szwedzkiereminiscencje

Archive for Maj 2010|Monthly archive page

Czego sie boisz glupia – CBT w szwedzkim wydaniu

In Ksiazki on 30 Maj 2010 at 22:14

Dan Josefsson, Egil Linge „Hemligheten” / „Tajemnica”, 2008

Od pierwszego rzutu okiem do trwalego zwiazku

Jak nawiazac kontakt i zamienic go w trwala relacje

sajt ksiazki: http://www.varaktig-relation.se

Dzisiaj z jeszcze innej beczki – beczki dziegciu i miodu psychologii. W zasadzie skonczylam już dawno z czytaniem amerykanskich ksiazek „samopomocowych” – i na cale szczescie „Tajemnica” zachowuje styl europejski. Czytalam zapowiedz i wywiad z jednym z autorów dwa lata temu, a teraz znowu gdzies natrafilam na tytul i ciekawosc przewazyla. Autorów jak widac dwóch, a ich wspólpraca jest w zasadzie dzielem przypadku: dziennikarz Dan zwrócil się do terapeuty Egila po pomoc, kiedy mu się rozlecial nastepny, nieudany zwiazek. Metoda Egila okazala się skuteczna, wiec obaj panowie zdecydowali się wspólnie podzielic z szeroko pojetym czytelnikiem zarowno teoria, jak i praktyka . Egil Linge reprezentuje psychologie kognitywna (Cognitive Behavioral Therapy), zwana tez po polsku poznawcza. Nie zachecam do czytania definicji w glupiopedii, ponieważ jest wyjatkowo belkotliwa i nic nie mozna wyrozumiec. W kazdym razie w Szwecji metoda teraz w powszechnym uzyciu, a w Polsce tez się wysforowala przed niesniertelnego Freuda & Co, czyli teorie psychodynamiczne. CBT ma jedna wielka zalete: mówi kazdemu, ze może zmienic wzorzec postepowania, jeżeli tylko nad soba popracuje. Podaje konkretne wzorce i cwiczenia – i podobno dziala! Tak na marginesie, to zetknelam się z ksiazka twórcy CBT, Aarona T.Beck’a jeszcze w 1992 („Bara kärlek räcker inte” / „Love is never enough”) i przeczytalam ja z wielkim zainteresowaniem.

Poza CBT punktem wyjsciowym autorów jest teoria przywiazania John’a Bowlby. Uczylam się o niej z amerykanskiego podrecznika podczas studiów nad psychologia rozwojowa i jak dla mnie, to było odkrycie. Bowlby wyróznia nastepujace style przwiazania rocznego dziecka do opiekuna:

  • oparty na poczuciu bezpieczenstwa,
  • unikajacy,
  • lekowo-ambiwalentny,
  • zaburzony (wystepujacy szalenie rzadko, przy przezyciach iscie traumatycznych)

Psycholog Egil Linge przekonany jest, ze tworzac zwiazki jako juz ludzie dorosli, nieswiadomie imitujemy sposob przywiazania wyniesiony z dziecinstwa. Czesto robimi sobie sami na zlosc, zupelnie nie zdajac sobie z tego sprawy i powtarzajac caly czas ten sam blad . Jezeli sobie zdamy sprawe z wlasnych lekow i podswiadomych mechanizmow postepowania, to mamy szanse przeprogramowac sie – najlepiej we wspolpracy z terapeuta. A jak ktos odwazny i skory do eksperymentu, to czemu nie korzystajac ze wskazowek z ksiazki? Dziennikarzowi Joseffsonowi udalo sie wyjsc z blednego kola pomylek i nawiazac trwaly, satysfakcjonujacy zwiazek. Przy poszukiwaniu partnera autorzy proponuja cztery schodki:

1.     start – bycie singlem,

2.     zainteresowanie druga osoba, sporadyczne spotkania,

3.     czeste spotkania, stan zakochania,

4.     staly zwiazek, wzajemna zaleznosc

Zeby wdrapac sie na gore schodow mozna stosowac, do wyboru, nastepujace techniki:

  • metoda na odwyrtke
  • „wycieczka samochodowa”
  • willingness
  • rozpoznaj swoje automatyczne mysli
  • maly czlowiek i duzy czlowiek
  • mindfulness

Nie bede pisala, na czym te metody polegaja, bo w koncu autorzy maja prawo do swojej wlasnosci intelektualnej. Oprocz teorii przedstawiona jest takze praktyka, czyli historie paru osob, ktorych wybory ilustruja rozne style przywiazania i ich implikacje emocjomalne. Tych przykladow obawialam sie najbardziej, po rozdmuchanych historyjkach z amerykanskich podrecznikow dobrego zycia. Ale na cale szczescie autorom udalo sie uniknac melodramatow, a przedstawione osoby zdaja sie wiarygodne. Rzecz jasna wystepuje ten sam efekt, co przy czytaniu poradnikow lekarskich – mialam wrazenie, iz jestem typowym przykladem wszystkich mozliwych zaklocen, a najprawdopodobniej dysponuje zaledwie jedenym (pytanie: ktorym?). W kazdym razie czyta sie lekko, proponowane rozwiazania sa logiczne i zdaja sie mozliwe do zastosowania. Zdecydowanie warto przeczytac – metode mozna zastosowac w wielu innych dziedzinach zycia. Czyli: czego sie boisz glupia – bierz, czytaj i walcz o swoje szczescie („czasem warto dobrze upasc” – skoro sie tego nie praktykowalo wczesniej)!

Reklamy

Szwedzkie obserwacje kulturalnej Sigrid Combuchen

In Ksiazki, Szwecja on 24 Maj 2010 at 00:28

Sigrid Combüchen, „En simtur i sundet” / „Plywajac po Sundzie”, 2003

Lato idzie – na razie jakos tak powoli, ale kto wie, moze kiedys dojdzie? A jak lato, to i plaza, i plywanie w morzu. Okladka powiesci Sigrid Combuchen wzbudzila we mnie tesknote za slonecznymi dniami na lezaku, wiec zdecydowalam sie na lekture pisarki znanej mi dotychczas tylko ze szpalt gazet oraz migawek w TV. Znowu musialam sie przestawic z tradycyjnej, linearnej opowiesci na forme bardziej nowoczesna. Najpierw myslalam o slowie „collage”, ale to raczej instalacja typu video, gdzie niektore videoclip’y maja wyrazna akcje, a niektore sa tylko obrazami stwarzajacymi nastroj. Poza tym autorka czasami

pisze

tylko

po lewej stronie,

a czasami

tylko po

prawej.

Kluczem do zrozumienia powiesci jest sama Sigrid. Urodzona podczas wojny w Niemczech w  roku 1942, w wieku lat szesciu przyjechala do Szwecji. Tak na marginesie, to takich niemieckich przesiedlenców było sporo – czasami były to rodziny, czasami mlode dziewczyny szukajace pracy w gospodarswie, a czasami nawet same dzieci, wyslane z biedy przez zdesperowanych rodziców. Mysle, ze Sigrid wychowala się w niemieckim srodowisku, ponieważ zachowala lekki niemicki akcent oraz „niemieckie” widzenie swiata, w tym docenianie roli kultury. Poza pisaniem ksiazek wyklada na uniwersytecie w Lundzie i publikuje w dobrych gazetach teksty jako krytyk literacki. Wiele jej ksiazek znalazlo uznanie i zostalo nagrodzonych, nominowana bylo m.in. do prestizowego Augusta. Najbardziej znane sa jej ksiazki o Byronie i Hamsunie.

„Plywajac po Sundzie” to ciekawy obraz wspolczesnej Szwecji, w ktorym najwiecej przemyslen samej Combuchen. Ciekawy, poniewaz zdecydowanie odbiega od sposobu ukazywania spoleczenstwa w innych wspolczesnych powiesciach. Najlepszy chyba obraz daja kryminaly pisane przez kobiety: Lize Marklund czy Camille Läckberg. Mezczyzni-pisarze z zamilowaniem grzebia w przeszlosci (P.O.Enquist, Sem-Sandberg). Czesc wywleka mroczne i wstydliwe tajemnice rodzinne – natomiast dzielo Sigrid utrzymane jest w tonie jasnym, nie szuka tanich sensacji i nie stara sie zaszokowac czytelnika. Przeszkoda we wdarciu sie w tresc jest nieliniowa, poszatkowana konstrukcja oraz jezyk. Combuchen uzywa wlasnych konstrukcji gramatycznych, futurystycznych form graficznych oraz bogatego jezyka, ktorego szwedzki pan Kowalski bez slownika nie zrozumie. Ale jak czytelnik juz sie przyzwyczai do czyhajacych na niego niespodzianek, to zostanie nagrodzony rzadka w szwedzkiej literaturze wizja z pozycji inteligenta. Slowa inteligent czy inteligencja po szwedzku w ogole sie nie uzywa – tutaj lud oswiecil sie sam, w ruchu samoksztaceniowym i nie potrzebowal zadnych straznikow kaganka oswiaty. Natomiast ludzie dobrze wyksztalceni sie zdarzaja, choc sie mocna maskuja, zeby ich nie posadzono o snobizm. Szwecja to bowiem taki dziwny kraj, gdzie „det är ofint att vara fin” czyli: „to w zlym stylu, zeby byc w dobrym stylu”. Dlatego proza Combuchen byla dla mnie niczym powiew swiezego wiatru – najwyrazniej jest nas juz dwie z podobna optyka. Trzy, jezeli jeszcze policzyc moja koleznake Ale ze Sztokholmu.

A o czym traktuje „Plywajac po Sundzie”? O wszystkim i o niczym. O zyciu. O ludziach i ich relacjach. O zmianach zachodzacych w spoleczenstwie. Bohaterami sa 47-letnia Vera i 62-letni Göran. Vera i Göran spedzaja letni dzien na plazy nad Sundem. Sund to ciesnina, w tym wypadku chodzi o ciesnine Öresund miedzy Malmö a Kopenhaga . Na plazy niewiele sie dzieje: Vera namietnie plywa, a Göran ociaga sie jak moze przed wejsciem do wody. Z daleka towarzysza im dama z pieskiem oraz starszy wiekiem golas. W miedzyczasie cos sie przypomina Verze, cos Göranowi. Vera jest z pochodzenia wegierska Zydowka i ma lewicowe przekonania. Göran urodzil w Sztokholmie, gdzie zdobyl klasyczne wyksztalcenie (rzadkosc wskazujaca na uprzywilejowana pozycje spoleczna), a teraz pisze ksiazki mieszkajac z Vera w Lundzie. Ich rodzina to slynna szwedzka ukladanka: corka Very, studiujaca we Florencji wraz z dunskim narzeczonym oraz syn Görana, imajacy sie dorywczych prac – ostatnio sprzedawca w IKEI – Per. Per ma polska narzeczona – starsza od siebie lekarke z dwojka dzieci, 15-letnim Victorem oraz 4-letnia Undine. Ten polski akcent musze szczegolnie podkreslic, poniewaz to pierwsza szwedzka ksiazka, gdzie Polka nie jest opisana jako tlumok albo dziwka. Zazwyczaj zreszta nikt sie nie sili na rozroznienie miedzy nacjami: wschodnia Europa to wschodnia Europa i wsio rawno. A tutaj nie tylko kobieta wyksztalcona, to jeszcze Per wybiera sie do Polski uczyc sie polskiego! Sigrid nie dopracowala tylko jednego szczegolu – jakich bym nie miala ekscentrycznych znajomych, to nie poznalam zadnej Polki o imieniu „Diokletiana”, ksywka „Dique” (wymiawane jak „Dick”). Palac Dioklecjana podziwialam jako dziecko w Splicie. No ale licentia poetica…

Na deser, jak zwykle, smakowity cytat. Sigrid Combuchen (przepraszam za brak umlautu nad „u”, ale wordpress nie respektuje takiego znaku) przyszla mi w sukurs. Niedawno toczylam na innym blogu dyskusje na temat uzycia jezyka szwedzkiego przez Szwedow wlasciwych, gdzie usilowalam wylozyc smutna prawde o ubostwie/prostocie tegoz. Dlatego wybralam fragment opisujacy rozmowe polskiej Diokletiany ze szwedzkim pisarzem, Göranem:

Jak wiele intelektualnych Polek operowala sprawnie szwedzkim, duzo lepiej niż sami Szwedzi. Przyjechala do Szwecji w –69, kiedy miala pietnascie lat i zachowalala obcy akcent, lecz poslugiwala sie o wiele lepsza, urozmaicona gramatyka oraz szerszym zasobem slownictwa niż przecietny Szwed.

Kiedy, myslac czesciowo o czyms innym (…) skomplementowal jej sposób uzycia jezyka.

I odpowiedziala zaraz, wyrazajac zal, ze Szwedzi

wstydza się wyrazac elokwentnie

i plynnie.

Dlaczego Szwedzi obawiaja się uzywania swojego jezyka na codzien? pytala – i patrzyla na niego oczami o tym samym frapujacym niuansie blekitu co oczy Pera.

Uchodzi im uzywanie akademickiego zargonu albo biurokratycznej nowomowy albo poetyckiej wieloznacznosci. Ale jeżeli chodzi o jezyk codzienny – „jezyk zasadniczy”, proze, rozmowe, to podporzadkowane są zasadzie prostoty, o ile się nie myle? Horace Engdal będzie niedlugo jedynym Szwedem, któremu uchodzi elokwencja! I w tym zakresie postrzegany jest z wyrozumieniem podszytym podziwem – i jako anomalia! Jeżeli chodzi o innych, to wyszukanym sposobem wyrazania się nie dysponuje nie tylko szary czlowiek, ale nawet inteligencja!

W domu…(Polska)

Albo mlodziez brytyjska, a nawet amerykanska. Oni mówia. Uzywaja zapozyczen z laciny (np. „obnoxious” czy „disgusting”, podczas kiedy Victorek uzywa odpowiedników takich jak „fuj” i „paskudny”) i pojec abstrakcyjnych. Natomiast w Szwecji wielbi się jezyk w wersji podstawowej, jakby to był czysty produkt matki natury.

Zwlaszcza posród inteligencji.


Szorstka milosc do morza Carsten’a Jensen’a

In Ksiazki on 18 Maj 2010 at 11:17

Carsten Jenssen / Vi, de drunknade / My, utopiency (marynarze z Marstal)


Zaczne od tytulu. Ksiazka w oryginale jest po dunsku, ale szwedzki tytul to kalka dunskiego. Widzialam na jednym z blogów tlumaczenie „My, topielcy”, lecz po mojemu nie oddaje istoty rzeczy. Jak dla mnie topielec, a zwlaszcza topielica to ofiara, zas marynarze z Marstal to bardzo temperamentne osoby. „Utoniency” mi jakos nie lezy, natomiast „utopiency” brzmia dziarsko. Dodalam także „marynarzy z Marstal”, żeby zakotwiczyc (par excellance) w okreslonej geografii – bo to żaden matrix tylko dobra, stara powiesc. Mam tez ten luksus, ze czytam niemal w oryginale (róznica miedzy pisanym dunskim i szwedzkim nie jest duza) i mogę wychwycic skandynawskie smaczki kulturowe, które mogly zniknac w tlumaczeniu na polski. Nie zgadzam się na topielców w tytule i tyle!

Zaczynalam czytac trzykrotnie i ogarniala mnie juz panika, az w koncu niczym ostry wir tekst chwycil mnie w objecia i utonelam. Powiesc polecila mi znajoma, z która mam podobne gusty literackie, a potem jeszcze mój zaprzyjazniony bibliotekarz. Czulam się już wybitnie glupia, ponieważ coraz to otwieralam lekture, przewalczylam pierwsze 30 stron – a potem kompletna amnezja i nie pamietalam NiC. Trzeba przy tym dodac, ze to cegla, nie ksiazka: 710 stron o dosc gestym druku i formacie sporo wiekszym niz pocket. Przy tym tekst jest intesywny i nie można wybrac drogi na skróty. Albo: można, ale szkoda. Co ciekawe, autorowi udaje się utrzymac wysoki poziom literacki przez cala ksiazke – nie widac spadków formy czy weny twórczej. Podobno pisal ja cale piec lat i wyrzucal setkami zapisane już stronice. Osiagnal efekt rewelacyjny, a na dodatek jest to powiesc bardzo sycaca. Czytelnik odczuwa duza satysfakcje po przeczytaniu kilkudziesieciu stron, zas po przeczytaniu calosci – pelnie blogostanu.  Nie chodzi „na glodzie” jak po zakonczeniu lektury „Samotnosci liczb pierwszych”. Ten tekst zdaje się szalenie nasycony, acz nieprzerysowany. Spotkanie z „Utopiencami” to jak spotkanie z fascynujacym mezczyzna: przystojnym, barczystym, dzielnym, prawym i hojnym. Równie satysfakcjonujaca jest tresc jak i forma. Pisane, a przy okazji malowane – bo krajobrazy czy waskie zaulki Marstal staja same przed oczyma.

Wiem już teraz, czemu nie moglam na poczatku zazebic się z powiescia. Pisana jest niewspólczesnie, klasycznie. Jak poddalam się jej klimatowi, to przypomnialy mi się od razu ksiazki czytane w dziecinstwie. Tak się zlozylo, ze po czesci wychowalam się na ksiazkach „przedwojennych”, dawanych mi na urodziny czy wygrzebywanych w szafach rodziny. Były to lektury raczej chlopczynskie i Jensen przypomnial mi kartki „Robinsona Crusoe”, Stevensona oraz Verne’a. Zorientowalam się, ze to rodzaj powiesci awanturniczej, z elementami barona Münhausena. No i zdecydowanie Conrad! Jensen przyznal się do korzystania z klimatów Twaina – czego sama nie wymyslilam, ale tez czytalam kiedys namietnie. Szwedzki recenzent wspomina o realizmie magicznym i można tak scharakteryzowac pewne sceny. Natomiast jak dla mnie jest to raczej wplyw przekazywanych z pokolenia na pokolenie opowiesci, typu bajki braci Grimm. Ma klimat shant’ów i smak raz kiepskiego, dunskiego piwa, a raz mocniejszych trunków w zamorskich knajpach portowych. Żeby przeczytac, trzeba dac się porwac niczym morskiej fali i mieć nadzieje, ze wyrzuci nas bezpiecznie na brzeg. To nie jest ksiazka na pól gwizdka – trzeba, jak marynarz,  wciagnac pelna piersia haust morskiego powietrza i rzucic się w wir wielkiej przygody.

Motto: Bo nie zna zycia, kto nie sluzyl w marynarce…

Jak dla mnie jest to najbardziej meska ksiazka, jaka czytalam od dawna. Wydaje mi się także, ze powstala wlasnie z potrzeby po pierwsze „meskiej przygody”,a  po drugie tesknoty za uswieconych tradycja rolami spolecznymi. Mysle, ze wiele osób, niezaleznie od plci, chetnie by oddalo swoje korporacyjne mundurki za marynarski worek i obietnice mocnych doznan. Morze uosabia nieprzewidywalnosc ludzkiego losu, daje lekcje pokory. Z jednej strony „Utopiency” to powiesc o morzu, a z drugiej – o zyciu. Poza tym epopeja, choc nie trzynanstozgloskowcem. Próba utrwalenia swiata, który niedawno odszedl i już „se ne wrati”. Historia mieszkanców dunskiego miasteczka Marstal miedzy rokiem 1848 a 1945. Jensen, sam z urodzenia marstalczyk, wyssal zeglowanie z mlekiem matki, choc pózniej zostal dziennikarzem. „Utopiency” emanuja rzadka autentycznoscia i miloscia do tego biednego i kruchego pomostu miedzy marynarzem z dziada pradziada a wiecznie niesytym ofiar zywiolem.

Wiem, ze pisze panegiryk, ale przeczytalam teraz pare polskich recenzji on-line i NIE oddaja one „Utopiencom” i Jensenowi sprawiedliwosci. Nazywanie „powiescia marynistyczna” to tak jak nazwanie „Robinsona” powiescia kanibalistyczna. Piszacy recenzje zerknal chyba tylko na obwolute i nawet sobie nie zadal trudu przetlumaczenia streszczenia z tylu okladki. Sama znam paru Szwedów, którzy wieku pietnastu lat wyslani zostali przez ojców na morze, żeby się (nomen omen) wyszumieli i już uladzeni, po zwizytowaniu zamorskich burdeli, powracali do domów i zostawali szacownymi podporami spoleczenstwa. Dla wielu pokolen facetów morze to był wentyl bezpieczenstwa i szkola zycia. „My, utopiency” to także powiesc historyczna i ogólnoludzka.

Teraz już do rzeczy. Akcja zaczyna się w przededniu wojny dunsko-niemieckiej. Zaglowiec Laurids’a Madsen’a wylatuje w powietrze. Laurids także, lecz Swiety Piotr zawraca go na ziemie, gdzie przezywa niewole niemiecka, a nastepnie wraca do domu. Podróz do nieba i z powrotem nie zrobila mu jednak dobrze – pewnego dnia Laurids musztruje się na nastepny statek i wszelki slad po nim ginie. Jego syn, Albert, dorasta w gronie równie biednych i często osieroconych chlopaków. Gnebi ich najpierw sadystyczny nauczyciel, a pózniej sadystyczni bosmanowie. Chlopcy zaciagaja się zaraz po zakonczeniu szkoly, w wieku lat pietnastu. Albert przechodzi wszystkie szczeble kariery, zostaje kapitanem statku, a pózniej armatorem. W miedzyczasie, po wielu trudach udaje mu się odnalezc ojca. Wraca do domu jednak nie z Lauridsem, lecz z zasuszona glowa. Pod koniec zycia zaczyna mieć prorocze sny. Zaprzyjaznia się z szescioletnim chlopcen, Knud’em Erik’iem. Majatek Alberta dziedziczy matka chlopca, Klara. Klara nienawidzi morza i podstepem doprowadza do zaniku floty marstalskiej. Mimo wysilków matki Knud Erik kontynuuje marynarskie tradycje i druga wojna swiatowa  zastaje go na morzu. Udaje mu się przezyc jeden za drugim niebezpieczny szlak w konwojach i na jednym z nich odnajduje swoja mlodziencza milosc. Dunska zaloga przezywa odyseje przy powrocie do Marstal i przyplywa do portu razem zakonczeniem wojny.

Carsten J tworzy galerie barwnych postaci i nie szczedzi im cech uznawanych za ujemne. Nigdy jednak nie moralizuje i daje swoim bohaterom uczcziwa szanse na poprawe. Obrazuje proces dorastania i ksztaltowania charakterów mlodych ludzi. Jest bezpruderyjny przy ukazywaniu blasków i nedzy zycia marynarza.  Zapisuje przemiany spoleczne. Podkresla wysilek kobiet, na których barki spada stworzenie rodziny, codzienne troski i dziesiatkowanie najblizszych, zabranych przez zarloczne morze. Ludzie przyjmuja smierc z godnoscia i nie uciekaja przed nia. Postac wdowy Klary jest feministyczna, zanim jeszcze narodzil się feminizm. Na przykladzie tej prostej i nieszczesliwej kobiety ukazuje, ze wladza jaka daje majatek w polaczeniu z odwaga i wiedza prowadzi do celu – nawet jeżeli w wypadku Klary okazuje się walka z wiatrakami. „My, utopiency (marynarze z Marstal)” to dobra literatura i madra  ksiazka – wszyscy do wiosel i czytac!

A na deser próbka tekstu:

Nie wiem, czy zwariowalem, czy co? – wybuchnal. Pingwiny zyja przeciez pod biegunem poludniowym.

Zgadza sie – odpowiedzial Dreyman. Pingwiny to biegun poludniowy. W tych okolicach nie ma zadnych pingwinów.

Tak mi się wlasnie wydawalo. Możecie mnie, skoro chcecie, nazwac wariatem,. Ale na lodzie przed Ave Maria stoi pingwin cesarski.

Lornetka powedrowala z rak do rak. Wszystko się zgadzalo. Przed porzuconym szkunerem stal cesarski pingwin i kolysal się na bialym lodzie.

Idzie ku nam – powiedzial Knud Erik.

Zebrali się przy relingu. Pingwin cesarski zblizal się powoli swoim charakterystycznym chodem, kolyszacym i szurajac lapami, jakby ciagnal za soba duzy ciezar.

Okrutnie się rozczarujesz, maly pingwinku – powiedzial Dreyman. Te odrobine jedzenia, która dysponujemy zachowamy dla siebie. Nie dostaniesz nawet jednego okruszka..

Knud Erik stal w milczeniu. Zmruzyl oczy i zdawal się nie slyszec uwag towarzyszy.

To nie żaden pingwin – powiedzial.

Tajemniczy klient – to ja!

In Szwecja on 16 Maj 2010 at 15:25

Kochany Dzienniczku – dzisiaj zwierze Ci sie z mojej tajemniczej misji. Przeczytalam co prawda niezla ksiazke, ale dla odmiany podziele sie z doznaniami pozaliterackimi. Jak już kiedys wspominalam, zmiana kraju zamieszkania odarla mnie z intelektu, ponieważ postrzegana bywam przez pryzmat niesmiertelnej polskiej sprzataczki. Nagle stalam się wylacznie wlasnym zewnetrzem, zas swoje zycie wewnetrzne (wraz z potencjalem umyslowym) mogę zachowac dla siebie – lub uzewnetrzniac je na blogu.  Ma to pewne dobre strony, bo nagle zaroilo się od fanów mojego stylu ubraniowego. Z jednej strony wyrazaja werbalny zachwyt: „bo ty nie wygladasz wcale jak z Polski” albo: „jakie ty zawsze masz ladne, kolorowe ubrania”, a z drugiej narazaja mnie na ustawiczne ciagniecie za barchatki: „o, jaka mas znowu ladna sukienke!”. Z checia doradzam tez kolezankom w zakupach ubraniowych i już kolejna osoba namawia mnie, zebym zostala personal shopper. W zeszlym tygodniu wypróbowalam jednak swoich sil jako inny rodzaj shopper’a – mysterious shopper.

Czulam się niemal jak Barbara Ehrenreich – musialam w koncu udawac. Wszystko zaczelo się pare lat temu, kiedy natrafilam na ogloszenie, ze poszukiwani są tajemniczy klienci. Wiedziona ciekawoscia wpisalam swoje dane w baze danych i nawet kiedys zglosilam się na akcje, lecz zostala przydzielona komus innemu. Mialam nawet kiedys zamiar wycofania swoich danych, ale zapomnialam. No i nagle, już po pólnocy w tym tygodniu, dostalam propozycje! Nie mogę zdradzic o jaka branze chodzilo, ponieważ praca tajemniczego klienta chroniona jest wielokrotna tajemnica. Stawiajac parafke w tych klauzulach scislej tajnosci przypomniala mi się ksiazka Ehrenreich – nie ma watpliwosci, ze sama idea powstala w USA. Czulam się dosc podobnie jak Barbara w Wal-Marcie, jako ze to ja musze spelniac mase wymogów i poddana jestem restrykcjom. Pracodawca natomiast jest wirtualny i zaprasza co prawda do skontaktowania się w razie pytan, ale numeru telefonu brak, zas odpowiedzi pod mailem wylacznie miedzy pierwsza a druga w nocy (jak się okazalo). Support na sajcie organizacji TEZ nie odpowiada – najwyrazniej guzik sluzy tylko do ozdoby. Tajemnica nie są objete ogólne procedury, wiec je opisze. Otóż dostaje się adres i nazwe sklepu, gdzie trzeba zlozyc wizyte. Po przydzieleniu zadania dostaje się szczególowy scenariusz i można poczuc się jak pelnokrwisty szpieg – lub aktorka filmowa, do wyboru. Instrukcji należy się nauczyc na pamiec, bo przeciez nie można wziąć ze soba sciagi. Na cale szczescie nie musi się zjadac kartki z instrukcja… Zawsze trzeba zabrac ze soba urzadzenie pozwalajace na zrobienia zdjecia, żeby móc uwiarygodnic odbycie wizyty przez sfotografowania sklepu od zewnatrz. Niestety, nie ma Q i jego zmyslnych urzadzen – trzeba zabrac wlasny sprzet fotograficzny, zamiast aparatu w pierscionku. U mnie trudnosc polegala na tym, ze mieszkam w niewielkim miasteczku i w zasadzie wszyscy wszystkich znaja. Sklep, w którym mialam sprawdzic to i owo znam, ponieważ kiedys bylam tam klientka i jestem zarejestrowana w bazie danych (ta ilosc baz danych jest po prawdzie przerazajaca). Zazadano, zebym na wizyte ubrala się elegancko, ponieważ reprezentuje (co prawda: tajnie) „marke ekskluzywna”. Wizyta miala trwac dosc dlugo, czego się tutaj normalnie nie praktykuje. W kolo mieszkaja glównie chlopi, którzy nie wdaja się niepotrzebne pogawedki – no, chyba żeby spotkali w sklepie sasiada i mogli wymienic plotki. Kupuje się przedmioty wypróbowane, solidne i zdecydowanie zadne nowatorskie rozwiazania. A tymczasem mialam, nie wzbudzajac przy tym podejrzen, zapytac o przedmiot co najmniej dziwny w oczach tubylców.

Ocena czystosci (niczym na kolonii letniej!) poszla mi dobrze i wypadla zdecydowanie na korzysc sklepu. Troche gorzej poszla mi kolejnosc zadawania pytan i zapamietywanie, czy sprzedawca zadawal pytania zamkniete, czy otwarte (na cale szczescie studiowalam socjologie i ukladanie ankiet). Zagailam z flanki, ponieważ autentycznie potrzebuje produktu z tego sklepu. Zajelo to tylko pare minut, ale i tak pani stracila cierpliwosc i przyslala mi inna, bardziej zorientowana w temacie. W miedzyczasie musialam zapamietywac marki produktów oraz oceniac w procentach (!) ilosc pewnego rodzaju produktu. Zaczela się praca naukowa, bo druga sprzedawczyni pojawila się z katalogiem pod pacha. Mnie się to bardzo podobalo, ale sprzedawczyni zaczela być jakby zestresowana. Przeszlysmy wreszcie w inny kat sklepu i w koncu dostrzeglam specjalna konstrukcje (o bardzo dziwnej nazwie, której tu nie wymienie) z wyeksponowana moja „ekskluzywna marka”. W ten to naturalny sposób zaczelam drazyc temat marki, wykonujac swoje zadanie bojowe. W sklepie pojawilo się wiecej klientów oraz wiecej obslugujacych. Sygnalem ostrzegawczym dla mnie stal się oslupialy wzrok wlasciciela – jakbym była Bondem, to bym wziela nogi za pas. W jego oczach wyczytalam wyrzut: „dlaczego mi to robisz?” – ale może mi się tylko zdawalo. Nie moglam opuscic wysunietej placówki zanim nie zadalam jeszcze paru pytan! W rezultacie udalo mi się polaczyc przyjemne z pozytecznym i znalezc to, co i tak zamierzalam kupic. Na wszelki wypadek, żeby nie zaklócac scenariusza, poprosilam o odlozenie na tydzien. Jak powiedzialam, ze niedlugo wróce po zakup, oczy sprzedajacej mówily mi: „sure, baby, sure”, ale usta zdobil jej niezmiennie uprzejmy usmiech. Po wyjsciu skonstatowalam, ze nigdy jeszcze nie zostalam tak uprzejmie obsluzona. Do tej pory nie wiem, czy zostala uznana za wyjatkowo uciazliwego klietnta, czy tez zostala zdemistyfikowana?

W kazdym razie samo szpiegowanie było przyjemne – schody zaczely się dopiero przy raporcie. Najpierw musialam napisac wypracowanie, a nastepnie odpowiadac na blisko sto szczególowych i podchwytliwych pytan. Najbardziej zapadlo mi w pamiec pytanie o ceny produktów. Do wyboru mialam: bardzo drogie, drogie, tanie, bardzo tanie. Wybralam jedna opcje, a tu okazalo się, ze trzeba odpowiedziec…na wszystkie („tak” albo „nie”). Wyszlo wiec na to, iż produkty w tym sklepie mogą być jednoczesnie bardzo drogie i bardzo tanie – konia z rzedem temu, kto się w tym polapie. Pojawily się tez problemy techniczne, wiec czas raportowania wydluzyl się niepotrzebnie. I tak już wczesniej musialam poswiecic troche czasu, żeby nauczyc się sposobu funkcjonowania nowego dla mnie portalu. Uparcie dazac do celu pokonalam w koncu wszystkie przeszkody i szczesliwie wypelnilam obowiazek zlozenia raportu najpózniej dzwadziescia cztery godzny po dokonanej wizycie. Teraz pozostal mi tylko obowiazek pozostawania pod telefonem i mailem przez nastepne doby – sama już nie pamietam ILE? W kazdym wypadku, jakbym przeliczyla spodziewana gaze na stawke godzinowa, to była to jedna z najgorzej platnych prac w moim zyciu! O ile w ogóle dojdzie do wyplaty (za drobne szesc tygodni), bo tajemniczy klient straszony jest także mozliwoscia wstrzymania wyplaty za ewentualne „wykroczenia”.

Już nie wspomne, ze najpierw mialam dostac zwrot kosztów za benzyne, a teraz zleceniodawca wycofal sie. Kto biegnie pare kilometrów w butach na obcasie, żeby sprawiac „eleganckie wrazenie” jako reprezentant „ekskluzywnej marki”? Podobnie jak Ehrenreich uwazam, ze to pulapka dla kobiet. Jak się ma malo pieniedzy, to kazda mozliwosc zarobienia paru groszy wydaje się kuszaca. Zleceniodawca zacheca krótkim czasem wizyty, często w ciekawych sklepach. Nic nie wspomina o katorzniczej pracy wypelniania malo stymulujacych intelektualnie ankiet. Jak dla mnie to nastepne doswiadczenie zyciowe. Na szpiega się raczej nie nadaje. Pozostaje mi tez mieć nadzieje, ze w odwiedzonym sklepie będę nadal przyjmowana i obslugiwana…

Krwawa Tess – The Mephisto Club

In Feminizm, Ksiazki on 13 Maj 2010 at 20:39

Tess Gerritsen, The Mephisto Club, audiobook


Jak juz wspomianalam wczesniej, mam zupelnie inne oczekiwania w stosunku do ksiazki drukowanej i do audiobook’a. Jak również w stosunku do literatury pieknej i kryminalu. Ponieważ czytam teraz „cegle” z gatunku literackiego („My, utopiency, marynarze z Marstal”), wiec zycie umilal mi kryminalny audiobook. Pierwsze morderstwo wydarzylo się dosc wczesnie i zadziwila mnie precyzja opisu obrazen ofiary oraz duze ilosci krwi. Ponieważ ilosci krwi zdawaly się tylko rosnac z kazdym opisem (a mnie na widok krwi robi się slabo), poszukalam informacji o autorce. No i bingo! Pani Grerritsen jest z wyksztalcemnia lekarzem: http://en.wikipedia.org/wiki/Tess_Gerritsen Czyli, zanim przystapimy do zaszlachtowania kogos, warto zajrzec do jej ksiazek, żeby sie dowiedziec ile litrów krwi na nas z denata wyplynie…

Sledztwo prowadzi energiczna Jane Rizzoli. W ogóle akcja roi się od pelnych charakteru kobiet: Jane ma córeczke Regine oraz matke, która wlasnie zbuntowala się i wyprowadzila z domu. Alter ego pisarki stanowi obducentka Maura Isles. Psychiatrie reprezentuje doktor Joyce O’Donnell. Poza tym kluczowa role odgrywa inna tajemnicza kobieta. Tess G dostaje wiec pochwale za feminizm stosowany. Tytulowy Klub Mefista budzi skojarzenia z detektywem detektywów, mistrzem Sherlock’iem Holmes’em. Jest to towarzystwo typu lepsze, a dla dodania egzotyki siega Garritsen do…Wloch – podobnie jak Conan Doyle siegal Indii. Dodatkowego smaczku dodaja symbole z Egiptu rodem. Troche to ryzykowna mieszanka, ale nie zapominajmy, ze powiesc czytaja glównie mieszkancy odleglych Stanów. Klub Mefista tropi wystepowanie Zla, a wlasciwie Zlego na swiecie i ma powiazania na wysokim szczeblu – jakim, nigdy się nie dowiemy. Z tropiacych staje się nagle ofiara niezwykle brutalnego zabójcy. Sprawa być czy nie być czlonków klubu stanie na ostrzu noza, gdy w swoim lonie, o zgrozo, wykryje zdrajce. A wszystko zaczelo się wiele lat wczesniej…

Tekst czyta Kathe o polskobrzmiacym nazwisku. Mazur. Nie mogę jej pominac, ponieważ czyta bardzo dobrze – a w koncu odbiór audiobook’a to w duzym stopniu zasluga (albo wrecz przeciwnie) glosu narratora. Slucha się dobrze, zarówno podczas spaceru w zla pogode, jak i podczas pieczenia ciasta z rabarbarem. Odpreza na tyle, ze nawet pod koniec zasnelam – nie idac ani piekac, lecz opalajac się na tarasie. Zdecydowanie warto sobie posluchac – chocby, żeby się dowiedziec, która z kobiet skusi ksiedza do grzechu? Kobiety pisza kryminaly jakos inaczej – wiecej w nich relacji miedzyludzkich i spostrzezen psychologiczno-socjologicznych. Natomiast krwawych opisów smierci pozazdroscic autorce mólgby niejeden wytrawny kryminopis!

Slucham Basi – Basia Bulat

In Muzyka on 11 Maj 2010 at 12:41

Niedawno odkrylam muzyke na Spotify i dzisiaj slucham Basi. Basi Bulat, co brzmi swojsko – Basia jak Basia, a Bulat jak Bulat Okudzawa. Dowiedzialam sie o nie dzieki DN: http://www.dn.se/kultur-noje/konsertrecensioner/basia-bulat-pa-debaser-medis-1.1090277 . Ponizsze zdjecie pochodzi wlasnie stamtad:

Szukalam informacji o domyslnie polskich korzeniach Basi, ale niczego konkretnego nie znalazlam na jej sajcie: http://www.basiabulat.com/ ani na jej profilu w Facebook’u. Za to mozna przeczytac, ze wlasnie bedzie wystepowac w Warszawie i Krakowie!

Piosenek Basi slucha sie bardzo dobrze – znakomita muzyka w tle, jak chce sie skoncentrowac na czyms innym. Przypomina troche Martha’e Wainright. A skoro juz mowa o Martha’ie, to warto wspomniec o jej znakomitym bracie, Rufus’ie. Rufus Mc Garrigle Wainright jest niezwykle utalentowanym muzykiem, o szerokiej gamie wykonywanych utworow. Bylam nim absolutnie oczarowana, gdy wystepowal u Elvisa Costello.

Jak ktos zmeczy sie komercyjnym radiem i bedzie sie zastanawiac czyje nazwisko wpisac w kratce „wykonawca”, szukajac innej myzyki, to polecam te trojke Kanadyjczykow.

Tylko dla mezczyzn – mizoginiczna samotnosc Tom’a Ford’a

In Film on 9 Maj 2010 at 22:21

Nareszcie dotarla do mojego kina ekranizacja znakomistej powiesci Christopher’a Isherwood’a (o ksiazce pisalam niedawno). Niestety,w tym wypadku sprawdza sie obiegowa opinia, ze albo rybki, albo akwarium – czyli albo dobra jest ksiazka, albo film. W tym wypadku wspaniala ksiazka nie znajduje w ogole przelozenia na film. Swoje pietno wywarl projektant Tom Ford, tworca mody znanej jako seksowna i luksusowa, a przy kazji ikona ruchu homoseksulanego.

Disclaimer: Jedna rzecz chce zaznaczyc od razu – po polsku brakuje mi slownictwa dotyczacego ruchu gay’owskiego czy tez osob HBT. W Szwecji mozna powiedziec „bög” i nie jest to juz slowo obrazliwe, natomiast nie mam jasnosci jakiego slowa nalezy uzywac w Polsce? „Gay” jest przeciez slowem nie-polskim, zas „pedal” sad  (slusznie) uznal za obrazliwy. Pozostane wiec pewnie przy „homo”. Nadmienie, ze nie interesuje mnie polityczna poprawnosc – raz juz jakas pensjonarka upomniala mnie, zebym nie uzywa slowa „Angol”, bo ponoc obrazliwe. Otoz zadne slowo same z siebie obrazliwym nie jest – kazdy podklada pod slowo jakas tresc. Dla mnie orientacja seksulana ani nie nobilituje, ani nie przekresla czlowieka – to prywatna sprawa kazdego.  A pensjonarki odsylam na inny blog – a kysz!

Ksiazke odebralam jako ogolnoludzka, ale pan Ford, niestety,  przerobil ja na film gay’a dla gay’ów.

Nie ma watpliwosci, ze Ford to projektant mody. Bohater glówny, George, z profesora uniwersyteckiego, staje się wypielegnowanym bubkiem ze zlotym sygnetem na malym palcu, brrr! Pan profesor wyciaga rano nowe buty (styl angielski, nie angolski) i po dlugiej chwili namyslu wybiera jedna z identycznych koszul. Koszule przechowuje wyeksponowane jak na wystawie, zabezpieczone papierowym paskiem. Marynarka lezy jak ulal. Dom projektowany na zamówienie, kuchnia designerska (szczególnie jak na rok 1962).  Reczniki w lazience wszystkie miesiste, w wysmakowanym kolorze szarym, zlamanym kropla zólci. W identycznym kolorze szlafrok George’a. Wszystko dosc sterylne i minimalistyczne – troche chyba za, jak na owa epoke? Podczas jazdy samochodem wyeksponowano wylozony szlachetnym drzewem panel. Duzo ujec z plastycznego jezyka reklamy – az się prosi, żeby zareklamowano „Marlboro” lub jakis rodzaj alkoholu. Biedny Colin Firth, lize wlosy do góry, żeby przestac wygladac jak Colin, a zaczac przypominac…nieboszczyka meza mojej kolezanki. Najgorsze, ze George caly czas bladzi oblesnym wzrokiem, wylaniajac z tlumu zjawiskowo pieknych mlodzienców. I tu konczy się Isherwood, a zaczyna Tomasz Mann ze „Smiercia w Wenecji”. Bo owi modziency piekni są uroda Tadzia czyli Björn’a Andrésen’a. To są chlopcy piekni – choc, i tu znajduje się na glebokich wodach nieznanego mi oceanu literatury LGBT – jak dla mnie za piekni lub „piekni inaczej”. Kamera eksponuje ich umiesnione ciala i nagle widze posagi greckie, kojarzace się z tzw. platoniczna miloscia. Scena na plazy, bedaca w ksiazce scena zbratania się profesora ze studentem i znalezenia miedzy soba wspólnego, ludzkiego mianownika, staje się wylacznie scena robierana, mano a mano, w wersji homoerotycznej. Wierze Ford’owi, ze wlasnie tak patrzy jeden gay na drugiego – i dostrzega piekno, na które zamkniete jest oko moje. Okropnie mnie to meczylo – ze to zdecydowanie nie moja optyka, a jestem wyczulona na aspekty estetyczne. Może tak się mecza osoby homo na filmach o heterykach?

Najciekawsza, jak dla mnie, kreacje stworzyla niezawodna Julianne Moore. Po prawdzie nie widzialam  jej chyba w zadnej zlej roli. Gra rózne kobiety i zawsze wypada równie wiarygodnie – jak ona to robi? Tutaj wcielila się w brytyjska przyjaciólke Charlotte czyli Charlie. Atrakcyjniejsza niż w ksiazce – Tom F nie bylby Tom’em F jakby nie odzial jej w wytworna wieczorowa suknie z trenem – równie zalkoholizowana i samotna. Niestety, jej watek zostal skrócony w stosunku do ksiazki. I tak jest jedyna kobieta w filmie, która zachowala cechy ludzkie. Druga z eksponowanych kamera kobiet, studentka Lois, pokazywana jest zupelnie jak lalka, osoba o pustym wnetrzu (choc w ksiazce ma wnetrze ciekawe). Wychodzi na jaw mizoginstwo Ford’a – bo ja rozumiem, ze on woli panów, lecz czemu pomijac i pomniejszac kobiety? Dlatego mnie ten film niepomiernie draznil – z uniwersalnej ksiazki mezczyzna Tom Ford zrobil film o mezczyznach dla mezczyzn, najlepiej homoseksualnych.

Znowu czuje się niepewnie w temacie, ale przeciez istnieja zwiazki meskie, homoseksulane, gdzie ludzie się po prostu kochaja i chca ze soba być? Gdzie można być chorym i mieć czerwony nos z kataru albo lysine i wydatny brzuszek? U Ford’a atrakcyjna jest wylacznie mlodosc, muskularne cialo i odzienie podkreslajace seksulane walory mlodzienców. Nie uwolnil się tez od cliché sfilmowanej przez Fassbinder’a: seksownych marynarzy w obcislych portkach. Zamiast w parku, podrywa się ich w kanjpie. Nota bene podobni marynarze wystepuja tez w przedwojennym malarstwie szwedzkiego GAN’a. Jak dla mnie zupelnie inna jest wymowa, ze zdemobilizowany George spotyka zdemobilizowanego Jim’a – dwóch mlodych ludzi spedzilo pare ciezkich lat w wojsku i teraz ciesza się wolnoscia. U Ford’a widac glównie pozadanie i eksponowanie fizycznej atrakcyjnosci partnerów. Isherwood był niewatpliwie osoba intelektualna i maluje wielowymiarowy obraz USA po wojnie i z poczatku lat szescdziesiatych. Ford robi z tej wielowymiarowosci plaska fototapete malowana jezykiem reklamy.

Firth robi co może, lecz wypada równie plasko. Chowa się za gigantycznymi okularami, ladnie nosi marynarki, lecz wypada zdecydowanie lepiej w scenach z Julianne Moore niż z mlodziencami. Szkoda dobrego aktora, szkoda znakomitej ksiazki – mialam wrazenie, ze ogladam film pornograficzny, gdzie akcja jest jedynie kamuflazem dla seksu (Firth w okluarach jako odpwiednik „sekretarki” z pornosów?). Dla jasnosci dodam, ze akurat samego seksu nam Ford nie zaserwowal – wlasciwie szkoda, bo widac była, ze mysli wylacznie o jednym…

Jak komus przypadla do gustu ksiazka, to lepiej zrezygnowac z filmu. Albo zobaczyc  jako kuriozum i egzemplarz sztuki ekskludujacej.


Z okazji 1 maja: czlowiek pracy – Barbara Ehrenreich

In Feminizm, Ksiazki, Szwecja on 2 Maj 2010 at 20:07

Barbara Ehrenreich, Nickel and Dimed: On (Not) Getting by in America / Za grosze pracowac i (nie) przezyc , 2001/2006

Barbara Ehrenreich wystepowala niedawno w programie „Kobra”, poswieconemu krytyce „pozytywnego myslenia”. Zdobyla od razu moja sympatie, poniewaz zdecydowanie i ostrym jezykiem przeciwstawiala sie pseudopsychologicznemu hokus-pokus. Opowiadala, ze jak dostala diagnoze raka piersi (nota bene zaraz po napisaniu „Za grosze”), to  „madrzy” ludzie powiedzieli, ze „rak to dar”(sic!). Poradzili tez, zeby „myslala pozytywnie”, to rak od razu ustapi… Tymczasem nie ma zadnych dowodów na to, zeby „pozytywne myslenie” mialo pozytywny wplyw na zwalczanie komórek rakowych.  Ehrenreich udalo sie zwalczyc raka – a teraz zwalcza zabobon zwany pozytywnym mysleniem.

„Za grosze” narobilo wiele halasu w momencie ukazania sie. Amerykanska dziennikarka za-wallraff-owala: zerwala na chwile ze swoim zwyklym zyciem i zaczela na nowo, szukajac niewykwalifikowanej pracy. Zalozyla sobie, ze bedzie sie utrzymywac z tego, co zarobi w swoim nowym fachu. Próbowala w róznych miejscach, zmieniajac wielokrotnie miejsce zakwaterowania. Podróz okazala sie takze podróza na niemal samo dno amerykanskiego spoleczenstwa. Odkryla rzeczy na miare Naomi Klein, tyle ze odkrywala je na wlasnej skórze jako kobieta pracujaca, co to zadnej pracy sie nie boi. Posluze sie duza iloscia cytatów, poniewaz Ehrenreich pisze bardzo dobrze. Nie jak pisarz, tylko jako dziennikarz: z zaangazowaniem i pasja reporterska. Wykazuje przy tym duza wrazliwosc spoleczna, co bywa rzadkie w sferze „upper middle”, do której nalezy. O swojej decyzji pisze tak:

Ilu ludzi, poza uciekinierami i uchodzcami, robi cos takiego – zrywa wszystkie dawne kontakty, mówi „do widzenia” stosom zaleglych listów…i zaczyna od zera, zachowujac lacznosc z dawnym zyciem jedynie poprzez prawo jazdy..? Powinno to byc ozywcze, mówie sobie, jak skok do zimnego Atlantyku…a potem powolne, swobodne wyplyniecie poza przybój.

Racje ma jedynie co do zimnej kapieli – bardziej trzezwiacej niz orzezwiajacej. Szybko uzmyslawia sobie, ze nie ma zadnych atutów i konkuruje o niskoplatne zajecie z armia biednych kobiet. Najgorsza – w ocenie innych – okazala sie posada sprzataczki:

Uniform sprzataczki wywoluje przeciwny efekt. W jednym miejscu…, zwyklej jadlodajni, próbowalam zamówic mrozona herbate na wynos, ale kelnerka rozmawiala caly czas z kolezanka, ignorujac moje próby zwrócenia na siebie uwagi.  No i jest jeszcze supermarket. Dawniej zatrzymywalam sie tam w drodze z pracy do domu, ale nie moglam zniesc spojrzen, które wyraznie mówily: „A co ty tu robisz? i „nic dziwnego, ze jest biedna, ma piwo w koszyku!”…Byc moze –  przychodzi mi do glowy – mam przedsmak tego, jak to jest, gdy sie ma inny kolor skóry.

Nazywana bywa czesto „skarbem”, „kochaniem” itp – albo skrótem swojego imienia:

Ja zas musze uporac sie z faktem, ze „Barb”, jak widnieje na plakietce, nie jest ta osoba, co Barbara. „Barb” nazywano mnie, gdy bylam dzieckiem i wciaz tak do mnie mówi rodzenstwo, odnosze wiec wrazenie, ze w jakims sensie sie cofam. Jezeli odrzuci sie kariere zawodowa i wyzsze wyksztalcenie, zapewne zostanie pierwotna Barb, ta, która byc moze pracowalaby w Wal-Marcie, gdyby jej ojcu nie udalo sie wyrwac z kopalni.

Zatracila poczucie bezpieczenstwa, takze ficzycznego,  i poczula sie latwym lupem:

…gdy pojechalam na studia zaczelam pojmowac, co to znaczy narazic sie na gwalt, i odkrylam, ze mój zwyczaj zwiedzania obcych miast samotnie i na piechote, w dzien i w nocy, innym wydaje sie bardziej lekkomyslny niz ekscentryczny. … Turtaj tylko duchota powietrza uswiadamia mi, ze naprawde jestem w pomieszczeniu pod dachem; bo kazdy, kto sie tu przywlecze z autostrady, widzi mnie jak na dloni, a nie chcialabym polegac na wlascicielach moteli w kwestii udzielenia mi pomocy.

Przed otrzymaniem pracy poddawana jest upokarzajacym testom, a potem korporacyjnemu praniu mózgu:

Jesli jestesmy traktowani jak osoby niegodne zaufania – potencjalne obiboki, narkomani i zlodzieje – to z czasem rzeczywiscie mozemy tak o sobie myslec.

Zle traktowanie przeklada sie na zanizona samoocene:

Stwierdzam, ze chyba cos robie nie tak, jak trzeba, ze czegos nie dopatrzylam.

Gdy bowiem wmówic komus, ze jest nic niewart, moze zaczac myslec, ze jego zarobki rzeczywiscie sa adekwatne do jego wartosci.

Po powróceniu do swojej zwyklej tozsamosci snuje rozwazania na temat istoty biedy:

Osobom niecierpiacym biedy powszechnie wydaje sie, ze ubóstwo jest stanem, który mozna zniesc – byc moze pelnym wyrzeczen, ale przeciez biedni daja sobie jakos rade, nieprawdaz? Zawsze byli i beda. Ludziom, którzy nie sa biedni, trudno jest dostrzec, ze ubóstwo to dotkliwe cierpienie: lunch sklada sie z paczki buritos albo hot doga, co prowadzi do oslabienia organizmu przed koncem zmiany. „Dom” to czesto samochód albo przyczepa kempingowa. Trzeba pracowac mimo choroby lub urazu, z zacisnietymi zebami, poniewaz z braku ubezpieczenia zdrowotnego nikt nie zaplaci za absencje chorobowa, a utrata zarobków jednego dnia oznacza, ze nastepnego nie ma za co kupic jedzenia.

Lekture „Za grosze” dedykuje wszytskim tym, którzy czuja sie lepsi z racji urodzenia, udanej kariery zawodowej czy wypchanego portfela. Oraz tym, którzy nadal wierza w mit USA i American dream. Zakoncze gorzka refleksja autorki:

Dorastalam, slyszac nieustannie, az do znudzenia, ze sukces zalezy od ciezkiej pracy: „pracuj ciezko, to awansujesz” albo „doszlismy do wszytskiego dzieki ciezkiej pracy”. Nikt nigdy nie mówil, ze mozna ciezko pracowac – ciezej niz kiedykolwiek uwazalam za mozliwe – a jednak coraz bardziej tonac w dlugach i pograzac sie w biedzie.