szwedzkiereminiscencje

Archive for the ‘Pamietnik’ Category

Imitacja – lament czytelniczy (i nie tylko)

In Ksiazki, Pamietnik on 6 czerwca 2015 at 20:08

cypel-sw-miguel-patron

W ”Drugiej bramie” pióra Haliny Górskiej kamerdyner Jan zwraca uwage malej Krysi, iz otaczaja ja nie tylko przedmioty autentyczne. Czesto pod dab czy krysztal podszywaja sie imitacje. Przedwojenna ksiazka, postmodernistyczna prawda. Niedawno nocowalam w zupenie nowym hotelu, gdzie stalowe krzesla byly ”patynowane” czyli pomalowane czesciowo na turkus – nie wiadomo, symbolizujacy odrapanie czy tez plesn? Boazeria udawala drewno wylowione z oceanu, zas szuflady komody wielkokrotne malowanie. Ladnie to na zdjeciu sie prezentuje – ale to droga imitacja tanich materialów.

sl-pokoj

Znieksztalcona niczym w Photoshopie Kim Kardashian imituje elegancka kobiete, wypomadowany bubek udaje polityka. Najgorzej, ze imitacje nie omijaja tez literatury. Od paru miesiecy nie pisalam na blogu, czekajac na lekture, o której warto bedzie wspomniec. No i w zasadzie nic – pomijajac ”The Snow Queen” Cunninghama oraz ”Sycamore Row” Grishama. Wiekszosc zachwalanych przez kolorowe magazyny pozycji zdecydowanie nie nadaje sie do czytania. Nawet Houllebecq postradal zjadliwa sile razenia. Moja irytacja osiagnela (jak widac) apogeum w tym weekendzie. Zaczelo sie niewinnie: postanowilam posluchac jakiegos bestsellera. Glówna bohaterka wspomina luksusowe okolice NY i narzeka na cieplego szampana – ziew, nuda kompletna, nie da sie sluchac. Lysy niemiecki autor podszywa sie na dodatek pod mloda Amerykanke. No, to – mysle – skoncze moze Siri Hustvedt, zaczeta na wakacjach w Portugalii. Siri, autorka wspanialego ”Co kochalam” oraz mozliwego do przeczytania ”Lata bez mezczyzn”. No i co teraz napisala? Jakis falszywy dokument, na dodatek na pare rak; jakby cierpiala na rozszczepienie osobowosci. Wlasciwie ksiazki czytac nie trzeba, bo teza jest wylozona od razu na wstepie: bardziej ceni sie meskich artystów – zgadza sie. A tymczasem Siri pisze jako niedoceniona artystka, jej córka oraz syn, kobieta dzienikarka, mezczyzna dziennikarz, psychoterapeutka, mezczyzni artysci itd. itp. Nawet niedoceniona artystka nie jest opisywana wprost, lecz Hustvedt fabrykuje jej fragmentaryczne domniemane pamietniki. W dodatku wiekszosc napisana pretensjonalnym zargonem. Czemu uzdolniona pisarka po doktoracie udaje plastyczke udajaca trzech plastyków?

cypel-kwiecie

Postanowilam sie pocieszyc Cunninghamem, skoro ”Królowa sniegu” tak mu sie udala, o niezapomnianych ”Godzinach” juz nie wspominajac. ”Kiedy zapada noc” – jak na ironie – komponuje sie jako dopelnienie ”Wspanialego swiata” Siri. Glówny bohater to galerzysta – i znowu belkot na temat sztuki, przy której Damian Hirst wydaje sie klasykiem. Cunningham kokietuje blyskotliwa znajomoscia literatury oraz historii sztuki – ale po prawdzie ile osób identyfikuje sie z upapranym w sobie facetem w mokasynach od Prady?

m-w-hamaku

Gdzies jest zycie, gdzies jest Azja i Afryka. Na poludniowym przyczólku Europy znowu dzisiaj wylowiono czterystu Erytrejczyków. W Sztokholnie oblano romskich zebraków zraca substancja. Ja sie pytam: gdzie szukac literatury, która opisuje nasze losy wspólczesne, wpisujace sie w uniwersalna narracje o czlowieku? Bo na pewno nie w ksiegarni.

Karnet zimowy

In Film, Ksiazki, Pamietnik, Przywracanie pamieci, Sztuka, Szwecja on 6 lutego 2015 at 18:53

Ostatnio nie narzekam na brak kultury w moim zyciu – choc niekoniecznie to tylko przygoda literacka.

vbg-zima-wietrzna

Bawiac w Krakowie odwiedziłam retrospektywna wystawe malarstwa Olgi Boznanskiej i zachwyciłam się przedstawiona tam galeria portretów. Wiele z nich wywarlo na mnie wrazenie nie tylko ze względów artystycznych, ale glównie ze względów historycznych. Ilez wspaniałych, acz nieco zapomnianych, postaci miała okazje uwiecznic! Jakie ciekawe i miedzynarodowe zycie wiodła i ona, i jej modele. Poza Olga zainteresowala mnie wystawa o „Micie Galicji”, o którym już parokrotnie na lamach blogu wspominałam. Wystawa ciekawa i zróznicowana, z dawnymi granicami i topografia naszkicowana pod stopami. No i kino: „Bogowie” oraz „Ida”. Oba filmy spodobaly mi się, choć każdy inaczej. Z ciarkami na plecach czekam na werdykt Oscarowego jury, podzielając z lekka obawy co poniektórych ugrupowan (dalekich mi politycznie) o wydzwiek filmu. Wczoraj pokazywano „Ide”  w tutejszym klubie filmowym, podczas gdy ja wlasciwa zwiedzałam wnetrza dwudziestotonowych pojazdów opancerzonych, w ramach związkowej wycieczki badawczej (sic!).

Skoro już o klubie mowa, to zaczal swoja tegoroczna dzialalnosc nader udatnie, pokazem znakomitego filmu Volkera Schlöndorffa, „Diplomacy”. Pomyslalam: jakzesz to teatralne – no i w rzeczy samej, film transponuje grana z powodzeniem sztuke, uzywajac tych samych głównych aktorów. Znakomici aktorzy, mistrzowska gra, przyjemność czysta i cielesna. Ze swiata dyplomacji klub przeniósł się – a także i mnie z fotelem widza widza – w cztery strony swiata (trochę jak to w bajkach bywa). Owe cztery strony swiata to sawanna Kenii, góry Patagonii, wybrzeże Indii oraz marokański Atlas. Wszedzie tam dzieci musza pokonać wiele trudności (to już nie bajka, tylko zycie) w tytułowej drodze do szkoły. Film jest w zasadzie dokumentalny, ale zamiast typowych zblizen czy wyznan obserwowanych postaci oferuje barwne panoramy, z zapierajaca dech w piersiach przyroda. Wyraznie widać fascynacje scenarzysty i reżysera, Pascala Plissona, innym kontynentami, a zwlaszcza Afryka. Piekny film.

gbg-opera-przed-2

Nastepny wieczór klubowo-filmowy spedzilam w górach, obserwując perypetie szwedzkich turystów, w tym tytulowego „Turysty”. To niedoszly konkurent „Idy” do Oscara, laureat niezliczonej ilości Guldbaggar czyli najbardziej prestizowych nagród filmowych W Szwecji. Góry piękne, bohaterowie w najwyższym stopniu irytujący. Mam teorie, iż tytul filmu nawiazuje do baumanowskiej definicji „turysty” (jako przeciwienstwa „wagabondy”), ale jak do tej pory nikt mojej tezy nie potwierdzil. Czekam z niecierpliwoscia jakie recenzje ten film zbierze w Polsce.

Klub klubem, a kino kinem. W międzyczasie skonsumowalam oba, otrzymane od firmy w prezencie gwiazdkowym, bilety – na rezyserski debiut Angeliny Jolie oraz „Birdmana”. Angeline można sobie spokojnie odpuscic – wystarczy przeczytać historie zycia głównego bohatera „Unbroken” czuli Louisa Zamperiniego. Żaden film, a zwłaszcza filmatyzacja biogramu, zycia nie przebije, koniec, kropka. „Birdman” zdal mi się zdecydowanie ciekawszy, szczególnie iż zajmuje się sztuka przez duże „SZ”. Lubiany przeze mnie Edward Norton jako kontrowersyjny acz niekwestionowany gwiazdor oraz swietna Emma Stone jako córka Micheala Keatona. „Birdman” ma w sobie cos z Fossowskiego „All that jazz”, choć konczy się o niebo bardziej optymistycznie. Trudno być starzejącym się artysta – trudno, lecz nie beznadziejnie.

gbg-opera

Zas z doznan pozafilmowych – jedna wizyta w Göteborskiej operze, na „Krystynie z Duvemåli”, skomponowanej przez chłopców ABBAsów w odległym 1995 roku. Tak na marginesie to musical jest próba muzycznego przekładu powieści Wilhelma Moberga pt. „Emigranci”. Opera zachwyca wyrafinowana kolorystycznie i oszczedna w wyrazie architektura o charakterze okrętowym, a spektakl to mila dla ucha muzyka – no i nic poza tym. Koszmarna scenografia oraz zamilowanie do zadymy par excellence czyli siwego dymu nad scena. A takie swietne techniczne możliwości ma ta scena! Tymczasem  zdecydowano się na konwencje socrealistyczna, naszemu sercu niespecjalnie droga. Brzydkie kostiumy, niemal zupełny brak rekwizytów.

m-gbg-opera

W dunskiej Lousianie pierwsza retrospektywna wystawa Pauli Modersohn-Becker oraz trzy filmy Yael Bartany. Ku własnemu wielkiem zdziwieniu wkroczylam na projekcje w rytmie mazurka Dabrowskiego. Wiele osób czyta informacje o projekcie, trochę mniej siedzi na widowni. Ale wspaniale, ze ta prezentacja przekroczyla Wisle i Odre. Jestem z tych, którzy tesknia za Zydem i czuje się wzruszona, kiedy podobnie czuje ktoś z rozproszonej diaspory Zydów Polskich. Po Bartanie miałam mniejszy apetyt na oglądanie płaskich kompozycji – głównie portretów, a zwłaszcza autoportretów, ze szczególnym uwzglednieniem aktów – Pauli M-B. Wystwa unikalna, ponieważ prezentuje po raz pierwszy tak szeroki przekrój twórczości, nota bene zakwalifikowana przez nazistów jako Entartete Kunst. Widac m.in. wpływy Cranacha, Celnika Rousseua i Gauguina, ale jak dla mnie to za plaskie i z gruba ciosane malarstwo. Podobno Picasso zainspirowal się jednym z jej obrazów. Najbardziej przypadl mi do gustu autoportret w stylu „mumijnym”, którego turkosowosci tla nie udaje się zadnym zdjęciom na necie. Uwazam, ze Boznanska lepsza, podobnie jak Slewinski czy Makowski.

paula

Zas z książek: „Matka Makryna” Jacka Dehnela oraz „Wyznaje” Jaume Cabré. Wyznam szczerze (choć nie á propos „Wyznaje”), niczym księdzu na spowiedzi, ze mateczki do końca nie zmeczylam – tak mnie ta potwora niekonczacymi się…opisami tortur udreczyla. Gdyby nie to, ze w mlodosc czytałam „Przeslawna peregrynacje Tomasza Wolskiego” pióra swietej pamięci Tadeusza Lopalewskiego, to nawet nie wiem, czy bym i tyle była pokonala. Lezy teraz odlogiem i może mocy, niczym wino najlepsze,  jeszcze nabierze? Zdesperowana (i niemal zaopatrzona w dźwig) zabrałam się do niemal osiemsetstronicowej cegly-Jaumé. Nie chce zapeszać ani sobie przyjemności psuc, ale – odpluć przez lewe ramie i odpukać – powieść czyta się znakomicie. Szwedzi jeszcze, ku mojej cichej radości, tego autora nie odkryli, zatem czuje się jak odkrywca. Wkrótce wróce do „Wolnosci” (nie mylic z „Widmem wolności” ani „Ucieczka z kina ‘Wolnosc’”) w oddzielnym wpisie – ale to zupelnie inna bajeczka. Cdn.

Poetyckie pisanie bebechami-Selasi

In Ksiazki, Pamietnik on 5 października 2014 at 21:52

Taiye Selasi / Ghana must go

ghana-must-go

Nastepna piekna kobieta z afrykanskimi korzeniami – tajemnica pozostaje czym zajmuja sie przystojni Afrykanczycy. Czemu nie literatura? Uzdolniona pisarka, z zakwalifikowaniem której Zachód ma problem. Przeczytalam ksiazke, mysle: zajrze jeszcze na jakies recenzje, bo sama nie moge zdecydowac, co uwazam. No i w recenzjach odczytuje wlasne zwatpienie, ze to historia rodzinna, w której nie sposób sie polapac. Jak taki New York Times nie wie o co tam chodzi to jak ja – biedna mala myszka – mam wiedziec? Ale koniec konców ksiazke nabylam (w kiosku brukselskiego lotniska, gdzie brutalny los zgotowal mi dluzszy pobyt), zgodnie z filozofia czytania afrykopodobnej literatury w Afryce, czyli feedback na blogu sie nalezy. Ghana must go na pewno jest bardziej interesujaca niz otaczajacy mnie Scandinavian noir, na punkcie którego podobno zwariowal swiat, a zwlaszcza Brytyjczycy. W Ghanie sa kolory, sa zapachy, sa smaki. Niezaleznie od pewnych nieciaglosci jest to takze gotowa powiesc, a nie wprawka literacka czy tez wypracowanie podlug wytycznych kursu creative writing. Gdyby pisarka jeszcze nie trzymala tak kurczowo swoich wychuchanych bohaterow pod kwoczymi skrzydlami!

start-z-arushy-lepszy

Po spacerze po pelnym kleszczy i much losich lesie ulozyla mi sie w glowie opinia nastepujaca. Ksiazka obrazuje koszty transformacji egzotycznych dla nas narodów Ghany i Nigerii. Pierwszym etapem zmian stala sie mozliwosc ksztalcenia zywiciela rodziny (pisarka lansuje nazwe „Afropolita”) w demoludach. Kweku, ojciec i lekarz, zdobywal pierwsze szlify medyczne w Polsce. Etap drugi to Stany, dokad owczym pedem (znanym juz z Chimamandy) afrykanska inteligencja stara sie dostac. Trzecim etapem jest powrót do zródel czyli matki Afryki (powrót do Itaki). Temat ciekawy, zwlaszcza w kontekscie polskiej emigracji, której wlasnie sie dobiera do skóry pan Modzill. Glówna bohaterka jest matka-Afrykanka, piekna Fola z domieszka szkockiej krwi (drobny snobizm autorki?). Jej zycie to istny dramat grecki: smierc ukochanego ojca, emigracja, rezygnacja ze studiów prawniczych w imie rodziny, zalamanie kariery meza, marny koniec malzenstwa, turbuletne próby wychowania czwórki potomstwa, która i tak wychodzi obciazona psychicznie. Do tego powracajacy ostatnio w prasie tak modny watek kazirodczy.

skad-przychodzimy-dokad-idz

Pytanie: dlaczego wyszlo tak zle skoro zaczynalo sie tak dobrze? Cala rodzina niezwykle zdolna, kazdy piekny na swój sposób. Odnosze wrazenie, ze slaboscia powiesci moze byc brak jakiejkolwiek diagnozy ze strony Selasi. Porównywana z Zadie Smith nie ma jej wnikliwosci i zdolnosci analizy, z Chimamanda – wrazliwosci na zderzenia kulturowe, z Lahiri – zróznicowania pokolenia imigrantów i ich potomstwa. Miota swoimi bohaterami i dreczy ich niepotrzebnie. Pisze ozdobnie, poetycko, na tle wysublimowanej przyrody. Tylko co z tego? Zalaczony na koncu ksiazki esej „Bye-bye, Babar or what is Afropolitan?” zdaje sie bardziej wnikliwy. W powiesci Selasi przedstawia lament: o Zachodzie, rzucilismy perly miedzy wieprze, nasza uzdolniona i wyksztalcona inteligencja wdarla sie przez twoje zasieki, a ty jej do serca nie przytuliles. Przypomnialy mi sie opowiesci kolezanki z Egiptu, ze tamtejsza elita chce rozmawiac wylacznie po angielsku. Podczas gdy Jared Diamond przekonuje Zachód co do wyzszosci kultur uznawanych za pierwotne, a ja jade po inspirujace tkaniny na Zanzibar i lad staly Tanzanii, wyksztalcona warstwa Afrykanów robi wszystko, zeby nas przescignac w globalizacji i problemach cywilizacji pólkuli pólnocnej.

manyara-bawoly-flamingi

Po powrocie do Europy staralam sie zapoznac z lektura nadeslanego mi poczta prezentu urodzinowego czyli ksiazki panów Adama Gusowskiego i Piotra Mordela pt. „Der Club der polnischen Versager”. Niestety, moje zle przeczucia spowodowane koszmarna okladka w czasie czytania tylko sie potwierdzaly. Jakos nie mam serca do opowiesci sowizdrzalskich, zwlaszcza w wykonaniu silacych sie na wesolosc polskich inteligentów. Humor w postaci buforu i ofiary dla krwiozerczego Niemca… Jak samemu siebie sie nie potraktuje powaznie to jak mozna oczekiwac wziecia naszych opinii i odczuc na serio? Ksiazka laduje do zbierania kurzu w salonie odrzuconych.

idioci

Zdjecia z wakacji

paje-by-masaje

Letnio x 4

In Feminizm, Ksiazki, Muzyka, Pamietnik, Sztuka, Szwecja on 1 sierpnia 2014 at 20:21

Upal byl niemozebny – czytalam zachlannie ksiazki na plazy (skalistej), ale już na recenzowanie ich nie miałam ani sily, ani czasu. Czasu, ponieważ piekna pogoda przyszla po zakończeniu tygodniowego urlopu, zatem mogłam plazowac się dopiero po pracy. A po słonecznych kapielach, kapiele w podgrzanym do ludzkich temperatur Kattegacie. Zas po kapielach sloneczno-morskich codzienny koncert w Parku Zdrojowym, na białych laweczkach, a jakze. Teraz zaledwie dwadziescia pare stopni i mam wrazenie, ze marzne do szpiku kosci. Za to mózg wybudza się ze stanu hibernacji i skonczyla mi sie wymówka, ze na sleczenie przed komputerem zdecydowanie za goraco.

IMG_0997

Na dzisiaj proponuje az cztery pozycje – trochę po lebkach, bo choć ogladalnosc tego blogu, ku mojemu zdumieniu, utrzymuje się, to ostatnio tylko z rzadka widze komentarze. Nudno się pisze sobie a muzom, gdyż z zalozenia blog miał stać się centrum kontaktu z podobnymi do mnie (o co normalnie trudno). Szef kuchni dziś poleca trochę chinszczyzny: Jung Chang, Den sista kejsarinnan av Kina; niezawodna noblistkę Alice Munro, Brinannde livet; Joyo Moyes i Livet efter dig oraz lekturę dziecinstwa, Katherine Allfrey, Penny i dobra wrózka.

IMG_0983

Zaczne od tej ostatniej. Na wakacje często mam ochote zaglebic się w lekturze i zapomnieć o całym swiecie – zwłaszcza w dni deszczowe. Co prawda czytałam już wtedy Cesarzowa, ale szybko znudzily mi się szykany chińskiego dworu i zatesknilam za czyms bardziej swojskim. Penny Brown, jak brzmi tytul oryginalu, była prezentem od chrzestnej matki, pianistki. Zaplatala się w repertuar prezentowy jakby mimochodem, gdyż zazwyczaj dostawalam klasyki literatury przedwojennej (sprzed tej pierwszej wojny!), typu Pollyanna albo Jules Verne. Teraz zastanawiam się dlaczego akurat tak zapadla mi w pamięć? Chyba glównie dlatego, ze szesnastoletnia glówna bohaterka była niewiele ode mnie starsza, a już zupełnie samodzielna. Planujaca wakacje w Szkocji z jeszcze bardziej samodzielna Mojra Bret-Huttingdon. Kochałam opisy Mojry w kurtce losiowej i bryczesach, popijacej whisky, pitraszącej pod namiotem wspanialy omlet z kurkami i szybko kierującej turkusowym (!) samochodem. Ekscentrycznej, wielkodusznej damy o ostrym jezyku. No i opisy Szkocji, znanej mi wczesniej z historycznych „Porwanego za młodu”, „Katriony” oraz „Rob Roya”. Nota bene obecne czytanie szkockiej lektury miało moc sprawcza: w koncertowej muszli wysluchalam muzyki zespołu Rant, wywijajacego z zapalem na smyczkach (dwie Szetlandki i dwie Highlandki). Przy okazji natknelam się na znajomego skrzypka, który jednej Rantówce swój instrument pozyczyl. Czyli Penny i dobra wrózka ma nadal dla mnie wymiar magiczny. Warto dzieciom kupować dobre książki!

IMG_0984

Inna lektura stricte wakacyjna okazala się Joyo Moyes, otrzymana jako gratis, wraz z lipcowa Elle. Po polsku, jak znalazłam, zatytulowana Zanim się pojawiles. Wole jednak szwedzkie tłumaczenie Me before you – mniej dosłowne: Zycie po Tobie. Ksiazka sprawnie napisana; z poczuciem humoru, co akurat ważne ze względu na egzystencjalny watek główny. Autorka wykonuje pare wolt, wiec czytelnik nie jest w stanie przewidzieć rozwoju akcji. Niby Brytyjczycy wydali ostatnio tyle poczytnych pisarek, a jednak Joyo znalazła wlasna nisze. Podoba mi się, ze przedstawia na sposób równie wiarygodny osoby z różnym backgroundem. Każdy ma swoja prawde – Moyes nie stosuje tu dychotomicznego podzialu na prawde kobiet i mężczyzn; młodych i starych; robotników i warstwy uprzywilejowanej. Uniwersalne losy czy tez wspólny mianownik ludzkiej kondycji to w moim odczuciu, glówna sila powieści. Snując narracje o losach głównych bohaterów, Lou i Willa, obrazuje plastycznie zmiany społeczne, zachodzące w postmodernie. Sa przegrani – Lou, tracaca prace w kafejce oraz jej ojciec, zwolniony z fabryki. Sa tez wygrywający, jak Will, spekulujący przedsiębiorstwami. Choć na koniec to wlasnie on dokona sorti (w dobrym stylu), a wielka wygrana od losu wyciaga Lou – nie przypadkiem czy na piękne oczy, tylko kosztem pracy nad sobą oraz dobroczynnemu wpływowi Willa. A pod tym wszystkim temat trudny: kiedy jakość zycia bywa na tyle marna, ze wolno z niego aktywnie zrezygnowac? Nie raniąc zbytnio własnego otoczenia? Czy tak się w ogóle da? Moyes popelnila niezle czytadlo – ani płytkie, ani miałkie.

IMG_0980

Najlepsza, zgodnie z przewidywaniami, okazala się zawsze niezawodna Alice. Ku mojemu zaskoczeniu zdaje się mieć niedwowierzajaca prase w Polsce – albo to ja otwieram nie te artykuly, co trzeba? Osobiscie się do niej coraz bardziej przekonuje – choć niestety, nie ma co liczyc na ciag dalszy. Dear Life (Drogie zycie) zaczyna się tak znakomitym opowiadaniem (a opowiadan, z zasady, nie znosze), ze po jego przeczytaniu poczułam się juz nasycona – i musiałam ksiazke na chwile odlozyc. Trawiłam dobre pare tygodni, zanim się znowu powazylam o powrót do lektury. To jest wlasnie róznica miedzy literatura a ksiazka – ze wysublimowana, krótka forma wpija się pazurami w dusze, niczym wampir, i nie chce popuscic. Ba, jeszcze gorzej: ten wampir zlewa się w jedno własnymi odczuciami, z własnymi uczuciami – i już do końca nie wiadomo, czy Munro pisze o mnie, czy tez o kims innym. Takie odczucie towarzyszylo mi przy paru opowiadanich, choć nie przy wszystkich. Czesci, traktujaca o ludziach zbyt ode mnie dalekich, „slucha się” niczym basni o zelaznym wilku. Pisze „slucha”, a nie „czyta”, gdyż zdecydowanie mam wrazenie, ze opowiadania (no wlasnie!) Alice Munro przeznaczone sa do przekazywania w waskim gronie, tak ad hoc. Przypominają zasłyszane w dziecinstwie opowieści kobiet w różnym wieku, które podczas wspólnych wakacji, na spacerze albo przycupniete na lawce, wspominaly znanych im ludzi czy miejsca. Te wszystkie historie ludzkie charakteryzują się brakiem sensu moralnego, brakiem waznosci pojedynczego losu, brakiem logiki podejmowanych decyzji. Jednych prowadza w dobra strone, zas drugich na rozdroża. Kto ma racje? I kto to może – i ma prawo – sadzic? Ksiazka WSPA-NIA-LA!

IMG_0988

Chinska cesarzowa Cixi plasuje się gdzies po srodku. Lubie biografie, a szczególnie nieznanych mi wcześniej kobiet. Za wartość poznawcza autorka dostaje piatke. Z drugiej strony jej „poparcie” dla Cixi wydaje się trochę zbyt nachalne. Obraz Chin zawężony do ludności pochodzenia mongolskiego i Chinczyków Han. A gdzie inne grupy etniczne? Według Chang to wlasnie cesarzowa otwarla feudalne państwo srodka dla Europejczyków i Amerykanów, wbrew panującym, nieprzychylnym dla niej opiniom. Czyli ksiazka w zalozeniu miała obraz Cixi wybielić. Zawsze jednak istnieje ryzyko, ze reklama będzie zbyt nachalna i tak się trochę i tu stało. Zarówno dla samej cesarzowej, jak i pochwal dla Stanów Zjednoczonych. Z drugiej strony Stany rzeczywiście wypadają pozytywnie na tle agresywnej polityki imperialnych Europy, ze Szwedami wlacznie. Ciekawy okres w historii, koniec XIX i przełom XX wieku. Interesujące wycieczki w swiat eunuchów. Fascynuja, silna osobowość samej cesarzowej, która jako nastolatka została konkubina. Opisy psów pekińczyków. Dość paskudna historia wprowadzania chrzescijanstwa – zupełnie inna niż u Cronina. Jeszcze paskudniejsza historia znarkotyzowania Chinczyków opium, również przez Europejczyków – trudno czytac z czystym kolektywnym sumieniem. Autobiograficzne „Dzikie labedzie” były zdecydowanie ciekawsze. Pracy tej samej pisarki o Mao niestety nie znam. Na pewno dla nas jej ksiazki to kopalnia wiedzy o chińskich i azjatyckich uwarunkowaniach. Brakuje mi więcej informacji o zyciu codziennym innych warstw społecznych – co jedli, jak mieszkali, jak zyli. Bo biografia biografia, ale osoba portretowania musi zostać przedstawiona na tle swojej epoki. W Cesarzowej brakuje silnych postaci drugoplanowych. Trudno tez ustalić do końca stany emocjonalne – mysle, ze biograf ma trudne zadanie, ponieważ z jednej strony stara się bazować na faktach historycznych (z nieodłącznymi lukami), a z drugiej musi nadac swojemu bohaterowi zycie, aby go uczynic wiarygodnym. Tego ostatniego czynnika zabrakło – Cixi jawi się bardziej pomnikowa niż ludzka. Można powiedzieć, ze Chang przywraca Cixi utracona czesc i przedstawia ja jako produkt swojej epoki, natomiast nie udało się ukazac jej jako pełnokrwistej kobiety.

IMG_0977

Zdjecia-nie-na-temat z wystawy akwareli Larsa Lerina na wyspie Tjörn. W tym jeden malunek Krakowa!

Muzyczna nostalgia – jazzowo

In Muzyka, Pamietnik, Przywracanie pamieci on 20 czerwca 2014 at 13:00

Paradoksem rodzinnego Krakowa jest koegzystencja mieszczanstwa, raczej z tych drobnych i zakorzenionych w CK Austrii badz w snach o przedwojniu, z atencja do inteligentnego wygłupu, artystowskich ciągot oraz wszelakiego rodzaju kolorowych ptaków (a zwłaszcza tych nadużywających). Nikomu w Szwecji nie jestem w stanie przekazac, iż w Krakowie to można zostać wylacznie profesorem lub artysta – a najlepiej to i jednym, i drugim. Co prawda Szwedzi chętnie spiewaja gremialnie, głównie w chórach przykościelnych (mimo deklarowanego ateizmu), ale przyzwolenie na wygłup maja wylacznie nastolatki. Tudzież pijani – jednak wyłącznie w piątek i sobote poznym wieczorem. Nawet parasolowe określenie artystów nie obejmuje ani malarzy, ani innych plastykow – artysta ma być wyłącznie sceniczny. Może to być połykacz ognia albo spiewajacy treser szczurów – byle straszyl, tumanil, przestraszal. Postacie w malowniczo pomiętych ubraniach, często-gesto zaludniające przybytki spotkan urodzonych krakusów, nie wzbudzają tutaj zaufania. Po co siedzieć w scisku i oparach skoro można posiedzieć na otwartej werandzie wlasnego domu?

worcoholic-przy-pompie

Moim własnym domem pozostanie na zawsze Kraków, który bohatersko broni się przed inwazja kohorty zagranicznych turystów. Ow Kraków ciemnych mieszkan, ze stosami starych gazet i rzedami zakurzonych butelek. Kraków wszechstronnie uzdolnionych znajomych, ze specyficznym poczuciem humoru i ciągotami do całonocnego rozstrzasania weltschmerzu. Jednym z takich znajomych – ba, w dodatku pewnie najstarszym – jest Jasiek Purchla (dla ciekawych zdjecia archiwalne tu: http://www.szpnr1.republika.pl/) . Sila rzeczy stalam sie swiadkiem rozwoju jego drogi muzycznej – od piosenek z harcerstwa wykonywanych na szkolnych lekcjach spiewu, poprzez wspolne spiewanie przy ognisku w liceum, az po wspolprace ze studentami Akademii Muzycznej w okresie studiow. Teraz zaczely mnie dochodzic sygnaly, ze Jas gra na prawde dobrze, ale do tej pory nie mialam mozliwosci zweryfikowania tych subiektywnych, bo pochodzacych z ust wspolnych znajomych, opinii. Zdesperowana poprosilam o spotkanie w tworca, z ktorej to milej pogawedki wyszlam obdarzona dwoma kompaktami. Lekkomyslnie obiecalam zrecenzowac na blogu – czyli co, tanie to drogie albo slowo sie rzeklo…

worcaholic-to-nie-j-moj-swi

Szczerze mowiac, bylam obaw pelna, czy aby znajde cos dla siebie – nasze drogi z Jasiem sie ostatnio rozeszly. Czasami jednak szczescie sprzyja i jedna z plyt przypadla mi zdecydowanie do gustu. Mysle o „To nie moj swiat”, nagranej na przelomie 2012 i 2013 . Tekst i muzyka: Jan Purchla. Milosc od pierwszego spojrzenia, a wlasciwie przesluchania. Czemu? Glownie przez skojarzenia pozytywne ze znajomymi wykonawcami. Przede wszystkim ze Skaldami z plyty „Od wschodu do zachodu slonca”. Wyznam szczerze, przedkladam Jasia liryka nad Janka zbereznika. Co prawda „Zuzanna w kapieli”, z drugiego podarowanego mi krazka, wzbudza skojarzenia z bardem naszej mlodosci, Leonardem Cohenem, lecz Cohen pobrzmiewa takze lekko i w „To nie moj swiat”. Za to Skaldowie bez pudla: wokal, instrumentacja, zawieja, (nad kazdym wisi) katastrofa, cisza (choc nie krzyczy). Z tymi skrzypkami i chorkiem to troche pod Grechute, ale Skaldowie goruja. Joanna Slusarczyk w duecie niczym Lucja Prus z Zielinskim. Nastepny w kolejce to Wysocki, ktorym podszyty zdecydowanie „Lodolamacz Lenin”. W innych utworach pobrzmiewa nawet Quincy Jones sprzed 30 lat, Cotton Club (Mambo no 16) oraz Piwnica – zwlaszcza w „Mambie ” oraz „Sa milosci”. No i Niemen, zarowno w nawiazaniu do „Pod Papugami” jak i „Dziwny jest ten swiat” w tytulowym „To nie moj swiat”. Oczywiscie sa to cytaty czy tez zródla inspiracji, poniewaz muzyka ma charakter jazzowy. Taki liryczny, melodyjny jazz. Dobry do sluchania w samochodzie, w pracy na sluchawkach, mycia okien albo i do zatanczenia wieczorem. A jak ktos sie chce wsluchac w slowa, to znajdzie przeslanie spoleczno-polityczne od Jasia przekornika.

Muzycznie najbardziej spodobal mi sie „Zorba i ja”, ktory ma zadatki na czepliwca, podobnie zreszta jak „Wielka cisza”. Najbardziej za serce ujela mnie ballada „Nie stanie sie nic”, szczegolnie za genderowe ujecie: raz mowa o siostrze, raz o bracie. Filozoficznie i z dystansem. Ladnie brzmi takze „Patrycja” – Joasia Slusarczyk spiewa niczym Dzida za starych czasow. Slabe strony? Manieryczne przeciaganie w wibrato samoglosek przez soliste – choc glownie na tym drugim, tu nie recenzowanym krazku. Poza tym wymowa angielskiego slowa „destiny” – Worcoholic wybiera wlasciwa sciezke spiewajac po polsku.

No i co jeszcze? Jak juz raz powiedzial mistrz: reszta jest milczeniem. Albo wielka cisza.

 

Nowe ksiazki – Andersson, Ingemarsson

In Ksiazki, Pamietnik, Szwecja on 24 Maj 2014 at 19:41

Krótko, gdyz pogoda dopisuje, zarówno piszącym, jak i czytającym. Lepiej polozyc się z ksiazka w lezaku niż sleczec przed ekranem komputera. Miejscowi już od trzynastego stopnia Celsiusza paradują w szortach i letnich sukienkach – az strach bierze, co będzie dalej?

lenaandersson

Okropnie to zlosliwie zabrzmi, ale odnoszę wrazenie, iż Szwedzi nareszcie się nauczyli pisać książki. Dzieje się to samo, co niegdyś w muzyce, potem designie. Nagle wszyscy, na trzy cztery zaczeli dzialac w określonym kierunku – i potrafią osiagnac równa, przyzwoita jakość. O nowatorstwie nie ma mowy, ale można już poczytac z przyjemnoscia. Na przykład taka Lena Andersson, która za „Samowolne postepowanie – powieść o milosci” zasluzenie otrzymala zeszłorocznego „Augusta”. Lena A to pisarka niestereotypowa; jej tematyka, jezyk oraz forma skacza niejako z kwiatka na kwiatek. Nie wydaje zbyt często i zaskakuje na tyle, ze bywa na ustach dziennikarzy, zanim znowu zapadnie w niepamięć. Trudno mi ocenic, na ile rzeczywiście jest popularna wśród czytelników? Chyba bywa głównie pupilka krytyków i takich – jak na ten kraj – nietypowych konsumentów literatury jak ja. Pamietam jej „Czy dawniej było lepiej?” oraz „O, to ty jesteś Szwedem?”, które narobily sporo szumu. Obie zresztą mi się spodobaly – były wyjątkowo bezpośrednie i odważne. Może wlasnie dlatego ma takie slabe wzięcie u pani Kowalskiej, która w chwilach wytchnienia nie chce się zastanawiać nad trudnymi kwestiami o charakterze historycznym, socjologicznym czy etycznym?

golab-2

Nowy „August” polecany jest zresztą jako lektura terapeutyczna – patrz ostatni numer „Tary”, gdzie wlasnie odkryto, iż książki oddzialywuja pozytywnie na psychikę. Miedzy innym zalecano „Samowolne postepowanie” jako wsparcie w procesie leczenia złamanego serca. Glówna bohaterka powieści, niejaka Estera, pala bowiem nieodwzajemniona miloscia do uznanego artysty, Raska. Milosc dopada ja nieoczekiwanie – która to nieoczekiwanosc szwedzkie slowo „rask” oznacza. Dopada ją w pełni kariery i zdawaloby się spełnienia osobistego – a jednak! Idąc za glosem serca zostawia dotychczasowego partnera (będzie pewnie musial leczyc serce lektura) i stara się wkraść w laski pana swojego organu krwiopompowniczego i uczuciowego. Niestety, los pastwi się nad biedna krytyczka sztuki (az się prosi, żeby napisac: „sztuczki”). Los oraz bezwzględny Nieoczekiwany. Co prawda zdarza mu się skorzystać z fizycznych powabów zapalonej wielbicielki, ale jej z kolei nie udaje się przekuc owych momentów slabosci w trwaly związek. No i caly pogrzeb na nic – Estera przemeblowala swoje dotychczasowe zycie, żeby być z Raskiem, podczas gdy Rask pozostaje od dawna z związku z inna. Jak to ktoś napisał: niech się smieje ten, którego podobna sytuacja ominela. Wszyscy inni mogą się latwo rozpoznać w maniakalnych czy depresyjnych stanach bohaterki. Przy okazji napisane swoistym jezykiem – wartkim, ciętym, ironicznym, który nie szczędzi zadnego z bohaterów. Jezyk ratuje powieść gdzies po polowie, kiedy już dokładnie wiadomo, o co chodzi i u czytelnika nastepuje stan lekkiego przesycenia. Tym niemniej ksiazka jedyna w swoim rodzaju – zobaczymy czym pani Lena Andersson jeszcze nas zaskoczy?

kajsa-ingemarsson

Kajsa Ingemarsson, zanim zajela się pisaniem, dala się poznac jako osoba blyskotliwa, o niezmiernie ciętym jezyku. Wystepowala w programach rozrywkowych, próbując potem swoich sil jako modelka. Pisanie chyba wychodzi jej najlepiej, gdyż daje ujście dla znakomitego daru obserwacji oraz poczucia humoru. W „Kole fortuny”, z kobiecej perspektywy, opisuje wspólczesna Szwecje w pigułce. Losy trzech kobiet i przedstawicielek trzech generacji splatają się na chwile w niewielkim miasteczku, jakich tu wiele. Katalizatorem procesu odmiany stala się czwarta kobieta, prywatnie Jeanette, zas sluzbowo Janina. Nastarsza z naszej trójki, Miriam, to lekko zaniedbana pani domu. Czuje się trochę samotna, gdyż dzieci już dorosły, a maz najczęściej przebywa w delegacji (czy takie slowo jeszcze w polskim wystepuje?). W sumie jednak dominuje poczucie spełnienia – do czasu, kiedy mezowska delegacja okazuje się mieć na imie Yvonne. Nastepna z bohaterek, Nina, to miescowa fryzjerka, z niezrealizowana kariera artystyczna. A trzecia to wyedukowana w Uppsali prawniczka, chwilowo na macierzyńskim – i w poszukiwaniu swojego miejsca na nowych smieciach. I pewnie, gdyby nie Jeanette alias Janina, bladzilyby samotrzec w mrokach niepewności, zanim znalazłyby własne przeznaczenie. Kolo fortuny zrzadzilo jednak inaczej – i kazda z trójki sąsiadek popchnieta została w odpowiednim kierunku. Po czym Janina spakowala się i – nie, nie odleciała na miotle, tylko wsiadla do swojego zaniedbanego samochodu i odjechala w kierunku kolektywu artystycznego w Dalarna. Reasumując, ksiazka typu feel good, ale tym razem pisze to bez zlosliwosci. Czytałam ciurkiem, na dodatek z duza uciecha. „Kolo fortuny” daje do myslenia, nie dreczac przy okazji czytelnika. Niespodziewanie dobrze napisane – przywodzi na myśl zlota ere pisarek brytyjskich. Na koniec jeszcze ciekawostka; Kajsa Ingemarsson studiowala miedzy innymi jezyk polski na Unwiersytecie Sztokholmskim. Nastepnie została zwerbowana przez kontrwywiad, w którym pracowala przez pare lat. Czym przypomina Brytyjki zatrudnione w Bletchey Park czy Londynie – w tym moja ulubienice, Mary Wesley / Mary Aline Mynars Siepman. Czyli: nie lekceważcie kobiet z poczuciem humoru – ona mogą się okazac agentkami! Może ktoś kiedyś zlituje się na Kajsa i powiesci jej pióra na jezyk polski przelozy – albo sama i autorka przerzuci się na jezyk Reya?

alla-vi-barn-i-bullerbyn

Zdjecie nietematyczne pochodzi z wczorajszego balu.

Wiosna czytelnicza

In Ksiazki, Pamietnik, Sztuka, Szwecja on 11 Maj 2014 at 14:10

 

las-wiosennyWiele wody w Wisle uplynelo od ostatniego wpisu – czas ten jednak wypelniony byl m.in. lektura. Zlozona choroba korzystalam z dobrodziejstwa techniki, poniewaz nareszcie wylansowano app dla sluchaczy literatury. Zasada jest niezwykle prosta: w dostepnej cenie abonamentu miesiecznego mozna wysluchac tylu ksiazek, ile tylko sie zamarzy – albo zdazy. Niezdolna do samodzielnego czytania, a w zasadzie do czegokolwiek, wlaczalam „play” w komórce i mniej lub bardziej odplywalam. Dzieki temu zapoznalam sie z nastepujacymi pozycjami:

 

–         Helen Fielding, Mad about the boy (po szwedzku),

–         Chris Cleave, Little Bee (The Other Hand) (jak wyzej),

–         Markus Zusak, The Book Thiev (w wersji oryginalnej czyli po angielsku),

–         Majgull Axelsson, Jag heter inte Miriam (slucham nadal po szwedzku, z mieszanymi odczuciami, o czym ponizej).

 

Poza tym w formie pisanej po raz kolejny biografia Katii Mann oraz „Kärlekens historia” Nicole Krauss, której nie doczytalam jesienia. Rozprawie sie z tymi pozycjami w sposób bezpardonowy – czyli w paru slowach.

pierwiosnek

Fielding taka sama jak zwykle – ci sami glówni bohaterowie (Brigdet Jones i jej wierni przyjaciele), ten sam styl, ten sam humor. Z zalet: jak zwykle bystre obserwacje zmian zachodzacych z naszym zyciu, bezlitosnosc, autoironia glównej bohaterki. Konczy sie – niestety i jak zwykle – dosc mieszczansko.

 

Cleave to kolejna osoba ukaszona przez Nigerie. To juz trzecia powiesc w ciagu ostatniego roku, która o Nigerie emocjonalnie zahacza. Z typowo brytyjskim samobiczowaniem opisuje system przyjmowania emigrantów, skutki globalizacji i kolonializmu. Mocuje sie problemem odpowiedzialnosci swiata sytego i bezpiecznego za sytuacje czesci trawionych przez konflikty, wojne, fizyczna brutalnosc. Czy mozna bronic brutalnego systemu traktowania azylantów, zawiedzionych juz wielokrotnie przez wszystkie systemy? Co widoczne szczególnie wyraznie w przypadku maloletnich, jak tytulowa Little Bee. Powiesc powinno sie dystrybuowac wszystkim wyruszajacym na wakacje typu all inclusive – jako refleksje, ze za sztucznie stwarzanymi namiastkami raju gospodarze walcza o przetrwanie, a czesto tez o zycie. Ich wojny to nie tylko wojny plemienne „dzikusów”, jak chetnie chcielibysmy wierzyc, lecz czesto walka o bogactwa naturalne i wielkie (zachodnie) pieniadze.

konwalie-z-bliska

Zusak znakomicie czytany, co na pewno dodalo uroku – bo pare lat temu nie bylam w stanie przebrnac przez poczatek tego dziela. Czytany byl rewelacyjny – druga wojna oczyma niemieckiej dziewczynki na bawarskiej wsi. Komiczny i hiperrealistyczny opis zycia mieszkanców, z których jedna para decyduje sie na adopcje glównej bohaterki. Matka Liesel, komunistka, zostaje zeslana – do konca nie dowiadujemy sie dokad – i wszelki slad po niej ginie. Jedyna ostoja dziecka, a pózniej juz dziewczyny, staje sie nowa rodzina, sasiedzi, przyjaciel – a nastepnie równiez ksiazki. Mylilby sie jednak ktos, kto by oczekiwal opowiesci o intektualnych doznaniach mlodej adeptki sztuki czytania – a jak konkretnie ksiazki odzdzialaly na zycie Liesel dowie sie kazdy, który ze „Zlodziejka ksiazek” sie zapozna. Polecam!

biale-kwiecie

Axelsson denerwujaca, jak zwykle – z tym, ze miejscami na prawde dobrze pisze. Mam z nia biede, gdyz irytuje mnie nieustannie, a jednak gotujac czy prasujac wlaczam komórke i nadal slucham. Szwedów opetalo cos od paru lat i profituja (z rozmyslem uzywam takiego slowa) na drugiej wojnie i Zagladzie. Nie dalej jak w piatek obejrzalam dokumentaz o uznanym rezyserze, Larsie Norén. Ten z kolei wybral sie do ocalalego z Auschwitz francuskiego Zyda, który sie przyjaznil z Primo Levim. Norén z roztrzesionymi (alkoholizmem) rekami pyta na bezdechu jak wiele razy Samuel w Oswiecimiu mial napady porannej depresji i odmówil wstania z pryczy. O pokolenie starszy Samuel poklepuje Larsa po plecach, jakby mówiac „du courage”. Czemu pieszczoszek szwedzkiego establissmentu kulturalnego i hegemon teatralny chce koniecznie babrac sie w ponizeniu i bólu? Ten, któremu latwo (zbyt latwo?) zyc chce koniecznie wlezc w skóre ofiary, domaga sie intymnych wyznan w imie domniemanego pokrewienstwa dusz (zaluje, ze nie jestem Zydem, bo lubie Kafke, wyznaje Norén). Z tym, ze rzecz jasna, teraz latwo sie wypowiadac o nazizmie i Holocoascie, bo od lat wiadomo, kto byl bad guy, a kto good guy. Szwedzi, zamiast zmierzyc sie z wlasna polityka lat trzydziestych i czterdziestych, podszywaja sie pod ofiary hitlerowskiej maszyny unicestwienia i wyzysku. Majstersztyk! Axelsson stosuje dokladnie te sama sztuczke: jej glówna bohaterka, podajaca sie za Zydówke Miriam, tak na prawde jest niemiecka Cyganka/Romka, znajduje po wojnie przystan w Szwecji – podobnie jak niefikcyjny ojciec Görana Rosegrena, o którym pisalam niecaly rok temu. Jako stara kobieta wyznaje po raz pierwszy, iz tak na prawde nie ma na imie Miriam – czyli nie jest Zydówka. Niestety, Majgull nie moze sie powstrzymac od sugestywnych opisów perypetii obozowych, ze scenami ponizenia i okrucienstwa – jakby sie w nich lubowala. Czy to sadyzm czy masochizm? Jak lubi ostra jazde, to polecalabym jeden ze wspólczesnych konfliktów, chocby – nie szukajac daleko – obecny na Ukrainie. Ale to wymagaloby odwagi, takiej fizycznej oraz cywilnej. Zatem pani Axelsson zajmuje wygodna pozycje i krytykuje juz raz skrytykowanych. Bo czymze by na kulturalnej niwie byli Szwedzi bez Niemców?

bazant-piekny

Jeszcze dwa slowa o „The History of Love”. Jak zwykle twierdze, ze nie masz polskich patriotów nad Zydów na emigracji – tak pieknych wspomnien jak glównych bohaterów ze Slonimia nie uswiadczysz w polskiej literaturze wspólczesnej (bo Litwo, ojczyzno moja… to zdecydowanie inna epoka). Rozmawiasz z rodakami osiadlymi poza granicami kraju to zdaja sie stanowic nowe, wykorzenione plemie. Zas w powiesci Krauss, zadedykowanej dziadkom (sa ich zdjecia!), wszytsko zaczelo sie i skonczylo w Slonimiu. Powiesc niezla jako taka, ale to, co dotyka to podszyte autentycznoscia losy Zydów-tulaczy. Czyli znowu w podtekscie wojna i Zaglada – tyle, ze tutaj opowiesc jest, w odróznieniu od odtwórczych Szwedów, prawdziwa. A przy okazji zajrzalam do Wikipedii i dowiedzialam sie, ze w Slonimiu urzedowal nie tylko Michal Kazimierz Oginski, lecz takze urodzil sie Michal Marks, ten od brytyjskiej sieci Marks&Spencer.

agnes-cleve-barn

No i wiosna, jak na zalaczonych obrazkach. Oprócz wiosny wystawa retrospektywna malo znanej tutaj, rodzimej modernistki Agnes Cleve.

m-agnes-c2

Zajedzona na smierc i nowy Ripley-Attenberg,Zeh

In Ksiazki, Pamietnik, Szwecja on 6 kwietnia 2014 at 10:35

Jami Attenberg / The Middlesteins / 2013

Julie Zeh / Stopptid (Nullzeit) / 2014

 

Spotkalam sasiadke na schodach. Ledwo wyszla na to swoje pierwsze pietro. Operacja, wyszeptala ze szczesliwym usmiechem. I wtedy przy pomnialam sobie, ze po intensywnym odchudzaniu Herbalife zdecydowala sie na zabieg pomniejszenia zoladka. Jedna z ofiar naszego chorego stosunku do jedzenia. Co prawda w pore przestala sie przejadac – w odróznieniu od bohaterki ksiazki Attenberg, Edie – ale, jak to bywa, nie zatrzymuje sie w pore. Oczywiscie zycze sasiadce wiele zdrowia i szanuje jej wybory, lecz sobie zyczylabym rozmów na tematy bardziej ogólne (pogoda will do; ksiazki – pozadane). Tymczasem niedawno bylam na nartach i tam tez dopadly mnie monologi o ciele. Jedna z kolezanek miala ze soba torbe wlasnego jedzenia na cztery dni, w tym sok z trzech rodzajów kapusty, wymieszany z awokado i jeszcze czyms innym zielonym. Razem z przyjaciólka opowiadaly o planowanych treningach – z czego przyjaciólka do wysportowanych nie nalezy. Totalna obsesja na punkcie kontroli wlasnej fizjologii, obejmujaca regularne wizyty u masazystki oraz akupunkture. Nikt nie jedzie na rower, tylko od razu trenuje kolarstwo. Nie plywa, tylko zapisuje sie na kurs doskonalenia SWOJEGO crawla. A kiedy ja nadal kuleje po upadku na oblodzonym stoku wszyscy sie zloszcza: no zrób cos z tym nareszcie, idz na masaz albo pobiegac, to ci od razu przejdzie!

attenberg

W zalaczonym na koncu ksiazki wywiadzie Attenberg mówi, ze historia objadajacej sie nad miare (kompulsywnej zarloczki?) to takze jej wlasna historia. Bo Edie Middlestein zajada (zazera?) sie na smierc. Mam klopoty ze znalezieniem odpowiednich okreslen – choc coraz wiecej osób cierpi (?) na obsesje czy tez zaburzenia zwiazane z cialem, w tym jedzeniem, to trudno znalezc adekwatne i neutralne/niewartosciujace okreslenia. Nie ma juz ludzi grubych ani otylych, sa za to puszysci. Albo duzi. Nie ma chudych, bo kobieta nigdy nie moze byc za chuda. Jak nazwac czynnosc zwiazana z pochlanianiem ogromnych ilosci pokarmów? Nieumiarkowaniem w jedzeniu? W dawnej frazeologii nic tylko obzarstwo! Edie grzeszy od dziecka, nagradzana smakolykami przez rodziców. Kiedy jej kompulsywnie szczupla i „zdrowa” synowa, ze skad inad szlachetnych pobudek, zapragnie uratowac zycie tesciowej przez wprowadzenie ruchu i diety, jest juz za pózno na jakiekolwiek zmiany. Edie wymyka sie spod dyskretnej kurateli, jedzie na rudke miedzy barami ze smieciowym jedzeniem, której kulmacja bywa wizyta w zaprzyjaznionej chinskiej restauracji. Jak zwykle z nalogami (?) bywa, sytuacja dotyka takze jej najblizszych: meza, dzieci, wnuków. Maz nie wytrzymuje autodestrukcyjnego stylu zycia Edie i odchodzi, narazajac sie na ostracyzm, gdyz opuszcza umierajaca partnerke. Czy wolno opuscic kogos, kto uparcie dazy do smierci? Eddie jest superinteligetnym prawnikiem, co nie przeszkada jej w unicestwieniu samej siebie.

afterski2

Sila „The Middlesteins” sa portety glównych bohaterów oraz sposób narracji. Pochwalony przez samego Franzena – czesciowo pewnie dlatego, iz Attenberg pisze podobnie jak on. Bardzo dobrze napisane, a jednak czegos mi brakuje. To jakby zatrzymana migawka z zycia degradujacej sie imigranckiej inteligencji  – raczej portret we wnetrzu niz powiesc. Bohaterowie sa, jacy sa. A moze bohaterem jest USA czy tez amerykanska klasa srednia (middle class, skladajaca sie z rodzin Middlestein)? Brakuje wyraznie zarysowanej dramaturgii. Bohaterowie bywaja smieszni i malo sympatyczni – trudno sie nimi solidaryzowac, a juz na pewno utozsamiac. Co nie przeszkadza w ekspresowym czytaniu, gdyz czyta sie znakomicie.

zeh

W tym kontekscie Juli Zeh wypada dosc blado. Jako jedyna nienurkujaca w towarzystwie mam takze problem z tlumaczeniem tytulu – moze jakis nurek mi podpowie? Krytycy podkreslaja podobienstwo najnowszej powiesci Zeh do twórczosci Patrycji Higsmith – z tym ze Higsmith byla pierwsza i jej portret utalentowanego pana Ripleya zapadl w zbiorowa pamiec na zawsze. Zeh bywa najlepsza w portretowaniu zmian spolecznych i raczej wole ja w tej roli niz jako autorki dreszczowców. Dlaczego wszyscy pisarze wspólczesni rzucaja sie na kryminaly? Kryminal wymaga przede wszytskim dobrej fabuly – ludzie sa tam drugorzedni. Dobry pisarz posiada umiejetnosc kreowania wiarygodnych ludzkich postaci. Kryminal to rozrywka; dobra powiesc to katharsis.

k-utsikt

Bohaterem Stpptid jest czterdziestoletni Niemiec, Sven. Prowadzi szkólke nurkowa na Wyspach Kanaryjskich, a dokladniej na górzystej Lanzarote. Pomaga mu zakochana w nim od dziecka Antje. Sven jest – niczym Edie Middlestein – prawnikiem. Tyle, ze rozminal sie z wyuczonym zawodem – oraz wlasna ojczyzna. Taki nowoczesny pustelnik, choc nie-eremita. Kamienna ziemia Lanzarote nie wykarmi – w odróznieniu od zamoznych i poszukujacych obowiazkowych przygód turystów. Sven osiagnal swoisty stan równowagi: pies, bedacy kopia czworonoga z dziecinstwa, kochajaca (choc niekochana) partnerka, niezle zajecie. Zaplanowal wlasnie zejscie do wraku w dzien swoich zblizajacych sie i okraglych urodzin. Tymczasem przylatuja bogaci klienci, z którymi zawarl lukratywna umowe na uslugi calodobowe. Klient placi, klient wymaga – a szczególnie taki klient jak aktorka seriali, bedaca w toksycznym zwiazku z maloproduktywnym pisarzem. Svem jest mistrzem precyzyjnego planowania, co przydaje mu sie w planowaniu oraz przeprowadzaniu podwodnych przygód. Tymczasem sytuacja wymyka mu sie spod kontroli niemal na wstepie przygody z niemieckimi celebrytami. I jak sie okazuje, tym razem to nie jego plany zostana zrealizowane – zostaje wmanipulowany w gre, gdzie ktos inny jest glówmnym rozgrywajacym. Niemal cudem uchodzi z zyciem.

mellanski-by-korosh

Zeby bylo ciekawej, poprzednia ksiazka Juli Zeh „Corpus Delicti” traktuje o ciele i „spoleczenstwie, w którym zdrowie to nie tylko cos, czego sobie zyczymy, ale przede wszystkim obowiazek”. Koncze wiec pisac i (kulejac) ide pobiegac, zeby spelnic mój obywatelski obowiazek i przestac przypominac bliznim o kruchosci wlasnej powloki cielesnej.

Remanenty niedoczytane – Blixen, Davies

In Ksiazki, Pamietnik, Szwecja on 26 grudnia 2013 at 11:40

karen-blixten

Karen Blixen / Den afrikanska farmen / 1985

Norman Davies / Slaget om Warszawa. Upproret 1944 / 2003

blixen-pozegnanie

W zeszlym roku ogladalam znakomity film dokumentalny o zwiazku Karen Blixen z mlodszym o trzydziesci szesc lat literaturoznawca, Aage Henriksenem. Byl to zwiazek z silam nadprzyrodzonymi w tle (lub nie  tylko w tle!) – a ja tym czasem, w swojej naiwnosci, wypozyczylam sobie „Pozegnanie z Afryka” majac przed oczyma Meryl Streep. Chcialam jeszcze troche pogrzac sie w sloncu Afryki, lecz proza Blixen podzialala na mnie niczym zimny prysznic (co podczas szwedzkiej jesieni nie nalezy do przyjemnosci). Poczytalam zatem selektywnie, gdyz inaczej nie dalam rady. Blixen byla podobno jak na swoje czasy niezmiernie progesywna, ale dzisiaj brzmi gorzej od „Murzynka Bambo”. Wierszowi Tuwima zarzuca sie rasizm – proza Blixen ukazuje zasieki nie do pokonania, miedzy nia sama a ludnoscia lokalna. Prawdopodobnie arystokratyczne przywary po tatusiu przewazyly – patrzac dzisiaj to coctail rasizmu z egzotyzmem – i nie wiem w sumie, co gorsze. Trudno, wole Tuwima, Streep, a juz na pewno Redforda!

davies

Blixen wykopalam w piwnicy miejscowej bliblioteki – a przy okazji zaoczylam Normana Daviesa. Pozyczylam, zeby cos doczytac do konca – Boze igrzysko zabral mój syn wyjezdzajac do Polski i tyle je widzialam. Niech bedzie Powstanie – choc temat mam juz przepracowany i w glowie ulozony. No i znowu caly pogrzeb na nic, bo jak sie zabralam na dobre za czytanie, to przyszedl wywiad z Andrzejem Wajda w GW – co mnie tylko utwierdzilo w dotychczasowych przekonaniach. Najlepsza ksiazka o Powstaniu to Bialoszewski – natomiast Davies pisze to, co szlyszalam od dziecka: ze Zachód nas zostawil i tyle. Sadze, iz opracowanie bylo w zamierzeniu przeznaczone dla czytelnika angielskojezycznego, choc jak zwykle, Zachód sie nami nie interesuje i ksiazka miedzyladowala w piwnicy, zanim za pare lat zostanie wystawiona do koszy z darmowa literatura. Chetnie bym poczytala wiecej o Churchillu, do którego mam slabosc – ale ze wzgledu na tajnosc archiwów musze poczekac jeszcze jakies piecdziesiat lat. A za dwadziesia do trzydziestu maja nastapic wojny z robotami (to zupelnie inna bajeczka), czyli najprawdopodobniej, niczym Jas, nie doczekam.

ksiazki-gwiazdkowe

Z czystym sumienim odkladam ksiazki biblioteczne i ukladam sie na sofie z prezentami gwiazdkowymi!

Merry-Christmas-2013

Cdn.

Prosze redakcji – o jezyku

In Pamietnik, Polskie refleksje, Szwecja, Szwedzki Zwiazek Inzynierow on 14 grudnia 2013 at 17:59

Obawiam sie, ze recenzji ksiazki jeszcze jakis czas nie bedzie. Pozegnania z Afryka nie da sie czytac, zas zapoznanie sie z grubym Normanem Daviesem zajmie mi troche czasu. Nowonabyte lektury maja tematyke kulinarna. W koncu panuje wrzawa i uroczystosci przedswiateczne, z nieodlacznymi przyjeciami i niekonczacymi sie próbnymi Wigiliami. W ciagu ostatniego tygodnia bylam juz na trzech, jutro zaproszona zostalam na czwarta, a w przyszlym tygodniu grozi mi jeszcze jedna. Dlatego dzisiaj z innej beczki (choc nie bedzie to beczka ani z kapusta, ani ze sledziami na dania wigilijne).

list-do-redakcji

Listonosz wrzucil mi wczoraj najswiezszy numer „Inzyniera” czyli zwiazkowego kwartalnika. Po raz kolejny zdziwilam sie po zobaczeniu na jednej z poczatkowych stron wlasnego (i niespotykanego tutaj) imienia, zanim sobie jak przez mgle przypomnialam, ze napisalam przeciez kiedys list do redakcji.

lipstickfruit

Tym razem sprowokowala mnie dziennikarkaa, która – jak zwykle z dobrymi checiami – wylala dziecko z kapiela (czego sie inzynierach nie powinno spodziewac). Teza byla sluszna – szkoda, iz wiecej doktorantów z zagranicy nie pozostaje w Szwecji, sluzac krajowi swoja wiedza oraz intelektem. Pewnie, przyjemnie by bylo poczuc sie jak mile widziany gosc! Tymczasem do wywiadu wybrano Iranke, która okazala sie na tyle obrotna, ze sprawila sobie tutaj mieszkanie – natomiast przebojowosci nie starczylo jej na nauke jezyka. Naiwnie chwalila zalety uzywania wylacznie angielskiego. Jak na osobe z kwitkiem na zdolnosci w pewnym kierunku niezwykle nieinteligetne stwierdzenie.

durian

Nie chcac nauczyc sie jezyka kraju, w którym chcialby sie osiasc czlowiek sam skazuje sie na wykluczenia i marginalizacje. Moze lepsze jest getto akademickie niz getto bezrobotnych, ale brak uczestnicrwa w zyciu spolecznym dopadnie kazdego wczesniej badz pózniej – albo dzieci tej osoby. Jezyk to komunikacja, klucz do kulltury, historii, zwyczajów – i kaceptacji. Brak checi nauki jezyka kraju zamieszkania to, w moim odczuciu,  wielka arogancja.

otwieranie-orzecha-kokosowe

A tymczasem polskie media opisuja opinie wielu rodaków, którzy sa przekonani, ze to wlasnie Szwecja stanie sie ich cieplym i opiekunczym lonem, da mieszkanie, samochody (liczba mnoga!), wakacje, a na starosc godziwa emeryture. Zamiast zangazowac sie polityke czy dzialalnosc spoleczna obrazili sie na swój kraj urodzenia. Oczywyscie, kazdy moze spróbowac szczescia – jak to mawiaja Amerykanie: nice try. W jakim jednak jezyku ci wsyscy chetni na latwa stabilizacje poprosza o swoja „dzialke” zlotego runa? W jakim wytlumacza w szpitalu, co ich boli (choc akurat polskicj lekarzy w Szwecji nie brakuje – inna sprawa, czy beda chcieli rozmawiac po polsku) albo mechanikowi, co im sie zepsulo w samochodzie? Jak nawiaza kontakty sasiedzkie czy z rodzicami kolezanek i kolegów swoich dzieci?

gozdziki

Doktorantka-nie-doktorantka, kazdej osobie planujacej w pocie czola wyjazd do innego kraju radze ze szczerego serca: jezyk to klucz  do sukcesu, aktywnosci oraz powazania przez tubylcó.. Jezyków warto sie zawsze uczyc, a w wypadku zamieszkania w innym kraju nie ma innego wyjscia.