szwedzkiereminiscencje

Archive for Luty 2013|Monthly archive page

Vedemecum – XVIII

In Pamietnik, Szwecja on 24 lutego 2013 at 20:08

Abonament telewizyjny

 

Moze ktos pamieta historie ojca z powiesci Haruki Murakamiego „1Q84”? Tego, który byl w Japonii kontrolantem abonamentu telewizyjnego? W Szwecji taki zawód tez istnieje i kazdego dnia do drzwi moze zapytac smutny jegomosc z pytaniem: Czy macie Panstwo w domu telewizor? Na nieplaceniu abonamentu przylapano wielu, w tym paru ministrów. Jedna pani (Cecilia Stegö Chilò) nawet przestala byc ministrem kultury jak sie okazalo, ze nie placi juz szesnacie lat – no bo kultura obejmuje takze i telewizje. Zeby nie wpedzac wszystkich naraz w panike w panstwowych kanalach SVT1 i SVT2 wyswietlana jest lista miejscowosci, w których wlasnie odbywa sie polowanie na nierzetelnych telewidzów. Zarówno w radio jak i w telewizji wprowadzono specjalne reklamy, zachecajace do placenia abonamentu. Najpierw byly to spiewy typu: dziekujemy Ci Janie Kowalski, ze placisz abonament telewizyjny. Teraz sa inne, udajace zycie – gdzie przypadkowy przechodzien zbiera dowody sympatii i podziwu z tego samego powodu. Tym niemniej rozwaza sie obecnie mozliwosc finasowania radio i telewizji publicznej z pieniedzy panstwowych i zrezygnowanie z tradycyjnego abonamentu. Politycy czekaja z wypowiedzeniem sie w tej kwestii na wyniki pracy komisji. Powolywanie komisji jest bowiem ulubiona forma rozwiazywania zlozonych kwestii w Szwecji – z tym, ze zazwyczaj winiki pracy komisji generuja tylko nastepne znaki zapytania.

gbg-widok-z-mynskiej

 

Telewizja panstwowa

 

Telewizja panstwowa to w Szwecji dwa programy: SVT1 i SVT2. Ogladane sa przez okolo 35% telewidzów. Caly czas toczy sie debata o ksztalt tych programów. Relacjonownie wiadomosci poprawilo sie znacznie od lat dziewiecdziesiatych czyli od kiedy powstaly kanaly komercyjne. Programy sportowe transmituja na zywo najciekawsze zawody na szczeblu miedzynarodowym – na przyglad biegi narciarskie i to tu ogladalam sukcesy Justyny Kowalczyk. Programy panstwowe maja nalozona z góry przez szwedzki parlament (Riksdag) misje edukacyjna i informacyjna – emituja sprogramy dokumentarne, naukowe, przyrodnicze  i publicystyczne o wysokim poziomie dziennikarstwa i obrazu. Wprowadzono tez debaty ze studia na zywo, gdzie krótko dyskutuje sie z publicznoscia ostatnie wydarzenia (trzy tematy w 45 minut). Pokazuja dobre jakosciowo filmy, programy dla dzieci no i zawieraja coraz wiecej rozrywki – poniewaz w tym zakresie konkuruja z kanalami prywatnymi. Produkuja tez coraz lepsze wlasne seriale. Nie siegaja one jeszcze poziomem do niedosciglych seriali dunskich, ale zaczynaja byc ciekawe. Czesto pojawiaja sie tez utrzymujace równy poziom kryminaly brytyjskie.

 

Najciekawsze szwedzkie seriale i filmy krecil niezyjacy juz od wielu lat, nieoceniony Lars Molin. Uchwycil szwedzkie spoleczenstwo w momencie transformacji i przejscia ze spoleczestwa rolniczego i Biedaszwecji do industrializmu i ery dobrobytu. Tropil zmiany w ludzkiej psychice i strukturach rodzinnych. Na jego filmach mozna sie uczyc Szwecji.

 

Telewizja publiczna pokazuje kulture na najwyzszym swiatowym poziomie: koncerty muzyki – i to róznych stylów, od klasyki po The last Night of Proms, wspaniale przedstawienia teatralne, operowe i baletowe. Przedstawia takze filmy róznych kultur i ciekawych rezyserów. Co piatek,w najlepszym czasie antenowym, emitowane sa programy dokumentarne o wybitnych – choc niekoniecznie znanych szerowkiej publicznosci – twórców: pisarzy, malarzy, rezyserów, rzezbiarzy, projektantów mody, poetów. Duza ogladalnosc ma obecnie program typu talk show norweskiego dziennikarza, Fredrika Skavlana. Zaprasza do studia interesujaca mieszanke polityków, twórców, inteletualistów, aktorów i innych, glosnych – zadajac im inteligetne, przemyslane i dobrze przygotowane pytania. W tygodniu kiedy to pisze najwieksza ogladalnosc w Szwecji mial program SVT1, Mistrzowie nad mistrzami – 2,4 miliona (na 9,5 miliona mieszkanców).

 

Dziennikarze szwedzkiej telewizji, nie tylko panstwowej, znani sa tego, ze nie musza byc mlodzi badz zmanipulowani skalpelem. Gros najbardziej cenionych i rozpoznawalnych dziennikarzy jest nie tylko po czterdziestce, ale nawet po piecdziesiatce – zarówno mezczyzni jak i kobiety. Nie ma wiec tandemu: starszy, doswiadczony mezczyzna i mloda, piekna dziewczyna,  która nic nie mówi. Pogodynki i pogodyni sa kompetentni i sympatyczni – a nie sliczni.

 

 

Komunisci

 

W latach osiemdziesiatych natknelam sie w Szwecji na prawdziwych komunistów. Stanowili resztke dawnej komuny, umiejcowionej w gmachu starej szkoly, kupionej od Urzedu Gminy za symboliczna zlotówke. Podobno zycie w komunie jakis czas szlo dobrze (opisy takiego zycia mozna znalezc na przyklad u Iana McEwana w ksiazce „Solar”), ale ze wzgledu na przewazajaca liczbe kobiet mezczyzni zaczeli sie buntowac. Podobnie zreszta jak stale partnerki tych ostatnich. Niedobitki zbieraly sie jeszcze po rozpadzie wspólnoty na spotkaniach, spiewajac na stojaco „Miedzynarodówke”. Jedna z zapalonych komunistek tlumaczyla mi, ze my, w Europie Wschodniej, wszystko spapralismy i wypaczylismy. Dopiero oni, szwedzcy komunisci przyjda do nas, prawdziwy komunizm nam wprowadza i naucza moresu. A bylo to juz w czasach po powstaniu „Solidarnosci” i pieriestrojce Gorbaczowa. Musze powiedziec, ze fanatyzm szwedzkich komunistów przerazil mnie nie na zarty. Zreszta podobno dlugo popierali sie wzajemnie z Honeckerem.

 

Najbardziej lewicowa partia Szwecji, Vänsterpartiet, po dlugiej dyskusji i wahaniach zdecydowala sie jednak zrezygnowac z okreslenia „komunistyczna”.

 

 

Humor szwedzki

 

Gleboko sie obawiam, ze czesc tego vademecum – bez takiego poczatkowego zamiaru – zawiera humor nie tyle polski, co juz szwedzki – i nic na to nie poradze. Zycie w innym kraju oznacza nie tylko transformacje jezykowa, ale takze sposobu pojmowania swiata.

 

Kultura polska lezy na antypodach kultury szwedzkiej, a humor nawet w kulturach pokrewnych potrafi byc nieprzetlumaczalny. Pochlebiam sobie, ze mam wyrobione i przetrenowane w paru kulturach poczucie humoru, ale kiedys znalazlam sie w bardzo niezrecznej – transnacjonalnej – sytuacji. Znajomi Dunczycy, skad inad wykladowcy kopenhaskiej Politechniki, zaoferowali sie, ze opowiedza niezwykle smieszny, typowy dunski dowcip. Zazwyczaj porozumiewalismy sie tak, ze oni mówili po dunsku, a ja odpowiadalam po szwedzku. Opowiedzieli wiec dowcip w swoim jezyku ojczystym, a potem obydwaj zaczeli sie zwijac ze smiechu. OK, pomyslalam – widocznie przecenilam swoje mozliwosci kognitywne i akurat ich dunski dialekt mnie przerósl. Uprzejmie zaczeli wiec opowiadac po raz wtóry, tym razem po angielsku – i znowu w pewnym momencie zasmiewaja sie do lez. A ja nic! Pamietam tylko, ze wystepowal w tym dowcipie jamnik.

 

Szwedzki dowcip jest dosc zlosliwy, a sztuka riposty polega na szybkim i jeszcze zlosliwszym odparowaniu ciosu. Zeby bylo pedagogicznie podam przyklad. Dawno temu zdzieralam lakier z samochodu (ach, to równouprawnienie!) elektryczna maszyna, która nieprzyjemnie wibrowala (dobrze, ze wtedy nie wiedzialam, iz od wibrujacych maszyn mozna dostac wody w lokciu; albo i w jadrach), a na dodatek bylo nieznosnie goraco. Przechodzaca obok ulica kolezanka rzucila w pzrelocie: zamelduj jak skonczysz, to ci moje podrzuce jako nastepne! Wtedy myslalam, ze jej zrobie krzywde ta wibrujaca maszyna i nie potrafilam sie odszczeknac. Inny przyklad: ktos opowiada, ze ma duzo pracy. Dobrze ci tak, mówi kolega zza sasiedniego biurka i obaj zanosza sie smiechem. Najbardziej podobny do szwedzkiego zdaje mi sie humor amerykanski.

 

Z drugiej strony – mimo pozorów braku oglady i subtelnosci – Szwedzi reaguja na zarty slowne i blyskawiczne riposty zawierajace niespodziewane skojarzenia. Kiedys oczekiwalam pod sala z grupka kolegów az wróci z obiadu prowadzaca wyklad. Nie moglismy wejsc, poniewaz to ona miala klucz od sali konferencyjnej (wyklad odbywal sie w hotelu). Klucz po szwedzku to nyckel. Jak sie pojawila na korytarzu powiedzialam: oto idzie osoba kluczowa, nyckelperson (co mozna tez przetlumaczyc jako najwazniejsza, glówna postac). Zarówno wykladowca jak i sluchacze smiali sie dlugo i serdecznie – zagralam na dwuznacznosci, bo nyckelperson tlumaczone doslownie to klucznica, osoba z kluczem.

 

W ramamch symetrii, tak jak Polaków moga denerwowac i nie smieszyc szwedzki dowcip, tak przecietny Szwed nie zrozumie polskiego, abstrakcyjnego dowcipu. Jak do tej pory tylko dwie osoby – i to bywale w swiecie – smialy sie z dowcipu o trzech rzeczach (jak to babcia wysylala dziadka na zakupy). Dla pocieszenia Szwedów zawsze opowiadam, ze nawet mój szalenie dowcipny australijski przyjaciel tego dowcipu nie byl w stanie pojac.

 

Na zakonczenie inny szwedzki dowcip, który gwarantowanie wzbudza usmiech na twarzy rozmówcy: Nie jestem taki glupi na jakiego wygladam. Tylko jeszcze glupszy…

 

Reklamy

Jak zbawic swiat?-Thorfinn

In Szwecja on 17 lutego 2013 at 00:29

Pisane sluchajac Sixto Rodrigueza, bohatera filmu „Searching for sugarman”

 

Helena Thorfinn / Innan floden tar oss / Zanim nas rzeka pochlonie / 2012

helena-t

Zachecila mnie okladka, obiecujac egzotyczna podróz – lakoma rzecz o tej porze roku. Wyobrazilam sobie opowiesc angielskojezyczna, ale okazalo sie, ze autorka to rodzona Szwedka. Zmylilo mnie nazwisko – w Szwecji panuje istne szalenstwo zmiany nazwisk, na „oryginalne” i niby trudno sie dziwic, bo inaczej cwierc kraju nazywaloby sie Andersson. Moda jednak przemienia sie w karnawal pretensjonalnosci. Jak ja zwal, pani Helena popelnila ksiazke zmieniajac po raz kolejny kariere: z dziennikarki telewizyjnej, poprzez pracownice organizacji rzadowej, pomagajacej krajom rozwijajacym sie az po pisarke. Nie chce byc zlym prorokiem: nie wróze zbyt dlugiego zycia trzeciej z kolei sciezce zawodowej.

 

Ksiazka ma jedna silna strone: autentycznosc. Odnosze wrazenie, iz pani Thorfinn zebrala w sobie zbyt wiele wrazen podczas trzyletniego okresu pracy w Bangladeszu, zeby sie z niej nie musialo wylac. I to jest prawdziwe.  Zaangazowanie, znajomosc kultury, realiów pracy ambasady, obserwacje dotyczace zycia rodaków na obczyznie, wrazliwosc na biede oraz szlachetna chec niesienia pomocy. Tylko ze – chcac nie chcac – porusza kwestie nader trudna, a mianowicie: jak kraje zamozne moga, w najlepszy sposób, pomóc jednemu z najubozszych? I na to pytanie dobrej odpowiedzi nie ma. Najgorzej, ze zdecydowala sie nadac swoim przemysleniom forme powiesci, a poblogoslawila i namascila ja ta sama Sigrid Combüchen, która chwalilam na blogu bodajze dwukrotnie. Bo zaangazowanie nie bywa, niestety, tozsame z talentem literackim.

 

Byc moze raza mnie rzeczy banalne, byc moze jestem za malo szwedzka – w kazdym wypadku razi mnie wyobrazenie o domniemanej supremacji narodu szwedzkiego. Najbardziej zapadl mi w pamiec opis „tragedii”, która polegala na niedokladnym oddaniu niuansu kolorystycznego lukru na urodzinowym torcie dla szescio- czy siedmiolatki. Ze bengalski cukiernik nie wykonal lukru wystarczajaco rózowego! Bo, jak wynika z tresci lektury, szwedzkiej dziewczynce nalezy sie rózowy tort wlasnego designu jak psu buda. Rozczulajace sa takze zabiegi rodziców o zachowanie szwedzkosci progenitury – szczególnie w zestawieniu z polityka integracji imigrantów w szwedzkiej macierzy. Widocznie kadra zaludniajaca ambasady podlega innym prawom – albo autorka podswiadomie uwaza swoja (szwedzka) kulture za wyzsza.

Z jednej strony opisuje wydarzenia osmieszajace kompatriotów i zdaja sie one pochodzic z bogatego archiwum pamieci. Z drugiej – konstruujac rodzine glównych bohaterów – stworzyla tygrysy (przepraszam, kozy), które nie podniosly sie z papieru i nie zaryczaly (zameczaly?). No, moze najlepiej wyszedl jej maz glównej bohaterki, Janne. De facto to on, a nie Sofia staje sie postacia wiodaca. Sofia, bezduszna biurokratka, co zamaskowane zostalo modnym slowem „profesjonalistka”, podbila serce pieknoducha swoja „kozia” uroda. Moze nadal nie znam szwedzkiego, ale akurat koza wydaje mi sie niezbyt romantycznym zwierzeciem i chyba nieczesto wystepuje w tomikach poezji swiatowej, a nawet szwedzkiej. W chwilach czulosci Janne mysli sobie o niej: moja kobieta-koza i wtedy trudno mi bylo czytac dalej na powaznie. Co prawda koza jest m.in. patronka rocznika w horoskopie chinskim, lecz mnie kojarzy sie nieuchronnie z lektura z dziecinstwa czyli „Wedrowcami mimo woli”. Zeby nie byc goloslowna zacytuje poczatek rozdzialu drugiego:

 

-A koza?

– Toc jej nie ostawim! No chodz, Kozia – tak ja pieszczotliwie nazywali – chodz! Dalej, pchaj ja tam do czolna, ja ja pociagne za rogi!

– Co za uparty bydlak!

– Uwazaj, coby jej nóg nie polamac.

– Ufff! Jest!

– Niech ja licho!

 

Jak widac koza nie bywa oddawana wylacznie jako bohaterka pozytywna w literaturze polskiej.

koziolek

Rodzina Kozów, skladajaca sie z Kozy wlasciwej czyli Sofii, towarzyszacego jej meza, Janne oraz dwójki rokosznych dzieci leci ze Sztokholmu do Dhaki. Koza ma robic kariere a Janne (Cap?) zajmuje sie domem – odpokutowujac wczesniejszy skok w bok (gdyby kózka nie skakala…). Nad opisami ich zycia spuszcze litosciwie zaslone, poniewaz sa w wiekszosci pretensjonalne i zaprawione wspomniana juz wyzej supremacja. Zdecydowana sila ksiazki jest niewatpliwe zaangazowanie autorki w sprawy poprawy bytu mieszkanców Bangladeszu, a z wlaszcza kobiet. Wychodzi z niej rasowa dziennikarka i bardzo szkoda, iz nie zdecydowala sie na opowiesc autobiograficzna, przypominajaca wytwory norweskiej Åsne Seierstad. To, co sie chetnie czyta, to opisy zycia codziennego w Bangladeszu, smaków i kolorów, strojów, przyrody, zjawisk spolecznych. Jak równiez zasady dzialnia placówek dyplomatycznych i rozmaitych wyslannictw w krajach rozwijajacych sie. Galeria postaci zaludniajacych te organizacje jest barwna, wiarygodna i oddana z pasja. Czyli realia swietnie oddane, natomiast fikcja nie dotrzymuje im kroku. Przeskakiwalam tez dluzyzny opisujce szczególy biurokratycznych cwiczen przy biurkach ambasady – fragmenty PM maja srednia sile nosna jako fragment powiesci.

 

Reasumujac: ksiazka nierówna, gdyz talent literacki nie nadaza za dziennikarskim. Wróc do dziennikarstwa, Heleno, gdyz to wyraznie twoje powolanie i pasja!

Vademecum – fragment XVII

In Pamietnik, Szwecja on 10 lutego 2013 at 23:01

Czas na cotygodniowa danine w formie kolejnej czesci Vademecum. Ale najpierw troche o tym i o owym, zeby mozna bylo wkleic aktualne obrazki. Pierwszy obrazek to widok na tramwaje jezdzace po moim pokoju hotelowym – miód dla mojej duszy urodzonego krakusa!

tramwaj-w-pokoju

Nastepne obrazki to „ciasteczko” Jamiego Olivera, a wlasciwie torebka go zawierajaca. Przepis na sam „wypiek” postaram sie podac na raz nastepny. Po ciasteczku obraz mokrego sniegu, padajacego na placu przed dworcem glównym w Göteborgu – w glebi hotel, w którym bawilam sie w grudniu. Niezmiernie spodobaly mi sie szklane figury, zmieniajace co raz to kolor (nie wiem jak oni to zrobili?). Ich kolorowe przepoczwarzanie sie kontrastowalo niemal surrealistycznie z wymarlym kolo pólnocy miastem (srodek tygodnia – w weekendzie tak pusto by nie bylo). Po zdjeciu z aura zewnetrzna zdjecie z wnetrza, dokumentujace moje nowe, piekne lakierki. Jedne pomaranczowe lakierki wiosny nie czynia, ale dni juz odczuwalnie dluzsze i swiat jakby jasniejac pieknieje. No i jeszcze pozycze z netu zdjecie mojej najnowszej wizualnej fascynacji czyli aktora „Nedzników”, Eddiego Tremayne’a. Co prawda najbardziej podobali mi sie Bonham-Carter z Baronem Cohenem, ale spiew Eddiego byl co najmniej urzekajacy.

jamie-o-torebka

Woda

 

Wielkim bogactwem naturalnym Szwecji jest niewatpliwie woda. Oprócz walorów krajobrazowych i rekreacyjnych napedza elektrownie. Elektrownie wodne sa czasami krytykowane ze wzgledu na ingerencje w przyrode, ale Szwedzi sie do swoich zdazyli przyzwyczaic, a poza tym naturalne spietrzenia ulatwily prace inzynierom. Niedaleko mnie w latach trzydziestych wybudowano caly zespól urzadzen, z nieodlacznymi schodami dla lososi. Korzystajaca w energii wody firma zobowiazana jest do zarybiania rzeki i prowadzi zaawansowana hodowle narybku, dostepna dla turystów i bedaca latem atrakcja dla zwiedzajacych ja rodzin.

 

Woda pitna jest wysokiej jakosci i mozna pic ja prosto z kranu – tak robia tutaj wszyscy. Scieki oczyszczane sa zarówno biologicznie jak i chemicznie, wiec nie ma obawy zakazenia bakteria coli. Dzieci w pierwszej klasie szkoly podstawowej udaja sie na studiebesök czyli wycieczke do oczyszczalni. Ucza sie na cale zycie czego nie wolno wrzucac do toalety ze wzgedu na pózniejsze trudnosci z oczyszczaniem wody. Szlam z oczyszczalni próbowano stosowac jako nawóz do upraw, ale z powodu mozliwej zawartosci resztek lekarstw wladze nie wyrazily zgody na rozpowszechnianie tego skad inad czystego produktu ubocznego naszej fizjologii.

 

Jako miejscowa woda mineralna znana i sprzedawana jest tutaj „Ramlösa”, pochodzaca ze zródelka pod Helsingborgiem. Sprzedaje sie wode „Ramlösa” o róznych smakach owocowych i wylansowanie kazdego smaku poprzedzone jest intesywna kampania reklamowa, dzielac naród na zwolenników i pzreciwników. Prawdziwy snob pije wylacznie wode „Perrier” w malej buteleczce, ale nie jest to ogólnie dobrze widziane. Wiekszosc populacji preferuje wode z kranu.

snieg-sypie-w-gbg

 

Usmiech na codzien

 

W pracy, w sklepie czy wsród rozpoznawalnych sasiadów obowiazuje usmiech na codzien. Nie za szeroki, tylko taki porozumiewawczy. Z jednej strony generuje to dobre emocje, a zdrugiej jest wylacznie czescia maski. Z faktu, ze ktos sie do nas usmiecha nie nalezy wysnuwac daleko idacych wniosków, jakoby zywil w stosunku do nas pozytywne uczucia. Usmiech to miejscowa forma wyrazania uprzejmosci. Zwolennicy manipulatywnej metody NLP (neurolingwistyczne programowanie) uwazaja, ze usmiechajac sie mozna oszukac organizm, a zwlaszcza mózg. Ten, który usmiecha sie, oszukuje swój mózg, który, zdezorientowany, zaczyna wysylac sygnaly zadowolenia, zas klient usmiechajacego sie musi sam odpowiedziec umiechem, oszukujac z kolei swój mózg – i w ten sposób stwarza sie dobra atmosfere do przeprowadzenia transakcji. Nie wnikajac w czyjakolwiek prace mózgu warto zauwazyc, ze z usmiechem zyje sie latwiej i warto dopasowac do tego zwyczaju.

 

Uwaga! Nalezy sie wystrzegac przesadnej wylewnosci na wzór amerykanski, bo to niesmialego z natury Szweda sploszy. Zadnego klepania po plecach czy tego rodzaju zblizen – z urodzenia Skandynawowie maja potrzebe paru metrów bezpiecznej przestrzeni wokól siebie. Co prawda moda na kontynentalnosc sprawila, ze pojawili sie tez kindpussare (calujacy w policzki) i ich powitanie zawiera uscisk oraz dwa cmok w kazdy z policzków, ale to raczej moda miejska.

 

Nie nalezy tez wysnuwac wniosku, ze usmiechajacy policjant, który nas wlasnie zatrzymal za przekroczenie predkosci nie da nam mandatu albo ze usmiechajacy sie szef nie zwolni nas z pracy. Prywatny usmiech mozna zarezerwowac dla garstki ludzi, co do których mamy pewnosc, ze nas autentycznie i bezinteresowanie lubia Zas usmiech na codzien to tylko czesc gry – podobnie jak bycie czarujacym i opowiadanie mialych anegdotek z wlasnego zyciaczyli tradycyjne „zapraszanie na siebie” czy ostatnio „storytelling”. To wszystko sa swietnie wyrezyserowane spektakle autopromocji i absolutnie nie upowazniaja do skracania dystansu.

pomaranczowe-lakierki

 

Snus

 

Snus tlumaczony jest czasami na jezyk polski jako tabaka (nawet Jacek Kubitsky tak to przeklada w swoim slowniku), ale mnie tabaka kojarzy sie z kupiona w Muzeum Kaszubskim tabakierka i zwyczajem kichania. Zdecydowanie wole tlumaczenie „prymka” i tego slowa bede sie dalej trzymac. Tak czy siak chodzi o tyton, specjalnie spreparowany i aromatyzowany, który wsuwa sie pod górna warge. Zwyczaj rozprzestrzeniony glównie w Szwecji i zdobyl popularnosc w XIX wieku. Prymka sprzedawana jest obecnie jako porcjowana albo w formie luznej. Porcjowana wyglada jak male torebki z herbata i nie pachnie tak ostro jak ta luzna.

 

Prymka jest zabroniona we wszystkich krajach Uniii Europejskiej opócz Szwecji, która walczyla w okresie akcesji o swój narodowy nalóg niczym lwica. Teraz zagrozone sa dodatki smakowe i aromatyczne, poniewaz Unia, w trosce o mlodziez, chce zabronic tytoniu o smaku truskawek czy wanilii. Prymkuja glównie mezczyzni, okolo 20% populacji. Kobiet, zakladajacych prymke pod warge mozna zaobserwowac 4-5%. Po okresie spadku popularnosci prymki na rzecz papierosa w srodku XX wieku teraz jej popularnosc znowu rosnie. Przede wszystkim ze wzgledu na dowiedziona szkodliwosc papierosów, ale takze przez wprowadzony niemal wszedzie i uciazliwy dla palaczy zakaz palenia. Sprawa calowania sie z prymka w ustach dzieli naród szwedzki. Zwolennicy uwazaja, iz prymka dodaje pocalunkom pikanterii, zas przeciwnicy wskazuja na niehigieniczniosc i szkodliwosc procederu. Obie szkoly wydaja sie jednak jednoczyc w pogladzie, ze zasypianie w prymka do zasad dobrego wychowania zdecydowanie nie nalezy – majac na wzgledzie miedzy innymi trudne do sprania plamy na poscieli.

eddie-mariusz

 

Rower

 

Rower to najbardziej rozpowszechniony srodek komunikacji, zarówno w miescie jak i na wsi. Niemal wszystkie dzieci dojezdzaja do szkoly na rowerze, a dorosli jezdza do pracy. Dzieki nieprzemakalnym ubraniom nie zniszczy sie ani fryzura, ani biurowa odziez. Zmoczeni cyklisci w blyskawicznym tempie przedziezgaja sie na progu budynku w wytrawne szczury biurowe. Szwedzi traktuja dojezdzanie rowerem jako niezbedna porcje codziennego ruchu – niezaleznie od wysokosci zajmowanego stanowiska. Latem odbywaja sie rozmaitego rodzaju wyscigi rowerowe. W uniwersyteckim miescie Lund trzeba uwazac, zeby nie zostac przejechanym przez jeden z przelatujacy z predkoscia swiatla rowerów – to miasto w okolicach Uniwersytetu i Politechniki zostalo wziete we wladanie przez chmary cyklistów.

 

 

Zólte kamizelki

 

Zólte kamizelki z pasami odblaskowymi dominuja wieczorem szwedzkie drogi i ulice. Nosza je duzi i mali, od motocyklistów po przedszkolaki. Szalenie przydatne po zapadnieciu zmroku, choc moga powodowac u kierowców odruch paniki, poniewaz dawniej ubran z refleksami uzywaly wylacznie sluzby typu policja czy straz pozarna. Teraz cala ludnosc zgodnie sie umundurowala i wyglada jak jedna, wielka zólta armia. W razie braku kamizelki zaleca sie spacery skrajem drogi z przywieszonymi albo przyczepionymi refleksami – szczególnie w ciemnej porze roku.

Lubie Lubiewo!-Witkowski

In Ksiazki, Polskie refleksje, Przywracanie pamieci on 3 lutego 2013 at 11:48

Michal Witkowski / Lubiewo bez cenzury / 2012

 lubiewo

Pójde dzisiaj na skróty i posluze sie cytatem Pawla Felisa z recenzji filmu ”Drogówka”:

Żyjemy w kraju ludzi seksualnie niespełnionych i wygłodniałych, gotowych na niemal wszystko dla paruset złotych, lojalnych wobec siebie tylko do momentu, gdy na drodze lojalności stanie swój własny, egoistyczny interes. Ale jest w tych bohaterach – nas? – coś jeszcze: jakieś odwieczne upokorzenie, nieuleczalny, polski kompleks, świadomość poniżenia, które trzeba sobie wynagrodzić.

Do tego cytatu powróce – a teraz wstep natury innej. Mianowicie ksiazka Witkowskiego, przeczytana przeze mnie poniewczasie (czyli hucznej polskiej premierze), staje sie znowu swoistym hot stuff, w momencie przetracenia przez Sejm skromnych prób nadania podstawy prawnej zwiazkom partnerskim. I znakomitej wypowiedzi, skad inad dosc konserwatywnej, pani Kluzik-Rostkowskiej, ze Polacy maja problem z mówieniem o swojej seksualnosci. Tej „normalnej”, heteromalzenskiej – a co dopiero takie fiksum-dyrdum (okresie Bator  jak najbardziej na miejscu!) jak w wersji homo. Podczas gdy pani dyrektor mojego szwedzkiego zakladu pracy (rzad tysiaca dusz) jest lesbijka, wszyscy o tym wiedza i nie przeszkadza to ani wladzom koncernu, ani jej podwladnym. A tymczasem Ludwik Dorn wypowiada sie na temat kandydatury Anny Grodzkiej w sposób dyskryminujacy, nawet sobie nie zdajac sprawy, ze kogos publicznie dyskryminuje – a siebie kompromituje:

– Jeżeli jest wyrazista, to jest wyrazista nie z racji swoich poglądów, ale z racji swojego transseksualizmu. To nie jest wina pani Grodzkiej, i to nie ma nic wspólnego z atakiem na nią. Mój podstawowy argument jest taki, że takie osoby otacza aura dziwności, dziwaczności, a od tego już tylko krok do śmieszności i braku powagi.

 

Cytujac slowa wieszcza: Oto Polska – dzialaj teraz!

 

Witkowski tymczasem pisze pod prad – pod prad wiekszosci, nie potrafaiacej rozmawiac o seksie w kategoriach innych niz „obowiazek malzenski”, „swinstwo” albo „grzech”. Pisze o ludziach, którzy sie seksualnosci nie tylko nie wstydza, ale jest to naczelny motor ich dzialania. Powiedzmy sobie, ludzi o podobnym temperamencie mozna znalezc w obozie heteryków – tylko który ma sie odwage przyznac? Co niemniej wazne, lamie inteligenckie tabu pisania o ludziach w jakis sposób zyjacych na marginesie bez tradycyjnej pogardy i poczucia wyzszosci w stosunku do „parobka”, Janka muzykanta, naszej szkapy  czy ubogiej wdowy komornicy. Opisuje ich biede, znoszona z godnoscia i bez ulubionego polskiego cierpietnictwa. Zamiast biadolic, ze „Zachód nas zostawil” witkowskie cioty zagospodarowuja wstydliwe obszary PRL, takie jak stacjonujacy zolnierze radzieccy czy wiezniowie. Autor pisze o brzydocie bez zapedów poprawiania jej – ale tez bez epatowania czy idealizowania. Zycie jest takie jakie jest – i w jakich czasach przyszlo nam zyc. Nie ma co narzekac, tylko zabrac sie do dziela – kazdy na miare swoich mozliwosci i potrzeb.

Podoba mi sie tez obraz PRL, w którym odnajduje siebie i znajome drobne detale. Oddany nie jako smietnik, nie jako obóz udreczenia prawdziwych Polaków tylko kraj, w którym wiekszosc populacji jakos sobie radzila. Podoba mi sie ciaglosc w odczuwaniu rzeczywistosci – nie ma podzialu na rzeczpospolite o kolejnych numerach, bo zycie jest jedno. Podoba mi sie takze dyskretne wysmiewanie aktualnych fetyszy, typu grill (jako rozrywka „polskiej nizszej klasy sredniej”) czy gejów (przejecie okreslenia politycznie poprawnego przez „swiatowych” rodaków). Wylapal nawet moje ulubione nowopolskie slowo, „pijar”! Nawiazal do osobistych faworytów takich jak „Niebezpieczne zwiazki” oraz „Czastki elementarne”. Nie przemilczal wstydliwych juz dzisiaj budek z rozmaitym chlamem, który zalewal Polske z koncem lat osiemdziesiatych i z poczatkiem dziewiecdziesiatych. Znakomita, szczera i niepodkolorowana (no, moze troszeczke na korzysc glównych bohaterów) kronika z okresu przelomu PRL i okresu transformacji.

Wszystko to – rzecz jasna – psu na buty by sie zdalo gdyby nie dar opowiadania. Opowiadania niczym w szlacheckich barokowych bujdach, których slucha sie znakomicie mimo dziwów, nieciaglosci i braku logiki –  a moze wlasnie dlatego? Pisanego slowem mówionym. Zestawionego jak zywoty swietych. To obrazy wspólczesnych swietych Aleksych, którzy mimo pomyj na glowe dalej robia swoje, w pelni przekonania o swoim prawie do miejsca na ziemi – nawet jezeli to tylko reklamówka zawierajaca caly dobytek i pobliskie krzaki w parku. To jest obraz czlowieka, która ma takie samo prawo do istnienia jak kazdy inny.

Bardzo sie w moich oczach Michal Witkowski zrehabilitowal – po, w moich oczach, zupelnie nieudanym wystepnie w „Rozmowach z pisarkami”. Poprosze o jeszcze!