widzialam fragment jego przedstawienia – a bylo na co:  lezal wtedy na lozu madejowym, najezonym gwozdziami. W kazdym razie intelektualny artysta zainspirowany plastycznie i formalnie polskimi twórcami. Jak jeszcze, wbrew komunie, inspirowalismy.

Czerwone hrabiny-Krupska z córka

In Ksiazki, Szwecja on 19 marca 2011 at 14:56

Yvonne Hirdman, Den röda grevinnan. En europeisk historia, 2010

Ufff, udalo mi sie przebrnac przez zeszlorocznego Augusta w dziedzinie literatury faktu. Przyjemnosc konsumpcji ograniczona, dzielo zakalcowate i miejscami wrecz niestrawne. Pretensjonalne do potegi – zwlaszcza podtytul „europejska historia” – czyzby? No ale prawdziwy stachanowiec obraz swiata filtruje przez swoja ideologie i nie widzi miejsca na innosc. Jak widac dzielo to mnie solidnie zirytowalo.

Ma byc niby o matce autorki, która jeden ze zwiazków zawarla z wysadzonym z siodla hrabia baltyckim. Hrabia mial metr szesciesiat w kapeluszu i dosc mendowaty charakter – zycie nauczylo go sztuki przetrwania. Napisal autobiografie zatytulowana „Czerwony hrabia” – stad, jako zgrabny pendant, czerwona hrabina zostala nazwana jego pierwsza zona. Yvonne Hirdman, jak to u nieautentycznej klasy robotniczej bywa, jest snobka i ta mama hrabina wyraznie kokietuje. Tymczasem ona sama jest czyms w rodzaju czerwonej hrabiny (po ojcu) – trzecia generacja dzialaczy socjaldemokratycznych. Jak opisuje wystarczylo, zeby urzedniczka podkreslila na czerwono nazwisko, a rodzice dostali wczesniej przydzial na mieszkanie. Tytulowa hrabina i jej rodzina cienko by przedli gdyby nie kontakty „ruchu robotniczego”, które generowaly zlecenia.

Jest tez w ksiazce watek autentyczny, ciekawy i wzruszajacy – Yvonne usiluje dowiedziec sie czegos wiecej o swojej matce, z która nie miala wiele kontaktów. Charlotte Schledt Stenbock-Fermor Hirdman zajmowala sie praca, podrózami lub zyciem towarzyskim. Czesciowo, zeby utrzymac rodzine, a czesciowo, bo to taki miala styl. Byla piekna i kosmopolityczna. Miala dosc specyficzna urode, raczej androgeniczna; szczupla sylwetke, wrodzona elegancje i wdziek – wszystko to w odróznieniu od swojej mlodszej córki. Yvonne sama opisuje jak to z wizyta u filigranowych krewnych czula sie niczym slon w skladzie z porcelana. Z notki biograficznej spoglada na mnie z wyzszoscia niesympatyczna twarz o grubych rysach. Za to Yvonne ma zaciecie naukowe i zdolnosc refleksji, czego nie da sie powiedziec o naiwnej i bardziej sprytnej niz inteligentnej Charlotte. Yvonne jakby nie moze zrozumiec, ze jej mama modelu: „jedli, pili, sie bawili, trzesla sie chalupa” tak sprawnie odnajdowala sie w coraz to nowych dla siebie sytuacjach, krajach i kulturach. Barwna osobowosc, kobieta z nieodlacznym papierosem i kieliszkiem wina jest przeciwienstwem macierzynstwa lansowanego przez malzenstwo Myrdal (socjaldemokraci; YH poswiecila im inna ksiazke). Prowokuje i stanowi pogwalcenie rzadzacego do dzis w szwedzkim spoleczenstwie prawa Jantego (tylko nie wyobrazaj sobie, ze kims jestes!).

Zla jestem na Hirdman, ze zmarnowala material na fascynujaca powiesc. Pewnie – jej mama, jej prawo. Ale jakby pokusila sie napisac o zyciu Charlotte wespól-w-zespól z jakim Srodkowoeuropejczykiem, to historia czerwonej hrabiny by na tym zyskala. Bo z Hirdman jest troche jak z Pleijel i jej opowiadaniem o przyjazni miedzy Witkacym a Malinowskim – glówna akcja wpisana zostaje w nietrafiona scenierie. Draznia zle dobrane szczególy (to samo tyczy zreszta Sontag i „W Ameryce”). Hirdman nie czuje tzw.kontynentu i zlozonosci naszej historii, nie widzi wielosci narodów i mozaiki kultur. Pochodzi z rodziny, która popierala Zwiazek Radziecki – zreszta wiekszosci znajomych mi Szwedów Rosja po prostu imponuje. Dla polskiego czytelnika ten feblik moze byc trudny do wybaczenia – i denerwuje nie wiadomo czy tez jeszcze naiwnoscia, czy tez moze juz moze glupota. Inny feler to germanofilski punkt widzenia. Nie ma dwóch zdan, nawet grupy czerwonych (socjaldemokratów – tak nadal okresla sie tu swoje sympatie) zdaja sie uznawac wyzszosc niemiecka. Podobnie jak w ksiazce Johansona basen morza baltyckiego postrzegany jest jako wlasnosc szwedzko-niemiecka – gdzieniegdzie z Rosja w tle. Profesor Yvonne Hirdman pracuje w instytucie historii i we wnetrzu okladki swojej ksiazki zamieszcza fragment mapy Europy z 1923 roku, gdzie pod Krakowem zamieszczona jest nazwa „Krakau”, a pod Lwowem „Lemberg”. Pisze tez o niesprawiedliwosci jaka dotknela Niemcy po pierwszej wojnie swiatowej – stracily (sic!) Poznan (w oryginale: Posen). Stracily tez Górny Slask mimo wygranego plebiscytu – ani slowa o podziale, który faktycznie nastapil. Na dodatek umieszcza Wroclaw na Górnym Slasku. Jakas internautka skarzyla sie, ze nie moze czytac Hrabiny, bo poraza ja wiedza historyczno-geograficzna. Mnie raczej przeszkadzaja luki w edukacji pani profesor. Pewnie czeka mnie nastepny list do wydawnictwa…

Nie rozwinela tez do konca watku ojca Charlotte, ksiegarza rodem z Hamburga, Fritza. Ksiazka powstala zapewne przed prezentacja filmu „Biala wstazka” – a Fritz móglby byc postacia z tego filmu. Czajace sie zlo w pozornie „porzadnych” rodzinach, zmowa milczenia i poczucie bezsilnosci doprowadzaja do karygodnych naduzyc. Na przyklad bezkarnego molestowania w rodzinie i nie tylko. Dzieci i ryby glosu nie maja, wiec staja sie ofiarami. W ogóle strona psychologiczna opisywanych postaci nie zostala, niestety, rozwinieta. Hirdman stara sie trzymac faktów i fragmentów listów – stad te postaci nigdy nie staja sie zywe. A szkoda, bo opisuje pasjonujace czasy i fantastycznie kolorowych ludzi, takich jak na przyklad niemieccy pisarze i artysci czasów republiki weimarskiej (mozna porównac co o tym czasie napisali Kärstner, Mannowie). Hirdman miala unikalna mozliowosc przyblizenia szwedzkiemu czytelnikowi srodowiska berlinskich komunistów – ale powiedziala „pas”. A jej matka spotykala na codzien Franka Thiessa i jego amerykanska zone Florence, Ernsta Tollera, Waltera Zadeka, gdzies w tle majaczyli Kurt Tucholsky i Ernst Thälmann. Sam „czerwony hrabia”, Alexander Stenbock-Fermor przeszedl do historii dzieki dokumentowaniu zycia górników i robotników – jego ksiazki byly bestsellerami swoich czasów. Ciekawostka jest, ze AS-F byl tez wspólscenarzysta filmatyzacji „Astronautów” Lema. Charlotte pobrala sie z Alexandren w tym samym roku kiedy Döblin opublikowal „Berlin. Alexanderplatz”.

Nazwalam Charlotte „Krupska”, poniewaz podazyla ze glosem serca niczym Nadjezda za Leninem. Hrabina byla zaledwie trzy lata, a potem zakochala sie w niemieckim komuniscie, Heinrichu Kurelli. Razem z Kurella pojechala budowac nowe zycie i nowy, wspanialy swiat do Moskwy. Mieszkali na przeciwko Luxu, zanego z opisu dziecinstwa Jeleny Bonner. Heinrich, zaprzezony w sluzbe internacjonalizmu, rzadko bywal w domu. Charlotte pisala wiernopoddancze pisma do wladz, usilowala nauczyc sie rosyjskiego i doksztacic. Nie cieszyla sie jednak zaufaniem „góry” i pozwolono jej jedynie na wieczorowe kursy. No i nadchodzi rok 1937 i czystki przeslawne Stalina. Mnoza sie aresztowania przyjaciól, a z w koncu i sam Kurella laduje za kratkami. Charlotte udaje sie opuscic ZSRR w ostatniej chwili. Heinrich zostaje rozstrzelany w pazdzierniku. Smutne, ale prawdziwe – los pojedynczego czlowieka, który wpisala sie w tragedie milionów. Sfingowany proces, falszywe oskarzenia dawnych przyjaciól, tortury, wyznanie i egzekucja na Butowie. W Polsce kazde dziecko wie jak to z Sowietem bywa – natomiast pani profesor historii wspólczesnej, Yvonne Hirdman, analizuje strona po stronie protokoly postepowania i pyta: dlaczego? O co to chodzi? To sa wlasnie te jalowe fragmenty ksiazki, których nie bylam w stanie przetrawic.

Zal mi, ze Hirdman, która umieszcza zdjecie z gwiazda Dawida w tle (zydowska rodzina ojca) rysuje obraz supremacji niemieckiej i ignoruje rdzenne narody Europy. Charlotte zyla miedzy innymi w Estonii i Rumunii – w tym jakis czas w kosmopolitycznych Czerniowcach. To bylo chyba miasto o atmosferze podobnej do Równego, o którym to Równym tak ladnie pisze Oz. U Hirdman cala Europe zdaja sie zaludniac Niemcy, którzy wszedzie czuja sie jak w domu. Moze tak i sie czuli, ale jak sobie pomysle o lódzkich Niemcach to mam wrazenie, ze wchodzili w jakas interakcje z polska ludnoscia (chocby zatrudniali robotników i sluzbe). CK Austro-Wegry to przeciez patchwork rozmaitych ludów, opisywany tak trafnie przez pisarzy czeskich, wegierskiech, austraickich i polskich. Odczuwam zawód, ze autorka zupelnie zignorowala to zjawisko. Niby profesor historii  spólczesnej, a wykazala slepote czy gluchote na glosy Europy sprzed niespelna stu lat.

Bardzo byc moze, ze Yvonne Hirdman zakonczyla ta ksiazka swoje rozrachunki z matka. Nie uwazam jednak, zeby wykazala sie jako historyk – brak tu refleksji, osadzenia wydarzen w kontekscie historycznym czy komentarza odautorskiego. Nagradzanie „Czerownej hrabiny” za najlepsza faktografie roku to dla mnie zupelne nieporozumienie.

Mezczyzna namietny i wrazliwy-Tuwim

In Ksiazki, Polskie refleksje on 15 marca 2011 at 23:56

Julian Tuwim / Znów mi sie oczy Twoje przysnily… / 2004

Exegi monumentum…

Smutek mnie obrósl kamieniem

I trwam, wspaniale zalobny.

Kto ja jestem? Kamien nagrobny

Z wyrytym Twoim imieniem.

 

Och, zeby tak dostawac takie wiersze! Wiosna za progiem – no, moze za morzem, bo widzialam juz zdjecia wiosennym kwiatów z mojego macierzystego Krakowa. Chcialoby sie troche poezji – a tu rzeczywistosc skrzeczy czyli wkolo sami proazaiczni (i technicznie uzdolnieni) Szwedzi. O Tuwimie przypomniala mi wywiadem w GW jego córka, zyjaca podobno w tym samym co ja kraju. Zaskoczyla mniej jej opinia, ze Szwedzi wiersze, i owszem, czytaja. W jakich to podniebnych kregach ona sie obraca? A mówiac „podniebne” nie mam na mysli Christera Fuglesanda, pierwszego szwedzkiego kosmonauty i honorowego czlonka Zwiazku Inzynierów.

Zajrzalam teraz na glupiopedie, zeby przeczytac najnowsze opinie na temat poety. Niestety, odkrywczosci nie zanotowalam – powiedzialabym raczej, ze autor notki nie darzyl Tuwima specjalna sympatia. Zamieszczona zostala ocena, jakoby poezja Tuwima byla trudnodostepna. Czy autor mial na mysli wierszyk o panu kotku? Jak czytam Tuwima po latach zaskakuje mnie pomyslowisc i odkrywczosc lingistyczna. Mam wrazenie, ze nie byloby wspólczesnej polszczyzny bez niego. To on unowoczesnil nasz jezyk i podniósl z bogoojczyznianej mogily – co skad inad nawiedza nas cyklicznie. Ozywia mnie jesgo blyskotliwosc, brak sztampy, niewyczerpana, zdawaloby sie, kreatywnosc. Tuwim zostalby wspanialym autorem slownika / sajtu synonimów – a jak synomimu by nie znalazl, to by go zaraz wymyslil. Hej, gdzie sa dzis tacy cieci w riposcie interlokutorzy? Jego jezyk gietki plecie wiklinowe koszyki poezji, wypelnione fiolkami, bzami i mimoza.

Nie znam dokladnie kalendarium jego zakochan i odkochan. Poslowie zaczyna od Halinki Kon i dochodzi, ze zrozumialych wzgledów, do zony, Stefanii. Zrozumiale wzgledy to niewatpliwie wydawca, Fundacja „Pomoc spoleczna SOS” – na pomoc dzieciom (pisownia oryginalna). Fundacja ta powiazana byla, o ile dobrze doczytalam na necie, z osoba córki Tuwimów. O pani Stefanii wspominala tez Krzywicka w Gorszycielce – ze piekna, niedostepna (dla Julka) i nieczytajaca wierszy meza az do jego smierci. Dla niej bez watpienia napisane zostalo wiele wierszy mlodosci, a takze – polemizujace z „zona” – wiersze pózniejsze. Sa jednak jeszcze wiersze pisane, jak sadze, do przelotnych flam. Pan Tuwim musial miec niezly temperament, gdyz jego wiersze milosne pelne sa sensualizmu – i to nie tylko te mlodziencze, naszpikowane testosteronem. Pierwsze wiersze emanuja miloscia wielka, która zycie – i alkohol – zdaja sie korygowac. W tomiku to tylko wybór wierszy, niekoniecznie reprezentatywny, lecz odnosze wrazenie, ze wrazliwego poete Juliana musialo spotkac jakies rozczarowanie, gdyz w niektóre wiersze sa wrecz cyniczne. Pod koniec zycia pozostaje smutek i reflekcja – szkoda, ze ta sama wrazliwosc, która daje dar opisu w styku z brukiem zycia generuje depresje i ból. Sadze tez, ze codzienne zycie z tak namietnym mezczyzna musialo byc uciazliwe. Tuwim zdaje sie byc obdarzonym sporym apetytem na zycie, co robilo z niego zapewne trudnego partnera.

Na zakonczenie druga czesc wiersza „Jezeli”. Zycze wszystkim, a takze sobie, zeby ponizsza strofa nam sie w prawde sobrócila:

A jezeli cos? A jezeli tak?

Rozgolebia mi sie zorze,

Ogniem caly swiat zagorze

Jak czerwony mak,

Bo jesli tak,

No to…- Boze!!

Byc kobieta-Combüchen bis

In Feminizm, Ksiazki, moda, Szwecja on 14 marca 2011 at 15:58

Sigrid Combüchen / Spill / 2010 / audiobook

 

No nareszcie cos do czytania! Jako sierota po Conradzie balam sie juz, ze do konca zycia NIC mi sie nie spodoba – a tu taka mila niespodzianka. Spill zostal nagrodzony Augustem 2010 w kategorii „literatura piekna”, co niestety nie daje gwarancji czytalnosci. Niektóre „nagrodzone” zdaly mi sie zbyt pretensjonalne, niektóre gorsze od poprzedniczek spod tego samego pióra, a niektóre moze i fajne – natomiast literacko malo ciekawe. O pani SC pisalam juz raz – o pozycji, która tez byla nominowana do Augusta, ale go nie otrzymala. Moim zdaniem sprawiedliwie, gdyz Spillowi do piet nie dorata.

Ale po kolei. Najpierw tytul, który jest wyzwaniem dla tlumacza. W wolnym tlumaczeniu, znajac tekst i kontekst, mozna by go przetlumaczyc jako „Zmarnowane zycie” albo: „Zaprzepaszczona szansa” albo: „Zycie jakie jest a jakie by byc moglo / powinno”. Samo „spill” znaczy: odpad, strata, ubytek. Sprawa traktuje o kobiecie, Hedvig czyli Heddzie i mozna spokojnie mówic o feministycznych pogladach autorki – choc nie wiem czy ona sama tak by to okreslila. Swoja droga ciekawe by bylo, dla zachowania równowagi, przeczytac podobna ksiazke napisana przez mezczyzne: z czego musza zrezygnowac mezczyzni w swoim zyciu? Na ile te zaprzepaszczone szanse sa dla nich wazne? Moze bylaby to ksiazka tylko na pól strony – choc znam mezczyzn, na których glowie wczesnie znalazl sie obowiazek utrzymania rodziny i to nie tylko tej najblizszej.

Duzo latwiej pisze sie o ksiazkach, które sie nie spodobaly – a tu same, w moich oczach, superlatywy. Bardzo lubie sposób opisywania Szwecji przez Sigrid. Postrzega te zjawiska, na które i ja zwracam uwage, Znajduje w nich ich szwedzkosc – tak odrebna od tego co przecietny Svensson uznalby za szwedzkie. Uwazam, ze urodzona w Niemczech i nie deklarujaca swojego feminizmu Combüchen pisze bardziej szwedzkie i feministyczne ksiazki niz urodzona w Szwecji Yvonne Hirdman (wlasnie ja czytam), laureatka Augusta za faktografie, pracujaca jako profesor gender studies. Recenzje zebral Spill nadzwyczaj pozytywne – natomiast zwykly czytelnik zrejterowal. Czytalam na necie wypowiedzi rozczarowanych szwedzkich czytelników i nie potrafili sie oni odnalezc z konstrukcji ksiazki. Przecietny Szwed ma stopien zlozonosci konstrukcji mentalnej typu zlozonosc konstrukcji mlotka. Musi wiedziec gdzie poczatek, a gdzie koniec, pochodzenie (najlepiej robotnicze) rodziny z miejscem zamieszkania  az do czwartej generacji. Tymczasem Sigrid utkala intryge. W ksiazce wystepuje postac pisarki, która nazywa sie…Sigrid Combüchen. NIE jest to jednak alter ego pisarki – moze tylko do pewnego stopnia. Prawdziwa pisarke mija Hedvig raz tylko, jak zapocona, w dresie –  po przebiezce – Sigrid gawedzi na ulicy z kolezanka.Wystepuje prawdziwa Hedvig Langmark, ale tez i mloda Hedda, bohaterka powstajacej ksiazki, wymyslonej przez Combüchen. Akcja powiesci skacze w czasie: czasami ukazuje zycie wymyslonej Combüchen w latach dziewiecdziesiatych, czasami oddaje zycie wspólczesnej Hedvig w Hiszpanii, czasami wraca do jej mlodosci – podajac czesciowo fakty, a czesciowo dopisujac mozliwy przebieg jej zycia. Jakby nie bylo Hirdman po Combüchen smakuje jak chleb ze zmielonej kory brzozowej po chruscie mojej babci.

Mozna tez ksiazke odebrac tak jak ja to zrobilam, jak opowiesc o historii Szwecji i uwarunkowaniach kobiet. Nie tych eksponowanych chetnie przez tubylców czyli robotnic i chlopek, lecz mieszkanek akademickiego miasta Lundu. Opowiesc o córce dunskiej majetnej panny z przeszloscia (o której sie nigdy nie mówi) i posledniego dyrektora banku. Matka raczej niezwykla, o artystycznym duchu, wniosla sporo pieniedzy do zwiazku – a nastepnie poddala sie roli matki czworga dzieci i zony egoistycznego, zle plasujacego majatek i malo inteligentnego czlowieka. Jej rodzina obfituje w ciekawe niewiasty, takie jak wlasna matka, zamawiajace buciki na miare czy kuzynka Heddy, Daisy, która zawarla pakt malzenski zakladajacy mozliwosc rozwoju obojga malzonków. Odnosze wrazenie, ze Combüchen interesuja glównie kobiety i to przez ich losy oddaje stosunki spoleczne oraz zachodzace przemiany. Kolezanka Heddy, Dagmar, wychodzi za maz zaraz po maturze za asystenta, zapatrzonego w jej ojca-profesora. Brat Heddy laczy sie z „malzenstwie sztokholmskiem” ze starsza od siebie kobieta, która samodzielnie wychowuje córeczke i deklaruje brak milosci do niego – a nastepnie zostaje lekarzem ginekologiem. Wlascicielka szkoly kroju i szycia (zwanej szumnie „akademia”) jest nie tylko kreatorka mody, ale tez i sprawna businesswoman – a przy tym nazistka. Drugi brat Heddy zeni sie w koncu z Karin, córka fabrykanta i wspinajaca sie po szczeblach kariery lekarka. Nie udaje sie tylko Heddzie – choc na ten temat panuja rózne opinie. Sama Hedda walczy o prawo uznania dla swojego zyciowego dorobku i nie uznaje straconych szans za niepowodzenie. A jakie szanse miala Hedda? Patrzac z boku zostala wyposazona przez nature wyjatkowo szczodrze: nie zaznala biedy, zdala mature z wyróznieniem, byla piekna kobieta, zaczela robic kariere filmowa, dysponowala talentem manualnym i kreatywnoscia w zarówno pracach recznych jak i kulinarnych. Byla niewatpliwie najbardziej zdolna z czwórki dzieci – a spotkala sie z najmniejszymi oczekiwaniami ze strony rodziców. Rodzice Heddy, okreslani w szwedzkich recenzjach jako góra klasy sredniej, spodziewali sie po niej jedynie zamazpójscia. Odpowiedniego, rzecz jasna. I Hedda, mimo krótkiego okresu buntu i niepoddawania sie presji rodzinnej takiego wyboru dokonala – mimo propozycji filmowych i biznesowych (prowadzenie atelier mody razem z zalozycielka „akademii”).

A wszystko zaczelo sie od zdjecia – które ksiazkowa Sigrid znalazla w kupionej w antykwariacie skrzynce szpargalów. Bylo to zdjecie Heddy z rodzina – i takie same fotograficzne szczególy charakteryzuja cala powiesc, stanowiac o jej niepowtarzalnym charakterze. Autorka opisuje dokladnie widok „profesorskiego miasta” w Lundzie, menu obiadów, detale garderoby, topografie Sztokholmu, poczatki szwedzkiego filmu (klaniaja sie studia filmoznawcze autorki). Historie Heddy mozna strescic na paru stronach, natomiast wlasnie te opisy: jak ludzie zyli, jak mieli umeblowane domy, jak i gdzie jadali, jak wygladala rodzina, jakie sciezki kariery byly dostepne dla kobiet i mezczyzn, jak sie leczylo choroby, jakie sie dawalo pierscionki zareczynowe. Z tematów wiecznie zywych fenomenalne opisy przebudzenia seksualnego i pierwszych doswiadczen milosnych Heddy (podobno zbyt smiale dla jednego, starszego recenzenta).

Z kolei we wspólczesnych scenach fantastyczny opis „cichego przedzialu” w pociagu, gdzie niby wszyscy chca miec cicho, ale glównie ze stronny innych. I az mi glupio, bo nie moge wpasc na zadna slaba strone Spillu. To jest na prawde Literatura Wspólczesna – z bogactwem i zróznicowaniem stosowanego slownictwa, bez wulgaryzmów i bez wulgarnosci. Combüchen nie medrkuje, nie poucza, nie epatuje; pozwalajac czytelnikowi wyciagac wlasne wnioski. A przy okazji jak ona opowiada!

Nie moge zapomniec jeszcze o podtytule ksiazki, który narobil niezlego rabanu. Chodzi o „damroman” czyli „powiesc dla pan”. Nawiazuje do pogardliwego okreslenia dunskiego celebryty XIX wieku, Carla Brandesa o prozie Victorii Benidicsson. Krytyk byl bratem jeszcze wiekszego celebryty, Georga B., z którym laczyl Benidicsson nieszczesliwy romans. Odnosze wrazenie, ze to wlasnie po nazwaniu „damroman” prozy Benedicsson, bedacej pionierka feminizmu w Szwecji, nieszczesniczka popelnila samobójstwo (które z kolei zainspirowalo Strindberga do samobójstwa Panny Julii). W kazdym razie jest to zamierzona prowokacja, gdyz literatura „dla dziewczat”,. „kobieca”, „menstruacyjna” czy jak tam jeszcze zwali uwazana bywa za gorsza. Poza tym szalenie mi sie podoba, ze Combüchen pokusila sie o nakreslenie sylwetki kobiety pieknej i eleganckiej, a jednoczesnie uzdolnionej intelektualnie (musialam dodac „intelektualnie”, poniewaz aborygeni uwazaja zdolnosci ruchowe takze za rodzaj inteligencji). W Szwecji panuje poglad, ze kobieta w spódnicy i makijazu na pewno ma intelekt pierwotniaka. Panny madre odziewaja sie w siermiezny worek i walonki. Hedda natomiast miala potencjal chirurga i zamilowanie do kreacji Elsy Schiaparelli – to dla wspólczesnej Szwedki takze silna prowokacja.

Nie wiem kto i kiedy Spill na polski przetlumaczy – a ksiazki tak wartej przetlumaczenia szukac ze swieca. Autorke mozna zobaczyc sobie tu – Sigrid z wizyta w filii bibioteki w Halmstad: http://www.halmstad.se/upplevagora/bibliotek/handerpabiblioteken/filmarkiv.4252.html#h-SigridCombuchen

Witajcie w Szwecji! – opus drugie

In Grupa Sieciowa, Polskie refleksje, Szwecja, Szwedzki Zwiazek Inzynierow on 13 marca 2011 at 15:28

Czas mnie goni, a zwlaszcza gonia mnie ksiazki, które czytam i o których chcialabym opowiedziec. A tu obiecalam sobie, ze w ramach szwedzkich reminiscencji – bo tak sie oficjalnie mój blog nazywa – podziele sie nastepnym swednewsem.

 

Jak juz wspominalam rok temu jestem aktywnym czlonkiem Grupy Sieciowej czyli jednej z korporacji wyborczych w ramach Szwedzkiego Zwiazku Inzynierów (Sveriges Ingenjörer). Gruppa Sieciowa to glównie kobiety, choc w ramach rówmouprawnienia zaprosilysmy do wspólpracy takze paru (mlodych) mezczyzn. Wspólnie zastanawiamy sie jakby tu ulepszyc prace zwiazku, zeby kierunki jego dzialania odzwierciedlaly zmiany zachodzace w spoleczenstwie. W Szwecji zwiazki sa silnym partnerem na rynku pracy i maja dluga tradycje – Sveriges Ingenjörer obchodzi w tym roku 150-lecie istnienia. Jest polaczeniem tradycyjnego zwiazku z organizacja techniczna typu NOT – nigdy nie rozprowadzal wczasów pracowniczych, natomiast negocjuje co roku wysokosc podwyzek i dba o dobre imie inzyniera. Ma ambicje uczestniczenia w debacie publicznej, zwraca uwage na role inowacyjnosci i rozwoju technicznego.

Znnalazlam sie w GS dlatego, ze – zachecana przez znajomego dzialacza – napisalam wniosek na walne zgromadzenie. Poradzilam sie znajomego urzednika, który potwierdzil moje przypuszczenia, iz latwiej bedzie mi przepchnac wniosek jak znajde sobie sojuszników. Choc nikt mnie o to nie prosil samorzutnie postanowilam zwrócic uwage na nierówne szanse inzynierów urodzonych i / czy wyksztalconych zagranica. To nie Stany – zaden pracodawca nie wezmie pracownika na próbe na tydzien, zeby sie wykazal, bo przepisy nie pozwalaja na to. Dodatkowo dochodzi autentyczne przekonannie Szwedów, ze moze i potrzeba jest matka wynalazku, ale jej ojcem jest zdecydowanie szwedzki inzynier. Szwedzi sa z natury uzdolnieni technicznie, za to rzadko posiadaja zdolnosc abstrakcyjnego myslenia i miewaja problemy w sytuacji wymagajacej improwizacji – w czym my z kolei jestemy swietni. Ta odmiennosc rodzaju zdolnosci oferowanych pracodawcy zwana jest tutaj „róznica kulturowa” i uwazana jest za przeszkode nie do pokonania. Dlatego inzynier o obcym nazwisku nie zostanie wezwany na interview, dostanie prace ponizej kwalifikacji, a na pewno juz gorsza pensje. Odbija to sie tez na drugim pokoleniu imigrantów – dzieci nie ida na studia techniczne, gdyz widza, ze maja gorsze szanse. Wszystko to mimo zobowiazania do wzajemnego uznawania wyjsztacenia wyzszego w ramach UE.

Dwa lata temu napisalam wiec wniosek, skonsultowalam z urzednikiem Zwiazku, poddalam pod dyskusje GS. Wniosek okrojono,  ale uznalam to za cene uzyskania poparcia korporacji, która bedzie wniosek przepychac na walnym zgromadzenia. No i przepchala jesienia 2009 – a potem stracila zainteresowanie. Tymczasem ja nadal czekalam na wynik moich niezwykle oswieconych mysli i rok temu spotkalam sie z urzednikiem w stolicy. Sprawa czekala na utworzenie odpowiedzniego ciala – i tu zaoszczedze wszystkim opisów biurokratycznych cwiczen przy biurku. Mniej wiecej dwa lata od zaswitania idei biurokratyczna maszyna wyplula plan dzialania Zwiazku – i powiem szczerze, bylo to zuppelnie cos innego niz artysta (czyli ja) mial na mysli!

 

Aby aktywnie wesprzec swoich czlonków urodzonych, wyksztaconych zagranica Szwedzki Zwiazek Inzynierów przeprowadzi nastepujace kroki:

  1. W roku 2012 tresc sajtu Zwiazku przetlumaczona  zostanie na jezyk angielski (co w zasadzie jest krokiem spelniajacym postulaty wniosku pewnego Hindusa z roku 2010)
  2. 21 wrzesnia zostanie zorganizowane 45-minutowe szkolenie dla pracowników kancelarii. Tematem tego szkolenia bedzie kwestia powitania czy tez przyjecia czyli jak pracownicy kancelarii maja sie zachowac w chwili kiedy dzwonia do nich czlonkowie urodzeni zagranica.
  3. „Gotowy produkt na sajcie” – urzednik ma opisac trzy lub cztery przyklady udanych projektów mentorskich (przeprowadzonych niekoniecznie przez Zwiazek, lecz np.finansowane przez UE)
  4. Urzednik napisze plan projektu, w którym tzw. karriärcoach (krytykowana obecnie instytuacja majaca byc lekarstwem na wszystkie bolaczki szwedzkiego rynku pracy) bedzie dostosowany do potrzeb czlonków urodzonych zagranica – ale tylko w obrebie Sztokholmu.

 

No i co Wy na to? Ja bylam zalamana. Grupa Sieciowa uzgodnila, ze poczekamy jeszcze pól roku i zobaczymy co sie zdarzy. Na realizacje oczekuja takze moje propozucje uznane przez zarzad za ciekawe. Sadze jednak, ze inercja urzedników kancelarii stanowi skuteczny filtr. Kancelaria zyje swoim wlasnym zyciem i niezaleznie od tego co do niej wejdzie, to wyjdzie po pierwsze niewiele, a po drugie zuzpelnie nie to co autor wniosku postulowal.

Horror, horror, horror – zeby znowu zacytowac zacnego Kurza.

Na zakonczenie moje pomysly z tzw.skrzynki propozycji, zaakceptowane juz przez zarzad i czekajace na rozpatrzenie przez kancelarie:

  1. Gwarancja Zwiazku w stosunku do czlonków urodzonych zagranica. Zachecenie pracowdawców do zatrudniania obcokrajowców przez oferowanie mediacji w przypadku wystapienia oslawionych „róznic kulturowych”.
  2. Zorganizowanie tzw. seach conference miedzy pracodawcami, pracobiorcami i zwiazkami – zeby umozliwic dialog miedzy stronami i zidentyfikowac nekajace je problemy.
  3. Uruchomienie czatu na sajcie Zwiazku jako forum, gdzie pracodawcy, pracobiorcy i ich ich koledzy moga sie wypowiedziec i nawiazac dyskusje.

 

Pomysl, który jeszcze nie zostal oceniony przez zarzad:

Jednostronicowy anons w czasopismie „Ingenjören”, gdzie Zwiazek podpisuje apel o zatrudnianie swoich czlonków urodzonych / wyksztalconych zagranica.

Na oslodzenie gorzkiej pigulki, jaka zdaje sie wspólpraca z kancelaria Szwedzkiego Zwiazku Inzynierów typowe szwedzkie zapustowe wypieki mojej kolezanki, Ali:

Witajcie w Szwecji!

In Feminizm, Polskie refleksje, Szwecja on 11 marca 2011 at 15:21

Dla urozmaicenia zycia – swojego i czytelników – postanowilam wprowadzic cykl pt. „Witajcie w Szwecji!”. Wiele osób pyta mnie od czasu do czasu co i jak w kraju Szwecja. Wszystkich tematów nie wyczerpie i koncentrowac sie bede na ciekawostkach, które mnie dotykaja, zaciekawiaja badz obruszaja. W kazdym wypadku uzupelnienie wiedzy zamieszczonej w przewodnikach po kraju – obraz Szwecji od wewnatrz widzianej  polskimi oczami. 

  1. Seans w klubie filmowym.

 

Jedna z fajnych rzeczy w moim malym miasteczku jest klub filmowy. Jestem jego czlonkiem od lat i znam niezle organizatorów. Ostatnio odbyla sie projekcja wloskiego filmu o rodzinie, w której dwóch synów i nastepców wlasciciela imperium makaronów okazalo sie homoseksualistami. Film cieply, z duza iloscia wyeksponowanego jadla. Przy wyjsciu z kina zaczepia mnie jeden z organizatorów klubu, filmowiec Thomas. „Polacy to dopiero sa homofoby!” . Czeka, zwarty i gotowy, jak przejde do defensywy i bedzie mógl odpowiedziec przygotowanym juz atakiem werbalnym. Znam go od wielu lat, razem bylismy w Olsztynie, gdzie byl przyjmowany z honorami. W jego szkole edukuja sie polscy uczniowie. Nie dalam sie sprowokowac do wiodacej donikad dyskusji, tylko sie zgodzilam z przedmówca i dodalam, ze na dodatek katujemy dzieci i dyskryminujemy niskich w okularach (Thomas). Takie napasci na Polaków i Polske przezywam regularnie.

  1. Znalezienie lekarza-specjalisty

 

Znalezienie lekarza specjalisty w mojej okolicy graniczy z cudem. Na cale szczescie rzadko potrzebuje. Tej jesieni jednak dopadly mnie zmiany skórne. Niewielkie, ale uciazliwe. Swój kontakt ze sluzba zdrowia zaczelam w niedziele. Szwedzka specjalnoscia staly sie obecnie diagnozy przez telefon. Pierwszy telefon – diagnoza wstepna, ale dowiedzialam sie, ze mój osrodek ma duzur. Drugi telefon – osrodek odmawia przyjecia mnie. Pielegniarka twierdzi, ze jest wysoko wyspecjalizowana w stawianiu diagnozy przez telefon. Diagnoza okazuje sie bledna, wiec wizyta u lekarza. Mój rumunski lekarz na urlopie, przyjmuje mnie rozczochrana i ziewajaca Azjatka. Patrzy z obrzydzeniem z odleglosci paru metrów. Zapisuje antybiotyk i daje masc do smarowania pupy niemowletom. Po zakonczeniu antybiotyku zmiany wracaja ze wzmozona sila. Wdzieram sie do rumunskiego lekarza, który nie ma pojecia co mi dolega. Wymoglam natychmiastowe skierowanie do skórnika. Tym razem Dunczyk. Dermatolog nie ma pojecia co mi sie zrobilo i zapisuje konska kuracje antybiotyku. Pochwala mnie za stosowanie gencjany, która staje sie nowatorskim lekarstwem w Szwecji. Po zakonczeniu antybiotyku zmiany wracaja. W miedzyczasie kuzynka z Warszawy oferuje posrednictwo do polskiego skórnika. Polski dermatolog, jako pierwszy lekarz, odpowiada na wszystkie moje pytania i sugeruje jakie lekarstwo stosowac. Egzekwuje recepte od rumunskiego lekarza. Zmiany ustepuja. Zgodnie z sugestia polskiego dermatologa prosze o skierowanie na testy alergiczne. Rumun wysyla skierowanie do zlego szpitala, na co wpadam przez przypadek. Rumun wysyla skierowanie do dobrego szpitala. Przychodzi wezwanie na wizyte…za cztery miesiace. W szpitalu wita mnie tym razem czarny doktor. Zna nawet pare polskich slów – cóz z tego jak wyprasza mnie za pare minut. Zdazyl tylko zapytac po co stosuje kosmetyki skoro tak ladnie wygladam. Pielegniarka wyjasnia, ze „pan doktor nie ma czasu”. Testy planowane za miesiac – tylko podstawowe, choc polski lekarz sugerowal podstawowe plus kosmetyczne. Za kazda wizyte place – u specjalisty kosztuje sporo. Wiec jakby ktos narzekal na polska sluzbe zdrowia to niech sie zastanowi! Sama mialabym blizny na twarzy gdyby nie porada polskiego specjality. Cdn.

  1. Prasówka samolotowa – czesc pierwsza

 

Na lot ze Sztokholmu pobralam komplet gazet. W tym popoludniówke Expressen. Niby zeruja na sensacji, ale udaje im sie czesto dojsc po nitce do klebka. Tym razem mile zaskoczenie – wita mnie artykul Juli Zeh.

 

Po nim wiadomosci szwedzkie: zwiazki zawodowe zakazaly rozmowy w jezykakch ojczystych podczas przerw w pracy. Sprawa dotyczy kierowców w miescie Jönköping. Przewodniczacy zwiazków uwaza, ze w jadalni powstaje „kakofonia”, obcokrajowcy mówia glosno i gestykuluja. Przerwy w pracy naleza  do szwedzkiej kultury i obcokrajowcy te kulture obrazaja siadajac oddzielnie i nie rozmawiajac po szwedzku. Sek w tym, ze szwedzcy koledzy nie pala sie do rozmowy z kolegami z pracy, którzy urodzili sie w innym kraju i ich po prostu ignoruja. Jednak na wniosek zwiazku poproszono zatrudnionych o podpisanie lojalki, gdzie zobowiazuja sie rozmawiac w pracy wylacznie po szwedzku. Czesc podpisala, ale sprawe naglosniono i kierownictwo przedsiebiorstwa wycofalo sie z inicjatywy. Kierowcy sie ucieszyli.

 

  1. Prasówka samolotowa, czesc druga

 

Dostalam tez na droge Newsweek’a. Lecialam zaraz po dniu kobiet, wiec znakomite zestawienie 150 kobiet, które wstrzasnely swiatem. Sa te ogólnie znane i te nieznane nam w Europie. Zakomita inicjatywa!

Salon odrzuconych-Hanif,Stott

In Ksiazki on 5 marca 2011 at 15:00

D’après Conrad nie tyle potop, to pustka. Co siegne po ksiazke, to mi sie nie spodoba. Na cale szczescie wypozyczylam w piatek nastepne audio, które sie „wykazalo” – recenzja po wysluchaniu calosci. W miedzyczasie zapraszam do salonu odrzuconych czyli na bardzo krótka prezentacji pozycje pozycji,  które mi teraz zdecydowanie nie podeszly.

Na pierwszy ogien Mohamed Hanif „Wybuchowe Mango”, 2009. Zlakomila mnie okladka, barokowa w wyrazie.  Lubie tez owoce mango, a w sklepach sieci Mango znajduje od czasu do czasu interesujace odzienie. Niestety, nadzieje moje plonne! Bo w ksiazce nic o owocach, nic o ptaszkach ni fatalaszkach. Antypody, rzecz by mozna: calosc traktuje o meskich koszarach wojskowych w Pakistanie. O mustrze, areszcie, broni, cwiczeniach, przesluchaniach, inwektywach, smrodzie, hierarchii, dryllu itp. Zaden wojak Szwejk nie nadaje ludzkiego wymiaru wojskowej paranoi. Przeczytalam tylko poczatek, ale nijak nie moge znalezc obiecywanej przez wydawnictwo Znak: „opowiesci, w której zbrodnia, intryga i prywatna zemsta lacza sie w inteligentna, skrzaca sie czarnym humorem historie o religii, przeznaczeniu i kulisach przewrotów”. Never mind me, ale dla mnie wojskowe dowipy o tym, ze beduini wyposazeni zostali prz Matke Nature odpowiedniej dlugosci przyrodzeniem, zeby podolac poteznym posladkom swoich kobiet nie skrza sie bynajmniej ani inteligencja, ani humorem.  Zacytuje za to fragmenty dotyczace katastrofy samolotu, w której w 1988 zginal przywódca Pakistanu, general Zia ul-Hak razem ze smietanka swojego sztabu.

Eksperci medycyny wojskowej w Lockheed beda pozniej skladac roztrzaskany samolot z powrotem w jedna calosc i odtwarzac mozliwe scenariusze, próbujac znalez klucz do rozwiazania zagadki – jak to mozliwe, ze supersprawny C-130 runal w dól jak kamien zaledwie cztery minuty po starcie. Astrologowie beda prezentowac swoje przepowiednie na sierpien 1988 i winic planete Jowisz za katastrofe, w której zgineli najwazniejsi pakistanscy wojskowi

W „The New York Timesie” pojawia sie dwa felietony, a synowie ofiar wniosa do sadu odpowiednie wnioski, po czym dostana lukratywne posady w ministerstwach. A ludzie powiedza, ze ta sprawa to najwieksze matactwo od czasów ostatniego najwiekszego matactwa.

We wraku samolotu nie znaleziono cial. Nie bylo w nim – jak utrzymywalo wojsko – meczenników o jasnych czolach ani zdeformowanych postaci, których widok przerazilby telewidzów czy ich wlasne rodziny. Szczatki. Odnaleziono szczatki. Czesci ludzkich cial rozrzucone wokól fragmentów samolotu, zweglone kosci wtopione w kawalki zmiazdzonego metalu, zmasakrowane konczyny i twarze zamienione w grudy rózowego miesa. Nie mozna miec pewnosci, ze trumna, która zakopano na cmentarzu Arlington, nie kryla w sobie szczatkow generala Zii, a ludzkie resztki zlozone w meczecie szacha Faisala w Islamabadzie nie nalezaly kiedys do najjasniejszej gwiazdy Departamentu Stanu.

Dla wyjasnienia watpliwosci i dla tych, którzy znajduja paralele z rokiem 2010, zaznacze, ze oryginal „Wybuchowego manga” wydany zostal w roku 2008.

Nastepna odrzucona jest, gwoli parytetom, kobieta: Rebecca Stott i audiobook „The Coral Thief”. Wysluchalam z trudem pierwszego krazka, stwierdzilam, ze jezykowo to zdecydowanie nie Conrad, ze tresciowo do Conrada przyslowiowe dwiescie mil do domu. No wlasnie, do domu Rebecca – ami go home! Czemu teraz wszyscy pisza ksiazki? Ta pani jest podobno profesorem literatury angielskiej i „kreatywnego pisania”. Sorry, Ms Stott – chyba sie nie polubimy. Bo znowu padlam ofiara zamilowania do ladnych okladek – choc przyklad Rylskiego powiniem mnie byl nauczyc rozumu. Nastepny raz zrobie eksperyment i rozejrze sie za najbrzysza okladka w bibliotece. Hanifowi i Stott na zlosc.

Dopiero piszac ten teskt zauwazylam na dobre nazwisko tej pani – i zrozumialam, ze powinno mnie bylo odstreczyc od razu. Bo po szwedzku, wklejam z sajtu z synonimami:, stött znaczy tyle co:

  förnärmad, sårad, förolämpad, förorättad, stucken, pikerad, sur, purken, putt

 No i sprawa sie wyjasnila! Zlodzieja korali napisala pani Obrazona, Zraniona, Nie-w-humorze, Zniewazona itp.  Choc dla niepoznaki usunela umlaut w nazwisku i tak ja rozpoznalam – po owocach (pracy).

Wniosek ogólny z dzisiejszego salonu odrzuconych: nie kazdy owoc jest owocem mango, nawet jak sie za niego podaje.

Conrad niczym Baczynski-Heart of Darkness (audio)

In Ksiazki on 2 marca 2011 at 12:13

Cytuje z pamieci:

Policjant Kask: Niedzwiedz idzie nie w noge

Niedzwiadek Nalle: To porcelinicjant idzie nie w noge!

 Gösta Knutsson, „Nalle, wesoly niedzwiadek”

Tym razem to ja ide nie w noge – Jadro ciemnosci przetoczylo sie juz przez blogosfere wpisem u czytanki-anki i lirael. Jako internetowy epigon  wybralam audiobook w oryginalnym jezyku i jestem z tego wyboru wiecej niz zadowolona. Nie bede tu streszczac akcji ani wypowiadac sie na tematy, które zostaly omówione czy przedyskutowane do imentu na innych blogach – raczej zamieszcze garsc osobistych uwag i odczuc.

Uwaga pierwsza: umieszczanie JC (Jadra ciemnosci; Josepha Conrada) na liscie lektur szkolnych to jakas pomylka. Conrad byl osoba o duzym i burzliwym doswiadczeniu zyciowym, na dodatek przekonanym o zlym usposobieniu z natury czlowieka. Normalny uczen moze najwyzej odczytac scenerie albo sledzic przebieg podrózy Marlowa – natomiast – i oby tak byla jak najdluzej – nie ma wlasnych doswiadczen z sytuacji ekstremalnych. Brakuje mu zatem punktów odniesienia.

Uwaga druga: jako milosnikowi zwierzat odczuwam brak reakcji pisarza na zabijanie sloni. Pisze o pozadanej kosci sloniowej, natomiast nie zajaknie sie nigdzie, ze na koncu kazdej kosci znajduje sie slon. Zywy. Kiedys, bo potem zabity dla tej kosci. Horror, horror!

Odczucie trzecie: od dziecinstwa, kiedy uslyszalam „Ocalenie” w wydaniu dzwiekowym zauroczyl mnie styl opowiadania Korzeniowskiego. Sluchajac jego tekstu oczami duszy mojej widze morze, przyrode, wulkany, Malajów czy owe zakrwawione kly slonia. Kocham plastycznosc jego opisów, które przypominaja mi obrazy wyczarowywane w wierszach Krzysztofa Kamila Baczynskiego – w zasadzie moglabym tu powolac sie na wiekszosc z nich. Wybralam taki, który od biedy móglby byc opisem Jadra ciemnosci:

Dzień kołysał.

Dzień jak statek kołysał hosanna,

statek z blachy czy z drzewa płynął

nocą do różowego rana.

Już wtedy były wyspy

uśmiechnięte kłami słoni,

……

W jakiś październik czy grudzień,

właśnie dzień był od wiatru wydęty jak dziś,

jak żagiel.

Szli ludzie,

a ręce mieli płomienne i nagie,

jak oczy, które spojrzały w śmierć,

szli ludzie,

których groza zjeżyła jak

sierść

Fragmenty Autobiografii

 

Podobny zabieg stosuje Conrad w swojej prozie – najpierw kresli fantastyczna scenerie, niezwykle sensualna, taka o wyciagniecie reki – a potem nagle wprowadza, metoda kontrastu, element grozy i przemocy. Conrad dojrzaly na morzach i oceanach wyraza sie podobnie jak poeta przedwczesnie dojrzaly wojna.

Wniosek numer cztery – nawet wszechogarniajace zlo nie zdejmuje z czlowieka odpowiedzialnosci za jego indywidualne decyzje. Marlow mógl w zasadzie zostac post-Kurzem i wcielic sie w jego postac. Wybral jednak zachowanie przyzwoite (wielce brytyjskie). Notatek zmarlego nie oddal w rece pracodawcy. Spotkal sie z narzeczona Kurza i taktownie pozwolil jej zachowac dobra pamiec o nim. Gentleman w kazdym calu, indeed.

Wniosek numer piec – Conrad obnaza oswieceniowy mit Zachodu, ze edukacja i kultura nas cywilizuja. W ekstremalnych warunkach moze z kazdego wyjsc przyslowiowe „zwierze” (przepraszam wszelkie zwierzaki za porównanie).

Obserwacja numer szesc – JC bardzo wyraznie ilustruje jak to w kazdym mieszcza sie najszlachetniejsze i najbardziej podle pierwiastki. Trudno okreslac kogos jako osobe wylacznie pozytywna badz zdecydowana kanalie – bo nigdy tak do konca nie wiadomo, który element by w kims przewazyl. Conrad, podobnie jak Singer, sklonny jest przychylac sie do tezy, ze ten zly. Nie daje tez jednoznacznej odpowiedzi CO przewaza w ocenie czlowieka: czy to, ze byl zdolnym muzykiem lub dziennikarzem, czy tez to ze byl brutalnym przywódca?

Siedem – nie od dzisiaj wiadomo, ze wladza i chciwosc wystawiaja charakter czlowieka na próbe…

Odczucie numer osiem – wydaje sie, ze Kurz stwarza sobie sam konstrukcje myslowa, która pozwala mu odnalezc sie w obiektywnie chorej sytuacji, zaakceptowac ja i dzialac w jej warunkach. To rodzaj mechanizmu obronnego, pozwalajacego przetrwac i znalezc sens swojego dzialania. Sadze, ze podobny mechanizm uruchamiali w sobie np. SS-mani w obozach koncentracyjnych – tez czuli sie jak czesci wielkiej maszyny i dbali wylacznie o swoja wydajnosc, zeby maszyna dzialala bez awarii. Przekladajac na nasze czasu poczucie misji buduje sie u pracowników wielkich korporacji. Dzis Kurz pracuje w funduszach wysokiego ryzyka, nie plynie lodzia, lecz lata samolotami. Kroczy po trupach, terenach zanieczyszczonych i zostawia za soba wypalonych pracowników na (topiacym sie wskutem globalnego ocieplenia) lodzie. Kurz bedzie cenionym „wizjonerem” i szefem (chocby takim timliderem, jak to sie teraz w PL nazywa), zas Marlow wykona powierzone sobie zadanie i wróci w terminie do domu. Nauka plynaca z JC jest wyjatkowo gorzka: ludzie kochaja wizjonerów i to wizjonerzy pchaja swiat do przodu – przyzwoitym ludziom natomiast pozostaje tylko / az pozostanie przyzwoitymi.

Tu nasunelo mi skojarzenie. Niedawno ogladalam program dokumentalny o banku spermy w USA. Tzn. o dzieciach, które sie dogadaly, ze maja wspólnego biologicznego ojca. Ojciec pochodzil co prawda z upper middle, ale wybral zycie na kólkach w poblizu plazy. Kochal zwierzeta, chowal psy i opiekowal sie ulomnym golebiem. Czesc biologicznych dzieci przylecialo go poznac – a byl kiedys niezwykle pieknym mezczyzna, wiec dostali niezle geny. Niestety, tylko z jedna córka nawiazal nic porozumienia – reszta go sie wyraznie wstydzila. No bo kto by chcial miec dzisiaj za ojca swietgo Franciszka? Sadze, ze gdyby okazal sie charyzmatycznym prezesem wielkiej korporacji (Kurz) bylby bardziej popularny i móglby sie stac „wzorcem”. Pytanie tylko wzorcem czego? 

Reportaz do obejrzenia tutaj. http://svtplay.se/v/2320601/dox/donator_okand

Obserwacja dziewiata: narracja, narracja, Narracja, NARRACJA! Conrad pisze w sposób niezwykle zdyscyplinowany. Jak ma wymienic pare przyczyn, to mówi: przyczyna pierwsza, etcetera – i w ten sposób unika przegadania. Wspaniale sie go slucha.

Refleksja dziesiata i ostatnia: wplyw Conarada czuje sie wyraznie u wielu pisarzy. Jak dla mnie „konraduje” Graham Green (nie dotyczy to tylko tytulu „The heart of the matter”), Joseph Cronin i Ernest H. Sadze, ze wkrajach anglojezycznych stal sie wzorcem opisywania kultur obcych, zwlaszcza uznawanych (wtedy) za nizsze czy egzotyczne.

Uff, stary, dobry Józef K. Sama sie zadziwilam, ze tyle jeszcze mozna o nim napisac!