szwedzkiereminiscencje

Archive for Październik 2011|Monthly archive page

Katastrofizm outsidera-Houllebecq

In Ksiazki, Sztuka on 24 października 2011 at 15:32

Zlowrogi chichot

Michel Houllebecq /La carte et le territoire/ Mapa i terytorium/ 2010

Le monde est ennuyé de moy,

Et moy pereillement de luy.

Charles d’Orleans

Ta sentencja moglaby wysterczyc jako streszczenie calej ksiazki – widac wyraznie, ze Houllebecq nie ma ochoty pisac, czuje sie odrzucony i niezrozumiany, a jego inwencja twórcza nie znajduje paliwa. Ksiazka to dziwna, acz nie pozbawiona zalet. Najwieksza zaleta – jak zawsze – sa kasliwosci na temat otaczajacego nas swiata i cywilizacji, oparte na wnikliwej obserwacji autora.

Jeszcze troche a bym tej ksiazki nie przeczytala. Wzielam ja latem na plaze, ale sie zdecydowanie nie nadawala (od czasu do czasu musze sprawdzic jakies slówko, a na sloncu nie mozna bylo nic z ekranu komórki odczytac). Poza tym zaporowa ilosc znanych nazwisk przyprawila mnie o podejrzenie taniosci chwytu i zirytowala na wejsciu. No ale to w koncu jeden z moich ulubionych pisarzy, wiec powrócilam do lektury z nastaniem jesieni i zdaje sie mam idealny timing z polskim wydaniem. Jak odpuscilam zloszczenie o name dropping (pewnie by sie Huollebecq sam usmial jakby sie zreflektowal) to mnie, jak zwykle, wciagnal. A wlasciwie wciagal, bo powiesc pisana jest jakby na raty i jakby mistrzowi nie stalo weny na cala powiesc. Jak dla mnie móglby zmniejszyc objetosc, bo 420 stron to  cegla. Zwiekszanie objetosci przez szczególowe informacje zaczerpniete z niewiadomego zródla (podobno Wikipedia) nie sluzy polepszeniu jakosci i zdaje sie wspólczesnym makaronizmem. Co prawda jestem przyjacielem psów, lecz niekoniecznie musze wiedziec wszystko o bolonczykach – a juz zdecydowanie nie jestem przyjacielem much i za akapit o muchach dziekuje. Uciecha, ze Houllebecq skonczyl pisac jak zawsze, a zabral sie – jak wszyscy – za kryminaly tez jest przedczesna. Watek kryminalny jest watly i tez troche niespójny. W ogóle slowo niespójnosc jest haslem pzrewodnim Mapy i terytorium.

Mam niejasne przeczucie przekory autora – troche jakby mówil: skoro nie chcecie czytac tego co wam mam do powiedzenia to macie produkt, który wam sie na pewno spodoba: znane nazwiska celebrytów, kryminal, pare komplementów pod adresem Francji. Jakby chcac dobic czytelnika autor snuje na koncu katastroficzna wizje nie tyle, ze rozdziobia nas kruki, wrony  – co ze nas wszytskich (cywilizacje) porosnie trwa. Nasze Manaus, z pretensjonalnym stosunkiem do sztuki, pochlonie znowu dzungla. Na cale szczescie nie mógl sie jednak oprzec wlasnej pasji pisania o rzeczach, które go obchodza i te fragmenty czyta sie z przyjemnoscia. Jak na przyklad wysmiewanie napuszonych opisów hoteli czy zajazdów, reklamowanych PR-owa nowomowa, która ma zachecic jakis „target”, a tymczasem swoja niekomunikatywnoscia i eklektyzmem zniecheca kazdego o ilosci szarych komórek wiekszej niz dwie. Porywajacy jest tez opis podrózy do Szwajcarii, swiezym (niemal cieplym jeszcze) tropem ojca, który postanowil poddac sie eutananzji. Zestawienie sasiedztwa przybytku rozkoszy z przybytkiem smierci podkresla groze tego drugiego. Odczlowieczenie aktu smierci, gdzie czlowiek staje sie wylacznie klientem, a pózniej „karma dla karpi brazylijskich w Jeziorze Zuryskim” wyzwala w tytulowym bohaterze, Jedzie Martinie, uzasadniony gniew i sprzeciw. Nie jestem zwolenniczka bicia kogokolwiek, a zwlaszcza kobiet, ale sadze ze czytelnicy kibicuja Jedowi w knock-oucie bezdusznej (profesjonalnej?) pracownicy kliniki smierci. Bardzo fajna jest tez analiza postaci Billa Gates’a i Steve’a Jobsa (szczególnie czytajac zaraz po smierci tego drugiego) obrazu pedzla Jeda: bankier z powiesci Bazaka spotyka inzyniera z powiesci Verne’a. W ogóle analiza spoleczna to nadal mocna strona zdeziluzjonowanego autora Mapy.

Nota bene z tytulem to tez (zamierzone?) zamieszanie – podobno jakis francuski autor pozywal Houllebecqa o plagiat, a tymczasem to nasz rodak Korzybski (niezyjacy, wiec nie pozwie) byl autorem sformulowania. Wydaje mi sie, ze wlasnie z tego powiedzenia wywodzi sie takze pomysl zamieszczenia pisarza Houlellebecqa jako osoby wystepujacej w Mapie (pisarz wykazuje duze poczucie humoru zarzynajac sie). Bo przedstawienie osoby to nie to samo co osoba – prosze bardzo, nie lubicie mnie jako osoby, tyle macie mi za zle, to macie, wlasnie sie zarznalem na waszych oczach i dla waszej rozrywki – troche to tak odbieram. Rozszerzajac pojecie warto dokonac refleksji nad „mapa” nas, zamieszczona na przyklad na Facebook’u – która przedstawia zupelnie cos innego niz prawdziwe „terytorium” nas samych.

Houllebecq to utopista, darzacy uznaniem utopistów wczesniejszych. Tym razem padlo na Williama Morrisa. Autor nieslusznie pisze w tekscie, ze malo kto o Morrisie slyszal – sama mam dwie ksiazki, w którym o Morrisie mowa:

W ksiazce jest on po trosze klamra spinajaca postoci: artysty Jeda, jego ojca-architekta oraz postaci pisarza Houllebecqa. Wszyscy trzej go znaja i podziwiaja.  Zas ojciec pozostawia Jedowi w spadku pudlo szkiców niezrealizowanych projektów – z opisów przypominaja po trosze dom zaprojektowany m.in. przez Morrisa:

Morris byl – podobnie jak Houllebecq – szlachetnym utopista. Chcial dla prostych ludzi przedmiotów pieknych, o rzemielsniczo doskonalej jakosci. Tymczasem wyszly mu przedmioty luksusowe, dla ludzi bogatych. Podobnie zreszta jak Jedowi, który zaczynal od fotografii maszyn i poprzez zdjecia map Michelina doszedl do nieprzyzwoicie drogich obrazów. Jed zdaje sie zagubiony w swiecie, gdzie jego ojczyzna staje sie skansenem, dostepnym dla moznych z calego swiata – tak na maginesie to sam MH urodzil sie na obrzezach czyli wyspie Réunion i stad byc moze spojrzenie outsidera. Rozdarty miedzy profitami ze sprzedazy swoich dziel a pogarda dla tych, którzy je kupuja. Samotny i niezrozumiany – najlepszy dialog zdaje sie nawiazywac z piecykiem do ogrzewania cieplej wody. Gdzies w opisie pretensonalnego swiata pozorów siedzi wrazliwy czlowiek, który wzbudza moja sympatie. Mam nadzieje, ze Houllebecq sie jakos duchowo pozbiera i zanim porosnie go trawa (albo zjedza karpie) jeszcze cos nam napisze.

Acha – a ten opis Polaków podajacy za cieple chablis to jakas sciema – tak sie napalilam, ze moze Jed polecial do Polski, a tu tylko wspominal Polaków zatrudnionych w Irlandii. W oryginale bylo to tak:

Le serveur polonais déposa devant eux une boutelle de chablis tiède.

« Ils n’y arrivent pas…’geingait le romacie. ‘Ils n’arrivent pas á servir le vin blanc á temperature.

Czy taka mala i niepochlebna wzmianka wystarczy zeby wzbudzic zainteresowanie ksiazka w Polsce ??

Reklamy

Dwie historie-Krall

In Film, Ksiazki, Przywracanie pamieci on 16 października 2011 at 12:39

 

Hanna Krall / Król kier znów na wylocie / 2006

 

 

Tak sie sklada, ze we czwartek obejrzalam „Klucz Sary” czy tez w oryginale „Elle s’appelait Sarah…”. Nie znam polskiego tytulu i nie moge wywrózyc z Internetu czy byl w Polsce wyswietlany? Film niskobudzetowy, bedacy ekranizacja bestselleru Tatiany de Rosnay –  podobno zajmowal wysoka pozycje na liscie przez cale sto tygodni. Nie znam ksiazki – slyszalam zarówno opinie, ze ksiazka byla lepsza, jak i ze sie nie umywa do filmu. Jezeli tak, to swiadczy to o niskim poziomie intelektualnym czytelników, nikogo nie obrazajac. Bo ten film to gniot.

 

Sa niby dobrzy aktorzy (Kristin Scott-Thomas!) i autorka miala podobno dobre intencje, lecz wyszedl amerykanski film pogladowo-oswiatowy dla uczniów mlodszych klas – to w moich oczach. Tak jakby mial zarysowac problem samorzutnej akcji deportacji Zydów we Francji i  przedstawic postawy Francuzów z wyraznym przekazem, która z nich byla dobra. Ta natretna pedagogika i naiwno-tendencyjne komentarze dorpwadzaly mnie do szalu. Natomiast szwedzka publicznosc, która wypelniala sale kinowa odbierala film jako szokujacy i swiezy. Ba, jak sie doczytalam, szwedzcy krytycy zarzucali „Kluczowi Sary” zbytnia brutalnosc i beznadzieje scen deportacji – tak jakby nikt tutaj o Zagladzie nie slyszal. Bohaterka Hanny Krall, Izolda Regensberg, chciala zeby na podstwaie jej wojennych losów nakrecic film. Nie sadze, zeby jakikolwiek Szwed wysiedzial do konca tego filmu.

 

Na widok ksiazek Hanny Krall miekna mi kolana – ma inny „bajer” niz Murakami, lecz tez mnie zawsze bierze, glównie ze wzgledu na tematyke i przywracanie pamieci. Tym razem przypasowal mi wyjatkowo – jakos nie przepadam za opowiadaniami i wole jedna, dluga opowiesc. Historia Izoldy Regensberg, podajacej sie pózniej za Marie Pawlicka, zaczyna sie podczas wojny i konczy wspólczesnie. To historia energicznej kobiety, a wlasciwie panienki z dobrego domu, córki chemika-wynalazcy i karciarza, osoby inteligentnej i wrazliwej, która caly swój zasób inteligencji musiala poswiecic na przetrwanie. Przetrwanie swoje i meza. Mozna powiedziec, ze to ksiazka o jednym z losów Zydów polskich. Z drugiej strony to niewatpliwie ksiazka o milosci – i o tym, ze ta wielka milosc Izoldy o romantycznym imieniu, milosc, która motywowala do dzialania w czasie wojny na nic sie zdala po wojnie ani jej, ani odszukanemu w Mauthausen mezowi. Moze jakby nie wojna to by sie tak szybko nie pobrali ani sobie w oko nie wpadli. Moze stalo sie tak, bo bylo im pisane i zadna wojna tu wplywu nie miala. Tragiczny wymiar nabiera uczucie Izoldy gdy znajdujac meza dowiaduje sie, iz przygruchal sobie byl jakas Austriaczke. I mozna by tez usprawiedliwic: wojna, umierajacy byl, chcial sie ratowac – ale tak po prawdzie bylo mu z Austraczka dobrze. Na pewno lepiej niz  zona, która na dodatek nie mial dwóch przednich zebów, wybitych na wiedenskim gestapo. Maz osiadly potem w Wiedniu i niczym ojciec Szulca tkwiacy w swoim sklepie – dzinsowym, nie cynamonowym.

 

Przykro mi jest i serce az boli jak czytam o tej zdradzie mezowskiej. Fizyczna bym mu wybaczyla – lecz nie moge wybaczyc tej powojennej, gdzie po prostu skapcanial i nie potrafil wyjsc na spotkanie swojej dzielnej zonie, Izoldzie. Zal mi Izoldy, ze taka zdolna, a nie miala mozliwosci zrobienia studiów czy kariery – choc nigdy sie nie skarzyla. Zal mi wlasnie dlatego – bo jak sie ktos nie skarzy, to ludzie mysla, ze go nie boli. To niesprawiedliwe, ze osoba energiczna robi wszystko dla swojej rodziny, która tylko bierze i nie docenia – nie pomaga mi zupelnie truizm o niesprawiedliwosci swiata. Potwierdza sie moja wielokrotna obserwacja, ze po dlugotrwalej traumie ludzie – nawet gdyby chcieli – nia maja efektywnych mozliwosci przekazania swoich przezyc. Nawet swoim najblizszym, bo chca ich chronic. A jak zaczynaja opowiadac to albo ich nikt nie slucha, albo nie wierzy, albo nie moze wysluchac do konca. To przyczynek do tezy o braku mozliwosci zrozumienia czlowieka przez czlowieka. Nie dziala kombinacja: jeden straumatyzowny z drugim straumatyzowanym ani straumatyzowany z niedoswiadczonym okropienstwami. Stan rzeczy wzbudzajacy we mnie sprzeciw.

 

Innym watkiem jest watek zmieniania osobowosci – bo Izolda przemienia sie w Marysie. Wazne staje wtedy, zeby jak Marysia sie zachowywac, siadac, stawiac torebke, chichotac. Ktos moze sie zasmiac myslac, ze to tylko przelotna gra aktorska. Wiem z autopsji, iz takie zachowanie odciska pietno – bo jestes potem ni pies, ni wydra. Ta mimikra odbywa sie kosztem zranionej psychiki i ograniczen u swojego pierowtnego „ja”. Zamiast realizowac wlasny potencjal cala energia skierowana zostaje na obserwacje, analize i nasladownictwo. Zamiast stac sie zdolnym soba czlowiek staje sie slaba kopia jakiegos przecietniala. Zamiast skupiac na sobie wszytskie oczy sztuka przetrwania uczy znikania i ukrywania sie w tlumie, uczy jak byc niepozornym i slabowidocznym.

 

 

Krall spisywala podobno te historie dwukrotnie. Obecna, druga wersja wyszla jej swietnie i czyta za pól popoludnia. Zamiescila nawet pare ocalalych zdjec, co nie pozwala traktowac Króla jako fikcji. Chetnie bym obejrzala serial o Izoldzie (za duzo materialu jak na jeden film), a jeszcze chetniej sie z nia zaprzyjaznila.

Recenzja zacytacona-Natalie Young

In Ksiazki on 15 października 2011 at 17:02

Natalie Young / We all ran into the sunlight / Bieglismy w kierunku slonca / 2011

 

 

Dla urozmaicenia zaczne tym razem od cytatu, który bardzo mi sie spodobal, str.139:

But what could they really know about how Sylvie was managing these days? Humans had their own ways of coping and Baseema felt it was wrong to pry into someone else’s way of doing things and patronize their attempts to go on. It would be the worst possible indiscretion to impose her own feeling on…

Tlumaczenie Google 😉

Ale co tak naprawdę wiemy o tym, jak Sylvie prowadził w tych czasach? Ludzie mieli swoje własne sposoby radzenia sobie i Baseema uważała, że ​​źle się wtrącać w cudze sposób robienia rzeczy i ich protekcjonalnie próbuje iść dalej. Byłby to najgorszy z możliwych niedyskrecji narzucić jej własne uczucia na …

Tkumaczenie ludzkie:

Ale co po prawdzie mogli wiedziec jak sobie teraz Sylvie radzi? Kazdy ma swój patent na zycie  – Baseema czula niewlasciwosc wsadzania nosa w nieswoje sprawy i wyrazania protekcjonalnej krytyki. Narzucanie wlasnych opinii byloby grubym nietaktem…

Drugi cytat to ten, który zdecydowal – oprócz nostalgicznej okladki – ze wypozyczylam te ksiazke:

Je dit: ma Mère.

Et c’est à vous que je pense, ô Maison

Maison des beaux étés obscures de mon enfance.

I say: Mother.

And my thoughts are of you, oh House

House of the lovely dark summers of my childhood.

Oskar Milosz

Czyli:

Mówie: Matko.

A mysle o Tobie, o Domu

Domu letnisk pieknych i mrocznych mojego dziecinstwa.

(przy czym ten fragment przygwozdzil mnie wolaczem od slowa „dom” oraz podwójnym znaczeniem slowa „lata” po polsku – perwersja O.Milosza?). Poczulam sie niczym wierszowy slimak:

Christian Morgenstern

Rozmowa ślimaka z samym sobą

Wyjść ze skorupki?
Nie wyjść ze skorupki?
Krok ze skorupki?
Nikrok ze skorupki?
Kroknirupki –
krokrupki
kokkrupki
korupki
krupkikrupkikrupki

(Ślimak zaplątuje się we własne myśli,
albo one to raczej tak się w niego wplątały,
że odpowiedź na pytanie musiał odłożyć na później).

Wyplatujac sie jednak z labiryntu wlasnych mysli wracam do bylej dziennikarki The Times i jej pierwszej powiesci. Ta ksiazka ma wiele wartosci – pytanie tylko czy autorka aby nie wsadzila za wielu grzybów w swój literacki barszcz? Bo czegóz to tam nie ma: po pierwsze ciekawa, zróznicowana konstrukcja. Sklada sie z „odautorskich opowiadan” bohaterów, w tym z korespondencji mailowej i konczacego powiesc listu bez adresata. Ciekawie ulozone, bo nie spotykana tak czesto metoda suwaka. Po drugie skoki czasowe – nie tylko inwersja, bo opowiesci kazdego z bohaterów uzupelniaja historie o brakujace wczesniej fragmenty. Wada takiego zabiegu jest to, ze czytelnik czuje sie wciagniety w akcje dopiero gdzies w polowie i co mniej dociekliwy czy cierpliwy porzuci lekture zanim sie polapie w fabule – nieladnie! Po trzecie autorka zdecydowala sie na ingrediencje typu „gwarantowany sposób na sukces” czyli angielska para, zmeczona sukcesem zawodowym, wycofuje sie na wies francuska i znajduje zdewastowany dom z winnica. Na cale szczescie Young przelamuje tendencje i para ma inne losy niz te z bestsellerów – za to plus. Jakby tego bylo malo – i pisarka byla niepewna czy juz wystarczy skladników – po czwarte dosmaczyla jeszcze narracje Lucia Borja. Lucia Bordja budzi od razu skojarzenia z Lukrecja Borgia: zbrodnia, skandal i kazirodztwo (choc podobno Lukrecje oczerniano nieslusznie). Po piate wsadzila jeszcze troche historii i socjologii: zycie zaraz po zakonczeniu wojny oraz losy imigrantów z Magrebu. No i po szóste – tak na prawde, jak sugeruje tytul – chciala chyba pisac o czyms innym.

Jak przeczytalam – bo udalo mi sie przezwyciezyc kryzys przed dobrnieciem do polowy – zadalam sobie pytanie: o czy wlasciwie jest ta ksiazka? Moze to i brzydko stawiac autorce takie pytanie – ale niektóre ksiazki wsysaja od razu, dajac duzo przyjemnosci w trakcie czytania i wtedy takie pytanie nie kielkuje. Mówiac jezykiem wspólczesnym – wtedy jest to event, dostarczajacy silnych wrazen. Zreszta wydaje mi sie, iz wciagaja nas glównie ksiazki o nas samych, z silnie zarysowana historia i wtedy  wiadomo od razu o co chodzi. Tymczasem o co moglo chodzic Natalie Young? Znowu posluze sie cytatem, str.249:

You will never feel that intensity of life – that fear as you ran towards sun on the beach – that what was behind you was big and black and terrifying, or that thrill as you turned and went towards it that what you were doing was choosing the unknown.

Wydaje mi sie, ze mówi od dwóch rzeczach. Po pierwsze – w nawiazaniu do wiersza Oskara M – o intensywnosci przezywania i tajemnicach dziecinstwa – ze ksztaltuja nas na zycie i ze ta intensywnosc doznan jest wtedy najwieksza  i zarejestrowana na zycie. Po drugie, ze instykt samozachowawczy wiedzie nas od (naszych) ciemnych stron czy mrocznych przezyc w kieruku slonca i swiatla. I ze wazna bywa odwaga aceptowania i przezywania zarówno mrocznych jak i jasnych stron zycia – zas rozmycie ich w jednolita szarosc oznacza zagrozenie dla naszego ja i naszego samopoczucia.

Za ten wniosek, jako osoba unikajaca szarosci nie tylko w odziezy, daje autorce znaczek „udany debiut”. Mam tez nadzieje, ze na przyszlosc ograniczy ilosc ingrediencji i skupi sie mocniej na samym conradowskim jadrze ciemnosci – bo to temat, który jej wyraznie lezy.

 

Z ciemnosci ku swiatlu

Glosujcie na kobiety-haslo z 1938

In Feminizm, Ksiazki, Szwecja on 7 października 2011 at 23:53

Pod redakcja Inger Ärlemalm / Uppsalakvinnor / Kobiety Uppsali / 2007

 

W szwedzkich wiadomosciach Alicja Tysiac, w polskich gazetach dyskusja czy aby kobiety moga byc politykami. U mnie na biurku „Kobiety Uppsali” i wypowiedz Ruth Hamrin-Thorell:

 

W tym numerze starala sie zmobilizowac kobiety przed wyborami jesienia 1938. Punktem wyjscia artykulu Ruth jest, byc moze przestarzale, przekonanie o mniejszym zainteresowaniu sprawami spolecznymi u kobiet niz u mezczyzn. Ruth byla zdania, ze nawet jezeli tak by sie sytuacja przedstawiala to nie mozna sytuacji wyjasniac istnieniem domniemanego „naturalnego porzadku rzeczy”. Kobiety musza nareszcie zrozumiec, iz nigdy wczesniej nie takiej mialy szansy wylozenia swoich racji i ze wlasnie teraz musza dopilnowac swoich partykularnych interesów: „Nawet miedzynarodowa umowa handlowa, dla wielu kobiet niezbyt moze wazna jako fakt polityczny, bedzie miala zasadnicze znaczenie dla pan domu – w postaci rosnacych czy malejacych cen produktów, które wlozy do koszyka z zakupami” – pisala.

 

Ruth to nie byle kto. Córka przywódcy partyjnego i wielokrotnego ministra (w tym premiera), wychowana w tradycji wolnego kosciola i ruchu trzezwosci. Dziennikarka i poslanka do Riksdagu, walczaca o równouprawnienie kobiet. Czy to nie smutne, ze jej slowa z roku 1938 nadal nie stracily na aktualnosci? Mam nadzieje, ze wiele kobiet otrzyma glosy i szanse na konstruktywne dzialanie.

 

„Kobiety Uppsali” to ksiazka bardziej interesujaca niz literacko ciekawa. Uwazam pomysl za wiece udany: wspólczesne uppsalki opisaly uppsalki wczesnsiejsze – te, których losy, charakter, zdolnosci czy postawa wywarly na nich wrazenie. Opowiesci stylistycznie i tresciowo zróznicowane – podobnie zreszta jak i opisywane postaci. Podoba mi sie, ze ktos uznal za godna podziwu wlascicielke piekarni, mleczarki, sprzataczke (która tez prowadzila prywatna stolówke), wlascicielke pensjonatu – osoby, które nadaly miastu koloryt. Obok nich pionierki pracy naukowej, organizatorki szkolnictwa na róznym poziomie, dzialaczki spoleczne, przedstawicielki wielkiej polityki, malarki, pisarki, pierwsze badaczki gender studies, sportsmenki, aktorki.

 

Jak mozna sie spodziewac i w XIX, i w XX wieku wieksze mozliwosci dzialania mialy kobiety z domów bogatych. Po pierwsze mialy pieniadze, po drugie wyksztalcenie, a po trzecie od malego wdrazane byly do dyscypliny i – mówiac jezykiem wspólczesnym – managementu. Córki kupców, arystokratów, prominentnych polityków, oficerów…pastorów. Dzisiejsza Szwecja jest zupelnie laicka, dlatego autentycznie zaskoczyla mnie ilosc córek pastorów i diakonis – ba, jedna z nich to nawet wysoki ranga oficer armii zbawienia. Czesto córki wybitnych ojców i kobiety, które odziedziczyly fortun – zwykle po matce. Mialy wizje, poczucie misji, srodki – a poza tym potrafily sobie dobierac wspólpracowników. Robily kariere, jednoczesnie dokonujac wyboru: czy mozna laczyc kariere z zyciem rodzinnym? Na to pytanie kazda z nich znajdowala inna odpowiedz. Podobnie zreszta jak w kwestii bedacej, po mojemu, fundamentalna dla ruchu kobiet po dzien dzisiejszy: czy kobiety powinny zrzeszac sie w czysto kobiece organizacje? Czy tez powinny sie domagac gry na takich samych zasadach, odzegnujac sie od róznicy plci? Historia odnowtowala i jedne, i drugie – choc w sumie chyba te zorganizowane mialy wieksza sile przebicia, a wiec i racje.

 

Innym aspektem, który mnie zadziwil byla niespodziewana zbieznosc polityki kobiet z lewa i z prawa – na przyklad w walce o szkolnictwo, przedszkola, darmowe podreczniki czy obiady, czytelnictwo i dostepnosc ksiazki, kulture i jej dostepnosc w calym kraju, stypendia dla twórców.

 

Nie sposób wspomniec tu o wszystkich, odnotuje tylko pare. I tak – na okrase – aktorka, która zrobila kariere w Hollywood, Viveca Lindfors:

 

Narciarka, która walczyla o wprowadzenie kobiecych dyscyplin alpejskich i zasiadala we wladzach FIS, Inga Löwdin (to ta po lewej):

Pól-Finka, o której uroczy Szwedzi mówia „imigrantka”, Hildur Ottelin. Hildur byla kochana przez biednych, a slabo tolerowana przez konserwatywna elite miasta, poniewaz za wlasne pieniadze wykupila teren i pobudowala przyzwoite mieszkania dla osób ubogich. Zasiadala takze (jako pierwsza kobieta) we wladzach miasta i walczyla o niskie czynsze dla osób z niklym dochodem, o godne warunki zycia na starosc, o szkoly koedukacyjne. W ksiazce ladne zdjecie z czasów mlodosci – na necie powazne, z czasów pózniejszych:

 

Na koniec najblizsza chyba mojemu sercu Elsa Eschelsson. Zdolna kobieta, która powinna byla zostac profesorem prawa z poczatkiem zeszlego wieku, ale przez meska zawisc i panujace stereotypy nie zostala – po czym odebrala sobie zycie. Swiat akademicki dojrzal do pierwszej kobiety profesora prawa dopiero w roku 1975.

Dla ciekawych jeszcze dwa fakty. Prawo studiowania na uniwersytecie wywalczyly sobie kobiety w Szwecji w 1863. Prawo glosowania dopiero w 1921 – po wielu latach zorganizowanej walki z lewa i z prawa i kampanii prasowych.

 

 

Dobry bajer-Murakami

In Ksiazki on 2 października 2011 at 18:42

Niestety, mam malo czasu na pisanie o czytaniu i sluchaniu – a bo to trzeba do lasu na grzyby, a to kota i szynszyla oporzadzic, a to kunfitury z dyni nasmazyc. Sila rzeczy badzie wiec krótko; szczególnie ze nastepne ksiazki gonia.

 

1. True Grit, napisane przez Charles Portis, czytane rewelacyjnie przez Reine Brynolfsson (audiobook)

 

Od dziecka lubilam westerny w wersji kinowej. W takiej tez wersji wolalabym zobaczyc „True grit”. Wysluchalam na spacerach, w sceneriach lesnych, jeziornych i plazowych. Wychowana na „Duchu puszczy”, Cooperze, Mayu i Wernicu widzialam akcje oczami duszy mojej, Chetnie jednak zobacze w kinie, bo to jak dla mnie akcja typu 2zabili go uciekl”. Westerny ogladam dla widoków, rozleglej, amerykanskiej przyrody, koni, strojów i nastrojów. po to, zeby znów przezyc zwyciestwo dobra i sprawiedliwosci i w tym milym przekonaniu wyjsc z kina. Wiec jak ktos ma czytac albo sluchac to niech od razu zainwestuje w bilet na seans – bo nie zostalo mi po tej ksiazce w glowie ani sercu nic.

 

 

2. Haruki Murakami / 1Q84 /2011

 

 

Nowa ksiazka Murakamiego to dla mnie niczym powrót w objecia dawnego kochanka. Podobno „dobry bajer to polowa roboty” – a Murakami ma taki bajer, ze zawsze mnie zauroczy. Tym razem niepotrzebnie rozwodnil akcje i zaplanowal trzy tomy – wolalabym jakby sie skoncentrowal w jednym i wyszedl ma nastepny „Kafka on the shore”, bedacy jedna z moich ulubionych ksiazek. Recenezje obiecuje napisac po przeczytanu wszytskich czesci – czekam wlasnie w kolejce na tom drugi. Co do trzeciego to nawet nie jestem pewna czy zostal juz przetlumaczony na szwedzki? Jedna rzecz pewna – Haruki poszedl w Anais Nin oraz Stiega Larssona. Denerwuja mnie europeizmy autora, gdyz jak dla mnie wystarczyloby magii w Japonii. Dwa ksiazyce mnie nie biora – no ale Murakami bierze i mnie tyle. Jak tylko zaczyna opowiadac to siedze, slucham i prosze o wiecej. Cdn.

 

Zdjecia grzybów z dzisiejszego lasu na fotoblogu:  http://www.garnek.pl/jilsander/a