szwedzkiereminiscencje

Archive for Czerwiec 2012|Monthly archive page

Salon odrzuconych-Hulová

In Ksiazki on 28 czerwca 2012 at 00:03

Petra Hulová / Allt detta tillhör mig / Czas czerwonych gór / 2011

 

Byl taki okres, kiedy pisarz czy nawet reporter byl naszym Ciceronem i oprowadzal po dalekich krainach, do których nie moglismy zamarzyc, zeby kiedykolwiek dotrzec. Teraz Ziemia skurczyla sie gwaltownie i mozna dotrzec niemalze wszedzie (jak nie fizycznie to dzieki Google Earth), choc do poznania kraju nadal potrzeba czasu. Zwiekszyla sie tez dostepnosc literatury innych jezyków i kultur – dzisiaj w koszu w supermarkecie zastanawialam sie nad kupnem autobiografii kambodzanskiej kobiety, której udalo sie opuscic swiat tanich burdeli i zastartowac fundacje pomagajaca dziewczynom wydostac sie z podobnego swiata. Nie wiem czy Kambodzanka potrafi pisac, ale jej opowiesc na pewno jest autentyczna.

Do powiesci Hulovej, nie przeczytanej do konca, mam pretensje dwojakiego rodzaju. Po pierwsze nie nawiazuje w zaden sposób do znakomitych tradycji literatury czeskiej. Bo kiedys pisal Hasek, pisal Seifert, pisal Fuks, gdzies tle byli Franc z Milena. A Hulova pisze po swojemu – niby skad inad dobrze, ze po swojemu, bo powinno byc oryginalnie. Ale – przynajmniej po szwedzku – wychodzi gorzej niz nie tacy znów starzy mistrzowie. Po drugie, mimo studiowania mongolistyki, a moze wlasnie przez to – pojawia sie przerost formy nad trescia czyli teoretycznego swiata Mongolii nad przekazem. Pare lat temu czytalam pamietniki Olgi (nazwiska nie pamietam), urodzonej w Czicie i kochajacej pogranicze kultur: rosyjskiej, mongolskiej i chinskiej. Autentyczna kulturalna mieszanke odczuwa sie takze w powiesci Kajdanskiego – to byli ludzie, którzy ochali swój kraj i wrosli w krajobraz. Tymczasem – o ile dobrze wyczytalam – Hulová spedzila zaledwie rok w Mongolii. To czyni ja pasjonatka kultury – ale nie jej znawca. I co prawda Allt jest powiescia czyli fikcja, tym niemniej nie pachnie i nie smakuje Mongolia. Za to najezona jest duza iloscia mongolskich slów i pojec, które nigdzie nie sa wytlumaczone – ani w postaci odnosników na dole strony ani na koncu ksiazki.

Moje rozczarownie jest tym wieksze, iz polecala ksiazke w lokalnej prasie moja ulubiona bibliotekarka. No i zachecajaco brzmial tekst z tylu okladki:

 

Tesknota za czyms innym, za czyms lepszym, która czesto prowadzi do czegos, co jest gorsze.

 

Tymczasem tekstowi brakuje intensywnosci, ciag akcji sie rwie i trudno mi bylo sie zaangazowac w rozwój sytuacji – zreszta powtarzajacych sie i coraz bardziej przewidywalnych. Do czytania zachecily mnie takze nagrody – ale tak po prawdzie to w Stanach nagrode dostal tlumacz – za najlepszy przeklad. A w Szwecji powiesc wyszla dzieki subwencji czeskiego Departamentu Kultury. Czytania nie urozmaica tez ani jeden obrazek, ani jedno zdjecie, ani jeden szkic czy mongolski motyw. Czyli: nice try Petra – lecz w kolejce czekaja juz na mnie inne ksiazki. Wielka szkoda, poniewaz mialam nadzieje dowiedziec sie czegos wiecej o Mongolii!

 

Reklamy

Przepis Calamity Jane-1

In Ksiazki, Kulinaria on 26 czerwca 2012 at 13:03

Dzisiaj obiecany przepis pochodzacy z listów Calamity Jane „Till min kära dotter” – wraz z poprzedzajacym fragmentem tekstu.

 

Niedaleko mojego domu polozony jest budynek z bali, w którym mieszka kilku wyjetych spod prawa. Przygotowuje im duze ilosci jedzenia. Placa dobrze za wszystko. Nie moja sprawa czym sie zajmuja. Moja obecnosc im nie przeszkadza. Nie budz spiacego licha, oto moje motto. Niekórzy mówia, ze to koniokrady. Jezeli to prawda, to nie zamierzam podejmowac ryzyka wypytywania o cokolwiek. W tym tygodniu napieklam im dwa tuziny bochenków, osiem tortów i pietnascie miesnych pajów.

 

Dwudziestoletnie ciasto (keks angielski)

  • 25 jajek, osobno ubite zóltka i bialka
  • 2,5 funta cukru (1,135 kg)
  • 2,5 funta maki (1,135 kg)
  • 2,5 funta masla (1,135 kg)
  • 7,5 funta bezpestkowych rodzynek (3,405 kg)
  • 1,5 funta kawona, drobno pokrojonego (0,681 kg)
  • 5 funtów koryntek (2,27 kg)
  • 1 pinta koniaku (0,57 l)
  • 0,25 uncji gozdzików (7 g)
  • 0,5 uncji cynamomu (14 g)
  • 2 uncje kwiatu muszkatowego (56 g)
  • 2 uncje galki muszkatolowej (56 g)
  • 2 lyzeczki drozdzy albo 2 lyzeczki sody i 3 lyzeczki smietany

To ciasto nie ma sobie równych i trzyma sie swieze, az do ostatniej okruszyny, przez dwadziescia lat. Koniakiem nalezy polac ciasto jak jest jeszcze cieple. Przechowywac w zamknietym garnku. Proporcja na 3 ciasta po 8 funtów (3,632 kg).

Lepsze niz powiesc!-Calamity Jane

In Feminizm, Ksiazki, Przywracanie pamieci on 25 czerwca 2012 at 19:50

Calamity Jane / Till min kära dotter / Calamity Jane. Letters to her daughter / 1987

Nasz obraz Dzikiego Zachodu ksztaltowany jest przez westerny, takie jak „Bonanza” i niezliczona ilosc hollywoodzkich produkcji. W tych filmach mezczyzni jezdza na koniach, nosza kapelusz i chusteczke na szyi, a kobiety wystepuja albo w postaci gospodyn domowych albo majtacych nogami pracownik saloonów. Tymczasem rzeczywistosc musiala byc bardziej skomplikowana – kobiety, oprócz stania z kopyscia w dloni i nakladania cowboyom wielkich porcji jedzenia musialy na pewno nauczyc sie jazdy konnej, pomocy w gospodarstwie i strzelania w obronie wlasnej. Jakby nie bylo, obraz Dzikiego Zachodu to epopeja mezczyzn, którzy wyruszali po zloto i potem albo wracali bogaci, albo znajdowali miejsce wiecznego spoczynku obok swojej dzialki. Taki obraz pokazuje m.in. wielokrotnie nagrodzony serial „Deadwood”, z którego pamietam postac dlugowlosego Wild Billa Hickoka.

Teraz natknelam sie na lepsza polówke Wild Billa czyli Calamity Jane. Która zreszta uzyczyla imienia letnim dzinsom, kupionych przeze mnie lata temu. Ale w „Deadwood” sie nie pojawila, jakkolwiek pojawiala sie w autentycznym Deadwood. Niewiele o niej wiadomo – albo inaczej: sama Jane przyczynila sie do tego, ze stala sie legenda jeszcze za zycia. Jak pisze w swoich listach do córki, opowiadala klamstwa i zmyslone historie na prawo i lewo. Niedlugo przed smiercia chciala córce sie zwierzyc z tajemnicy – ale zabraklo jej odwagi. Jak sadze i tak w tych listach miesci sie wiecej prawdy niz w historiach opowiadanych do dzis. Polska Wikipedia przedstawia ja w niezbyt pozytywnym swietle, natomiast zarówno szwedzka jak i angielska daja bardziej zniuansowany obraz. Klopot z Jane taki, ze nie byla gospodynia domowa ani saloonowa girlaska. Za to strzelala lepiej niz jej koledzy, chodzila czesto w spodniach, wygrywala w pokera i pila alkohol w miejscach publicznych. Jak to ktos powiedzial, robila to samo, co wiele kobiet piecdziesiat lat pózniej – czyli miala pecha urodzic sie przed swoim czasem.

Z drugiej strony moze to bylo jej wielkie szczescie? Bo w sumie robila co chciala – oczywiscie w ramach miejsca, majatku i epoki. Dzisiaj niejeden móglby jej pozazdroscic wolnosci i intensywnosci zycia: duzo podrózowala, spotykala ciekawych ludzi, byla zwiazana z legenda Dzikiego Zachodu, pomagala slabym i biednym, pracowala jako zwiadowca generala Custera, polozna, kucharka, kurtyzana, cyrkówka u Bufflo Billa oraz woznica dylizansu. Nie byla od nikogo zalezna i zarabiala na wlasne utrzymanie. Mówila, co myslala, a czasami nawet dopuszczala sie rekoczynów, zeby dobitniej zademonstrowac swoje stanowisko. To musialo byc szalenie ozywcze, móc sobie pofolgowac w czasach, kiedy reszta niewiesciego rodu chodzila w gorsecie i trzymala buzie w ciup. Podobno raz postanowily sie z nia rozprawic „porzadne panie z towarzystwa”. Weszly grupa do saloonu, uzbrojone w nozyczki, zeby obstrzyc Jane na glace oraz w szpicrute do wiadomych celów. Jane nie dala sie zaskoczyc i obronila sie chwacko – na swój sposób. Atakujace ja damy odziane byly w krynoliny z wieloma halkami. Jane zadarla kazdej z niej suknie i halki na glowe, az szacowne damy swiecily golizna czyli cytujac Jane wystepowaly „w stroju Ewy”.

Calamity Jane nazywala sie na prawde Martha Jane Cannary i zyla w latach 1852 do 1903. Pochowana zostala w Deadwood, kolo Wild Billa Hickoka, z którym najprawdopodobniej miala córke, do której adresowala listy zawarte w ksiazce. Pisane sa w latach 1877-1902. Nie jest ich wiele i nie sa dlugie – sa za to porywajace i pelne doswiadczenia zyciowego. Czuje sie, ze Calamity Jane chce podzielic sie swoimi przemysleniami – a jednoczesnie opowiedziec wiecej o sobie samej. Jako troskliwa matka dzieli sie z Janey sprawdzonymi przepisami kulinarnymi. Uwagi o sobie pisze z dystansu, autoironiczne , szczere i bez zludzen. Jane seniorka (imienniczka-córka nazywana jest Janey) obserwuje nieuchronny proces starzenia, nieublagane wyczerpanie organizmu i postepujaca slepote. Nie rozczula sie nad soba i nie zyczy sobie litosci innych – na pare miesiecy przed smiercia pisze: „Nie lituj sie nade mna, Janey”.

Musze wyznac, ze te listy czyta sie lepiej niz najlepsza powiesc! Wiadomo nie od dzis, ze najlepsze scenariusze tworzy samo zycie. Niezaleznie od kontrowersji zwiazanych z postacia historyczna oraz wiarygodnoscia jej licznych wypowiedzi (do konfabulacji oraz nabijania bliznich w butelke przyznaje sie chetnie i w listach) to dynamiczna, fascynujaca dramtycznymi losami i rozlicznymi przygodami lektura. Do tego ksiazka ma wielka zalete – jest niedluga. Ilosc cytatów, które chcialabym przytoczyc zaklócilaby pewnie proporcje wpisu – postaram sie wiec w miare opanowac. Sprawdzone przepisy mamy Jane podam na raz nastepny, jak sobie przepracuje jednostki miary. Ponizej zalaczam zlote mysli Calamity Jane.

 

– O kobietach:

 

Nikogo jeszcze nie zabilam, ale mialabym ochote palnac w leb pare bab w Deadwood.

 

– O wedrownych pastorach:

 

Nie boje sie spotkania z nimi dopóki mam dwa rewolwery przy pasie, ale jestem cholernie pewna, ze nie chcialbym ich spotkac jakby tak dzierzyli Biblie pod pacha.

 

– Do córki:

 

Glowa do góry i kaz im isc do diabla.

 

– O milosci:

 

Siedza jak przyklejeni do siebie i az sie serce kraje kiedy widze jak sie nie moga ze sona rozstac. Ale sadze, ze dopiero za pare lat wyrobia sobie pojecie na temat tego czym jest „milosc”.

 

Pamietaj, ze milosc to nie to samo co namietnosc.

 

– O znajomym:

 

Byl za bardzo gentlemanem, zeby bic kobiety, wiec tylko stal i patrzal jak dostawalam razy i bylam drapana.

 

– O malzenstwie:

 

Czasami zastanawiam sie nad powtórnym malzenstwem, ale od razu mnie mdli jak sobie pomysle, ze musialabym podazac za polami jego plaszcza.

 

Bo malzenstwo to nie tylko romantyka.

 

– O miasteczku Billings

 

Blillings jest raczej ruchliwym miastem, które daja zajecie 1500 lobuzów.

 

– O ludziach:

 

Sa tacy, którzy uwazaja, ze im sie wszystko od swiata nalezy, ale swiat nie jest winny nikomu nic, nigdy nie byl i nie bedzie.

 

Nie ma sensu ostrzegac innych, czego powinni unikac ani dzielic sie z nimi wlasnymi doswiadczeniami w celu dokonania dobrego wyboru. Kazdy musi sie uczyc na wlasnych doswiadczeniach.

 

– O zonie Wild Billa:

 

Wytrzymywal z nia, bo sie jej bal.

 

– O ukochanym koniu, Szatanie:

 

Jesli konie ida do nieba, to jestem pewna, ze juz jest tam, gdzie nie ma ostrych zim i nie brakuje paszy.

 

– O sobie:

 

Zeby mi tylko bylo dane zachowac zdrowie i poczucie humoru to sobie poradze.

 

Sama sobie radze ze wszystkim, ale zapamietaj sobie, ze nie ma rzeczy, której ludzie nienawidza wiecej niz kobiety, która jest samodzielna.

O, królowo-Schiff

In Ksiazki, Przywracanie pamieci on 22 czerwca 2012 at 15:33

Stacy Schiff / Kleopatra / 2011

 

 

Po królu pora teraz na królowa. W Gazecie Wyborczej byla znakomita recenzja, wiec tutaj tylko garsc refleksji.

Autorka mialaby zdecydowanie latwiejsze zadanie jakby sie zabrala za biografie wspólczesna, a chocby nie tak odlegla w czasie. Z wielka pieczolowitoscia, niczym archeolog uradowany odkryciem kazda drobina odlamka starej amfory, z fragmentów nowo impretowanych zródel historycznych, sklada na nowo portret Kleopatry. Podoba mi sie szwedzka okladka biografii, poniewaz wzmaga jeszcze wrazenie tajemnicy, jaka bylo i jest osnute zycie i smierc ostatniej pani faraon z dynastii Ptolemeuszy (nie sadze, zeby chciala byc nazywana faraonka). Kleopatra ma perly we wlosach, która to drogocenna mode wprowadzila jako pierwsza na swiecie. Z jednej strony moglaby dzis byc ikona stylu, z drugiej wybitnym politykiem, a z trzeciej uczonym akademikiem. Kobieta dumna – w celach politycznych przeprowadzila glodówke niczym Julia Tymoszenko. Mistrzyni autokreacji, obdarzona szybkim refleksem politycznym, idaca daleko na kompromisy, zeby ocalic glowe i wladze nad Egiptem. Dopiero po dwudziestu dwóch latach sprawowania wladzy natrafila na sytuacje, z której nie dala rady ujsc z zyciem. Odeszla wiec z honorem i na wlasnych warunkach, wyczerpawszy wczesniej wszystkie mozliwosci innego rozwiazania.

Poza sama postacia Kleopatry, oswietlona z rozmaitych zródel – wraz z dyskusja rzetelnosci owych – Stacy Schiff kresli obraz epoki i to nie tylko w jednym kraju. Zalacza zdjecia podobizn wladców oraz rekonstrukcje wygladu Aleksandrii, miasta o wysokim poziomie cywilizacyjnym i przybytku zabawy. Dzieki tej mrówczej pracy mozna niemal zobaczyc zywa kobiete w wysmakowanych wnetrzach i eleganckich kreacjach – a nie Elisabeth Taylor.

Ksiazka pisana jest jezykiem wspólczesnym i potocznym, co ulatwia odbiór. Jakby Schiff pisala jezykiem naukowym, to tej biografii nie daloby sie czytac – tyle tu wystepuje dat, interpretacji i wydarzen. Autorka prezentuje nowoczesne i feministyczne spojrzenie na Kleopatre, która niezaleznie od spojrzenia byla kobieta wybitna. Na pewno Schiff ma racje zwracajac uwage na koniecznosc  wiekszej ilosci forteli i posiadania inteligencji wszelakiego rodzaju  ze wzgledu na plec. Kleopatra finasuje wojny, a potem Rzym, w miedzyczasie podrózujac, a w podrózy rodzac dzieci. Nie ma taryfy ulgowej – zaden z wladców nie przepuszcza jej pierwszej przez drzwi. Wrecz przeciwnie, kazdy stara sie a to noge, a to swinie podlozyc – a najlepiej obrabowac i zabic. Zreszta podobna sytuacja panowala juz w domu rodzinnym – Ptolomeusze rzadko dozywali póznej starosci czy umierali smiercia naturalna. Zgodnie z regula: the fittest survives przezyla Kleopatra. Tak mozna ja okreslic: survivor. A poza tym warrior – byla niewatpliwie wojownikiem i osoba o duzej odwadze.

Cytaty:

 

Kobieta wyksztalcona byla, jak to bywa, kobieta niebezpieczna. (s.49)

 

O Juliuszu Cezarze: Podobnie jak Kleopatra byl wszechstronnie wyksztalcony i cechowal sie niespozyta ciekawoscia. (s.52)

 

Od momentu smierci Kleopatry jej sukcesy podlegaly róznej ocenie – podobnie jak za jej zycia. Ze wzgledów zasadniczych jej sila – wedlug co poniektórych – miala miec zródlo w jej seksualnosci. Jak odnotowal jeden z morderców Cezara: „Ludzi o wiele wiecej zajmuje wlasny strach niz wlasne wspomnienia!” Z powodzeniem przypisywano kobietom sukcesy uzyskane dzieki urodzie, a nie inteligencji, aby je zredukowac do sumy zycia intymnego. Nikt nie ma szans przy spotkaniu z potezna uwodzicielka. Na kobiete, która uwodzi mezczyzne przy pomocy swojej blyskotliwej inteligencji – odziana w dlugie sznurki perel – powinno w kazdym razie istniec antidotum. Kleopatra niepokoi bardziej jako kobieta madra niz uwodzicielska, staje sie mniej niebezpieczna jako smiertelnie atrakcyjna niz jako smietelnie inteligentna. (Motto Menandersa z IV wieku n.e.  – „jezeli mezczyzna uczy kobiete sztuki pisania, powinien wiedziec, ze dostarcza zmii jadu” – kopiowane bylo w szkolach jeszcze pareset lat po jej smierci.) (s.344-345)

Nie wiadomo dokladnie jak Kleopatra wygladala. Dlatego wkleilam wlasne zdjecia z Egiptu zamiast jej portretu.

Królu ty mój-Balzac

In Ksiazki on 18 czerwca 2012 at 18:10

Honoré de Balzac / Förlorade illusioner / Stracone zludzenia / 1990

 

 

Dwa w jednym: przyjemnosc powrotu do starego faworyta z nieprzyjemnoscia odkrycia, ze swiat Balzaka nic nie stracil na aktualnosci. Ba, nawet na niej zyskal! Bo poprzednim razem mialam do czynienia z mistrzem HB jeszcze w szkole, kiedy to w okolicy bliskiej i dalszej panowal inny klimat. Swiat pieniadza zdawal sie odlegly, przestarzaly i wzbudzajacy wstret – a tymczasem? Tymczasem zatoczylismy kolo i znajdujemy sie w tym samym punkcie cow pierwszej polowie XIX wieku. Czytam wiec z rozkosza masochisty jaki los czeka pisane przeze mnie vademecum, poniewaz stosunki w branzy wydawniczej zastygly w formie constans. Z jednym wyjatkiem: doszla demokratyczna mozliwosc publikowania i rozprzestrzeniania informacji za pomoca Internetu, Gott sei dank.

 

Poza kapitalistycznymi paralelami Zgubione iluzje 😉 maja jeszcze dwie mocne strony. Realizm pana de B jest auto-realistyczny, poniewaz de facto jest opowiescia o zyciu i zmaganiach samego pisarza. Bez watpienia najlepsza recepta na sukces: pisanie o tym, na czym autor sie zna. A Balzakowi dane bylo zapoznac sie z kleska i sukcesem, zarówno w sensie symbolicznym jak i materialnym. Swiat drukarzy, wydawców, dziennikarzy, redakcji, bankierów i teatru staja przed oczami jak zywe. Przy czym osoba, która stracila wszelkie zludzenia jest przede wszystkim…autor. Stad sie bierze nastepna mocna strona uworu – powiesc przesycona jest gorzkimi, acz zaskakujaco prawdziwymi, obserwacjami psychologicznymi i socjologicznymi. Szalenie nie lubie tych, którzy sie powoluja „bo taka jest ludzka natura” – poza Balzakiem, bo on widzi przez czlowieka na wylot. Odslania ukryte motywy, pastwi sie nad paskudnosciami charakteru, nie wierzy w zadne mity spoleczne o solidarnosci czy przyzwoitosci w stosunku do swojej grupy czy rodziny.  Jest wspaniale politycznie niepoprawny. No bo – z reka na sercu – czy to nie prawda?

 

Petit-Claud (…) zrozumial ogrom nienawisci kobiety w stosunku do mezczyzny, który nie kocha jej wówczas, kiedy ona pragnie byc kochana.

 

Genialne! Albo:

 

     …otulala go puchami i ratowala lekarstwami, rozpieszczala go wyszukanymi daniami – niczym markiza francuskiego pieska – zalecala badz zabraniala tych czy i innych potraw, haftowala mu kamizelki, fulary i chusteczki do nosa. (…) Francis zdawal sie czerpac swoje mysli z oczu Zizin.

 

Czy nie znacie takich pan domu, zon i matek-Polek, które tak wlasnie piora mózgi (mózdzki?) swoich partnerów i przywiazuja do siebie wmawiajac, ze bez ich uslug i troski mezczyzna nie da sobie rady w zyciu? Ja znam! Zawsze mi sie wydawalo, iz traktuja tych facetów jak dzieci, ale Balzac-zlosliwiec poszedl jeszcze dalej: jak salonowe pieski… Ha!

I jeszcze jedna paralela mi sie byla skojarzyla. Skala swiata skurczyla sie mocno i szok cywilizacyjny bohatera czyli Lucjana oddaje nie tyle przyjazd z malego miasteczka do stolicy co wyprawa ambitnej jednostki ze swojego kraju do kraju innego. Z kraju mniej zamoznego i swiatowego do miejsca, gdzie wszyscy chca przebywac , który wyznacza trendy i w którym odbywaj asie powazne transakcje pieniezne. Ilez to lokalnych talentów rozmywa sie i ginie w walce o przetrwanie – przyjezdzajac w pogoni za swiatowym sukcesem w miejsce nowych, prowincjonalnych talentów nieglodne. Jak, nie przymierzajac, takie Hollywood.

Poza stwierdzeniem, ze mój ulubieniec is still going strong musze pochwalic wydawnictwo za zamieszczenie starych, pieknych ilustracji piórka Daumier, Gavartani i innych. O ilez bardziej nastrojowe i dajace pole do wyobrazni niz zdjecia. Ach, zeby to Balzaka wiecej osób czytalo – a tak to moje dziecko skonczylo klase humanistyczna nie zapoznawszy sie z tym powiesciowym królem. Ja tymczasem po przeczytaniu Utraconych czapkuje nadal: Vive le roi!

“A.Virgin & Son”-Clark

In Ksiazki on 16 czerwca 2012 at 00:16

Stewart Clark / Broken English  2007

 

 

Dzisiaj zdobycz  z kosza w supermarkecie. Nie moglam sie oprzec! Bagatela, ale smieszna. Autor znany mi wczesniej z ksiazki w twardej okladce (Don’t smell the balloons), która dalam w prezencie kolezance anglistce i jej szkockiemu mezowi – ku ogromnej uciesze obojga.

 

Pomysl na ksiazke superprosty: autor notuje smieszne napisy po mniej lub bardziej angielsku, z róznych krajów. Jedne mniej, jedne bardziej smieszne – czesc takich, ze sie od razu parska smiechem. Jest nawet pare z Polski, ale raczej pretensjonalne niz smieszne. Najsmakowitsze, raczej do przewidzenia, z Azji. Najlepsze chyba z Japonii – wyrazny dowód, ze japonski i angielski naleza do róznych grup jezykowych, a ich uzytkownicy maja zupelnie inny sposób myslenia.

 

Dla mnie te cytaty maja dodatkowy smaczek, poniewaz zdarzalo mi sie dokonywac przekladów technicznych w elektrowni jadrowej. Teraz inspekcje dobieraja sie i do poprawnosci uzycia jezyka, ale dawniej „angielski” byl wypadkowa zyczeniowego myslenia Szwedów i Niemców. Nie wiedziec czemu ludzie rzadko chca sie nauczyc czegos nowego, tylko obstaja przy swoim. Widzialam zatem kwiatki niemal tak urocze jak u pana Clarka. Ale nie ma co gadac po próznicy ani sie wymadrzac – lepiej sie wspólnie posmiac:

 

„We would like to welcome Mrs M. Tchacher and her husband Mr Pennis Thacher”

 

“Wimbledon tried hardly, but still lost”

 

“I am a man who likes to have my balls in the air”

 

“I speak fluid English”

 

“I speak English floatingly”

 

“Beware of greasy corner where lurk skid demon. Cease step on, approach slowly, round cautiously, resume step on gradually”

 

“When passenger of foot heave in sight, tootle the horn. Trumpet him melodiously at first, but if he still obstacles your passage then tootle him with vigor”

 

“Mousse hunting is our speciality”

 

“Guests are requested not to smoke or do other disgusting behaviours in bed”

 

“Is forbidden to steal hotel towels please. If you are not person to do such thing is please not to read notis”

 

“You are invited to take advantage of the chambermaid”

 

“Please to bathe inside the tub”

 

“Mad service daily 8-12”

 

“A sport jacket may be worn to dinner, but no trousers”

 

“Customers who find our waitress rude ought to see the manager”

Swiat przed FB – Mrozek

In Ksiazki, Polskie refleksje on 14 czerwca 2012 at 00:01

Slawomir Mrozek / Baltazar / 2006

 

 

Ciagle zagladam na tyl ksiazki, sprawdzajac czy aby nie przybylo tam jeszcze paru rozdzialów? Znakomita lektura do czytania w chlodnym sloncu czerwca. Szczególnie, ze czesto wspominany jest mój rodzinny Kraków, moja szkola srednia, której absolwentem byl i Mrozek, a nawet ojciec mojego szkolnego kolegi. Bo w Krakowie, podobnie jak za wczesnego Mrozka, wszyscy nadal sie znaja. I co prawda samego Mrozka nigdy nie spotkalam, ale za to mama mojej kolezanki, bedac w Paryzu, z jakiegos powodu znalazla sie w mieszkaniu, w którym podobno mieszkal. Widziala nawet na wieszaku „kapelusz Slawka”, o czym pózniej polowie Krakowa przez rok opowiadala.

Ta ksiazka powstala w ramach rehabilitacji i walki z afazja – i w tym wymiarze zdaje sie szczególnie imponujaca. Moze i czesc mózgu pisarzowi zamarla, ale na pewno nie ta zawierajaca poczucie humoru. Jest ono jakze krakowskie – lekko zlosliwe, a przede wszystkim ciete – nie wchodzace jednak nigdy w regiony niedyskrecji, chamstwa czy porachunków. Sam autor zastrzega na poczatku, ze jako gentleman na temat kobiet w swoim zyciu pisac nie bedzie. Natomiast reszta to uczciwe wspomnienia i daj nam Panie Boze takich jak najwiecej.

 

Ujal mnie raczej rzadki u ludzi znanych dystans do siebie samego i opowiadanie o szczególach, które wspólczesni celebryci skwapliwie omijaja: biedzie, klopotach rodzinnych, pijanstwie, chorobach. Tyle, ile trzeba, bez ekspolatowania modnej niedawno „pornografii” nieszczescia czy biedy. Przy czym zadnych osobistych wycieczek, zadnego zwalania na kogos czy na okolicznosci. Duzo godnosci i nieposzlakowana integralnosc charakteru. Pelen szacunku i ujmujacy stosunek do kobiet, nacechowany autorefleksja. Zupelny brak czesto psujacego smak wspomnien sentymentalizmu. Nie ma rewanzyzmu ani checi osadzania ludzi. Zadne tez tam name dropping – Mrozek nazywa z imienia tylko o dobrych znajomych. W anegdotach czesto nazwiska pomija, skupiajacac sie na samej kuriozalnosci sytuacji.

 

Sympatyczna atmosfera wspomnien i celne uwagi. Satyryk ani nie kreuje sie na meczennika bylego ustroju, ani na artyste, ani na celebryte. Pomyslec jaki obraz swiata byl piekny przed powstaniem Internetu, a zwlaszcza portalu Facebook!

 

Na deser Mrozek zaprosil mnie dodatkowo na wlasne przesady na temat Szwedów:

 

Szwed – jak przystalo na Szweda – byl wysokim, szczuplym, lysiejacym blondynem i mial wysokie, wypukle czolo.

 

Znajomosc zaczela sie od razu w kabinie. Poniewaz ja oswiadczylem, ze jako zacofany Polak nie bede w stanie obslugiwac nowoczesnych urzadzen, poprosilem o to Szweda. Przylaczyl sie do mnie Turek, który stwierdzil, ze dorównuje Polakowi pod wzgledem zacofania. Szwed objasnil nam obu zasady dzialania urzadzen sanitarnych i od razu zapanowala miedzy nami harmonia. (strona 217)

Imperfectionists= Perfect! – Rachman

In Ksiazki on 1 czerwca 2012 at 23:50

Tom Rachman / De imperfekta / 2011

Nie wiem czy to nagroda za ostatnie ciezkie próby mojego charakteru czytelniczego czy tez za cos innego – a moze tylko szczesliwe zrzadzenie losu – ale nareszcie natrafilam na wspaniala lekture.

 

Jesli by istnial przepis na napisanie ksiazki idealnej to o jego posiadanie mozna by posadzic Toma Rachmana. Jedna z ingrediencji musi byc mieszany background – w jakims ulamku takze z naszej strony swiata. Drugi skladnik sukcesu to umiejetnosc obserwacji ludzi i zrozumienie wspólczesnosci – dawno juz nie poznalam tak wiarygodnych i wielowymiarowych portretów, miarodajnych mimo wycinkowosci opisu. Trzeci czynnik to dar pisania, poglebiony studiami dziennikarskimi i dorobkiem reporterskim – umiejetnosci zdobywane za czasów kiedy jeszcze dziennikarze nie pisali plasko i uzywali „trudnych” wyrazów. Czwarty to objezdzenie po swiecie, ze szczególnym uwzglednieniem Europy. Rzadko sie zdarzaja ludzie wyksztalceni w Ameryce, którzy by Europe potrafili oddac. Piata cecha to dobry smak i wywazenie proporcji – Rachman wmanewrowuje swoich bahaterów w trudne sytuacje, dajac tylko czytelnikowi do zrozumienia co sie dzieje – bez znizania sie do niesmacznych opisów. Szósta zaleta, szczególnie memu sercu mila, to poczucie humoru.

Ciekawa równiez jest kompozycja utworu. Wlasciwie to collage portretów dziennikarzy wychodzacego w Rzymie amerykanskiego dziennika, przeplatany cienka nitka losów zalozycieli gazety. Portrety sa fascynujace, gdyz pod pierwsza, zawodowa warstwa Rachman odslania druga, rodzinna, a potem jeszcze trzecia, czwarta, piata. Na pierwszy rzut oka wiekszosc bohaterów przecietna, ani lepsza nia gorsza niz reszta ludzkosci. Jedni bezczelni, drudzy niesmiali – niezwykle jednak jest, ze autor nikogo nie faworyzuje i niczym adwokat rzetelnie wyluszcza racje kazdej strony. Nie ma zlych i dobrych – kazdy ma jakas ceche, za która mozna go polubic i jakas skaze, imperfekcje. Z tym, ze te pekniecia czy skazy uwiarygodniaja prawdziwosc postaci, bedac niczym piegi na plecach, garbek na nosie czy wlochate uszy.

Te imperfekcje bardzo mi przypasowaly, gdyz nie lubie osób czy widoków zbyt idealnych. Robilam kiedys serie zdjec pod takim tytulem i z pasja tropie imperfekcje w przyrodzie. Tom R przeniósl ciekawosc szukania odchylen na chlube przyrody ozywionej czyli czlowieka.

 

Czas akcji obejmuje powstanie i upadek dziennika, od lat piecdziesiatych do teraz. Mimo wysilków wspólpracowników gazeta przynosi wlascicielom coraz wieksze straty, co mi przypomnialo ciekawy reportaz o walce o przetrwanie The New York Times, z którego cytat zdobi szwedzkie wydanie [Wybitne – ni mniej, ni wiecej]. The New York Times na cale szczescie zainwestowal w odpowiednim momencie w wydanie internetowe, którego brak pograzyl dodatkowo fikcyjny rzymski odpowiednik.

Rachman ma wrodzone wyczucie komizmu sytuacji. Swietnie opisuje spotkanie starego wygi reporterskiego z mlodym naukowcem, marzacym o karierze reporterskiej w Kairze oraz zycie redaktora naczelnego (wnuka zalozyciela), którego obchodzi tylko i wylacznie wlasny pies. Wspólpracownicy przezywaja ups and downs, tym niemniej znosza je z godnoscia i zasadniczo nie pedza niewolniczo za kariera. Nie chodza na kursy o egzotycznych nazwach – najwazniejsze w ich zyciu sa relacje miedzyludzkie, które równiez charakteryzuje brak perfekcji. Niezaleznie od tego czy chodzi o przyjazn z psem, kolega szkolnym, milosc do córeczki, fascynacje zona, zazdrosnego kochanka, samotnosc czy wspomnienie milosci czasów mlodzienczych to wlasnie inni (zazwyczaj ludzie) nadaja koloryt i wartosc zyciu bohaterów powiesci „De imperfekta”. Podobnie jak i naszemu.

A na deser zapraszam na ciasto z rabarbarem: