szwedzkiereminiscencje

Archive for Grudzień 2011|Monthly archive page

Pchla pisarka – Alice Munro

In Ksiazki on 28 grudnia 2011 at 20:35

Alice Munro / Nära hem / 2009 / okladka Lotta Kühlhorn

 

Nie zawsze jest mi z Alice po drodze – na trzy opowiadania jedno konczy sie w niespodziewanym dla mnie momencie, konca drugiero w ogóle nie zauwazam i dopiero to trzecie przykuwa moja uwage i zapisuje sie w pamieci.

 

Munro ma przedziwny sposób opowiadania. Troche jakby sie w przelocie slyszalo rozmowe przypadkowych towarzyszek podrózy, wsiadajac na jednej stacji i wysiadajac na nastepnej. Skacze z akcja niby ta pchla i prawde rzeklszy czesto musze przewracaca kartki i wracac do wczesniejszego tekstu, bo jak juz mysle, ze wiem o czym czytam to pisarka myli trop. Wprowadza od razu wiele postaci, uzywajac zazwyczaj tylko imienia. Potem pisze juz „on” i „ona”, a ja mysle, iz wiem o kim mówi – a tymczasem nic mi sie nie zgadza. Po cofce o piec zdan okazuje sie, ze wprowadzila tam wlasnie nowa pare bohaterów i tym razem to o nich uzywa zaimków „on” i „ona”! Nota bene trudno w tych opowiadaniach zdefiniowac jednoznacznie KTO jest glównym bohaterem.

 

Podobnie jak „Korekty” zlozyly sie w czasie z opisywaným w nich Bozym Narodzeniem, jedno z opowiadan AM traktowalo o indyku otrzymanym na Swieta – czyli znowu koincydencja z moja rzeczywistoscia, gdyz wlasnie wtedy faszerowalam i pieklam indora. Skad inad ciekawe jaka mi ksiazka wpadnie w reke przy nastepnej wizycie w bibliotece? Pozostaje zywic nadzieje, ze nie bedzie to krwawy kryminal – skoro lektura tak mi ostatnio determinuje zycie.

 

 

Do zbioru „Blisko domu” wybrano po trzy opowiadania z tomów: „Jablka i pomarancze”, „Drogi milosci” oraz „Ksiezyce Jowisza”. Tych najbardziej wiejskich, farmerskich czy tez pionierskich nie moge czytac – dreczy mnie prymitywizm, pustka i brutalnosc egzystencji. Munro najwyrazniej zna realia, bo dorastala w „family of fox and poultry farmers” (czy oni rzeczywiscie trzymali te lisy w kurniku?). Nie wiem czemu akurat AM tak mnie meczy – kiedys czytalam z zachwytem proze Faulknera czy Steinbecka. Akurat opowiadanie o indykach mnie nie uspilo ani nie zbrzydzilo, a wrecz sie spodobalo, ale pare innych z niesmakiem przeskoczylam.

 

Ciekawa jestem czy Munro czytaja  takze mezczyzni? Autorka pisze o kobietach, zas mezczyzni pelnia role rekwizytów czy dopelnienia owych niewiast. Duza zaleta tej prozy jest opisywanie – teraz juz z pozycji dojrzalej kobiety – wypadków czy losów ludzkich, bez moralizowania, bez podawania przyczyny, bez psychologizowania, bez wyciagania wniosków. Z drugiej strony czasami chcialabym schwycic ja za reke i powstrzymac przed zmazaniem swiezo nakreslonej postaci, która mnie wlasnie zaintrygowala. Opowiadania Alice sa jak Linus na linie:

 

 

cos sie caly czas dzieje, akcja jest liniowa, a wrecz punktowa, bo na dobra sprawe nie istnieje / nie liczy sie ani przeszlosc ani przyszlosc. Dzieje sie tu i teraz, w dodatku pisarka rzuca jedno celne zdanie i pózniej zaczyna juz o czyms innym – jakby musiala przerwac, zeby sprawdzic czy jej sie zupa nie przypala albo nastawic pranie na wirowanie.

 

Natomiast te drobne momenty jakby jasnowidzenia czy blyskotliwosci stanowia zaplate za trud czytelniczy. Czytelnik uzyskuje potwierdzenie wlasnych obserwacji, doswiadczen, podejrzen: no wlasnie, tez mi sie tak zdawalo! Albo: no popatrz – ona tez! I byloby jeszcze lepiej gdyby pani M pisala powiesci – cóz zrobic, wole postaci pelnokrwiste i dookreslone, pejzaze odmalowane, atmosfere oddana – zamiast dwóch wymiarów drzemiaca gdzies glebie.

 

 

Mysle, ze Alice Munro ma tyle samo milosniczek co obojetnych czytelniczek. Sama nadal nie moge sie zdecydowac do którego grona sie zaliczyc?

Reklamy

Rodzinne Swieta – Franzen bis

In Ksiazki on 21 grudnia 2011 at 19:57

Jonathan Franzen / Tillrättalägganden / 2001

 

Poruszam sie w kierunku przeciwnym do zwrotu osi czasu – Korekty po Wolnosci zdaja mi sie dziecinna wprawka autora przed napisaniem THE novel. Na pewno smaczku dodaje niezamierzona aktualnosc – punktem kulminacyjnym powiesci sa bowiem Swieta Bozego Narodzenia. Przy okazji obejrzalam na necie pólgodzinny wywiad z autorem i jedno jest pewne – ze Franzena jako takiego na pewno lubie. Lubie jego mentalnosc, lubie jego sposób rozumowania. Zgadzam sie, ze nie ma co zadawac sie z osobami, które z góry deklaruja, iz nigdy nie zdradzilyby partnera – bo w koncu who knows jak sie zycie potoczy i jak na rozwój wydarzen zareagujemy? Albo cytat:

 

–         Alla intressanta familjer har nog något som inte riktigt stämmer.

 

–         Wszystkie interesujace rodziny maja w sobie jakis wewnetrzny feler.

 

Niestety, Franzen pada ofiara swojego (odziedziczonego po skandynawskich przodkach?) zamilowania do detalu. Dziesiec lat po publikacji powiesci swiat sie zmienil, poszedl dalej, pamiec zmienila sie w niepamiec i wywlekanie „staroci” po prostu meczy. Do niektórych rzeczy z przeszlosci chetnie sie wraca, ale po pierwsze „niektóre” sa kluczem, po wtóre dopiero po dluzszym czasie, a po wtóre wtóre wspomnienie redukuje sie do punktu – nawet dla nas z dobra pamiecia czesc szczególów ulega zatarciu. Franzen jest troche jak stara ciotka, która wpada z niekonczaca sie wizyta i zamecza nas szczególami wpadki typu naszego zasmarowania sie kaszka we wczesnym niemowlectwie.

 

Podoba mi sie – niezmiennie – poczucie humoru. Doceniam zlosliwosci wymieniane miedzy parami: szwedzka i norweska, poniewaz ci sasiedzi (jak to z sasiadami bywa) uwazaja sie wzajemnie za glupich (Norweg pelni w Szwecji role „Ruska”). Chetnie bym zobaczyla na scenie teatru wizyte Enid u lekarza pokladowego – usmialam sie do lez. Podobnie jak przy wizycie Denise w Wiedniu, gdzie dostalo sie musujacemu winu typu Sekt, olimpijskiemu mistrzowi narciarskiemu, kuchni austriackiej i calej Austrii jako takiej.

 

Lekko zirytowal obraz opisywanej Litwy, która cudownym sposobem graniczy u Franzena z…Finlandia. Polechtana porównaniem Polski z Litwa na korzysc tej pierwszej bylam jednak zawiedziona, iz te korzystne róznice przypisuje autor Bozemu Narodzeniu (lepsze zaopatrzenie). Ale jak na Amerykanina to i tak niezle – znalazl na mapie Sejny i przepisal bez bledu. Majac do czynienia ze Szwedami w duzej ilosci juz przestalam sie dziwic jak zdumiewajaco niewiele o nas wiedza. Niedawno spotkalam, spacerujac z kolezanka, trójke Azjatów. Mieli zdecydowanie skosne, ciemne oczy, oliwkowozólta cere, byli dosc niscy, a nogi takie, jakby wlasnie co zsiedli z konia. Jakbym miala zgadywac, to bym obstawiala Kazachów. Natomiast kolezanka zapytala mnie z wyraznym poplochem w glosie: Czy to sa moze Polacy?

 

A skad te korekty? Nie powiem, zeby mi sie tytul w jakimkolwiek jezyku podobal – podobnie zreszta jak okladka. Sadzac z ostatniego rozdzialu chodzi o to, ze nie ma co za bardzo sie przejmowac i glówkowac, tylko zyc – a samo zycie dokona autokorekty naszych poczynan. O ile to jest przeslanie atora to nic tylko sie z nim zgodzic. W epoce pytan:

 

– Jak bedzie wygladalo twoje zycie za dziesiec lat?

 

– O, bede odbieral kolejnego Oskara, nagram nareszcie platynowa plyte i wylansuje jedyna ekskluzywna kolekcje futeralów na bóg-wi-co.

 

nalezaloby sie zapytac czy kwasiwybory (lekarza, ubezpieczenia, dostawcy pradu, operatora telefonii, modelu komórki itp) i planowanie kariery ma jeszcze cos wspólnego z prawdziwym zyciem? Czy „uczestnictwo” w wirtualnych grupach wsparcia czy zainteresowania otrze nam lzy albo w inny sposób pocieszy jak zachorujemy czy omsknie nam sie obuta w manole nózka? Osobiscie stawiam raczej na znajomosc z kotem, którego przyjazn – wbrew niepochlebnym opiniom o kociej rasie – jeszcze mnie nie zawiodla. Mam wrazenie, ze Franzen jest rzecznikiem szwedzkiej szkoly „czynimy tylko tyle ile w naszej mocy” i ze to w zupelnosci wystarczy. Tudziez, iz konflikty, choroby, niepowodzenia, nieszczescia, nieporozumienia itp. sa integralna czescia zycia. Niby naturalne, ale Zachód sprytnie i cichcem wyparl smierc czy choroby ze swojej zmanipulowanej swiadomosci, czesto zalecajac wylacznie: try harder czy kup nowe lekarstwo jako panaceum na wszystko. A tymczasem patriarcha rodu Lambertów, Al, nieuchronnie stacza sie w degrengolade na skutek postepu choroby Parkinsona. Jego zona, Enid, szczesliwa staje sie dopiero po przekazaniu Ala do domu opieki, a tak na prawde to dopiero po jego smierci – wbrew mitom o powolaniu kobiet do cierpienia i pielegnacji chorych. Franzen podkresla tez godnosc seniorów, az do samego gorzkiego konca – nawet jezeli swiadomosc nawiedza ich tylko w rzadkich momentach olsnienia. Za to humanistyczne przeslanie autorowi chwala.

 

 

Co jeszcze? Podobnie jak w Wolnosci dialogi sa fantastyczne. Nie wiem czy Franzen ma sluch absolutny na ludzkie emocje czy tez konsultowal sie z psychologiem – ale oddanie komunikacji w rodzinie na poziomie meta to mistrzostwo swiata. Jak to niby mówiac jedno – z premedytacja lub nie – „naciskamy guziki” u interlokutora, zeby dac do zrozumienia drugie: wywolac zamierzona reakcje, dokopac mu, upokorzyc czy ogólnie okazac brak akceptacji. Dobrze tez zaobserwowal, ze celuja kobiety, które z obludnym usmiechem wbijaja ofiarze sztylet w plecy. Poza tym obserwacja, iz czy tego chcemy czy nie, dopada nas kiedys dom rodzinny i nasza rodzina – na dobre i na zle. Nawet jak sobie obiecamy, ze bedziemy inni niz nasi rodzice mamy duza szanse skonczyc jak oni… Z drugiej strony autor dostrzega sile – czesto nielatwej – solidarnosci rodzinnej.

 

Tlumacz na szwedzki popelnil dwie niezrecznosci. Po pierwsze zamiast Pippi Långstrump zachowal angielska nazwe Longstocking, bogowie tylko wiedza dlaczego. Po drugie ulubione powiedzonko Robin, które zapewne w oryginale brzmialo whatever albo anyway przetlumaczyl na cos zupelnie nie przystajacego – co jednak nie zaklóca snu polskiemu czytelnikowi.

 

I jeszcze jedno – bohaterowie Korekt jednak mi gdzie w glowie utkwili. Czytajac dzisiaj o prostym sposobie wykrywania spalonych lampek  pomyslalam sobie: oj, przydaloby sie Alowi pod choinke! http://technologie.gazeta.pl/internet/1,113843,10735334,Wykrywacz_zepsutych_lampek_choinkowych__Bezprzewodowy_.html

 

Zas wszystkim milym Gosciom zycze Swiat zdecydowanie lepszych niz te u rodziny Lambertów, a pod choinke bardziej rozrzutnych prezentów niz przecenione ksiazki czy brazowo-czerwone szlafroki.

 

Wesolych Swiat!

Elita byla mezczyzna?-Koper

In Ksiazki, Polskie refleksje on 14 grudnia 2011 at 14:36

Slawomir Koper / Zycie prywatne elit Drugiej Rzeczpospolitej / 2010

 

 

 

Ziemniaki (albo ogórki malosolne) z koprem bywaja smaczne, natomiast elity z Koprem sa chwilami niestrawne. Wlasciwie moglabym na tym zakonczyc ocene, ale sie popastwie jeszcze nad autorem. Zaplacilam cale dziesiec koron za sprowadzenie ksiazki z Göteborga, wiec czuje sie uprawniona. Gwoli rzetelnosci odnotuje tylko, ze jakosc materialu jest zróznicowana, a rozdzial rozdzialowi nierówny. Czyli troche lepsze tez sie zdarzaja. Wspólnym mianownikiem jest natomiast biologiczna meskosc owych elit: mimo, ze elita z zalozenia posiada rodzaj zenski, to przedwojenne elity – wedlug autora – to wylacznie mezczyzni! Wlasciwie powinnam sie podbudowac, gdyz Koper najwyrazniej ceni przedwojennych oficerów, którzy malowali obrazy – czyli wypisz, wymaluj (nomen-omen) mój dziadziu. Ale nie dam sie poniesc sentymentom rodzinnym.

 

Dzieki tej wlasnie lekturze nabralam przekonania, iz w poprzednim zyciu bylam…Józefem Pilsudskim. Pare dni temu zrobilam sobie test „kim bylas w poprzednim zyciu?” Poniewaz kwestia nie zajmuje mnie na codzien bylam wdzieczna, ze ktos za mnie rozwikla zagadke. W wyniku testu dowiedzialam sie, iz bylam wojowniczka – dobra nasza, lepiej niz ofiara losu. A po lekturze rozdzialu o Dziadku (Koper tak nigdy go nie nazywa) doszlam do wniosku, ze niespotykana zbieznosc gustów i zachowan nie moze byc dzielem przypadku: wypijanie morza herbaty, praca po nocy, poranne spanie. Nie wspomne nawet wybitnej inteligencji ani zamilowania do ksiazek 😉 Jak jeszcze poplamilam bialy zabot sokiem jablka granatu, czytajac o niechlujnym jedzeniu Pilsudskiego to odebralam wlasna wpadke higieniczna jako ZNAK. Wszystko to po przeczytaniu rozdzialu o okultyzmie.

 

Prowokuje mnie natretnie autorytarny styl autora, podbarwiony smrodkiem dydaktycznym. Autor z góry zaklada, ze tylko idiota kupi jego dzielo – stad pewnie protekcjonalne podejscie do czytelnika. Koper to nasz cicerone w elitystycznym swiecie elegancji. Doznalam szoku jak wyczytalam, ze podobno jest historykiem – mnie jego ksiazka przypomina raczej wiekopomne opracowanie o „ogonku” Onassisa.

 

Sprawa poza watpliwosciami pozostaja preferencje Kopra. Koper jest piewca mitu Polaka-ulana, Polaka-warchola, Polaka-sarmaty. Koper pewnie by wyladowal na drzwiach od stodoly… Niewatpliwym ulubiencem byl Wieniawa, któremu, rzecz jasna, nie odbieram ani zaslug, ani intelektu czy zdolnosci. Ale opisy „wyczynów” szwolezerów w smutny sposób przypominaja mi ekscesy Walerka Royskiego i napawaja niesmakiem. Co innego koloryt lokalny, co innego brak subordynowania i szacunku dla drugiego czlowieka. Nie podoba mi sie propagowanie tesknot za nienajlepsza tradycja narodowa.

 

Przewina albsolutna jest stosunek do kobiet. Autor zdaje sie wyrózniac tylko dwie kategorie, obie przypisane do mezczyzn (raczej nie opisuje kobiet jako takich): niewyzyte samice oraz cnotliwe szare myszki. Jak widac glównym kryterium róznicujacym oba podgatunki jest atrakcyjnosc seksualna – bardzo dojrzala postawa jak na pana w mocno srednim wieku, a moze jakas projekcyjka wewnetrznego obrazu swiata? Niby taki tolerancyjny, niby opisuje rozwody i zmiany partnerów – a pózniej przystepuje do ataku. Jak kobieta niezamezna, to od razu „kochanka”. Mysle, ze Pilsudski dal by mu w pysk za nazwanie Aleksandry „kochanka”. Podobnie jak ironiczne „panna Szczerbinska”, stosowane juz po urodzinach córki – jakby Koper chcial podkreslic: acha, panna z dzieckiem! Koper stosuje swoja pruderyjna miarke do opisywanych mezczyzn: zakochac sie mozna tylko w mlodosci, a milosc ta musi prowadzc do oltarza.

 

Niewyzyta samica (gorsza niz pani Akne) byla w oczach autora Marta Thomas-Zaleska. Jego wyobraznie zdaj asie podniecac typy poludniowe – dwie rumunskie ksiezniczki, kochajace sie w Paderewskim. Jako obiekt nadseksulany zaczyna tez druga zona pianisty, zeby skonczyc jako inny schemat kobiecosci: histeryczka, a na dodatek wielbicielka zwierzat! Natomiast kobiety z klasa, typu Michalina Moscicka czy Maria Wojciechowska opisywane sa raczej jako bezplciowe i zdecydowanie nudne.

 

Cala ksiazka pozostawia osad voyeryzmu pomieszanego z pretensjonalnoscia i resentymentem. Tresc okraszona madroscia ludowa typu „jak to mezczyzna” i „jak to kobieta”. Czyta sie w jeden wieczór. Na pewno wnosi wiele faktów – ale na ile wiarygodnych to tylko bogowie wiedza. Duzy druk i slaba jakosc reprodukowanych fotografii. Sadzac po wyborze tytulów to autor eksplatuje niemozebnie tematyke miedzywojnia i zarabia ile moze. Stad pewnie jakosc – czyli jej brak.

Rewelacja! – Franzen

In Feminizm, Ksiazki on 8 grudnia 2011 at 17:38

Jonathan Franzen Freedom / Wolnosc / 2011

 

Pisze kwia wlasna, bo to ksiazka dla mnie – i o mnie.

 

Znalazlam tylko jedna slabosc, która najlepiej zdefiniuja slowa tegorocznego noblisty. Wczoraj ogladalam wywiad z Tranströmerem – wypowiadal sie na temat mozliwosci oddania poezji w przekladzie. Jak to ladnie okreslil, najtrudniejsze bywa przetlumaczenie ciszy czyli tego, co miedzy slowami (uwage mozna zadedykowac domoroslym tlumaczom, sprawdzajacym ze slownikiem poprawnosc tlumaczenia poszczególnych slówek). W Wolnosci za malo jest, po mojemu, takiej ciszy. Lojalny autor stara sie naswietlic sytuacje ze strony kazdego bohatera – chyba wolalabym, zeby wybral postac naczelna, solidaryzowal sie z nia (ulatwiloby to takze identyfikacje czytelnikowi), ukazywal swiat i rozwój wydarzen z jej perspektywy. Jakkolwiek bezposrednia narracja Patty tez jest wkomponowana w calosc, trudno by stwierdzic, ze to wlasnie ksiazka o niej. Zlosliwie skomentuje jako podswiadome oddzialywanie szwedzkich, kolektywnych genów (szwedzki pozytyw to bezpruderyjnosc opisów i dialogów). Poza tym materialu starczyloby na pare ksiazek albo wiele tomów. Tak na marginesie, to mój egzemplarz stal sie wydaniem dwutomowym – musialam przeciac pocket na pól, poniewaz nie bylam w stanie sie rozstac z lektura, a przeszlo siedemset stron tekstu nie zmiescilo mi sie do plecaka. Bo Franzen pisze z podobna latwoscia jak Stieg Larsson i podobnie latwo kreuje wiarygodne postaci. Fenomenalna lektura, ale moglaby – pozornie paradoksalnie – zyskac na wyrazistosci przez podcieniowanie (uzywajac zargonu fryzjerskiego) czyli wieksza ilosc niedopowiedzen.

 

 

O czym traktuje (oprócz mnie)? O nas czyli o swiecie wspólczesnym. To duza zaleta, poniewaz wiekszosc znanych mi, zyjacych pisarzy albo nie smie sie zmierzyc ze zlozona rzeczywistoscia, albo opisuje tylko jej wycinek. Nie znam polskiego wspólczesnego pisarza, któremu by sie taka sztuka udala. Ze szwedzkich niezastapiony byl wspomniany juz Stieg L. Inni jak gdyby podkrecali rzeczywistosc az do niemoznosci rozwiazania sytuacji w sposób „codzienny” – tak mi sie jawi Juli Zeh, Dorris Dörrie czy Michael Houlebecq (o Jelinek nie wspomne). A o czym konkretnie pisze Jonathan? Na przyklad o odwiecznym dylemacie kobiet: czy wybrac niebezpiecznego acz charyzmatycznego artyste czy tez mniej wyrazistego, lecz bardziej zakochanego i odpowiedzialnego epuzera. Czy mozliwy jest wybór partnera / partnerki na zycie? Co w momencie, kiedy pojawia sie bardziej ekscytujaca osoba i na dodatek jeszcze sposobnosc? Czy panowie w wieku srednim automatycznie czuja pociag do mlodszej partnerki? Kto jest dobrym rodzicem? Kto jest dobrym dzieckiem? Dlaczego gwalt uchodzi gwalcicielowi plazem? Czemu „tak sie sklada”, ze to kobiety rezygnuja z pracy zawodowej – co swiat ma im pózniej do zaoferowania, oprócz alkoholu w nadmiarze? Czy mozna kochac swoje dziecko za mocno? Jak ludzie swiatli i zaangazowani moga dzis zbawic swiat? Gdzie przebiega granica miedzy zaangazowaniem a pragmatyzmem? Czy wszyscy mlodzi, zdolni idealisci musza stac sie lokajami kapitalu i wielkego przemyslu? Czy mozna zadac od kota, zeby nie wychodzil na swieze powietrze? Jak najlepiej chronic ginace gatunki? Jak zyc?

 

 

A przy tym wspaniale oddane realia zycia na przestrzeni paru dziesiecioleci – muzyka, przemiany spoleczne, polityka, wydarzenia. Troche jak Saga rodu Fortsyte’ów, z tym ze mniej tutaj ciaglosci rodowej – kazde pokolenie, a nawet kazda osoba definiuje swój system wartosci i styl zycia. Franzen przejawia wielkie poczucie humoru, aczkolwiek raczej cieple i pozbawione zlosliwosci. Jak juz pisalam, nigdy nie doprowadza do ekstremów – jest panem lagodnym dla swoich bohaterów i zupelnie nie przejawia zamilowania do dramatu. Co nie znaczy, iz postaci sie nie mecza – kazda z nich ma swoje dylematy, do których autor podchodzi równie powaznie. Szanuje kazda wykreowana osobowosc i to jest absolutnie godne pochwaly. Z drugiej strony nie stwarza postaci przerysowanych – nawet te najbardziej patologiczne maja dobre cechy i w na swój sposób daja sie lubic. Mniejsza toleracja niz do ludzi wykazuje autor politykom i polityce – z latwoscia mozna odgadnac, iz kibicuje Demokratom czy tez wartosciom tradycyjnie demokratycznym. Rozsmieszyl mnie akcent polski: zdezelowane ciezarówki Pladksy A10, które obrotni biznesmeni sprzedaja na wojne do Iraku. Równie obrotny jest tlumacz z Lodzi – niespecjalnie przejmujacy sie brakiem znajomosci jezyka, z którego tlumaczy. Szwedom dostaje sie jeszcze gorzej, jako nacji, z której wywodzi sie pisarz.

 

 

No a co z tytuowa wolnoscia? Jak to z wolnoscia: ze latwa bywa ta „od”, zas trudna ta „do”. Od pewnego momentu czytajac wychwytywalam fragmenty o wolnosci – ze zacytuje tu:

 

„Just come with me. We’ll go somewhere, and Walter can have his freedom.” (s.471)

 

Prosze, wyjedz ze mna. Wyjedziemy i Walter odzyska swoja wolnosc.

 

Tymczasem czy wlasnie wolnosc byla tym co Waltery lubia najbardziej?

 

Like a cold spring at the bottom of a warmer lake, old Swedish-gened depression was sipping up inside him; a feeling of not deserving a partner like Lalitha; of not being made for a life of freedom and outlaw heroics; of needing a more dully and enduringly discontented situation to struggle against and fashion an existence within. (s.626)

 

Niczym zimne zródlo przebijace przez dno letniego jeziora wsaczala sie w niego stara, genetycznie  szwedzka depresja; poczucie, ze nie zasluguje na partnerke w rodzaju Lalithy; ze nie zostal stworzony do zycia w wolnosci i do heroizmu obrzezy; tylko do zycia szarego i zabarwionego gorycza, w którym ciagle musi walczyc i znajdywac swoje miejsce na nowo.

 

I kluczowa – w moim odczuciu – wypowiedz:

 

Even if smoking kills you, even if you can’t afford to feed your kids, even if your kids are getting shot down by maniacs with assault rifles. You may be poor, but the only thing nobody can take away from you is the freedom to fuck up your life whatever way you want to. (s.453)

 

Nawet jezeli palenie zabija, jezeli nie masz za co wykarmic dzieci, które z kolei moga byc zabite przez uzbrojonego szalenca. Mozesz byc biedny, ale jedyna rzecza, której nikt ci nie odbierze jest wolnosc: wolnosc do sp… swojego zycia na swój wlasny sposób.

 

Nastepne zdanie to juz polityka.

 

I zeby oddramatyzowac zapraszam na inny cytat, tak charakterystyczny dla prozy Franzena:

 

Kot domowy moze na wolnosci stracic zycie na wiele sposobów, takich jak rozlozenie na czynniki pierwsze przez kojoty czy splaszczenie przez samochód…

 

 

Przeslanie – co artysta mial na mysli wie tylko on jeden. Mnie sie wydaje, ze przeslanie jest odwrotne do przeslania wiersza Cherubina Kolyszko:

 

Jest tylko milosc na swiecie

A milosci nie ma.

 

 

Franzen jakby mówil:

 

Jest tylko milosc na swiecie

A milosc JEST.

 

I pewnie dla tej nadziei w sercu czytaja go rzesze nie tylko Amerykanów.

 

 

Kamprad i Otto-Åsbrink nagrodzona

In Ksiazki, Przywracanie pamieci, Szwecja on 3 grudnia 2011 at 18:41

Elisabeth Åsbrink / Och i Wienerwald står träden kvar / A w Lesie Wiedenskim rosna nadal te same drzewa / 2011

 

Zwyciezca nagrody Augusta w kategorii „Fakty” z listopada br.

 

Elisabeth Åsbrink to dziennikarka TV i pisarka. Poza tym – jak sie okazuje – córka Zyda z Budapesztu i Zydówki z Londynu. Pózna córka – podobnie jak póznym synem byl Otto Ullmann. Syn wiedenskiego dziennikarza sportowego i Morawianki, tez Zydów. To jego historia stala sie pretekstem do podjecia dyskusji na temat stosunku Szwecji i Szwedów do Zaglady. Do nazizmu. Tymczasem dyskusja sie nie odbyla, bo po pierwsze historii nikt tu nie lubi, nikt tez nie lubi poczucia winy ani jak ich obcy rozliczaja, a po drugie nazizm ma sie dobrze. Co by poswiadczyl przedwczesnie zmarly Stieg Larsson. Dyskusja lekko tylko nadszarpnela nogawke Ingvara Kamprada, zas ksiazka Åsbrink stala sie popularnym niewybuchem.

 

Pocieszajace, ze niezaleznie od braku dyskusji ludzie „Las Wiedenski” czytaja – czekalam na ksiazke w bibliotece pare miesiecy, przy dwutygodniowym terminie zwrotu. Na cale szczescie, bo napisana znakomicie; ponadto pedagogicznie. Pedagogicznie i lagodnie – zilustrowana pojedynczym losem i udokumentowana autentycznymi listami. Mnie taki natretny dydaktyzm: patrz, to moglo sie przydazyc i Tobie – co Ty na to? denerwuje, ale byc moze, ma szanse dotrzec do swiadomosci narodu, który nie zaznal wojny od 200 lat. Podobnie jak porusza miejscowa widownie filmowy „Klucz Sary”.

 

Otto Ullmann byl jednym z setki zydowskich dzieci, które szwedzki kosciól zdecydowal sie sprowadzic do kraju – pod warunkiem przejscia na luteranizm. Akurat ten aspekt wzbudzil dyskusje, gdyz krewni w linii zstepnej organizatora podwazali wiarygodnosc autorki – co bylo raczej latwe do przewidzenia. Kosciól mial misje ewangelizacyjna w Wiedniu, przed która toczyly sie dantejskie sceny – bo co to jest kwota stu ocalonych dzieci, podczas gdy do Wielkiej Brytanii z samego Gdanska wyjechalo ich dwiescie, zas sumarycznie cale dziesiec tysiecy. Losy tych dzieci byly równie smutne w obu krajach – wykorzystywane na wsi jako darmowa sila robocza i traktowane czesto brutalnie. Z tym, ze Brytyjczycy juz dawno zrobili film dokumentalny o „swoich” dzieciach i niejako rozliczyli sie, a Szwedzi dopiero teraz dojrzeli do przeprosin w stosunku do wlasnych obywateli, którzy jako sieroty byli zle traktowani w tzw.rodzinach zastepczych czy sierocincach.

 

 

W Szwecji stosunek do imigrantów niewiele sie zmienil – wychuchany jedynak Otto zagoniony zostal do pracy w ogrodzie i na roli – o nauce nie moglo byc mowy. Mnie po przyjezdzie Urzad Zatrudnienia zaproponowal nauke w zawodach: spawacz albo tokarz. Tertium non datur.

 

 

Co mial Otto do Kamprada? Jak zwykle zycie wymyslilo scenariusz nieprawdopodobny: stali sie przyjaciólmi. Otto szukal zatrudnienia jako parobek i znalazl prace u zamoznego papy K. Byli z Ingvarem niemal rówiesnikami i od pierwszego wejrzenia zapalali do siebie sympatia. Niby dosc banalny rozwój sytuacji, gdyby nie to, ze Otto byl Zydem, zas rodzina Kampradów to przekonani i praktykujacy nazisci: babcia Fanny, tata Feodor i sam Ingvar. Nota bene babcia z dziadkiem byli niemieckimi imigrantami. Ingvar jeszcze po zakonczeniu wojny emablowal Pera Engdahla, naczelnego szwedzkiego faszyste i ideologa. Podobno glównie dzieki potencjalowi intelektualnemu Engdahla nazizm w Europie ma sie tak dobrze po wojnie. Druga sympatia Kamprada juniora to Sven Olov Lindholm, przywódca szwedzkich brunatnych nazistów. Czyli ciagoty najgorsze z mozliwych! Czy Kamprad byl jako ten erotoman-gawedziarz? Na to pytanie zadnemu z dziennikarzy nie udalo sie uzyskac odpowiedzi, a sam zalozyciel IKEI nigdy sie nie pokajal, nie zlozyl samokrytyki ani nie wykazal zdolnosci do refleksji, iz byc moze popieral zla opcje. Z arogancja wlasciwa ludziom bogatym (w tym wypadku to eufemizm) propaguje dogmat nieomylnosci wlasnej.

 

Nie moge sie oprzec wrazeniu, ze dziennikarka wykorzystala Otta, zeby dobrac sie do skóry Kampradowi i wykorzystujac znane nazwisko wywolac debate. Debaty nadal nie ma – i przecietny Szwed nadal wyzywa Polaka od antysemitów, salwujac sie argumentem, ze po zakonczeniu wojny to Szwecja przyjela pare tysiecy wiezniów obozów koncentracyjnych.

Wiec kto tu jest good guy? Niechlubny poczatek drugiej wojny spowilo zapomnienie – Åsbrink cytuje tymczasem prase, entuzjastycznie sledzaca sukcesy Hitlera. Wiec dyskusji nie bedzie, bo nikt nie lubi o sobie zle mówic. Sam Kamprad okazal sie pragmatykiem i docenil zdolnosci Ullmanna, który stal sie jednym z pierwszych pracowników IKEI. Jak zwykle najgorsi okazuja sie ci obojetni. Ingvara z Ottem polaczyla dozywotnia przyjazn.

 

Natomiast pani Åsbrink, jakkolwiek ma niewatpliwy dar pióra, okazala sie nastepna ofiara niekomptentnego nauczania geografii krajów srodkowoeuropejskich. Sama nie wiem czy mam jeszcze sile zwracac jeszcze uwage nastepnemu wydawnictwu? Elisabeth pisze krytycznie o zachwycie niemiecka kultura i jej przemoznym wplywie na mentalnosc, zeby potem sama bezkrytycznie stosowac niemieckie nazewnictwo geograficzne – kojarzace sie Polakom jednoznacznie z okupacja. To juz kolejna osoba, która przenosi XIX-wieczna idee panstwa narodowego na skomplikowana sytuacje polityczna. Dla Åsbrink wszyscy, którzy mówili po niemiecku to Niemcy, obywatele Niemiec. Czyli panstwo Niemcy obejmowalo takze Austrie, Wegry, Czechy, Morawy, panstwa baltyckie itp. Uzywa nazwy Mähren zamiast Morawy i Böhmen zamiast Czechy – i oba te twory zaludnione sa Niemcami, czyli naleza do panstwa Niemcy. Dla kontastu obozy zaglady maja wylacznie polskie nazwy, z Oswiecimiem wlacznie. A Polska to terra incognita miedzy nazizmem a bolszewia. Na dodatek terra bagnista wielce. Chyba ktos powinien napisac doktorat o wplywie kultury niemieckiej na mentalnosc wspólczesnego Szweda?! O kompleksach malego narodu, który chetnie podpina sie pod (wyimaginowane badz rzeczywiste) sukcesy wiekszego. O tworzeniu mitów narodowych.

 

W zwiazku z tymi mitami rozliczenie Szwedów za zbrodnicza obojetnosc w czasie Zaglady nigdy sie nie odbedzie. Tak jak w latach trzydziestych zwiazki zawodowe protestowaly przeciw zatrudnieniu dziesieciu (!) lekarzy zydowskich, tak i teraz chca zachowac lepsze stanowiska i wyzsze pensje dla swoich. Otto nigdy nie zrobil akademickiej kariery, na której tak zalezalo wywiezionym to Teresina, a nastepnie do Auschwitz rodzicom. Pozostaly mu kursy korespondencyjne, praca w IKEI, a potem na swoim. Inteligencje spozytkowal na przetrwanie. Zdolnosci jezykowe na opanowanie szwedzkiego. Za to wypisal sie przynajmniej z narzuconego mu przymusem kosciola luteranskiego. Zycie ocalone – zycie nie do konca spelnione.

 

 

Okladce nalezy sie duza pochwala – projektowala niezmiernie uzdolniona Lotta Kühlhorn.