szwedzkiereminiscencje

Archive for Kwiecień 2011|Monthly archive page

O autorce Ani-Gillen

In Ksiazki on 24 kwietnia 2011 at 23:47

Maud Gillen / Maud z Wyspy Ksiecia Edwarda / 2008 / 1997

Z okazji swiat smakolyk dla milosników Ani. Ksiazka nienajlepsza, slabo przetlumaczona, lecz ciekawa ze wzgledu na zawarty material faktograficzny.

Zaczelo sie od tego, ze nie moglam nic czytac, pograzona w prostracji po tragicznym uspieniu mojego malego szynszylka. Siegnelam wiec po niezawodny srodek na zgyzote czyli Anie z Zielonego Wzgórza. Dawniej byl to uniwersalny lek na cale zlo. Jakies pietnascie lat temu Ania przestala mi pomagac i rozstalysmy sie bez zalu. I tak bylam jej wdzieczna za te wszystkie lata serdecznej przyjazni – czytalam pierwsza czesc na pewno kilkadziesiat razy. Pierwszy raz czytali mi na zmiane rodzice w czasie choroby – mialam wtedy osiem lat. Szczerze rzeklszy balam sie, ze znowu sie z Ania nie spotkamy i odloze lekture zanim jeszcze pojawi sie, siedzac na podniszczonej torbie, w wyplowialej, wyrosmietej sukience i marynarskim kapelusiku na glowie. Tymczasem wrecz przeciwnie – Ania wciagnela mnie na nowo; tym razem zmienilam perspektywe z Aninej na dorosla: obserwowalam rozwój bohaterki oczami Maryli i Mateusza. Balam sie zestarzenia przekladu, niezgrabnosci dialogów, natretnie pedagogicznych komentarzy i sie pozytywnie rozczarowalam. W Ani znalazlam duzo poczucia humoru, madrosci zyciowej, delikatnosci, nieschematycznego myslenia i postepowania- az sie zaczelam zastanac kim byla autorka, która wykazywala taka samodzielnosc sadów? Przeczytalam na necie notke biografixczna – po raz pierwszy w zyciu dowiadujac sie czegos o L.M.Montgomery. Przy okazji uderzylo mnie, ze pani Malgorzata Linde miala w oryginale na imie…Rachel. Czyzby zakamuflowany antysemityzm wplynal na politycznie poprawne tlumaczenie? Zeby bylo pikantniej, tlumaczyla pani Bernsteinowa.

Od jakiegos czasu obracam sie w okresie historycznym samego konca XIX wieku i poczatków XX wieku – nawet obejrzany niedawno, znakomity film Biala wstazka to swiat sprzed pierwszej wojny swiatowej. Poza tym opisywane wczesniej Klara Johansson i Else Kleen oraz ciekawy serial Downton Abbey. Sledze rodzacy sie ruch sufrazystek w Wilekiej Brytanii i Szwecji. i co widze? Ze Maud (bo podobno tak nazywano Lucy Maud) byla zdecydowanie hop do przodu! Nie tylko rozprawiala o polityce, ale i wyrazala opinie, ze kobiety bylyby lepszymi politykami. Zaczelam sie zastanawiac z jakiego domu sie wywodzila – i mialam racje, ze sie nad tym zatrzymalam: bingo! Dziadek L.M. byl senatorem. Jej ojciec tez próbowal sil w polityce, a poza tym rodzina obfitowala w silne kobiece postaci. W koncu nie kazda rodzina tej epoki uznalaby za normalne, ze mlode panienki jada do obcego miasta, zeby sie edukowac na nauzycielki – nie guwernanatki, poupychane po poddaszach i podszczypywane przez paniczów. Porównuje daty urodzenia – Maria Sklodowska urodzila sie tylko siedem lat wczesniej niz Maud, a tyle musiala zniesc wyrzeczen, zeby sie wyksztacic – w dodatku zagranica. Tymczasem kolezanki klasowe Ani, z malenskiego Avonlea: Janka, Ruby i Józia jada do seinarium nauczycielskiego. Na uniwersytecie kontynuuja nauke kolezanki spotkane w seminarium: Priscilla i Stella. Ile ich polskich rówiesniczek moglo wtedy pochwalic sie uniwersyteckim wyksztaceniem? Az przykro wyznac, ale nasza czesc swiata w porównaniu z Kanada to ciemnogród – czas histeryczek i doktora Freuda, czas opinii, ze jak kobieta sie edukuje, to jej macica kurczy sie / cala krew odplywa z mózgu czy jakie to jeszcze idiotyzmy wtedy wymyslano.

Ania nadal chwyta za serce swoja niebanalnoscia i zdolnoscia do popadania w nietypowe sytuacje. Osoby uwazajace sie za normalne, szare myszy opisywane przez Manfreda Lütza, z taka osoba nigdy by sie nie zaprzyjaznily. Ania toruje droge wszystkim odmiencom, osobom utalentowanym, niezwyklym. Nie jest chyba sprawa przypadku, ze od pokolen cieszy sie popularnoscia w Polsce podczas gdy w takiej Szwecji niemal nikt o niej nie slyszal, a juz na pewno nie czytal. Podobnie zreszta jak w Szwajcarii – moje byle szwagierki nie mialy pojecia o istnieniu takiej literackiej postaci. Montgomery umieszcza zjadliwe komenatrze tu i ówdzie, bo podobnie jak Lütz ludzi normalnych tez nie lubila.

Tyle jezeli chodzi o Anie, która niespodziewanie wrócila do mnie po latach. Natomiast jezeli chodzi o Mollie Gillen i „Maud z Wyspy Edwarda” to zupelnie inna innosc. Ksiazka wydana w Wydawnictwie Literackim z mojego grodu, gdzie na dodatek kiedys pracowal tata mojej kolezanki oraz moja wlasna kuzynka, rozczarowuje szata graficzna. Powiem szczerze, uwazam, ze jest okropna. To kolejna pozycja opracowana graficznie tak samo, „na staro”. Jak bede chciala ogladac wyplowialosci i pozólkle kartki to zajrze do wlasnego Goethego – na dodatek znajde XIX-wieczny papier przedniego gatunku. Gdzie oni znalezi podobny papier drzewny? Chyba jeszcze z zapasów PRL. Papier gruby, czcionka i uklad strony dla idiotów (albo „ludzi normalnych”?). Moja stara Ania, wydana pzrez Nasza Ksiegarnie bije to nowe wydanie o glowe! Ilustracje Bogdana Zielenca, sliczna czcionka, malutka botanika na zakonczenie kazdego rozdzialu, cienki papier, male marginesy, plótno na okladce. Na koncu mapka Wyspy Ksiecia Edwarda – a co nam oferuje Wydanictwo-na-pewno-NIE-literackie? Reprodukcje starych zdjec, jeszcze „postarzonych” szarym tlem, niemal nieczytelne na tym fatalnym superdrzewnym kartonie – rece sobie mozna od przewracania pancernych stronic pokaleczyc. Tytuly nieczytene, „stara” kursywa – co to za tani zabieg!

Teraz dostanie sie tlumaczowi, Zofii Stanislawskiej-Kocinskiej. Nie wiem kto to zacz, ale na pewno nie nalezy do pokrewnych dusz ani ludzi, którzy znaja Józefa. Przede wszystkim nie nalezy do wielbicielek Ani, gdyz popelnia niewybaczalne bledy. Pisze „Josie” Pye podczas gdy wszyscy wiedza, ze to byla Józia! Wiem, ze w oryginale byla Josie, ale co z tego? Jezeli o pani Linde pisze sie Malgorzata, a nie Rachela, to ja chce miec Józie! Popelnilam kardynalny blad, gdyz nie porobilam sobie zakladek w czasie czytania, ale takich potkniec bylo jeszcze kilka. Wspominany jest Klub Pisarzy, który zapewne byl poprzednikiem Klubu Powiesciowego w Ani – dlaczego nie zachowac Aninej nazwy? Podobnie tytul pamietnego opowiadania „Moje mogily”- tlumaczka pisze „Moje groby”. Takich potkniec jest wiecej i uwazni czytelnicy Ani od razu te szczególy wychwytuja. Trudno mi cos powiedziec o oryginale, moze nie byl najlepiej napisany, lecz wydane tlumaczenie po pierwsze jest nierówne, po drugie niekonsekwentne, a po trzecie chwilowo nieporadne. I tak trudno zawyrokowac czy L.M.M: czula sie samotna czy tez nie – bo w sasiadujacych ze soba zdaniach wystepuje poglad raz na „tak”, a raz na „nie”. Wiem, ze tlumaczenie to sztuka zmudna i niewdzieczna, ale ktos poza tlumaczka przeciez to dzielo czytal? Moje watpliwosci budza tez tytuly rozdzialów: Zabiegana wiewiórka (??) albo Slawa i chwala (czyzby Iwaszkiewicz pozwolil na pozyczke?) czy tez: Bledne Kolo Wszechrzeczy (ki diabel?).

Sama konstrukcja ksiazki tez pozowstawia wiele do zyczenia – autorka skacze chronologicznie i tematycznie, nie raz i nie dwa powtarzajac sie. Czytalam z zacisnietymi zebami, zeby sie czegos wiecej o autorce Ani dowiedziec. Z tego co sie dowiedzialam widze, ze Maud czerpala hojnie z siebie i swoich obserwacji. Kochala koty (pamietna milosc Ani do Mruczka), miala porcelanowe psy Goga i Magoga, byla wiejska nauczycielka, studiowala na uniwersytecie. Pisywala nowele i wyslala je do kobiecych magazynów. Przezywala niechciane oswiadczyny, znala pastora Allana, kochala spacery po plazy. W rzeczy samej wiecej chyba opisala z wlasnego zycia niz wymyslila. Z zalem dowiedzialam sie, iz nie byla szczesliwa w swoim malzenstwie – co sobie z nadwiazka skompensowala piszac o zwiazku Ani i Gilberta. Przy okazji dowiedzialm sie o innych utworach L.M.M. – choc nie sadze, zebym do nich kiedykolwiek siegnela. Ania to jedna z ksiazek mojego zycia – co ciekawe, dzielilam to doswiadczenie z paroma kolezankami z klasy. Kazda z nas byla inna, a kazda z nas twierdzila, ze wlasnie ona jest Ania. Po lekturze „Maud” wiem juz na pewno, ze L.M.M. byla feministka i sadze, ze byla pokrewna dusza – choc ona sama podobno nie znosila gdy czytelnicy osmielali sie wysuwac takie supozycje. Podoba mi sie to, co napisala w jednym ze swoich listów:

Mam wrazenie, ze kobiety i mezczyzni sa o wiele bardziej do siebie podobni niz to sie powszechnie uwaza.

Ciekawa jest historia jej znajomosci epistolarnych – pisywala latami z osobami, które spotakala zaledwie pare razy w zyciu. Listy szczere i oryginalne – pelne wrazen, przemyslen, szczere do bólu, zawierajace komentarze do wlasnej sytuacji zyciowej. W dobie szybkiej komunkacji mailowej brakuje mi takich listów – mozliwosci dzielenia przezyc z przyjacielem czyli osoba wybrana. Twitter czy Facebook to przeciez zupelbnie innego – tam chodzi o kreowanie kolejnej osovbowosci, a w dobrym liscie chodzi o autentyczny kontakt z osoba do nas podobna.

Jakby nie bylo Mollie Gillen wzbogacila moje zycie garscia wiadomosci o zyciu autorki Ani. Nie zeby to byl przebój sezonu – jednak jak ktos kocha Anie, to zapewne i po pania Gillen siegnie. Kolejny raz wdzieczna jestem bibliotece w Halmstad za ich liste zakupowa.

Reklamy

Salon odrzuconych-le Carré

In Ksiazki on 23 kwietnia 2011 at 00:40

Juz niechlujna okladka powinna mnie byla odstraszyc, ale cóz, mam slabosc do chlopców po Oxfordzie. Le Carré jest wspanialym gawedziarzem, który niestety zamienia sie teraz w setnego nudziarza. Podobalo mi sie pare filmów nakreconych na podstawie jego powiesci i spodobal mi sie rok temu The most wanted man. Najwyrazniej przyszla kryska na matyska, bo Our kind of traitor nie zamienial sie zdecydowanie w my kind of book – albo wlasnie slowo traitor sygnalizowalo wyraznie zdrade, a ja to ostrzezenie, podobnie jak paskudna okladke zignorowalam. Wszystko przez to, ze lubie gotowac i sprzatac w kuchni z opowiadaniem w tle.

Powiem szczerze, ze wysluchalam  szesciu krazków z dziewieciu i odnioslam wrazenie, ze caly czas sluchalam tego samego na okraglo. Na dodatek autor zwrócil sie tym razem w strone nieustannie egzotycznej w Europie Zachodniej Rosji. Nigdy nie przestane sie dziwic temu podziwowi polaczonemu z fascynacja egzotyzmem. Pare miesiecy temu obejrzalam program dokumentalny o zorganizowanej przestepczosci w Rosji i tam zobaczylam zdecydowanie wiecej niz le Carré móglby wysnic w najgorszych koszmarach nocnych. Zeby bylo jeszcze gorzej to narrator staral sie, biedaczek, jak mógl – a mógl tak sobie  – akcentowac wyrazy po rosyjsku. Brzmialo to równie strasznie jak szwedzki narrator, który z uporem maniaka mówi: gesztapo albo niektórzy Szwedzi, którzy nazywaja Szwajcarie „Szuejc”. Najbardziej denerwowalo mnie powtarzane z naboznym uwielbieniem slowo „wory”. O rosyjskiej mafii mozna poczytac sobie na przyklad tu: http://www.polityka.pl/swiat/obyczaje/1504208,1,japonczyk-z-rosyjskiej-mafii.read  i nie pamietam juz dokladnie nazewnictwa z reportazu telewizyjnego. Uczylam sie natomiast rosyjskiego i wymawianie slowa „zlodzieje” tonem najwyzszego uwielbienia wzbudza we mnie najpierw smiech, a pózniej irytacje. Osoby wystepujace w powiesci to albo dosc realistycznie oddani brytyjczycy albo wyegzotyzoani do granic bólu Rosjanie. Rzecz jasna wystepuje facet twardziel  z zona dewotka. Poza tym piekne mlode dziewczeta rosyjskie. Duze pieniadze i krwawe porachunki. Wszytsko to niby nieodzowne ingrediencje w kryminale, ale obraz Rosjan to jeden wielki przesad, a na dodatek postaci te nigdy nie zyskuja zycia i pozostaja par excellance papierowe.

Umre nie wiedzac do konca co sie stalo z Dima, glównym bohaterem. Niestety zanudzil mnie swoimi wywodami o okrucienstwach mafii miemal na smierc. Le Carré osiagnal taki efekt, ze zamiast przerazac przyprawia czytelnika (w tym wypadku sluchacza) o smiech. Bardzo byc moze, ze przecietny Brytyjczyk, czujac sie osaczony w Londynie pzrez narastajaca inwazje rosyjskich chlopców z pieniedzmi lyka taki portret jak ges kluski. Jak dla mnie podobny opis Rosjan obraza nie tylko samych opisywanych, lecz takze i inteligencje czytelnika. Za kare ufundowalabym pisarzowi wycieczke do Rosji – jakby spotkal troche zwyklych ludzi to moze by mu sie odechcialo straszyc swiat Nadrosjanami.  Do tej pory uwazalam pisarza za rzetelnego akademika, ale po tej ksiazce ( a wlasciwie dwóch trzecich) przekwalifikuje go na staruszka przestraszonego widmem  „ruskich”. Az zaczelam zastanawiac sie czy w poprzednich ksiazkach tez tak mocno podkolorowal?

Nie kupowac, nie czytac, nie sluchac.

Co za kobieta!Co za ksiazka!-Else Kleen

In Feminizm, Ksiazki, moda, Szwecja on 19 kwietnia 2011 at 00:14

Kristina Lundgren, Alltför mycket kvinna / Za duzo kobiety / 2010

 En biografi on Else Kleen och den Nya Kvinnan som samhällsförbättrande journalist

(Biografia Elsy Kleen i Nowej Kobiety jako reformujacej spoleczenstwo dziennikarki)


Te ksiazke zatrzymalabym chetnie w domu i ogladala ja od czasu do czasu – tak mi sie spodobala. Ma tylko jeden mankament: wydano ja ladnie czyli na kredowym papierze. Na skutek tego bardzo zle sie czyta – zarówno jak jest za malo jak i za duzo swiatla. Cytaty zamieszczono niezwykle drobnym drukiem i dla zmeczonych oczu byly praktycznie nieczytelne. Nosze na codzien szkla kontaktowe i na ogól widze, ale przy tej lekturze caly czas zakrapialam oczy albo wyjmowalam i czyscilam soczewki – a ksiazka miala mi umilic podróz pociagiem. Poza tym czyta sie wolno, poniewaz opisuje wielka ilosc osób, dat, faktów – a wszystko tak ciekawe, za az zal uronic jedno slowo. W roku 2003 Kristina Lundgren juz zbierala materialy, a wydala ksiazke dopiero w roku 2010 i jest to pozycja w najwyzszym stopniu dopracowana. Jezyk piekny, bogaty, literacki – co wbrew pozorom rzadko sie w Szwecji zdarza. Wiele nowych pozycji wydaje sie pisanych na kolanie, w pospiechu, byle jak. Czesto opowiadaja historie osób slabo wyksztalconych i te osoby skrzykuja sie z kiepskim dziennikarzem, co w wypadkowej daje sensacyjna i tania beletrystyke. Dlatego pani Kristinie wielkie dzieki za dopieszczenie literackie czytelnika!

Pora przedstawic bohaterke biografii, Else Kleen (1882-1968). Oto jej autoportret z roku 1906. Ksiazka zawiera wkladke barwna pelna wspanialych portertów i pejzazy – malowanych glównie pzrez uzdolnionych plastycznie czlonków rodziny. Zwlaszcza ze strony matki, gdyz malarkami byly zarówno jej babcia jak i matka, norweskie panie Gram na majatku Ask. Oto portet Elsy pedzla babki

oraz portret matki pedzla Eilifa Petersena

Rodzice byly niezwykli, wszechstronnie uzdolnieni i posiadajacy wyraziste osobowosci – choc nieszczesliwi razem; glównie przez ojca-tyrana. Tak wygladala starszy pan Kleen, wybitny lekarz i wojskowy

Robi mi sie powoli scrap book, ale te porterty sa tak wyraziste,  ze nie moglam sie powstrzymac od ich zamieszczenia. Do faktów biograficznych nalezy jeszcze dodac, ze rodzina, a zwlaszcza ze strony matki, nalezala do tzw.wyzszej sfery czy wyzszego stanu, sila rzeczy zorientowani wiec byli politycznie na prawo. Else sprzeciwila sie rodzinnej tradycji w wielu aspektach, miedzy innymi zorienowala sie na lewo i stala sie z czasem wazna osobistoscia szwedzkiej socjaldemokracji. Miala czterech mezów, od zdolnych do wybitnych: pierwszy to architekt dunskiego pochodzenia, z rodziny jeszcze lepszej (a zwlaszcza w swoim mniemaniu), Torben Grut, drugi to wydawca, dunski Zyd, Koppel, trzeci to Göran Henning von Horn i wreszcie czwarty, tym razem strzal w dziesiatke:  Gustav Möller. Numer cztery byl wielokrotnym ministre, a premierem nie zostal tylko dlatego, ze zawistni koledzy obawiali sie jego silnej osobowosci.

Malzenstwo Kleen-Möller oparte bylo na glebokiej wzajemnej milosci i poszanowaniu wlasnej odrebnosci – mozna by je zdecydowanie nazwac partnerskim. Wielokrotnie malzonkowie przychodzili sobie w sukurs i ich zwiazek przetrwal polityczne zawirowania, paszkwile w gazetach, nagonki i nawet pobyty w wiezieniach. Szwecja nie bylo bowiem wtedy jeszcze wzorem demokracji – swoje standarty poprawila m.in. dzieki wkladowi tej twórczej i oryginalnej pary.

Tymczasem biografia Else to nie tyle opowiadanie o rodzinie, co o samej Else, której wystarczyloby na dwie osoby, a jeszcze by cos zostalo i na trzecia. Nalezy do jednych z pierwszych dziennikarek w Szwecji . Zaczela od artykulów o modzie. Wyksztalcona malarsko w Paryzu ilustrowala sama swoje artykuly, ba, zalaczala nawet wykroje kapeluszy. Miala zawsze duzo zdrowego rozsadku, co przydalo jej sie przy udzielaniu porad w swojej szpalcie, na przyklad dotyczacych budzetu domowego czy prowadzenia gospodarstwa. Byla aktywna rzeczniczka prawa glosu dla kobiet, co zblizylo ja z opisywana ostatnio Klara Johansson. Od mlodosci przyjaznila sie z Ada Nilsson, jedna z pierwszych lekarek, ginekologiem walczacym o srodki antykoncepcyjne i o godziwe warunki pracy dla prostytutek. W gronie jej znajomych, przyjaciólek i powiernic znalezc mozna chyba wszystkie wybitne i postepowe kobiety swojej epoki, ze slynna Aleksandra Kollataj wlacznie.

Else Kleen zaczynala jako Trinny i Sussanah swojego czasu, aby nastepnie  zainteresowac sie sprawami spolecznymi – znowu na wolowej skórze nie spisze wszystkich jej zaslug. Do najwazniejszych nalezy dyskusja na temat przytulków dla chlopców (ówczesnych „bidulów”), gdzie mlodziez meska masowo poddawana byla biciu i ponizana. Nie ograniczala sie do artykulów w gazecie: organizowala wspólne Wigilie i angazowala mlodocianych w swoim gospodarstwie domowym. Te doswiadczenia wykorzystala w jednej ze swoich ksiazek – EK byla bowiem równiez zaangazowana pisarka. Najlepiej sprzedajaca sie ksiazka, do powstania której walnie sie przyczynila to „Zielona wyspa” o sztokholmskim wiezieniu Långholmem. Jak na ironie losu to wlasnie w tym wiezieniu spedzila dwumiesieczna kare, na która zostala skazana za rzekome znieslawienie (systemu penitencjarnego). Dzieki jednak jej kampanii i odwadze system wieziennictwa zostal zreformowany, a prawo o znieslawieniu przez autora ksiazki zmodyfikowane. Czegokolwiek by sie nie tknela udawalo jej sie doprowadzic do zmian. Przejawiala rzadka wrazliwosc spoleczna, a która by sie nie posadzalo osoby urodzonej w uprzywilejowanej rodzinie. Zawsze elegancka, angazowala sie w sprawy ludzi slabo wyksztalconych, z marginesu, biednych i przestepców. Niestrudzenie walczyla o prawa kobiet: o prawo do pracy, prawo do milosci, rodziny i szacunku. Pierwsze pólkolonie – to zasluga Else. Duza czesc reform spolecznych wprowadzonych przez socjaldemokratyczny to pomysly Else, wprowadzone przez jej ministerialnego i równie zaangazowanego malzonka.

Pisac jeszcze bym mogla do rana – ale chcialam zwrócic uwage na cos innego. Czy ktos mysli, ze ktokolwiek w Szwecji wie jeszcze kim byla Else Kleen? Otóz nawet prelegentka od Klary J nie miala zielonego pojecia! Kronikarze socjaldemkokracji znaja nazwisko Gustava Möllera, zas Else figuruje glównie jako jego zona – a dorównywali sobie w formacie. Obecne „faszonistki” nie maja pojecia ile Else uczynila dla nadania stylu szwedzkiej pani Kowalskiej. Zawsze nienagannie elegancka, starannie uczesana i z gustowna bizuteria – zamiast ogólnego podziwu budzila glównie zawisc i idaca za nia niechec, a czasami wrecz nienawisc. Byla osoba barwna, niekonwencjonalna – na przyklad znana byla ze swojego soczystego jezyka (podobno nawet tzw.brzydkie wyrazy wymawiala arystokratycznie). Obyczajowo postepowa musiala byc sola w oku ruchu robotniczego, który promowal ascetyczna moralnosc.

Komplikacje stanowilo rzecz jasna wysokie urodzenie Else.  Fakt, ze nie ubierala sie w worek ani nie posypywala glowy popiolem  zeby sie dopasowac do robotniczych zon innych ministrów. Naturalnie byla doceniana na przyjeciach u zagranicznych dyplomatów, dzieki swojemu obyciu i znajomosci jezyków, lecz zdawala sie zbyt obca; zbyt kobieca, za dobrze ubrana i jednoczesnie za glosna i za swobodnie wypowiadajaca swoja opinie jak na kobiete przystalo.


…Tage Erlander wyrazil w sprawie zachowania policji w stosunku do niej; tzn. ze zawsze znajda sie tacy, którzy chetnie przycisna niekonwencjonalna osobe, jaka byla Else. Znano ja z krytycznych wypowiedzi pod adresem pozostalych ministrów. Nalezy przy okazji wspomniec, ze Tage Erlander, który wyrazal otwarcie swoje opinie we wlasnym dzienniku, w ogóle o Else sie nie zajaknal.

Mozliwe jest nawet, iz koledzy Gustava uwazali, ze partia zostaje skompromitowana przez jej malo skromna, niekobieca i uporczywa walke o prawa osób znajdujacych sie najnizej na szczeblu drabiny spolecznej.

Tak na dobra sprawe nie wiadomo czy sie smiac czy plakac? Osoby zaangazowane, inteligentne i krysztalowo czyste zostaja wczesniej czy pózniej wymanewrowane, wywiezione na smietnik historii i zapomniane. Cale szczescie pojawili sie teraz badacze spod znaku gender i przywracaja zbiorowej swiadomosci niezwykle osobowosci. Nie miewam idoli, jestem osoba krytyczna, a nawet kaprysna – ale Else mi zaimponowala i zdobyla moja sympatie. Jej postaci nie zapomne tak szybko. Czekam teraz na renesans polskich kobiet z poczatku XX wieku. Oby nie na darmo…

Piate urodziny-biblioteka w Halmstad

In Feminizm, Ksiazki, moda, Muzyka, Pamietnik, Szwecja on 16 kwietnia 2011 at 23:55

Gdyby nie kocisko, którym sie dzisiaj opiekuje, to pewnie bym siedziala do wieczora – a tak, to trzeba bylo sie zbierac i jechac do domu. Pan kot MUSIAL miec wychodne wieczorem, a wczesniej trzeba bylo wlóczykija i powsinoge nakarmic. W nocy nie dosc, ze przyszedl po hulankach o szóstej rano, to jeszcze rozglosnie domagal sie…sniadania. Taka z niego nocna wywloka! Ale co tam kocur skoro mowa o wielkim swiecie czyli piatych urodzinach biblioteki w Halmstad (a czyich jeszcze poza tym to sami zainteresowani wiedza i pewnie tez swietowali). Zanim przystapilam do przyjemnosci ducha zaczelam od przyjemnosci ciala – takie oto przepyszne ciastka podawano dzisiaj w kafejcie. Smak lodowo-serkowo-kasztanowy, nieslodkie i rozplywajace sie w ustach – pycha! W kafejce akurat pogrywala kapela miejscowego folkloru i choc sa na pewno znakomici w swoim rodzaju to pominelam ich celowo fotograficznie i fotogenicznie.

Po herbacie pospieszylysmy (z kolezanka na zdjeciu) na pokaz kapeluszy.

Haslo mialo byc „kapelusze z glów na czesc jubilatki”. Zeby uczcic to (nie czcze) czczenie sama wystepowalam w kapeluszu. Powiem nieskromnie, ze mój kapelusz wzbudzal spontaniczne pozytywne komentarze i prezentowal sie urodziwiej niz te na pokazie. Ale sama sobie nie zrobilam zdjecia, wiec trzeba wierzyc mi na slowo. A oto poczatek pokazu – z tylu pani modystka:

Teraz wyrywkowe zdjecia z catwalk’u – jak widac modele byli róznych plci i w róznym wieku:

Po pokazie nareszcie mialam okazje przyjrzec sie stacji do pobierania plików z audiobukami. Jestem zachwycona, bo wystarczy podlaczyc USB i pobrac plik z cala ksiazka, co zaoszczedza szukania w internecie i tankowania malymi torentami. Przejrzalysmy „asortyment” i jest czego posluchac- np. Ksiaze Machiavelliego po angielsku. Musze koniecznie pobrac tam plik ksiazkowy przed podróza do Polski. Przy okazji wypatrzylysmy, ze mozna zabawic sie w ulubiona rozrywke Szwedów czyli tipspromenad. Polega to na tym, ze sie wedruje od punktu do punktu i w kazdym punkcie odpowiada na pytania. Kolezanka wybrala wersje dla doroslych (i dobrze zrobila), a ja dla mlodziezy. Niestety, musialysmy przerwac w polowie, bo zaczynal sie juz wyklad o Klarze Johansson (1875-1948) czyli, jak to sie wyrazila prelegentka, szwedzkiej Wirginii Woolf. Jedna z sal w bibliotece nosi jej imie, gdyz Klara urodzila sie i wychowala w Halmstad – zanim pojechala studiowac w Uppsali i pracowac w Sztokholmie. Akurat przebywam duchowo w jej epoce ze wzgledu na serial Downton Abbey  oraz czytanej wlasnie ksiazce o Elsie Kleen (o której niedlugo). Klara zwiazana byla prywatnie z dwiema innym ciekawymi kobietami swojej epoki. Pracowala jako dziennikarka. Zyla glównie literatura, ale jak sie okazuje musiala recenzowac nie te ksiazki, na które miala ochote, tylko te, których nie wybral jej kolega redakcyjny (jako mezczyzna mial prawo pierwokupu i status gwiazdy w redakcji). Bardzo to fajnie, ze nastapila fala powracania pamieci wybitnych kobiecych postaci. Klara zaangazowan byla m.in. w walke o prawo glosu dla kobiet. Coraz bardziej lubie szwedzkie sufrazystki, nie ma dwóch zdan. Zdaja mi sie o wiele bardziej wspólczesne i wyzwolone od dzisiejszych ikon feminizmu.

Po Klarze nastepna herbata i cos slodkiego, a pózniej juz czas na koncert. Przy okazji okazalo sie, ze na perkusji gra mój znajomy, Kjell – niestety siedzialam tak, ze Kjella na filmikach niemal nie widac. Zaciekawila mnie tez marimba, poniewaz na marimbie gralo kiedys moje dziecko. Koncert zawieral muzyke grupowa w wykonaniu Isildurs Bene, recytacje wiersza napisanego specjalnie na urodziny biblioteki, gre ze spiewem wiolonczelistki Linnei Olsson oraz autorskie recytacje dwójki poetów – no ale wtedy juz musialam isc. Wklejam fragmenty kolejnych punktów programu. Wystep muzyków zrobil na mnie pozytywne wrazenie; byl lekki, ozywczy i wiosenny. Zapraszam z czystym sumieniem wszytskich milosników muzyki, ksiazek i wiosny na muzyke i spiew – a nawet fragment poezji czytanej!

Polski kierowca w Szwecji-nowoczesny niewolnik?

In Polskie refleksje, Szwecja on 13 kwietnia 2011 at 13:43

W zeszlym tygodniu w audycji ”Debatt” dyskutowano m.in. sytuacje polskich kierowców w Szwecji. Na wstepie padlo mocne pytanie: czy polski kierowca jest nowoczesnym niewolnikiem?

Mam kolezanke (Norwezke), której szwedzki maz jest wlascicielem firmy transportowej. Od niej wiem, ze polscy kierowcy sa zle traktowani i wykorzystywani. Wiem tez co sie dzieje w branzy budowlanej i takze przestawiciele tej branzy uczestniczyli w dyskusji telewizyjnej. Obecni byli politycy, reprezentanci think-tanków i naukowcy. „Debatt” to bardzo szybka debata, gdzie prowadzaca rzuca temat i wybiera zglaszajace sie osoby. Czasami dyskusja rozpala uczestników, czasami wypowiadaja sie tylko dwie osoby, a czasami udaje sie dopuscic do glosu wielu uczestników. Problem polskich kierowców zglosil przedstawiciel szwedzkiego zwiazku, który uwaza, ze Polacy zatrudniani sa na duzo gorszych warunkach. To stwarza dwa problemy: po pierwsze polscy kierowcy maja nizsze dochody, koczuja na parkingach przeczekujac wymagane przerwy w pracy, gotuja sobie posilki w kabinach i nie otrzymuja przyslugujach im prawnie diet. Po drugie polscy kierowcy wypieraja szwedzkich, poniewaz sa tansi i nie stawiaja zadnych warunków pracodawcy – stara bridge’owa metoda „co swoje i w krzaki”.

Kazdy w tej dyskusji powiedzial swoje, bo zwolennicy magii „rynku” nie przekonaja zwolenników idei socjaldemokratycznej. Wystepowal m.in. Fredrik Malm, polityk Folkpartiet, którego mialam przyjemnosc poznac jak mój syn byl przywódca wojewódzkiej mlodziezowej przybudówki. Fredrik wypowiedzial sie przeciw przesadom wzgledem róznych nacji, a zwlaszcza Polaków (czyzby ze wzgledu na pamiec mojego dziecka?). No i na koniec wyrwany zostal do tablicy polski kierowca, niejaki Andrzej Twardowski. Pan Twardowski zamieszkal na stale w Szwecji i z rozanielonym usmiechem zakomunikowal, ze nie rozumie o co ta cala awantura, bo tutaj pracuje i jest mu tu jak w niebie! I caly pogrzeb bylby na nic, gdyby nie to, ze i tak wszyscy wiedza jak sprawa wyglada. Niedawno w „Uppdrag granskning” znany dziennikarz Janne Josefsson odwiedzil Oslo i ze zdumieniem odkryl, ze szwedzka mlodziez pracuje tam „niczym Polacy”. Polscy budowlancy tlocza sie nocujac w jednej klitce w warunkach niehigienicznych i jak to mówil szwedzki budowlaniec pracuja w oddzzielnej grupie (Szwedzi sobie, a Polacy sobie), nie znajac zadnego jezyka i trudno ich nawet ostrzec przed niebezpieczenstwem. Wszyscy wiedza, ze Polacy maja gorsze warunki pracy, zatrudnienia i uposazenie. Jedynie sami Polacy unosza sie honorem i ida w zaparte, ze absolutnie krzywda im sie nie dzieje, a wrecz przeciwnie. Polscy budowlancy u mojej szwedzkiej kolezanki kolezanki pracowali od rana do wieczora, odmawiajac raz za razem propozycji przerwy na kawe czy posilek. Podlizuja sie i czapkuja szwedzkim pracowdacom – czym zdecydowanie nie budza szacunku. Potem polskie gazety oburzaja sie na niemieckie dowcipy o brudnym Polaku mieszkajacym z koza – i w tym swietym oburzeniu widac wyrazny podzial na Polske A i Polske B. Polska A prowadzi polityke historyczna i wymachuje szabelka, podczas gdy Polska B zarabia zagranica w kiepskich warunkach na podniesienie krajowego PKB.

 

 

Trudno wymagac szacunku dla osób, które sie same nie szanuja. Trudno zbudowac szacunek dla abstrakcji Polska kiedy jej obywatele zagranica eliminuja obywateli innch krajów dostarczajac taniej sily roboczej i zabierajac prace obywatelom innych krajów. Rozumiem jak ktos powie: biore gorzej platna prace, bo potrzebuje pieniedzy – ale zeby od razu twierdzic w panstwowej TV, ze jest mu jak w niebie?! Swoja droga wystawia to swiadectwo polskiej branzy transportowej, o której tez niedawno GW pisala (dyrektywa rozjezdzania samochodów osobowych).

 

Mam tu kolezanke, która w Polsce „ponizej kierownika to nie zejdzie”, natomiast w Szwecji chyba by nie bylo pochlebstwa, które by jej przez usta nie przeszlo, zeby sie gdzies zalapac. Co sie z nami dzieje w momencie przekraczania granicy? Od lat walcze z zwiazku o równe warunki dla obcokrajowców, a tymczasem sami Polacy na wejsciu oddaja walke walkowerem.

Muzyka straszy w muzeum sznurka

In Muzyka, Performance, Sztuka, Szwecja on 7 kwietnia 2011 at 19:49

Dobra muzyczna passa trwa. Dzisiaj w muzeum rysunku straszylo – starszylo muzyka. Dwóch panów z Halmstad gralo do tasmy na gitarze i perkusji. Jak przyszlam, lekko spózniona, to juz grali:

 

Muzyka trwala, czasami krecac sie w kóko, czasami powtarzajac, a zcasajac zmieniajac rytm i melodie. Z tasmy slychac bylo grzmoty i szalejaca burze:

 

Muzycy wykazali tez poczucie humoru – w pewnym momencie przestali grac, a tasma odtworzyla amerykanskie melodie, podobne do sciezki dzwiekowej z wczesnego Disney’a.  Potem rozszalala sie burza na tasmie, zeby na sam koniec powrócic do lagodnej i wesolej muzyki amerykanskiej. Mile zajecie na wietrzny wieczór i okazaja do spotkania znajomych.

 

A na deser jeden z obrazków artystki wirtuoza szurka:

 

 

Koncert w przerwie obiadowej-czesc IV

In Muzyka on 6 kwietnia 2011 at 18:15

Dzisiaj w bibliotece wystepowal muzyk klasyczny, Stefan Burkhardt z Lipska. Zaprosilo go na wystepy Halmstadzkie Towarzystwo Muzyki Kameralnej. Wieczorem koncert zasadniczy w kosciele Martina Luthra, a na lunch zaserwowano „przekaske” dla wzbudzenia apetytu. Stefan wygladal niezwykle sympatycznie i zagral niemiecka muzyke romantyczna- Jak na mieszkamca Lipska nie mógl zapomniec o Feliksie Mendelssohnie Bartholdym (choc prawde rzeklszy wolalbym, zeby to byly utwory siostry, Fanny).

Po Mendelsohnie przyszla pora na Schumanna. pierwszy z utworów skomponowany zostal w okresie, kiedy Scumann zakochal sie w przyszlej zonie, Klarze Wieck:

A potem przyszla pora na przebój wszystkich filharmonii czyli Marzenie Schumanna:

Murmurando moje wlasne – czlowiek sie nie kontroluje jak sam sobie nusi pod nosem, a mikrofon to wszystko zbiera. Tym razem mialam wspaniale miejsce, bo w pierwszym rzedzie. Niestety, pod swiatlo – ale za to dzwiek nagral sie przyzwoicie (jak na malenka komóreczke). Nie moge sie caly czas nadziwic pojemnosci karty pamieci, ze tyle informacji sie tam pomiesci. Przy okazji zawarlam mila znajomosc z kobieta, kolo której sobie usiadlam (ona z jkolei robila duzo zdjec). Okazalo sie, ze zajmuje sie profesjonalnie sztuka i nie tylko – zaprosila mnie na swoje stoisko na piate urodziny biblioteki. szesnastego kwietnia. Pewnie sie tam wiec wybiore – bardzo lubie takie spontaniczne znajomosci, gdyz poszerzaja horyzonty.

Na pohybel normalnosci-Lütz

In Ksiazki, Szwecja on 6 kwietnia 2011 at 00:46

Manfred Lütz, På tok! Vi behandlar fel människor; vårt problem är de normala, 2010

 

 

Trafilam nareszcie na swego – zakochalam sie w ksiazce niemieckiego lekarza, teologa i filozofa Manfreda Lütza (Lirael – nie wiem CZY to aby dobre zdanie na poczatek?). Skusil mnie tytul „Wariacja! Leczymy nie tych co trzeba; sprawca klopotów sa normalni”. A wypowiada sie autorytet czyli psychiatra. Od dawna wiedzialam, ze odrobina szalenstwa jezeli nie ulatwia to ubarwia zycie i tylko ludzie szaleni twierdza, ze sa absolutnie normalni. Czytajac nie zdawalam sobie sprawy, ze autor jest takze teologiem – szwedzcy wydawcy ukryli skrzetnie ten fakt. Urzeklo mnie gleboko humanistyczne podejscie do czlowieka jako godnej szacunku jednostki. Wokól mnie panstwo, gdzie ludzie zostali zredukowani do sily roboczej i jednostki wytwarzajacej podatek, który moze pójsc na zbrojenia czy pomoc jakiejs juncie. O wszystkim rozmawia sie w kategoriach ekonomicznych: ile to bedzie kosztowac i czy to sie bedzie oplacac (pytanie tylko komu?). Czlowiek zostal uprzedmiotowiony i zmonetaryzowany. Juz nie mówie o tym, ze Szwecja to kraj „nie wysowywatsja” – wychylenie sie w którakolwiek strone grozi kara, a w najgorszym razie wypadkiem. Trinny i Susanah nie mogly wyjsc z podziwu, ze Szwedki ubieraja sie glównie w legginsy, a poza tym w dzinsy i czesto jakis worek na górze – elegancja nie poplaca, poplaca przecietnosc. Lütz rozprawia sie z ta szaromyszowatoscia w dalszej czesci ksiazki. Tymczasem juz w przedmowie wyraza swoja opinie:

 

Wieczorne wiadomosci w TV, ogladane oczyma psychiatry i psychoterapeuty sa nieustannym zródlem irytacji. Pokazuje sie opetanych wojna, terrorystów, morderców, oszustów finansowych, wyrachowanych ksiegowych i bezwstydnych egoistów – i nikt nie mówi o poddaniu ich leczeniu. Mysle wtedy o ludziach, których spotkalem tego dnia w pracy: o wzruszajacych pacjentach w demencja, alkoholikach obdarzonych cienka skóra, w najwyzszym stopniu wrazliwych schizofrenikach, poruszajacych pacjentach z depresja i fascynujacych maniakach – i wtedy legnie sie w mojej glowie powazne podejrzenie, ze leczymy nie tych co trzeba! Problemów przysparzaja nam nie wariaci, lecz ci normalni!

 

Z satysfakcja czytam jak lekkim piórem autor przyklada wyznawcom tzw. zdrowego sposobu zycia. Znam takich wielu – religie zastapilo im przestrzeganie specyficznej diety, czesto wlasnego pomyslu (ser bialy i makaron razowy odpadaja – ja jem TYLKO zdrowa zywnosc to autentyczna wypowiedz mojej znajomej). Znajoma ta opowiadala mi z wypiekami na policzkach, ze raz w tygodniu chodza z mezem na gimanstyke. I jak zdrowo ona sie po tym czuje! Pewnie, ze pora na ruch, bo ma okolo dwudziestu pieciu kilo nadwagi – ale czuje sie niczym Paris Hilton. Rzeczonej Paris dostaje sie takze od Lütza, co znowu przysparza mu mojej sympatii. Celnie zauwaza, ze ten, który nie wierzy juz w nic wierzy we wszystko. Dostaje sie ruchom ezoterycznym i calemu ruchowi new age z krysztalami, mediami, wrózami itp. Wyzwolenie sie z tradycyjnych norm przynioslo ze soba gleboka niepewnosc. Ludzie poszukuja wspólnot o nowych norm i pytaja co dzisiaj jest normalne? Stad wielka popularnosc poradników i wrecz uzalenienie niektórych osób od najnowszych porad. Lütz slusznie zauwaza, ze dawniej ludzie sobie bez tych poradników tez jakos radzili – a teraz nagle ktos wytworzyl w nich potrzebe kupowania coraz to nowych doradców. Podoba mi sie jego szkola, wedlug której psychiatra ma pomagac punktowo i potem wycofac sie. Poza  tym autor koncentruje sie na pozytywach u swoich pacjentów pytajac: jak sie panu ostatnio udalo przestac pic zamiast: czemu pan pije? Jego metoda przypomina mi dawne ciotki czy doswiadczone nauczycielki, które potrafily zawsze dotrzec do najbardziej krnabrnych dzieci apelujac do tego, co w nich najlepsze. Tymczasem w Szwecji wyrzuca sie co zywsze dzieci do szkolnego psychologa i dzieciego psychiatry, na samym wstepie je marginalizujac.

 

Interesujaca tez jest teoria, ze spoiwem miedzy ludzmi stala sie pogarda; pogarda dla innych. Mozna zdefiniowac z jakiego srodowiska sie ktos wywodzi okreslajac w jakim srodowisku czuje sie falanie. Ci ludzie uwarzaja sie sami za chodzacy wzorzec normalnosci i definiuja: normalni to tacy jak my – nienormalni to ci inni. Moim ulubionym cytatem jest:

 

Czlowiek moze traktowac swoje zycie jak dzielo sztuki, które  sam tworzy.

 

Zawsze to mówilam!

 

No i bardzo cieplo pisze o pacjentach ze schizofrenia, o uzalenionych i ich rodzinach czy ludziach dotknetych boarderline disorder. Zdecydowanie sprzeciwia sie odhumanizowaniu pacjenta – dla niego zawsze to cierpiacy czlowiek z dolegliwosciami, a nie ciekawy przypadek tego czy owego. Jest tez zwolennikiem odpowiedzialnosci za swoje czyny, bez zwalania na okolicznosci czy hormony. Niezmiernie mnie to podnioslo na duchu, bo w Szwecji konsumpcja alkoholu bywa okolicznoscia lagodzaca – i ludzie mówia: ja nic nie pamietam, przeciez bylem pijany. Tymczasem lekarz Lütz twierdzi: to nie serotonina podniosla twoja reke do twarzy zony – to ty ja uderzyles. Innym przykladem ze Szwecji, który przychodzi mi do glowy, to byla przywódczyni partii komunistycznej, która na srodku kina zdjela majtki i sie wysikala publicznie. Oczywiscie wszyscy ja rozgrzeszyli, bo byla zalkoholizowana. Nawet mówi sie: zrobic pudla czyli okazac skruche po wpadce – a potem wszyscy ci wybacza jak ladnie pzreprosisz i najlepiej na cos zrzucisz. Lütz przywraca proporcje czyli to nie alkohol sika na srodku kina tylko pani Gudrun Schyman.

 

Gdyby go to nie obrazalo powiedzialabym, ze ksiazka Lütza to glos uspionej normalnosci (a na pewno glos ozsadku). Czyta sie znakomicie, poniewaz autor dysponuje wspanialym poczuciem humoru, a z tekstu emanuje cieplo i empatia. Wyglasza zdecydowanie ostre poglady, ale ujmuje lagodnoscia i wyrozumieniem dla ludzkich przypadlosci. Jak dla mnie to jaskólka – moze wiosny, a moze jakiegos ruchu oddolnego ludzi, którzy zachowali w sobie czlowieka i nie dali sie przeksztacic w sterowane neuroprzekaznikami jednostki produkcyjne.

 

 

Cztery w jednym (ksiazki, wpisie)

In Ksiazki, Sztuka, Szwecja on 3 kwietnia 2011 at 17:50

Nie bylo mnie przez chwile – glównie przez zalobe po szynszylku. Jeden z moich ulubienców, Moryc, musial zostac uspiony. Kazdy, kto kocha zwierzeta i przeszedl przez podobne przezycie wie co to oznacza. Tym razem nie zdecydowalam sie na pogrzeb we wlasnym wykonaniu – za duzo mnie to poprzednim razem kosztowalo. Ponizej zamieszczam nagrobek szynszyla, który mial wszystkie szynszyle pod soba, Wilusia. Moryc mam nadzieje mi wybaczy – zaoszczedzilam mu losu Wilhelma, komajacego w meczarniach na moich rekach. Zostal mi teraz drugi szynszyl, Max oraz dochodzacy kocur – no i wróble na balkonie.

Zaczne od nowosci w sprawach niedawno opisywanych. Jak doniosla prasa przewodniczacy zwiazku zawodowego w Jönköping, który zabronil kierowcom rozmawiac na przerwach w swoim macierzystm jezyku, stracil swoje stanowisko – czyli interwencja mediów daje rezultat, co wystawia lokalnej demokracji nienajlepsza ocene. Druga nowoscia jest ekspozycja w Muzeum Rysunku w Laholmie. Bylam wczoraj na wernisazu i obejrzalam prace pani, która oddaje swiat przy pomocy sznurka. Maly format ramki, szklo, a za szklem rozciagniety miedzy dwoma gwozdzikami w poziomie czarny sznurek. Wernisaz nie odbyl sie w prima aprilis – jak lubie nowe srodki wyrazu, tak moje oczy zamkniete sa na piekno sznurka.

Teraz do ksiazek. Ksiazka numer jeden to Slynne metresy czyli tajna wladza kobiet pióra Yury Winterberga, 2009. Okladka w stylu „lowcy sensacji”, ale tresc zdecydowanie ciekawa. Opisane sa trzy epoki i trzy miejsca w pelni rozkwitu: Rzym schylku sredniowiecza i poczatków renesansu, z maksymalna potega kosciola katolickiego; Istambul u szczytu potegi Osmanów oraz Paryz poczatków absolutyzmu za czasów Ludwika XIV. Opisywane metresy to: Giulia Farnese, kochanka papieza Aleksandra VI czyli Rodrigo Borgii (ojciec m.in.tradycyjnie oczernianej Lukrecji Borgii); Ukrainka Aleksandra Lisowska zwana Roksolana , naloznica i malzonka sultana Sulejmana oraz arystokratka Francoise-Athénaïs de Montespan. (de Rouchechouart-Mortremart de domo), kochanka Króla Slonce. Bardzo ciekawie zarysowane tlo historyczne, interesujace czasy, fascynujace postaci. Mimo posiadanej wladzy faktycznej nie marzy mi sie jednak rola metresy. Opisywane kobiety to osoby nieprzecietne – zadne tam szare myszki.. Piekne, wyksztalcone, z osobowoscia i ambicjami, czesto pochodzenia swietniejszego niz ich kochankowie. Cóz z tego jak czasy nie daj Panie! Metresa musi dbac o swoja atrakcyjnosc, byc nie tylko urodziwa i zadbana, ale tez prowadzic polityke pozwalajaca jej na utrzymanie pozycji. Zadne tam wygodne zycie na piernacie i zajadanie sie marcepanami – stres, harówka i wieczna niepewnosc. Jestem pelna podziwu ile te kobiety byly i tak w stanie przeprowadzic – ich sytuacja bywala szczególnie trudna po urodzeniu dzieci. Obskurny patriarchalizm i nic dziwnego, ze kobiety wykorzystywaly swój sex-appeal. Troche jak latka-jednodniówka mialy intensywny i krótki okres godowy. Bo nie daj Boze zestarzec sie, wypasc z lask czy zachorowac – wtedy nie tylko kij zebraczy na starosc, ale jeszcze zycie dzieci zagrozone. Paskudny system generujacy pazerne i bezwzgledne niewiasty – choc wcale im sie nie dziwie. Podobnie zachowuja sie dzisiejsze metresy, wybranki tzw.celebrytów. Ksiazeczka cienka, wiec jak sie lubi historie to polecam. Jakby smutno nie konczyly wybranki wladców, to mialy wplyw na rozwój wydarzen – nareszcie widac jakies kobiety w zdominownej przez mezczyzn historii.

Ksiazka druga to Falszersz paszportów, autobiograficzna opowiesc Ciomy Schönhausa, 2007, która posluzyla tez do nakrecenia filmu. Druga czesc jego wspomnien to Der Passfälscher im Paradies. Opowiesc niezwykla, zupelnie inna od tych, do których przyzwyczailismy sie, bo pelna radosci zycia i optymizmu. W odróznieniu od Begniniego optymizm nie dziala mi jednak na nerwy. Begnini to taka Polyanna, zas Schönhhhaus pelen zycia, wysportowany i artystycznie uzdolniony mlody chlopak. Zydowska rodzina Ciomy pochodzila z Minska i ojciec swego czasu komunizowal. W poszukiwaniu lepszego zycia przeprowadzili sie do Berlina, potem próbowali szczescia w Palestynie, lecz postanowili wrócic do Europy i stolicy Niemiec. Powodzilo im sie niezle: ojciec otworzyl wytwórnie wody gazowanej, a matka pracowala jako krawcowa. No i nagle nie ma juz szans na ucieczke zagranice, nadchodzi wojna i nieuniknona smierc najblizszych. Samemu Ciomie, dzieki fantazji, brawurze, inteligencji, wytwalosci i odwadze udaje sie najpierw ukrywac w Berlinie, a nastepnie uciec na rowerze az do granicy Szjacarii, która to granice pokonal wplaw. Ksiazka ma forme pamietnika pisanego miedzy wrzesniem 1941 a wrzesniem 1943. Na poczatku zycie toczy sie niemal normalnie, zeby krok po kroku osaczyc glównego bohatera. Cioma wymyka sie wielokrotnie losowi i osaczyc sie na dobre nie daje – wyjatkowo pozytywne przeslanie, ze jak sie czegos wyjatkowo chce (i na dodatek jest sie zdolnym) to mozna zmienic swój tragiczny w zamierzeniu los. Poniewaz znam wiele polskich wspomnien uderzyla mnie o wiele lepsza dola Zydów niemieckich. Biurokracja hitlerowska w Niemczech dlugo zachowywala pozory praworzadnosci – nie bylo takiej nedzy, terroru i upodlenia jakie znam z polskich relacji. Wystepuja tez „dobrzy Niemcy”, o istnieniu których Polacy nie zawsze pamietaja. Intelektualisci, ludzie kosciola – zaangazowani w ratowanie zycia osób skazanych przez wladze na zaglade. Barwna mieszanka narodów, gdyz wystepuje takze wielu Rosjan. Brak zorganizowanego ruchu oporu czy podziemnego panstwa, lecz dzieki przyslowiowej niemieckiej dobrej organizacji niosaca pomoc –urzekla mnie atmosfera typu „i byla milosc w getcie”: mlodzi ludzie chca sie bawic, chca sie kochac, jesc w dobrej restauracji, uprawiac sporty, podziwiac przyrode. Ich brak rozsadku czesto pozwala na wyjscie obronna reka. Wspomnienia Schönhausa sa afirmacja zycia. W czasach dyskusji nad „Zlotymi zniwami” Grossów warto tez pamietac, ze donosy byly norma w Niemczech. Pamietam opowiadanie starszej pani, która jako dziecko przezyla naloty Hamburga – o tym, ze doniosla na jej rodzine sasiadka zza sciany (sluchali radia Londyn). W poslowiu mozna dokladnie zapoznac sie z donosem zawistnej osoby, na skutek którego wpadla cala siatka – w sumie piecdziesiat osób:

Pilne. Sprawa zydowska.

Pragne przekazac pilna wiadomosc o pewnej Zydówce. Mianowicie jakis czas temu zorientowalem sie, ze jakas Zydówka ukrywa sie tu, w domu, u ludzi i chodzi bez gwiazdy.

To Zydówka Blumenfeld, która ukryla sie w tajemnicy u pani R… To musi sie natychmiast skonczyc, prosze poslac zaraz wczesnie rano o 7.00 jakiegos funkcjonariusza i niech te kobiete zabierze.

Ta Zydówka, gdy jeszcze mieszkala w tym domu, byla zawsze bezczelna i zadzierala nosa. Musicie tylko szybko dzialac, gdyz moze zniknac gdzie indziej.

Heil Hitler.

Cioma Schönhaus mial szczescie, ze zdolala sie wydostac z Berlina i dotrzec do Szwajcarii. W Berlinie udalo sie przetrwac w ukryciu tylko tysiac pieciuset Zydom.

Ksiazka numer trzy: Argentynczyk Pablo de Santis; Teatr pamieci, 2007. Dobra ksiazka, choc nie lubie watków science fiction. Ma cos z Lema. Ciekawie napisana – krótka, ale pozostaje w (nomen omen) pamieci. Historia lekarza neurologa, który po okresie pracy w zagadkowej fundacji rozpoczyna kariere w szpitalu. Tam napotyka na tajemniczy przypadek pacjenta, jak sie okazuje, zwiazanego wlasnie z ta sama fundacja. Przeszlosc dopada doktora Negri i zle sie z nim obchodzi – co zreszta bylo z góry do przewidzenia. Negri z jednej strony przerazony jest oblakancza praca fundacji, a z drugiej strony fascynuje go jej dzialalnosc i kontakt z granicami poznania. Lubie taka proze, gdzie nic nie jest oczywiste, nie ma próby wyjasnienia psychologicznego zachowania bohaterów i wszystko sie moze zdarzyc. Napisane z oszczednoscia, która pozwala na wlaczenie wlasnej wyobrazni. Autor to zawodowy scenarzysta i czytajac widzi sie kolejne obrazy, jakby ogladajac film – mnie to odpowiada. Okladka tez mi przypadla do gustu – taka surrealistyczna i choc rzecz nie traktuje o inkwizycji hiszpanskiej to nastrojem trafnie oddaje tresc utworu.

No i teraz salon odrzuconych – opus nastepne. Absolwentka Yale, Jane Mendelsohn, American Music, 2010, audiobook. Okropnie pretensjonalna w zamierzeniu i kompozycji, banalna w tresci i sposobie obrazowania, nieprzejrzytsa, nic nie wnoszaca, przegadana, przewidywalna. Sprawia (niezamierzone) wrazenie collage’u – jakby ktos na chybi trafil wycial pare artykulów z czasopisma nienajwyzszych lotów i na dodatek jeszcze je pocial na kawalki. Potem te wszystkie fragmenty zostaja zmieszane i ulozone losowo – w ten sposób czytelnik otrzymuje proza bedaca zbiorem nieuporzadkowanych fragmentów. Jakby jeszcze rzeczywiscie Jane M taki eksperyment przeprowadzila, to wyniki moglyby okazac sie ciekawe. Pod warunkiem, ze kazdy czytelnik losowal by wlasna kolejnosc, czyli powstala by pewna ilosc kombinacji z tych samych fragmentów tworzace rózne powiesci. Niestety, autorka ma po prostu taki styl i taka mysl pikna, ze kawalkuje niemilosiernie historie, które sie niekoniecznie ze soba wiaza. Za duzo postaci, za duzo miejsc geograficznych, za duzo irytujacej fragmentarycznosci i banalnych sentencji majacych grac role madrosci zyciowej. Plaskie, nudne, meczace – nawet do smazenia nalesników sie nie nadaje. Troche to dziwne, bo pani Mendelsohn napisala bestseller o necacym tytule I Was Amelia Earhart. Widocznie szlaki podniebne nie maja nic wspólnego z niebianskimi przyjemnosciami sluchania – American Music zdecydowanie nie jest dobra reklama amerykanskiej muzyki. Pozostaje puscic sobie jakiegos dobrego amerykanskiego muzyka, a pania JM jak najszybciej puscic w niepamiec

Na deser obrazki z wystawy – na moim  sajcie. Plus zdjecia dwóch ciekawych architektonicznie budynków w Sztokholmie.