szwedzkiereminiscencje

Archive for Październik 2010|Monthly archive page

Pieszczoszek Rys – Kapuscinski

In Ksiazki, Polskie refleksje on 26 października 2010 at 16:59

Artur Domoslawski, Kapuscinski non-fiction, 2010

 


 

Recenzja krótka: ksiazka jest znakomita, tylko za dluga.

O rzekomym tytlaniu w blocie ikony: nic z tych rzeczy! Wrecz na odwrót – autor robi wszystko, byle tylko swojego mistrza wytlumaczyc. Powiedzialabym na odwrót: to Kapuscinski zawiódl Domoslawskiego. Wydaje mi się, ze Domoslawski mial wyidealizowany obraz swojego idola i to on najbardziej ucierpial trafiajac na dyskrepancje w zyciorysie i twórczosci Wielkego Reportera.

O oczekiwaniu „zachodniego” reportazu od wschodniego reporteta: nierealistyczne. Trudno przykladac wspólczesne wzorce do ludzi zyjacych przed laty. Teraz można otworzyc komputer i na Goolge Earth sprawdzic polozenie egzotycznych miejscowowsci. W czasach poczatków reportazy Kapuscinskiego prenumerata Atlasu Swiata (A3, w bordowej, plastykowej okladce) była zdobywana przez nielicznych i to po znajomosci. W wielu domach uzywano jeszcze przedwojennych wersji atlasu. Wiec jak komus udalo się dotrzec w dalekie kraje i je ludziom przyblizyc, to mógl liczyc na wdzieczne wysluchanie. Z czasem Kapuscinski przygotowywal się coraz lepiej i szalenie duzo czytal. Uwazam, ze przy tak ograniczonym dostepie do informacji i mocno ograniczonych finansach, dal nam zadziwiajaco prawdziwy obraz odwiedzanych zakatków swiata.

O byciu reporterem: dla mnie nie odgrywa roli, czy Kapuscinski był reporterem czy pisarzem. Mnie się wydaje, iż był po trosze sowizdzalem czy dziadusiem proszalnym – osoba, która przenosi się z miejsca na miejsce. Tu cos uslyszy, tu mu cos do ucha szepna, a on dodaje dwa i dwa. Może to był guslarz?

O innych zaletach ksiazki: Domoslawski fantastycznie opisuje epoke, wydarzenia w Polsce i na swiecie.

Moje odkrycie: dzieki szczególwemu opisowi mechanizmów dzialania „partyzantów” w PZPR odkrylam analogie z fenomenem sukcesu PiS. O „partyzantach” pisze AD tak:

Sila i pewnosc „partyzantów” bierze się stad, ze zapotrzebowanie na ich ideologie wykracza poza partyjne szeregi. Wielu ludzi w Polsce trzymajacych się  zdala od partii, zyjacych w niszy prywatnosci, katolików odrzucajacych oficjalny ateizm, a także srodowisk, którym bliskie są tradycje patriotyczne, patrzy na „partyzantów” z pewnego rodzaju sympatia, troche niedowierzaniem, nadziejami. Oto pojawil się inny gatunek czerwonych; mówia o ojczyznie, tradycja narodowa nie jest im wstretna.

Czyli uniwerslana recepta na sukces formacji politycznej w Polsce był i jest nadal sos patriotyczno-narodowy.

O moich spotkaniach z Kapuscinskim: pare lat temu wypozyczylam „Wojne footbolowa”. W tym samym czasie czytalam Naipaul’a. Obie ksiazki uzupelnily się i swtorzyly fascynujacy obraz Afryki. Potem zawital RK na malym ekranie, w godzinnym programie kulturalnym. Był zupelnie inny niż moje wyobrazenia o osobie, wykonujacej zawód reporter (dla nie-kinomanów to tytul filmu Antonioniego., gdzie glówne role graja Jack Nicholson i Afryka). Wtedy już starszy pan, kiepsko ubrany, z kepkami siwych wlosów w okolicach uszu. Tylko lekko zezujace, swidrujace oczy domagaly się uwagi. Reszta przepraszala, ze zyje. Mówil dosc monotonnie, nienajlepszym angielskim. Potem kupilam sobie jeszcze „Podróze z Herodotem” i mi się podobaly. Przeczytalam „Imperium”. Czytalam tez jego wypowiedzi w prasie. Podobal mi się kreslony przez niego obraz swiata. Nigdy go nie odbieralam jako wielkiego, lecz jako ciekawego i wrazliwego. Dlatego się zdziwilam burza na temat ksiazki Domoslawskiego, gdyz nie zdawalm sobie sprawy, ze to swietosc narodowa. Wiecej wczesniej slyszalam o…Lysiaku.

O osobie prywatnej: nie znalam. Z opowiadan wylania się troche brat-lata, a troche ktos stojacy na boku. Mniej lub bardziej swiadomie wybierajacy mainstream. Z jednej strony skromny, a drugiej o wysokim wyobrazeniu o sobie i nieznoszacy krytyki. Niedojrzaly i narcystyczny. Pieszczoszek mamusi i podopieczny swojej zony. Niewierny. Nieobecny ojciec.

Orientacja polityczna: na lewo. Przypieczetowana przynalenoscia do skompromitowanych organizacji mlodziezowych, a potem niemniej skompromitowanej PZPR. Majacy serce bardziej na lewo cale zycie – lecz wypierajacy się tych.przynaleznosci i ówczesnych przyjazni.

O wspólpracy z wywiadem: byloby dziwne, żeby nikt go przy wyjazdach czy pobytach na placówkach nie nagabywal. Cos podpisal, cos przekazal – podobno plotka. za slabo znal jezyki obce, zeby móc byc wiekszym graczem.

O osobowosci: hipochondryk, panikarz, scichapek, bez kregoslupa moralnego – w krajach trzeciego swiata odnajdowal zasoby przedsiebiorczosci i odwagi. Najwieksza zaleta: wrazliwosc. Najwieksz wada: brak odwagi cywilnej.

Summa summarum po przeczytaniu calej ksiazki: jedno z najpiekniejszych wyznan milosci jakie kiedykolwiek czytalam.

Najciekawszy cytat pióra Kapuscinskiego (o durniach):

Popper, jego wnikliwa uwaga na temat niewiedzy. Niewiedza, pisze, nie jest prostym brakiem wiedzy, lecz POSTAWA, postawa odmowy, postawa niezgody na przyjecie wiedzy. Duren NIE CHCE wiedziec…

Duren ma o wszystkim z góry ustalone opinie, które przez to, ze nigdy się nie zmieniaja, sprawiaja wrazenie, jakby się z nimi urodzil, jakby je wyssal z mlekiem matki…

Tu jednak pojawia się inna odmiana durnia – duren chytry, który wszedzie widzi tajemne sily, dziwgnie, sprezyny („cos się za tym kryje”, „cos w tym jest” itd.).


 

 

Zmierzch trendu na „pozytywnosc” – nareszcie!

In Ksiazki on 22 października 2010 at 20:11

Barbara Ehrenreich, Gilla läget. Hur gick det åt helvete med positivt tänkande / Bride-sided. How the relentless promotion of positive thinking has undermined America, 2010

 

 

Wolne tlumaczenie tytulu mogloby brzmiec: „Polubic swoje parszywe zycie. Smutny koniec pozytywnego myslenia” (ze szwedzkiego) albo: „Usmiech przez lzy. Jak natretnie pozytywne myslenie oslabilo sily zywotne USA” (z angielskiego oryginalu). Jak ktos wymysli inne, to zapraszam do zamieszczenia go w komentarzach.

Moja ulubienica, Barbara Ehrenreich, znowu mnie nie zawiodla. Jej ostatnia ksiazka plasowala się jakis czas na pierwszym miejscu listy bestsellerów DN. Wczesniej widzialam zapowiedz tej wlasnie pozycji w wywiadzie telewizyjnym. BE jest w wyrazie bardziej subtelna od Michael’a Moore, choc ma z nim wiele wspólnego. Oboje odslaniaja kulisy, brudy i niedociagniecia – a przy tym dociekaja przyczyn przedstawianych zjawisk. Tym razem Barb (jak ja nazywano w czasie kelnerowania) postanowila zdemaskowac szkodliwa manie przedstawiania wszystkiego w kolorach cukierkowych. Zajela się tzw.pozytywnym mysleniem, które propaguja dziesiatki podreczników do samopomocy, sajtów na Internecie, psychologów po kursie wieczorowym w Kleczy Dolnej, samozwanczych coachów zawodowych i coachów „zyciowych”, kosciolów, polityków itp. Incytamentem stala się wlasna choroba – rak piersi. Najpierw uslyszala, ze rak to dar niebios, a potem, ze jak będzie myslec pozytywnie, to wszystko będzie dobrze. Dobrze nie było, a wrecz coraz gorzej. Okazalo się, ze nikt specjalnie nie chce sluchac o jej dolegliwosciach, ponieważ jest to „narzekanie”, co nie jest pozytywne. Zadnej empatii, zadnych ludzkich uczuc – zostala podlaczona do przemyslu „pocieszeniowego”, miala zostac wojownikiem i poprzez zakup pewnej ilosci „wspierajacych” gadzetów stac się zarazona pozytywnoscia, która sama z siebie ja uleczy. Tymczasem zaczely się schody – ale autorka raka przewalczyla. Na lezaco, na kolanach, ledwo zipiac – i nie dziekujac niebiosom za „nowe, interesujace doswiadczenie”. Nie prosila o „nowy poczatek reszty swojego zycia” – była w zupelnosci zadowolona ze starego. A jak tylko wydobrzala, to cala akumulowana w niej wscieklosc za dobijanie ciezko chorego pacjenta wymogiem wiecznego usmiechu, szczescia i wdziecznosci za chorobe, dala odpór wrogowi pozytywnosci.

Poszukala zródel tego fenomenu i znalazla ja w XIX-wiecznym protestantyzmie o korzeniach kalwinskich, m.in. w  Christian Science. Kalwini maja prosty poglad na zycie: jak jestes zdrowy i piekny, to cie dobra Bozia kocha. A bezrobotni skrofulicy moga sami do siebie mieć pretensje, gdyz musieli czyms Stwórce urazic, skoro tak ich pokaral. Niech wiec lepiej popracuja nad soba, bo ich brak fartu i choróbska sprowadzili sobie sami na glowe. Ehrenreich zna takie myslenie panujace w rodzinie jej matki. Wspomina:

Bóle miesiaczkowe czy zaparcie traktowano jako wymysly rozpuszczonych bezczynnoscia kobiet  i tylko goraczka polaczona z wymiotami mogly dac usprawiedliwienie jednodniowej nieobecnosci. Innymi slowy, choroba była osobista porazka, a nawet grzechem. Pamietam nadal strach przed przyznananiem się matce, ze slabo widze, co jest napisane na tablicy. My nie nalezelismy do tych, którzy potrzebuja okularów. S.95

Idac tropem koscielnym doszla do kosciolów spólczesnych. Jak wiadomo, wyrastaja w Stanach jak grzyby po deszczu. Wiele z nich glosi filozofie bogactwa, tzn. daje konkretne wskazówki wiernym co maja czynic, żeby bogactwo do nich samo przyszlo (np.zwiekszyc datki na kosciól i zachowywac się jak czlowiek bogaty). Wskazówki przypominajace jako zywo porady z kolorowych gazet. Po rozprawieniu się z kosciolami Ehrenreich ruszyla do rozliczen z gospodarka. Zauwazyla daleko idaca niefrasobliowsc w postepowaniu bankowców czy maklerów gieldowych, którzy liczac na wieczny przyrost oraz niewidzialna reke Adama Smith’a dokonywali karkolomnych machinacji. W tym samym czasie udzielali pozyczek ludziom nie majacych szans na ich splate. Pozyczkobiorcy liczyli, ze dzieki pozytywnemu mysleniu bogactwo do nich sami przyjdzie. Niestety, pozytywne myslenie (albo: brak myslenia) zawiodly i obie strony zostaly na lodzie.

Be obadala również strukturalne zmiany na rynku pracy, bedace wynikiem zmiany sposobu myslenia. W centrum nie znajdowal się czlowiek czy spoleczenstwo, a zysk wlascieli akcji. Jak zarzadzajacy zamykal zaklad pracy i zwalnial ludzi, to tlumaczyl im, ze to „dla ich dobra”. Poza  tym zwalnial, bo niby czegos nie potrafili, wiec sami sobie winni. W tem sposób powsral rynek na mnogosc firm outsourcing’owych, przekwalifikujacych, wypozyczajacych sile robocza, szkolacych bezrobootnych i coach´ów. Zaczeto tez wymagac zupelnie innych cech od pracownika: myslenie krytyczne zastapione mialo zostac mysleniem pozytywnym:

Jeżeli chodzi o zwiazek ze starym, dobrym pozytywnym mysleniem w duchu Peales’a, to zarówno ksiazki jak coach’e (trenerzy) definiuja dobrego „gracza druzyny” jako „osobe nastawiona pozytywnie”. On albo ona często się usmiechaja, nie skarza się, nie sa zbyt krytyczni i podporzadkowuja się bez protestów poleceniom przelozonego.

Ehrereich nie bylaby soba, gdyby nie zbadala sprawy doglebnie. Nastepnym obiektem jej przenikliwego umyslu stal się psycholog i ojciec „pozytywnej psychologii”, Martin Seligman. BE skonfrontowala go parokrotnie i odkryla, iż propagowane przez Seligmana tezy tylko pozornie maja poparcie w nauce. Dodatkowo psycholog miesza do do reorii naukowych swoje pzrekonania polityczne:

W sprawie pozytywnej psychologii Seligman zajmuje pozycje prawicowe. Znany jest jako przeciwnik bycia „ofiara” i „mentalnosci ofiary”. W wywiadzie przeprowadzonym w roku 2000 powiedzial: „Jak cos pójdzie nie tak, to kultura ma zwyczaj obwiniac jakies niezidentyfikowane sily wyzsze, zamiast wyznac, ze jest się samemu winnym porazki ze względu na swój niedoskonaly charakter bądź bledne decyzje.” S.174

Czyli, jak to mawiaja Amerykanie: blame the victim.

Berbara Ehrenreich demaskuje cynizm czesci spoleczenstwa, która w ostatnich latach bardzo się wzbogacila. Maria Antonina chciala przynajmniej nakrmic glodne tlumy ciastkami – nowoczesni postkalwinisci pogonili by ich psami i skazali na kre chlosty. Mysle, ze ksiazka powinna zostac przetlumaczona na polski, ponieważ wielu takich postkalwinistów tam spotkalam. Sama zas czekam w kolejce w bibliotece na ksiazke o nowych bogatych (postkalwinistach) w Szwecji.


Kossak bez wasa – rozpuszczony bachor Samozwaniec

In Ksiazki, Polskie refleksje on 21 października 2010 at 18:27

Magdalena Samozwaniec, Z pamietnika niemlodej juz mezatki, 2009

 

Jak ktos chce przeczytac recenzje do rzeczy, to znajdzie ja pod: http://czytankianki.blogspot.com/2010/09/z-pamietnika-niemodej-juz-mezatki.html

Ja akurat nie mam ochoty na rzeczowa analize tego „dziela”– zajme się tylko wybranymi aspektami.

Ksiazka, powstala jako remanent twórczosci niepublikowanej za zycia pisarki , sila rzeczy jest niespójna. Czesc, zazwyczaj rozdzialy napisane wczesniej, jest lepsza. Zdecydowanie najciekawsze są wspomnienia przedwojenne. Zycie Samozwaniec, jak sama zreszta zauwaza, rozpada się na dwie nieprzystajace czesci: ta w domu rodzinnym az do wybuchu wojny i ta byle jaka, goniaca resztkami dawnej swietnosci, powojenna. Często wkradaja się gruba nicia szyte zlosliwosci: wobec kuzynki pierwszego meza, Starzewskiej, wlasnego drugiego meza, brata Jerzego czy jego drugiej zony. To są osobiste wycieczki, które nijak się maja do satyry. Czesc „satyry” to gorycz starzejacej się kobiety. Z jednej strony krytyka mlodziezy za nieczytanie ksiazek (zdaje się krytykowala pokolenie lekko starsze od mojego), a z drugiej starszych aktorów wystepujacych w filmie (bo sredni wiek i starosc sa niefotogeniczne). Szkoda, ze nie dozyla rewelacyjnego Clint’a Eastwood’a! Niektóre fragmenty trudno zrozumiec, ponieważ autorka w jednym zdaniu cos chwali, a w drugim te sama rzecz krytykuje w czambul – i trudno się w tym wszystkim polapac. Są fragmenty „paplajace” i pisane chyba z mysla o wierszówce, a są i takie, gdzie MS blyska inteligenncja i wyrobieniem kulturalnym. Na samym poczatku znajduje się rozdzial, który strescic można jako: ja-ja-moje-ja-moje-ja.

Najlepsze są kawalki z przedwojnia, a najlepsze z najlepszych te o ojcu i siostrze. Samozwaniec zabiega caly czas o uznanie swoich talentów. Mimo, ze wyglada jak papa Kossak bez wasa, nie odziedziczyla rodzinnych zdolnosci plastycznych. Za to odziedziczyla po nim zamilowanie do ubran, uzywek, hazardu i zycia ponad stan. Opowiesci o ojcu tchna uwielbieniem. O siostrze – pozoruja uwielbienie i pachna mi siostrzana rywalizacja oraz brakiem autentycznego zrozumienia – są bardzo powierzchowne.

Dzieki rozdzialowi o kinie polskim obejrzalam sobie nareszcie z bliska zdjecie Reri. No i dowiedzialam się o „Co tydzien powiesc”, do którego to przedwojennego tytulu musial nawiazywac tytul mojej ulubionej audycji radiowej: „Co wieczór powiesc – w wydaniu dzwiekowym”. Zdjecia są w ogóle mocna strona publikacji – nie tylko samej Magdaleny w róznych okreasach zycia, ale także rodziny oraz znanych aktorów.

Kuriozum były dla mnie rozdzialy z wywodami jakby na zamówienie wladzy PRL – Samozwaniec mimo starych koneksji musiala jednak poczuwac się do zrewanzowania za sam fakt wydania paszportu. Namietnie porównuje: a to udogodnienia czasów wspolczesnych z niewygoda czasów przedwojennych, a to lepszosc bytu w Polsce nad bytem we Francji. W jednym ja tylko sluzalczosc zawodzi podczas wizyty w Paryzu: nie może odzalowac, iż nie stac jej na garsonke Chanel. Geny kokieta i uwodziciela Wojciecha wyraznie daja daja się poznac! Bo poza Paryzem Samozwaniec jest bardem materialów non-iron. A zwlaszcza blizej nieokreslonej…bluzki z klinów. Strasznie się, biedaczka, miota miedzy pochwala tanich ubran, a tesknota za plaszczem w siersci wielbladziej. W tych swoich wywodach jest pretensjonalna, nieznosna – az mi jej troche zal. Najwyrazniej wyrosla w przekonaniu, ze wolno jej wszystko i swoja uprzywilejowana pozycje przed i po wojnie uznawala za naturalna. W tekstach pisanych po wojnie nie ukazuje ani krztyny refleksji nad tym jak zyje przecietny Kowalski – ona takich ludzi chyba w ogóle nie dostrzegala. Wiarygodnoscia nie grzesza tez jej wywody na temat dzieci – sama zdaje się miala slabe doswiadczenie i mierne wyniki na polu macierzynstwa. Jej „ porady” to bezrefleksyjny stek bzdur, a slawe powojenna można klasc wylacznie w karby braku objezdzenia po swiecie obywatela PRL, dla którego Kossakówna była reliktem dawnego, barwnego swiata w dobrym stylu.

Po przeczytaniu ww. pozycji Samozwaniec w moich oczach jawi się jako osoba glupia, o mieszczanskiej mentalnosci i odcinajaca kupony od zasluzonej slawy autentycznie wybitnych czlonków rodziny. Cale zycie jak rozpuszczony bachor. A z wygladu wypisz-wymaluj Kossak. Tylko mniej ladny, bo bez wasa.


Przyjezdni w Krakowie – w 24 odslonach

In Ksiazki, Polskie refleksje on 18 października 2010 at 15:25

Adriana Ginal, Anna Szulc, Stacja Kraków, 2004

 

 

Zupelnie nie znam pan Ginal i Szulc – Stacje Kraków zadedykowaly rodzicom, ale mogly zadedykowac rodzicom od lat niezyjacym, wiec nie wiem nawet w jakim mogą być wieku? Chyba nie są z Krakowa, gdyz zdaja się sadzic, iż hejnal grany bywa tylko w poludnie (opowiadanie o Swietlickim). Jako rodowita krakowianka drzaca reka siegnelam po ksiazke z Krakowem w tytule, ale znalazlam raczej wydanie „Krakowa dla turystów” czy tez: Kraków, jakim go widza z Warszawy. Odkadpamietam Warszwa zazdroscila nam wylacznie Piwnicy pod Baranami. Poza tym znane było srodowisko „Tygodnika Powszechnego”, wiadomo było, ze Wajda rezyserowal w Starym, no i nie sposób pominac Szymborskiej. W ostatnich latach trudno tez raczej nie zauwazyc wzmozonego ruchu na Kazimierzu. Jednym slowem wybór bohaterów krótkich opowiesci raczej malo oryginalny.

Kobiet opisanych zaledwie 25%, czyli ponizej nawet parytetu PO. Jak na dwie piszace kobiety, to troche malo znalazly interesujacych krakowianek. Autorki nie napracowaly się, ponieważ glównie zasadzily się z Zwisie czyli lokalu Vis-á-vis. Slusznie zapamietaly, iż miescila się tam kiedys centrala rybna – pamietam jak kupowalam konserwy na rejs po maturze. Natomiast ich informacja, ze wnetrze po centrali pozostalo niezmienione jest niescisla – wnetrze urzadzal plastyk, z którym lekcje rysunku miala moja kolezanka przed przyjeciem na ASP. Na poczatku był to elegancki i dosc snobistyczny lokal, o typie „zachodnim”, którego w Krakowie do tej pory nie bywało. Potem jednak, niewatpliwie ze wzgledu na sasiedztwo Palacu pod Baranami, zostal „customised” na uzytek bywalców Piwnicy oraz tych, co to się kolo Piwnicy krecili. Moi niektórzy znajomi tez tam bywali. Kolezanka z podstawówki zaciagnela mnie do Zwisu w tym roku, w którym wyszla ksiazka. Pamietam, ze było okropnie. Kolezanka kupila bodajze wode Agatce, czyli bardzo biednej starszej pani po przejsciach i podobno modelce na ASP. Potem przyczepil się do nas profesor ASP w stanie wskazujacym na spozycie. Nie pozostal na warstwie werbalnej i rzucil się zaraz do calowania. Ponieważ odmówilam nadstawiania się, to się dowiedzialam: No co A, co ta twoja kolezanka taka DZIWNA (sic!).

Rynek tez teraz nie ten – z dominacji naszej, krakowskiej wylonila się dominacja turysty, choc czasami udaje się jeszcze starych znajomych na Rynku spotkac. Dawniej wystarczylo postac piec minut na linii A-B.

Jak patrze na zdjecia w Stacji Kraków, to mysle: sasiadka mojej kolezanki, która spotykalam z psem na Plantach; kuzyn innej kolezanki, któremu przedstawiona zostalam w Piwnicy i wydawal sie zupelnie inny niż w opisie pan G&S; uczen mojego liceum i wyjechal znowu zagranice; niekochajacy ojciec niegdysiejszej kolezanki. Może mam za osobisty stosunek do Krakowa, żeby docenic wklad pracy autorek? No i co najmniej dwie osoby już, niestety, przeniosly się na poloniny niebieskie. Poza tym, jak to zwykle u mnie: po cholere ta apologia meskiego pijanstwa? Jak to ktos napisal na chat’ie po smierci Szajbusa: umarl z chlodu i glodu. Latwo wgapiac się w „ikone Krakowa” – trudniej pomóc czlowiekowi.

Niektóre opowiesci przeczytalam z ciekawoscia – jak to o Henryku Halkowskim, o którym niewiele wiedzialam. Inne zdaja się przefajnowane i pisane „na smiesznowato” raczej na sile. Najbardziej pretensjonalny jest tekst o Olivierze Marii Boudon – powiedzialabym, ze pelen kompleksów prowincjusza wobec przedstawiciela „wielkiego swiata”. Brakuje mi krakowian w CK miescie urodzonych, a nie imigrantów. Widzialam na necie druga czesc portretów – może są oryginalniejsze?


Pani na Poezji – Agnieszka Osiecka

In Feminizm, Ksiazki, Polskie refleksje on 17 października 2010 at 13:20

Zofia Turowska, Agnieszki. Pejzaze z Agnieszka Osiecka, 2003



 

Sila rzeczy będzie wiecej o Osieckiej niż o ksiazce, co tylko Zofia Turowska może poczytac za komplement. Dzieki niej bowiem zaprzyjaznilam się z Agnieszka, która zostala przedstawiona jako czlowiek i to czlowiek, jak dla mnie, przyjazni warty. Powiem wiecej: ksiazka jestem zauroczona, albo zauroczyla mnie ksiazka wespól-wzespól z Osiecka. Nieswiadomie wstrzelilam się w temat, gdyz z jednej strony artykul prasowy o romansie z Przybora, a z drugiej okladka Wysokich Obcasów (zaklinam się, jeszcze nie czytalam!). Jakby nie było to osoba na tyle niebanalna, uzdolniona i niezwykla, ze zagosci w mojej pamieci na stale.

Zofia Turowska stosuje chronologie i poznajemy bohaterke już w dziecinstwie. Pare slów o rodzicach i domu rodzinnym, o nauce i szkole. A potem już fakty znajome ogólnie, czyli studia i STS. Autorka posilkuje się fragmentami pamietnika Osieckiej – bardzo dobrze napisanego i szczególowo prowadzonego od niemalze zarania. Duzo tez wspomnien przyjaciól i dzieki temu ma się wrazenie, ze się obcuje z sama Agnieszka. Komentarz odautorski jest ograniczony i pisany jezykiem potocznym – na cale szczescie Turowska nie pretenduje do przedstawienia zadnego naukowego, wiekopomnego dziela. Wlasnie ta bezpretensjonalnosc stanowi o wartosci ksiazki.

Dorastalam do melodii piosenek AO, często sobie z tego nawet sprawy nie zdajac. Nie była to osoba wtedy dla mnie (i moich rówiesników) wazna, ponieważ po pierwsze nalezala do pokolenia rodziców, a po drugie nasza uwaga skupiala się glównie na muzyce i wykonawcach. Dopiero jakos tak na przelomie podstawówki i liceum poezja, w tym także poetyckie teksty zaczely nabierac znaczenia. I tak już zostalo – Osiecka nalezala do srodowiska wrazej Warszawy i docierala do Krakowa za posrednictwem radiowej „trójki”. Potem jeszcze czasami spotykalam jej nazwisko w kolorowej prasie i czytywalam felietony córki Agaty. Była dla mnie osoba w tle, w jakims sensie drugoplanowa – malo o niej wiedzialam. Dlatego postanowilam się czegos wiecej dowiedziec, kiedy natknelam się na ksiazke w bibliotece w Halmstad.

Przede wszytskim przewartoosciowalam sobie pozycje AO – z teksciary na poetke. Jak się okazuje „popelnila” około dwóch tysiecy tekstów i miala niesamowita latwosc pisania. Zupelnie inaczej slucha się piosenek, a inaczej odbiera ich tekst jako slowo drukowane. I az się zadziwilam jakie ladne są te teksty osieckie i ze bez muzyki to po prostu czysta poezja. Jak to się mówi: lepiej pózno niż wcale…

Zaczelam się zastanawiac dlaczego wlasciwie to przypisanie do poezji Osieckiej umknelo „powaznym” krytykom. Dlatego, ze była zawodowo spelniona i odniosla sukces? Bo „uniwersalna” recepta na slawe (po smierci) to przeciez zycie w nedzy i niezrozumieniu. Bo była z „dobrego domu” i nie musiala przechodzic malowniczych przygód w drodze do wyksztalcenia i slawy? Bo pisala szybko i lekkim piórem? Ze względu na tematyke, gdzie nie wystepowaly czolgi czy cokoly?

Kobieta ma wieksze szanse zaistniec w historii literatury jako natchnienie poety niż jako zdolna poetka. Bo jej się zaraz wytknie tematyke bądź forme wiersza. Przypomina mi się, co o Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej napisala Krzywicka: ze bylaby inaczej oceniana, gdyby była mezczyzna. I ze nieslusznie okrzyknieto je „poetka salonowa”. Zreszta Osiecka tez miala dystans do swojej twórczoscie i samoironicznie nazywala się „poetessa”. No ale, że była skromna nie znaczy, iż ktos nie powinien jej „odkryc” dla literatury? Bo na pewno istnieje w swiadomosci ludowej jako autorka paru przebojów, a także przewija się na festiwalach piosenki autorskiej, aktorskiej, poezji spiewanej itp. Ale jak się przeczyta jej teksty na „sucho”, bez muzyki to pojawia się Tuwim. Albo Brecht – tacy Kochakowie z ulicy Kamiennej to dla mnie Brecht wlasnie. W innych wierszach pobrzmiewa Broniewski. Może czasami Pawlikowska, choc AO jest bardziej zanurzona w zyciu. Mysle, ze ta poezja po niej zostanie – melodie się starzeja, ale teksty swietnie się bronia.

Po lekturze ksiazki Osiecka stala się mi blizsza jako czlowiek. Czlowiek wrazliwy, inteligentny, często samotny i często w drodze. Niechcacy stala się prekursorem wspólczesnego singla. Obawiam się, ze także ten czynik przyczynil się do niebrania jej na serio: bo serio-czlowiek ma duza, kochajaca rodzine i jak pani Kwasniewska szczebiocze w radio o miodach bycia matka i zona. Od kobiety nadal wymaga się, żeby jej twórczosc czy inna praca były tylko placebo do czasu spotkania mezczyzny, dla którego rzuci wszystko w pierony, byleby tylko stac się sluzka i podnózkiem. Osiecka musiala prowokowac wspólczesnych, gdyz była majetna i mogla robic, co chce – nie musiala szukac partnera do zapewnienia jej chleba czy luksusów. Od swoich partnerów oczekiwala milosci – a oni od niej – rzeczy róznych, w tym tych praktycznych. Na pewno miala nielatwy charakter, ale podziwiam, ze zyla po swojemu i na wlasny rachunek. Jeszcze inny czynnik spolecznego braku szacunku to na pewno alkoholizm. W formie light, ponieważ podobno nie pijala wiele, za to regularnie (nie to co bardowie: Pilch, Stachura czy Wojaczek). Tymczasem niewiasta ma pelnic role dekoracyjne bądź macierzynskie, a nie wpadac na jednego do baru. Tak jak u mezczyzny picie to objaw meskosci, to pijace kobiety są dyskwalifikowane. Agnieszka dysponowala odwaga cywilna i się do swojego alkoholizmu przyznawala.

Uwazam, ze Osieckiej należy się miejsce w panteonie uznanych poetów polskich. Jak to zwrócila uwage profesor Janion, jej poezja nawiazywala po poezji skamadrytów i stanowila pomost miedzy Polska miedzywojenna a powojenna. Jak slucham bedac w kraju tekstów spólczesnych wykonawców to kudy, kudy. Być może są zwiastunami globalnego swiata, ale ja tam wole skamandryckie klimaty.

Na deser dwa cytaty. Pierwszy to wypowiedz Janusza Andermana:

Ta osobowosc była wazna przyczyna jej wielkiej samotnosci. Przyczyna tego, ze – jak mówila – żaden mezczyzna nie oszalal z milosci do niej, ze jej z wiazki były letnie. Mezczyzni lubili być w jej towarzystwie, ale mezczyzni się takich kobiet boja, bo nie potrafia takich kobiet zdominowac. Wiec, na wszelki wypadek, przewaznie – „zenia się z zonami”.

A to już Agnieszka wlasciwa:

Dla mnie kicz to ani karuzela, ani lowiczanka z Cepelii, ani disco-polo, ani nawet ja w swoich kapeluszach. Dla mnie kicz to taki czlowiek, który udaje kogos innego. To, co mnie razi, to kicz w srodku, w sercu czlowieka . I wlasnie taki kicz jest szkodliwy!

 

 


Pamietnik Pijaka Polskiego – Pilch

In Ksiazki, Polskie refleksje on 13 października 2010 at 23:20

Jerzy Pilch, Pod Mocnym Aniolem, 2000

 

Kraków nie bylby Krakowem, a Polska nie bylaby Polska, żeby nie czcic swojego, rodzimego pijaka. I oto, niczym Przybyszewski z Monachium, z egzotycznej Wisly wylonilo się nowe wcielenie „Chopin gdyby zyl…”. A może to Wisla rzeka wyniosla na krakowski brzeg? Jakby nie było zaleglo w obrebie samych murów miasta. Porównanie z Przybyszewskim wypada chyba na niekorzysc tego drugiego – bo Pilch pisze na prawde dobrze, ale muzykalnosc ma zdaje się w zakresach sredniej krajowej. Podobnie jak diabolicznosc – lepszym odpowiednikiem Stacha bylby chyba Roman Polanski.

Nie będę się już pastwic, ponieważ zlosliwosci o osobie pisarza nie sa fair – jak to sam Pilch pisze, nie należy mylic autora z narratorem. Wiec może Jerzy P za kolnierz wylewa i opisuje wylacznie swoje intelektualne fantazje? Mnie w kazdym razie mdli od tej ksiazki i mdli od wyroku jurorów nagrody NIKE. Za co? Za narcyzm? Za opis rzygowin? Za meskosc cuchnaca kazdym rodzajem alkoholu? Za nieudacznictwo? Bo samo przebywanie na odwyku można sobie poogladac w filmie z Sandra Bullock. Najbardziej mnie zirytowal watek milosny – bardzo ladnie skonstruowany, i owszem. Ale. Ale znowu ta kobieta, która zbawi kazdego upadlego, kazdego pijaczyne – i zobaczy w jego zamglonych wzroku skarby prawdziwej meskosci, które skrywa (skutecznie) wrazliwa dusza jego. Bo to ta jedna, jedyna – ta w zóltej sukience. Ta jedna na dzis, na ten rok, na to wyjscie z ciagu. Wieczne klamstwo pokolen alkoholików, którzy oklamuja swoje kobiety, ze tym razem im się uda. Którzy zawalaja i twierdza, iż ona nie może ich opuscic, bo przeciez oni tylko dla niej, niczym dla Beatrycze. Pijackie klamstwo: kochanie, przestane pic WYLACZNIE dla Ciebie – tylko dbaj o mnie, laskocz w piety i pisz teskne listy na mój kolejny odwyk.

W ogóle jak przeczytalam spis utworów pana Pilcha (nie czytalam zadnego innego poza ww), to pojawil się przed moimi oczami archaiczny typ macho, co do którego mialam nadzieje, ze wyginal. I to naplynal Wisla do mojego rodzinnego miasta – a kysz, dziadzie paskudny! Niby nowe czasy nam nastaly, a tu niczym wampir pojawia się zjawa mezczyzny genialnego, którego genialnosc mierzy się konsumpcja (w litrach) napojów wyskokowych. Popapranstwem. Ilosca zawalonych zwiazków i mglistym obrazem zuzytych kochanek. Obciazajacego budzet panstwa nieskonczonymi esperalami. Chlubiacego się, ze po kolejnym odwyku laduje w knajpie. I pije, bo musi. Musi, bo jego przodkowie tez pili (pozostaje pytaniem otwartym czy aby wspólnie z Chopinem?). W mojej opinii to żaden facet, tylko brak charakteru i meskosci. Ze tez się jeszcze kobiety nie nauczyly i nabieraja na takich, co to tylko czekaja, żeby im popsuc zycie. Wieczny Psuj – Piotrus Pan. Podstarzaly w dodatku.

Niech czyta kto chce – ja nie będę. Troche mi szkoda, bo sama sztuke pisania JP opanowal kunsztownie i pisze miejscami nie tylko dobrze, ale nawet ladnie. Co jednak z tego, ze pisze ladnie, jak o brzydkich rzeczach? Wzbudza we mnie gombrowiczowski rzyg chroniczny.

Duzo ciekawsze były internetowe poszukania dzieci Przybyszewskiego – na trop których wpadlam przy okazji. Dzieci z Dagny (nie mylic z Dziecmi szatana) wyrosly Szwedom na pozytek – a zwlaszcza Zenon. Gorzej poszlo synowi w Zwiazku Radzieckim, bo dopadlo go karzace ramie Stalina. Chetnie poczytalabym ich biografie w formie ksiazkowej.


Sluchajac Alice Munro – kobiety z tajemnica

In Ksiazki on 10 października 2010 at 00:09

Alice Munro / För mycket lycka / Too much happiness / Zbytek szczescia, 2010

 

 

Alice Munro nie dostala nobla, choc nalezala do typowanych przez DN pisarzy. Pewnie już nie dostanie. Nie szkodzi.

Isabella Rossellini powiedziala, iż kocha swoja wloska rodzine, ponieważ oni po prostu zyja – a nie planuja i zarzadzaja zyciem (jak w USA). W podobny sposób toczy się zycie bohaterów, a glównie bohaterek nowel Alice. Nie wiadomo nigdy dlaczego zaczynamy je poznawac w tym a nie innym momencie i dlaczego autorka konczy opowiadac w zupelnie innym. Tak jakby wycinala tylko czesc zycia, bez podloza, bez korzeni, bez kontekstu. Opisuje glównie kobiety z klasy sredniej: nie za biedne, nie za bogate. Zazwyczaj niespecjalnie ciekawe, bez wielkich ambicji czy sukcesów. Ale tez i bez tragedii – a traumatyczne w moich oczach  wydarzenia splywaja o nich niczym woda po kaczce. Przypominaja w tym znakomity film „Rewers” – tez zreszta z kobietami w roli glównej. Chcialabym zapytac autorke czy na prawde uwaza, ze kazda z kobiet kryje jakas ciemna tajemnice?

Zbioru nowel sluchalam na audiobooku. Wzmoglo to moje wrazenie, ze slucham opowiesci, snutej przez jedna kobiete na uzytek i prosbe drugiej. Mam takie wspomnienia z dziecinstwa, kiedy bylam niemym swiadkiem zwierzen albo opowiesci o kobiecych losach. Sila rzeczy te opowiesci bywaly fragmentaryczne, relacjonowane przez osoby postronne, które albo spotkaly opisywana kobiete pózno w zyciu, albo stracily ja z oczu dawno temu. Fragmenty rozmów doroslych zaslyszane w autobusie, na wyciagu narciarskiem czy restauracji. Z jednej strony daje to nowelom wiarygodnosc, gdyz wiele kobiet może się identyfikowac z bohaterkami. Z drugiej brakuje mi psychologicznego uzasadnienia – ja się na tych kobietach i ich reakcjach nie za bardzo rozumiem. Przejawiaja cechy psychopatyczne – kiedy nadarza się okazja albo poczuja impuls potrafia z zimna krwia pozbawic kogos zycia i nigdy nie odczuwaja z tego powodu wyrzutów sumienia. Trudno jest mi powiedziec, czy te dziewczyny są paniami swojego zycia czy tez przeciwnie, ofiarami? Ich brak buntu, brak jakiejkolwiek reakcji budzi we mnie sprzeciw. Z drugiej strony rozpoznaje wiele sytuacji, jakby wzietych z mojego zycia albo z zycia znajomych.

Zdecydowanie najslabsza jest tytulowa nowela „Zbytek szczescia” o Zofii Kowalewskiej, rosyjskiej matematyczce z domieszka polskiej krwi (o czy akurat Munro nie wspomina). Jak na mój gust pojawia się zbyt wiele przesadów o „charakterze narodowym” Rosjan czy Szwedów. Dla Kanadyjczyków na pewno ciekawe są wzmianki o nihilistach czy Komunie Paryskiej.

Punkt wyjscia stanowi niewatpliwie cytat z rozmowy Zofii z Lwem Köningsbergerem:

eine Frau ist nur glücklich, wenn ihr die Männer zu Füßen liegen; vielleicht wäre ich glücklicher geworden, wenn ich Novellistin geblieben wäre!

Munro bierze ten cytat doslownie i kaze Zofii marzyc o napisaniu powiesci oraz wdaje ja w romans, który stanowi tresc jej zycia. Taki antyfeministyczny zabieg: matematyka nie czyni kobiety szczesliwa – szczescie to wyimaginowane czy tez może i zaplanowane malzenstwo z nie-naukowcem, niewiernym i obdarzonym apetytem na zycie Rosjaninem. Bardzo nie lubie jak osoby bez wyksztalcenia scislego porywaja się na grzebanie w zyciorysach naukowców (PO Enquist, Marianne Fredriksson), ponieważ obnazaja tylko ogrom swojej niewiedzy. Alice M zdecydowanie lepiej przedstawia zycie wspólczesnej kobiety przecietnej, z zachodniej lower middle class. Jej nowelom brak uniwersalnego przeslania i dlatego, smiem twierdzic, nobla jednak nigdy nie dostanie. Ani literackiego, ani w zadnej z nauk scislych.

Inne opinie na temat tej samej ksiazki można poczytac sobie tutaj: http://czytankianki.blogspot.com/2010/10/too-much-happiness-alice-munro.html#comments


O cholera – Maugham in Chinese boxes

In Ksiazki on 3 października 2010 at 14:21

W.Somerset Maugham, Malowany welon, 1925, 1935, 2007

If nobody spoke unless he had something to say, the human race would very soon lose the use of speech. – mozna sie pytac, czy Maugham ma nam dzisiaj jeszcze cos do powiedzenia?

Wypozyczylam jedna ksiazke, a po przeczytaniu zdaje mi się, jakby z tej pierwszej wykluwala się druga i tak pare razy. Bo nic tu nie jest takie, jakie się na pierwszy rzut oka wydaje.

Na pierwszy rzut oka to klasyczna powiesc brytyjska. Na drugi rzut oka taka brytyjska to ona nie jest, jak się wezmie pod uwage, ze W.Somerset urodzil się i zmarl we Francji – no i wiekszosc zycia spedzil w podrózach oraz mieszkajac i pracujac poza granicami Królestwa. Tak po prawdzie to wlasnie dlatego zdecydowalam się na jego ksiazke – bo przeczytalam niedawno, iż nalezal do grona szpiegów. Poprzedniego Maugham’a czytalam, zanim się dowiedzialam o jego spook-owej dzialalnosci, a teraz wiem nareszcie skad ma takiego nosa do szczególów. Podobnie jak Green, podobnie jak Le Carré (na wiekopomne dzielo Putina jakos nie licze).

Nastepna rzecz, która nie jest taka, jak się zadawala, to okladka. Zazwyczaj wydawca troszczy się o szate graficzna, a tym razem poszedl na latwizne. Okladka to bowiem nie okladka, tylko plakat filmowy. Co z tego ze ladny? Poczulam się oszukana i zaczelam wietrzyc, ze wydawca powiesci (Swiat Ksiazki) promuje nie ksiazke, tylko odcina kupony od popularnosci filmu – a fe! Idac tym tropem natknelam się na inne ulatwienie pracy wydawcy, które stalo się utrudnieniem dla czytelnika: a mianowicie przeklad. Powiesc pochodzi z odleglego 1925 roku, zas przeklad jest tylko o dziesiec lat mlodszy. Sama tlumaczka była starsza od pisarza i w chwili zakonczenia pracy translatorskiej konczyla siedemdziesiac lat. Nic wiec tez dziwnego, ze uzywala jezyka już przestarzalego nawet na rok 1935. Te wszystkie „dzieciatka”, „sierotki” itp.są rodem z XIX wieku. Fragmentów o wnoszeniu wniosku o rozwód nie zrozumialam w ogóle – slownictwo prawne zmienilo się zupelnie i powinno zostac uaktualnione. Zakonnica „pieszczaca zólte uszka” chinskich podopiecznych nawet mnie, nielubiocej politycznej poprawnosci, drazni brakiem szacunku blizniego. No i taka prosta sprawa jak imie kochanka glównej bohaterki: raz nazywany jest Charlie’m, a raz Karolem. Jak ktos nie zna angielskiego, to może sadzic, ze albo Kitty miala dwóch kochanków, albo ten jeden był jak doktor Jekyll i Mr Hyde. Znam angielski, ale i tak mnie taka forma tlumaczenia denerwowala, bo albo Charlie i Charles, albo Karolek (Lolek) i Karol.

Idac tropem tlumaczenia, wysledzilam (niczym prawdziwy szpieg) sama tlumaczke. I znowu natknelam się nie na to, czego się spodziewalam – jak już pisalam osobe nie tylko mocno przedwojenna, ale i w dodatka wybitna osobowosc. Franciszka Arnsztajnowa az się prosi o note biograficzna (której nie dostal nawet sam Maugham). To nastepna wybitna kobieta, która zmiótl wiatr historii i meski sposób budowania historii literatury http://www.tnn.pl/pm,1907.html . Pochodzaca z ciekawej rodziny, wszechstronnie wyksztalcona, patriotka i konspiratorka. Poetka i animatorka zycia literackiego w Lublinie. Ofiara Zaglady. Polska Zydówka – no i dlatego pewnie jej nie ma z swiadomosci Polaków. Mam nawet zal do Porazinskiej, ze nic nie napisala o znaczacych rodzinach zydowskich Lublina w swoim znakomitym „I w sto koni nie dogoni”. Opisala tylko biednych zydowskich sadowników czy wiejskich handlarzy u dziadków – czasami się zastanawiam, ze może rzeczywiscie PRL przyczynil się do antysemityzmu poprzez zatarcie wyraznych sladów rodów zydowskich w kulturze polskiej? Bo ojciec Franciszki był bogatym kupcem, matka polska poetka, zas brat paryskim filozofem, z którym dyskutowal sam Einstein http://fr.wikipedia.org/wiki/%C3%89mile_Meyerson . Dlaczego nikt, poza lublinianami o nich nie wie?

Niesprawiedliwe wydaje się tez pominiecie nawet najmniejszej notki biograficznej Maugham’a. To autor troche dzis zakurzony, lecz piszacy dobrze i madrze – to jakas ironia losu, ze ksiazka zostaje wydana niemal jako scenariusz filmowy, ze zdjeciem aktorów, ale bez zdjecia pisarza. Sam Maugham był postacia barwna. Homoseksualista, czasowo ozeniony z nowatorska wnetrzara Syrie Wellcome – szczególowa wiedza o postepowaniu rozwodowym z Syria przydala się autorowi także w Welonie. Podróznik i szpieg, ale nade wszystko dramaturg i pisarz. Wychowany bez reki kobiecej, co odbija się brakiem zaufania do kreowanych postaci bohaterek. Poznal m.in. Chiny – wiec jego opis pobytu w Chinach odczuwa się jako bardziej autentyczny niż Afryka w Pustyni i w puszczy.

O kim jest Malowany welon? Recenzenci (filmu) pisza, ze o Kitty. Nawet szwedzkie tlumaczenie mialo Kitty w tytule. Mnie się jednak wydaje, ze to ksiazka o mezu Kitty, o Walterze. O plochosci niewiesciej natury i o stalosci mezczyzny; jego uczuc i o wyzszosci inteltualnego mezczyzny nad emocjonalna i pusta kobieta. O honorze i powolaniu prawdziwego mezczyzny. Walter to troche jakby alter ego Maugham’a – niepiekny, niewysoki, niefektowny – za to na koniec zwycieza moralnie. Zona nie może go docenic za zycia, a po smierci nawet nie uroni lzy ( w odróznieniu od placzacego chinskiego generala). Wazna role odgrywa tez inny niepiekny, acz madry mezczyzna, Waddington. Na pewno miał W.Somerset duzo racji opisujac mariaze swojej generacji – gdzie pozycja kobiety uzalezniona była od pozycji meza. Zamiast jednak krytykowac stan rzeczy i slabe mozliwosci kobiet Maugham wini kobiety jako takie, iż pragna zlapac stosownego meza, a pózniej pchaja go do robienia kariery i zarabiania na rodzine. Dobrze oddaje relacje rodzinne, gdzie duza role pelnia pozycja spoleczena czy pieniadze. W ogóle ma fantastyczny dar obserwacji i swietnie opisuje urzedników kolonialnych jako gladkich w obejsciu, malo ambitnych, lecz latwych do polubienia. Swietnie uchwycil prastary argument mezów zdradzajacych swoje zony: alez jestem tylko czlowiekiem – to było takie ludzkie (sic!). Natomiast wydaje mi się, ze seksualnosc kobiet opisuje wg.doswiadczen ze swojego podwórka – czyli jako seksualnosc meska. Podobno był bardzo smialy w opisach jak na swoje czasy, ale dzisiaj ma slabsza wiarygodnosc. Chyba nie przepadam za mezczyznami kreujacymi kobiety jako bohatera wiodacego powiesci – jakos nie wierze w teze, ze gej to najlepszy przyjaciel kobiety. Natomiast szalenie wiarygodne są opis uczuc i odczuc bohaterów – czuje się duze doswiadczenie wlasne autora.

Reasumujac Malowany welon, tlumaczony poczatkowo jako Malowana zaslona (malowana zaslona, która zyjacy Zyciem zowia) to nadal szalenie ciekawa, niebanalna powiesc. Prezentuje zaskakujace zmiany akcji i dosc niespodziewane zakonczenie. Mysle, ze sila ksiazki bylby jezyk, gdyby tylko odswiezyc tlumaczenie. Wolalbym, żeby kobiety nie były prezentowane jako: 1.wadliwe egzemplarze, wymagajace korekty; 2.istoty, których istnienie uzasadnia bezinteresowna milosc do mezczyzny i dzieci. Pomijajac poglady nieboszczka Wiliama Somerseta, dysponowal on zdecydowanie darem pióra i zaprosil nas na niepokojaca i ubogacajaca podróz do Chin w czasie cholery. Z ostatniego chinskiego pudelka wylania się akceptacja dla ludzkich wyborów i nieodpornej na rozmaite pokusy natury czlowieka.

Wklejam tutaj wiersz, którego ostatni wers odgrywa kluczowa role w powiesci:

AN ELEGY ON THE DEATH OF A MAD DOG
 
    by: Oliver Goldsmith (1728-1774)
 
        Good people all, of every sort,
        Give ear unto my song;
        And if you find it wondrous short,-
        It cannot hold you long.
 
        In Islington there was a man,
        Of whom the world might say
        That still a godly race he ran,-
        Whene'er he went to pray.
 
        A kind and gentle heart he had,
        To comfort friends and foes;
        The naked every day he clad,-
        When he put on his clothes.
 
        And in that town a dog was found,
        As many dogs there be,
        Both mongrel, puppy, whelp, and hound,
        And curs of low degree.

The dog and man at first were friends;
        But when a pique began,
        The dog, to gain some private ends,
        Went mad, and bit the man.
 
        Around from all the neighboring streets,
        The wondering neighbors ran,
        And swore the dog had lost his wits
        To bite so good a man.
 
        The wound it seemed both sore and sad
        To every Christian eye;
        And while they swore the dog was mad
        They swore the man would die.
 
        But soon a wonder came to light,
        That showed the rogues they lied;
        The man recovered of the bite,
        The dog it was that died.