szwedzkiereminiscencje

Archive for Marzec 2012|Monthly archive page

Moda na wiosne 2012

In moda, Szwecja on 31 marca 2012 at 20:06

Nowy sezon ubraniowy – przede wszystkim w kolorowych gazetach. W sklepach tez niezle – tylko ulica, jak zwykle, kiepsko ubrana. Najlepiej bywa w Sztokholmie, choc i tam dziewczyny wygladaja jak sklonowane. Camilla Thulin, jedna z niewielu dobrze ubranych kobiet w Szwecji, powiedzila DN o swoich rodaczkach:

Dojrzale kobiety pracy wygladaja albo jak niewyrosnieci faceci albo jak przerosniete dziewczynki. Jak juz sukienka to opieta na obfitym biuscie, a pod biustem objetoscia przypomina namiot. Kojarza sie z matka lub mala dziewczynka – ale nigdy z kobieta.

W kazdym razie pomarzyc sobie wolno. W modzie wiosennej wielki sezon eklektyczny, bo równolegle egzystuja rozmaite style i epoki. Z tej obfitosci wylonilam pare trendów, które mi sie osobiscie podobaja. Zilustruje te mniej typowe.

  1. Dwudziestolecie miedzywojenne. Zarówno lata 20-te jak i 30-te. Duzo wzorów inspirowanych Sonia Dalauney.
  2. Robótki reczne. Eksplozja kolorów, kultur i wzorów z haftach, aplikacjach, koralikach, sztrasach. Na kazdej czesci garderoby, ubuwiu i dodatkach. Piekne!
  3. Granatowe, eleganckie i proste sukienki i inne outfity – zawsze miewam taka jedna na lato.
  4. Zielone nowalijki – zwlaszcza w torebkach i lakierach do paznokci.Boleslawiec. Wlasciwie pochodna punktu 1, choc czesc wzorów wywodzi sie jeszcze z ruchu Arts ans Crafts (co widac chocby po bluzce Edith z Downton Abbey).

5. Boleslawiec. Wlasciwie pochodna punktu 1, choc czesc wzorów wywodzi sie jeszcze z ruchu Arts ans Crafts (co widac chocby po bluzce Edith z Downton Abbey).


6. Psi zab czyli kurza lapka. Nigdy wczesniej nie nosilam- a teraz mam sukienke.

7. Zlota spódnica jak od Balmain – moja jest brokatowa.

A co Ty wybierzesz w tym roku?

Umarle klasy-Olczak-Ronikier

In Ksiazki, Polskie refleksje, Przywracanie pamieci, Szwecja on 29 marca 2012 at 17:03

Joanna Olczak-Ronikier / Korczak. Próba biografii / 2011

 

 

Na te ksiazke czekalam wyjatkowo dlugo – i juz sie obawialam, ze bedzie jak w kawale o sekatorze, ale przeczytalam ciurkiem i od reki. Po jej lekturze wiem duzo wiecej o Korczaku i przede wszystkim o zydowskiej diasporze w Polsce. Olczak-Ronikier wykonala dobry kawal roboty identyfikujac konkretne osoby i osadzajac je w warunkach historycznych. Wypelnila luke, opisujac to wszystko jakby mimochodem i chwala jej za to. Umiescila sporo zdjec, na których widac i wychowawców, i wychowanków warszawskich domów dziecka. Spod jej pióra wychodza pelnokrwiste postaci duzych i malych. To wazne, poniewaz wypelnia luke po Zagladzie. Bo co innego przeczytac, ze gdzies zginelo tylu a tylu Zydów, a co innego ze zginal Mosiek, Sara i Srul. Zatrzymuje sie przy tym przy ich zydowstwie, wyrazajacym sie w religii, kulturze badz tradycji. W odróznieniu od Krzywickiej, która zawsze podkresla swoja polonizacje, Olczak-Ronikier tropi slady lacznosci z dawnymi pokoleniami Polaków-Zydów. Udaje jej sie pisac o tym w sposób naturalny, a to sztuka nie lada. Od lat bowiem nie ma ani sensownej dyskusji, ani jezyka, ani zwyczaju i nadal panuje ostry podzial: albo Polak, albo Zyd. Odmawia sie konkretnym ludziom prawa do podwójnej tozsamosci. Jak pozytywny, to Polak. Jak szuja, to Panie, Zyd. Help!

 

Korczak nie jest znany zadnemu szwedzkiemu pedagogowi i Szwedzi sa przekonani, ze to oni wymyslili prawa dziecka. Za to Niemcy, z rak których Korczak zginal, przejeli sie jego ideami na tyle, iz wykladaja je na kierunkach pedagogicznych. Jak zwykle zachowujemy swoich swiatlych niemal wylacznie dla siebie.

 

Sam Korczak stal sie dla mnie po przeczytaniu ksiazki bardziej czlowiekiem niz ikona. W dodatku zapalalam do niego sympatia: za anarchizm i niezaleznosc wewnetrzna. I rzecz jasna za zycie zgodnie z przekonaniami. Za ciekawy uwazam watek masonski. Polskich zdeklarowanych masonów nie znam, natomiast napotkalam zarówno w Szwecji jak i Norwegii. Spodobalo mi sie, ze Stary Doktor wybral dla siebie loze koedukacyjna. Przy okazji wspomnienie o generale Michale Tokarzewskim-Karaszewiczu – nastepny ciekawy i wartosciowy czlowiek, któremu nie dane bylo dozyc starosci w Polsce. Serce boli. No i wspaniale portrety kobiet, z którymi Korczak sie przyjaznil i z którymi wspólpracowal wychowawczo. Mial chyba dar do przyjazni i potrafil pisac uczuciowe oraz osobiste listy. Po raz kolejny uprzytomnilam sobie trywializacje dzisiejszej korespondencji, która ma byc z zalozenia krótka i rzeczowa. Bez klopotów mozna wydac interesujacy zbiór listów, a trudno by bylo o równie zajmujacy zbiór maili. Jak sie patrze na przedwojenne zdjecia JK to widze typowego inteligenta, o zacieciu bohemicznym. Lubie to co widze, jak to sie tu mówi. Innymi slowy: widze interesujacego i wrazliwego mezczyzne. Nic wiec dziwnego, ze jego wspólpracownice Starym Doktorem sie interesowaly nie tylko zawodowo.

 

Autorka zwraca tez uwage na niewspólmierne wymagania w stosunku do „obcego”:

 

„Zyd, który czy to w Królestwie, czy u nas, chce byc traktowany na równi z innymi obywatelami kraju, musi byc charakteru nieskazitelnego, musi liczyc sie z kazdym krokiem, azeby najmniejszej skazy lub przewinienia garstka zydofobów nie polozyla w karb jego wlasciwosoci plemiennych, musi wystrzegac sie wszystkiego, cokolwiek by moglo przypomniec wady jego wspólwyznawców, azeby mógl propagowac ze skutkiem idee asymilacji.”

Podobne wymagania stawia sie imigrantom obecnie. Nie dalej niz wczoraj ogladalam program o wieloetnicznym Malmö, które stalo sie sola w oku szwedzkiej policji i polityków. Dochodzi do strzelaniny na ulicach i w ciagu pól roku nieznani sprawcy zamordowali w ten sposób osiem osób. W tej sytuacji SD, partia wywodzaca sie od neonazistów, postuluje ograniczenie imigracji. Szwedzki Kowalski domaga sie wysylania ciupasem „do domu” tych, którzy nie spelniaja kryterium nieskazitelnosci.

 

To poczucie, ze na kazdym kroku moze spotkac cie krytyka, obelga, a najlepszym razie drwina, musialo byc trudne do zniesienia. Swiadomosc, ze caly czas musisz sie kontrolowac, ukrywac swój gniew, zabiegac o przychylnosc Polaków, mogla doprowadzic do ciezkiej depresji.

 

Szkoda tylko, ze antysemityzm wyrósl na oddzielna galaz i ze malo kto wyciaga wnioski: chodzi o o zle traktowanie przybyszów przez miejscowych. Bo z zacytowanym powyzej poczuciem niewystarczalnosci zyja wszyscy emigranci na swiecie. Jak na ironie w Malmö nie tyle Zydzi, co Arabowie. Ksiazka Olczak-Ronikier moglaby stac sie tu punktem startowym do dyskusji: Czego nauczyl nas Holocaust? Bo szwedzka królowa Sylvia nie tylko sie nie wstydzi, ze jej ojciec przejal fabryke zydowskiego inzyniera w Berlinie i dorobil na maskach gazowych, lecz jeszcze usiluje udowodnic, ze to wszytsko nieprawda. A przecietny Szwed uwaza, ze dziury w niebie nie bedzie. W Polsce przynajmniej o tyle przyzwoiciej, ze nikt grabienia mienia zydowskiego nie osmiela sie glosno bronic.

 

 

„Korczak” to ksiazka nie tylko dla milosników Korczaka – takze dla milosników historii Polski. Zas sam Korczak to super facet. Zaden tam smutas czy cierpietnik, jak go sie czasami przedstawia. Laczyl fantazje z wrazliwoscia i glebokim poczuciem sprawiedliwosci. A jak trzeba bylo to zaklal i poszedl jak burza. Chcial bujac pisarska fantazja w oblokach, lecz poczucie obowiazku i honoru zakowiczylo go na ziemi. Szkoda, ze odchodzi w niepamiec.

Grandiozja wspólczesna-Alvesson

In Szwecja on 27 marca 2012 at 23:54

Wspomniany juz kiedys profesor Mats Alvesson napawa mnie nadzieja na przyszlosc. Co prawda jest w Szwecji: a) blizej nieznany, b) jak juz znany to jako kontrowersyjny – ale stal sie pierwsza jaskólka wieszczaca koniec ery glupoty. Jego silva rerum na razie nie czytalam – jestem zakolejkowana w bibliotece na pozycji drugiej. Ksiazka moze okazac sie zakalcem, natomiast zlota mysl autora przyswieca mi w mrokach szwedzkiego (i nie tylko), postmodernistycznego obskurantyzmu.

 

 

 

Widze wyrazne przesuniecie od kwestii istotnych – autentycznej dzialalnosci, prawdziwej jakosci, konkretnych osiagniec – w kierunku frazesu, reprezentacji i image’u. Cala ta fascynacja powierzchownoscia, która charakterkteryzuje nasze czasy wyciska takze pietno na polityce. Pretensjonalne poczucie własnego znaczenia*, konski ogon (szwedzkiego) ministra finansów i czcza gadanina o rodzinanch prezydenckich – to wszystko zajmuje coraz wiecej miejsca i wzrastajaca trywialicja staje sie faktem.

 

*Grandiosity is chiefly associated with narcissistic personality disorder, but also commonly features in manic or hypomanic episodes of bipolar disorder.[1]

 

 

Do tego jeszcze dodalabym wystawe w Muzeum Narodowym w Sztokholmie „Namietnosci. Sztuka i uczucia w ciagiu pieciu stuleci”: http://www.nationalmuseum.se/sv/Utstallningar/Aktuella-utstallningar/Passioner-Konst-och-kanslor-genom-fem-sekler/ . Bo zeby obejrzec prawdziwe uczucia trzeba sie dzis udac do muzeum – w codziennym zyciu wszyscy w kolo wszystko „lubia”, ze wszystkiego sa „zadowoleni” (no, moze nie zawsze w PL; ale tutaj to tak), wakacje byly „wspaniale”, w pracy uklada sie „dobrze”, dzieci sa „zdolne i udane”, nowa propozycja szefa jest „fascynujaca”, zas kazdy pracownik mówi o sobie, ze jest „kreatywny”. Albo wszystko w letnich temperaturach, albo superlatywy bez pokrycia. Na dodatek w SE wszyscy uzywaja tych samych pieciu okreslen, które akurat sa „in”.

 

Jak tak dalej pójdzie, to bedziemy sobie kupowac bilety do wymiaru, gdzie mozna jeszcze wyrazac autentyczne uczucia, od milosci i namietnosci po nienawisc. Niewykluczone, ze stac na nie bedzie tylko najbogatszych. Bo jak teraz slucham opisu spotkania mlodej pary to slysze: „Córka spotkala wlasnie prawnika. Ma wlasna kancelarie i kupuje mieszkanie.” A ja bym sie zapytala: podoba jej sie? Zakochana w nim? Jakie ma cechy, które sie jej w nim podobaja? Czy jest dla niej dobry? I wychodzi na to, ze buntuje sie niczym Maly Ksiaze.

 

 

–         Hein? Tu es toujours lá? Cinq cent un millions de… je ne sait plus… J’ai tellement de travail ! je suis sérieux, moi, je ne m’amuse pas á des balivernes ! deux et cinq sept…

 

Wracajac do Matsa:

 

Trzeba umiec sie sprzedawac i byc odpowiednio „opakowanym”, nawet jezeli nie jest to zwiazane ani z kompetencjami, ani stopniem bieglosci; wyscigujemy sie w byciu najbardziej popularnym, a nie w faktycznej jakosci.

 

Czyli tlumy wulgarnych ludzi, którzy glosno krzycza: ja, mój, moja, ja! Juz Rózewicz pisal kiedys:

 

nie mówcie odwróceni tyłem:
ja mnie mój moje
mój żołądek mój włos
mój odcisk moje spodnie
moja żona moje dzieci
moje zdanie

 

Znowu Mats:

 

Stopien zadowolenia zalezy od naszej pozycji w stosunku do innych – nie odgrywa roli ani co sie robi ani co sie ma, ale czy mamy i robimy wiecej niz grupa, a która sie porównujemy. Konsekwencja nie jest zupelnie wzrost dobrobytu: musimy za wszystko placic coraz wiecej, zeby sie utrzymac na tym samym poziomie i nie utracic raz zdobytej pozycji.

 

Bez komentarza. Oraz:

 

 

Wiekszosc kupuje bezkrytycznie rewelacje zapodawane przez konsultanta, który zrobil wieczorowy kurs managementu i prezentuje urocze tabelki w PowerPoint. Prezentacja zawiera mnóstwo atrakcyjnych slów, które opisuja nikomu nie znany przyklad domniemanego cudu, który dokonal sie wlasnie dzieki zastosowaniu Niezwykle Atrakcyjnej Metody. Brak samodzielnego myslenia wola o pomste do nieba.

 

 

Bylam wczoraj na tzw.Dniach Wiedzy, które zupelnie z wiedza nie mialy nic wspólnego. Co jeden konsultant to od bardziej egzotycznego kierunku. Taki na przyklad „Profesjonalista od Zmian” czy „Doktor od etykiety”. Brakowalo tylko wyjetego z bajki braci Grimm „Doktora Wszechwiedzacego”! Juz nie mówie o o spoconym grubasie, który kazal nam skakac tak, ze podloga hotelu sie zakolysala, a ja w mysli usilowalam obliczyc drgania wlasne w obawie przed rezonansem.

 

Zas kamieniem, który wywolal niniejsza lawine refleksji stal sie grandiozowaty mail mlodego flecisty. Flecista wzial swoja reprezentacje (fragment nagrania) za siebie samego i postanowil wyczyscic swój image. W kategorycznych slowach nakazal mi najpierw skontaktowac sie przez jego sajt, a pózniej zazadal usuniecia mojego nagrania. Swiadoma swoich praw i obowiazków dokonalam kosmetycznych zmian, które mi pozwolily zachowac nagranie wklejone na blogu.

 

Marze o powrocie do zródla. Filozofowie i fizycy ciagle jeszcze nie rozwiazali problemu stopnia poznania otaczajacego nas swiata, kiedy generujemy swiaty wirtualne i równolegle. Szukam wylacznika, który by wyeliminowal osaczajaca mnie glupote. Mam dosyc terroru „narracji”, otaczajacych ludozerców i rozmowy przy pomocy corporate bullshit. Juz Shakespeare pisal o rózy – a potem Gertruda Stein tez. Jesli nie znosze swojej pracy czy szefa nie pomoze mi NLP i intensywne powtarzanie „kocham”. Na pohybel wszelakiej masci konsultantom (o Konsultancie i jego podejrzanej proweniencji pisal zreszta juz Bulhakow) – ich tytuly przypominaja juz zupelnie Harrego Pottera. Trzymam kciuki za Matsa, zeby wreszcie sie przebil do szerszej widowni. Pociesza mnie, ze nie jestem sama.

 

 

 

Wzór na zycie-Barnes

In Ksiazki, Przywracanie pamieci on 25 marca 2012 at 14:12

Julian Barnes /The Sense of an Ending / 2011 / Booker

Dla M

Sa tacy, którzy maja talent do zycia. I tacy, którzy urodzili sie na Wyspach i zdaja meczyc od kolebki az po grób. Tak sie mecza bohaterowie Rachel Cusk. Byc moze chcac przyjsc im z pomoca Julian Barnes stworzyl matematyczny wzór na zycie. Choc jak sam przyznaje w ostatnim akapicie:

There is accumulation. There is responsibility. And beyond these, there is unrest. There is great unrest.

Z jednej strony ogarnia mnie poczucie ulgi, iz Brytyjczycy nadal holduja wymierajacemu poczuciu obowiazku, ale pointa utworu jest gorzka i nie polecalabym tej ksiazki ani cierpiacemu na depresje, ani mlodocianemu. Choc zgadzam sie w autorem w wielu kwestiach uwazam, ze przedstawiony obraz zycia ludzkiego nie zostawia wiele miejsca na optymizm. Ba, wrecz zniecheca do podjecia jakiegokolwiek wysilku – bo i po co? Mozliwosc porozumienia miedzy ludzmi zdaje sie delikatnie ujmujac ograniczona, milosc to „obiad, gdzie deser zostal podal na wstepie” (uscislajac: malzenstwo), ludzie w swoim egoizmie sie raczej drecza niz umilaja sobie egzystencje. Dzieci odchodza, przyjaciele mlodosci zyja swoimi sprawami. O ile zyja w ogóle – bo jeszcze po drodze zdarzaja sie samobójstwa. Im bardziej prestizowa uczelnia, tym bardziej nieporadny zyciowo absolwent. Czyli mozna by powiedziec: antyksiazka. A jednak cos w sobie ma i ten Booker nie przyszedl niezasluzenie.

Zanim jednak czytelnik doceni autora zostanie przeciagniety, niczym na sredniowiecznych torturach. Na te tortury skladaja sie dwie rzeczy: jezyk i kompozycja. Jezyk jest precyzyjny, ale jakby punktowy (matematycznie: dyskretny) – w odróznieniu od ciaglego trybu opowiadania takiego Eugenidesa. Czytanie Franzena czy Eugenistesa to czysta rozkosz, natomiast Barnes mówi jakby z trudem, dobiera slowa ukladajac w mozaike. Tak jak w pisanym arabskim nie ma samoglosek (dobrze mówie?) i trzeba sie ich domyslac, tak Barnes skapi nam czesci narracji. Podobnie sprawa ma sie z kompozycja – to nie jest typowa powiesc. Kompozycja przypomina mi raczej sztuke, z poszczególnymi scenami oraz apogeum wraz z rozwiazaniem na koncu ostatniego aktu. Otrzymujemy czesc akcji na przemian z dziurami w ciaglosci. Zapewne ma to przyblizac wlasciwosci pamieci ludzkiej, która bywa selektywna.

Dla mnie „The sense of ending” mialo szczególny wymiar. Glówny bohater, Tony, nawiazuje po bardzo wielu latach kontakt ze swoja narzeczona z okresu poczatku studiów. Jak i po co dowie sie czytelnik – ta próba kontaktu przechodzi przez rózne stadia, wzbudzajac w nim wiele zapomnianych uczuc. Barnes spadl mi jak z nieba, poniewaz przechodzilam podobny proces i sama bylam zdziwiona, ba nawet przerazona, ile i co ze mnie przy okazji wyszlo (niczym przyslowiowe szydlo z worka). Mistrzowie zycia spotykaja sie przy winie, pani dostaje kwiaty, a pan zapewnienie, iz byl jedyny i niepowtarzalny. Dreczyciele wzajemni zaczynaja sobie przypominac urojone badz rzeczywiste przewiny sprzed lat. Co prawda – nie napisze po ilu latach – doczekalam sie deklaracji milosci, na która kiedys czekalam na bezdechu – ale bylo to pyrrusowe zwyciestwo. Z tym, ze Tony mial jeszcze gorzej i koniec konców dowiaduje sie historii zupelnie niespodziewanej. W kazdym razie nareszcie ktos, kto sie ze mna zgadza, ze okres wczesnej mlodosci to zupelnie inna wrazliwosc na druga osobe – zawsze widze film „Atonement” i Robbiego z Cecilia, a ilekroc widze ten film to mi serce zamiera w piersi. I to uczucie dobrze Barnes wypunktowal – mimo formalnie uposledzonej narracji bezblednie naciska czytelnikowi na emocjonalne guziki. Warto przemeczyc sie nad pierwsza czescia, zeby przezyc zakonczenie ksiazki. Winda w zoladku zapewniona!

Co jeszcze? Kazdemu przypada inny los na loterii zycia. Jedni maja wiekszy, a inni wrecz znikomy wplyw – choc kazdy sie stara jak moze. A jak sie chce odkopac przyjazn mlodosci trzeba sie przygotowac na niekoniecznie mile niespodzianki i podejsc do sprawy z otwartym umyslem. Wszystko to egzystencjalne i lekko katastroficzne, ale przemyslenia pisarza robia wrazenia autentycznych. „Starszy pan spoglada na zycie” – taki tytul tez bylby adekwatny. Zadnych moralów, zadnego wartosciowania zwiazanego z klasa – co wlasnie daje wrazenie szczerosci. Nie wiem na ile duzo jest tam Toniego, a na ile Barnesa, lecz czytalam te ksiazke niczym list od wujka. Moze i zdeziluzjonowany list, ale odpowiada mi zdecydowanie bardziej niz amerykanskie „prawdy” o zbawiennej mocy „pozytywnego myslenie” i „wyciskaniu cytryn”, które zatruly komus zycie.

Zdecydowanie ciekawa okladka. Czyli co? Czytac, koniecznie czytac! W nagrode czytelnik doczyta sie wzoru na zycie.

Salon odrzuconych-Ishiguro, Barthes

In Ksiazki on 22 marca 2012 at 13:03

Kazuo Ishiguro / Nie opuszczaj mnie

 

Roland Barthes / Kärlekens samtal, fragment (Rozmowy o milosci)

 

Louis-Jean Calvet / Roland Barthes. En biografi

 

 

Z dzisiejszymi odrzuconymi rozprawie sie krótko i brutalnie.

 

Najbardziej rozczarowal mnie Ishiguro, poniewaz mialam polskie wydanie. Rzadko mam okazje czytac po polsku – wiec sie bardzo na lekture cieszylam. Wzielam ze soba do szpitala – i NIC nie zrozumialam. Bardzo byc moze, ze to wplyw morfiny czy innych painkillerów – ale mimo znajomosci macierzystego jezyka polskiego i nabytej jeszcze w podstawówce cennej sztuce czytania w ogóle nie rozumiem o co i komu chodzi? Pewnie tez i tlumaczenie nienajlepsze, ale mimo wszystko! Koszmar – wyrzucam do wirtualnego kosza na smieci.

 

Z kolei „Rozmowy o milosci” to nie lektura dla przyjemnosci. Zreszta dominuja „Cierpienia mlodego Wertera”, przeanalizowane na dziesiata strone. Tak akurat na wiosne rozmowy o milosci bylyby zdecydowanie na miejscu, ale ta ksiazka z miloscia w praktyce na pewno nic nie ma wspólnego. Zycie jest za krótkie na teoretyzowanie w tym temacie – wiec z ulga odlozylam do oddania bez calosciowego przeczytania.

 

No i siegnelam po biografie, bo mi sie wydawalo, ze biografie lubie. Nic bardziej blednego! Odnosze wrazenie, ze dziewiecdziesiate nie byly dla biografii laskawe. Calvet serwuje przede wszystkim samego siebie: napuszony, nadety, z zadeciem. Okropnie napisane – poogladalam tylko zdjecia. Najsmieszniejsze, ze daremnie szukalam tej biografii z mloda bibliotekarka w magazynie, a potem specjalnie po nia (ksiazke, nie bibliotekarke) do Halmstad pojechalam. Zapach okropny – Szwedzi powinni wietrzyc czesciej swoje magazyny biblioteczne. Mój zmysl zapachu oraz smak literacki zastrajkowaly – nie bylam w stanie czytac. Kosz! Roland Barthes mozliwie byl interesujaca i madra osoba, ale na razie zrezygnuje z ambicji zapoznania sie z nim blizej.

Hermafrodyta wspólczesny-Eugenides

In Ksiazki, Przywracanie pamieci on 21 marca 2012 at 14:44

Jeffrey Eugenides / Middlesex / 2003 / Pulitzer

 

Ksiazka jaka byc powinna, a rzadko bywa.

 

Profesor z Lundu, Mats Alvesson, twierdzi przewrotnie, ze teraz wiecej ludzi pisze ksiazki niz chcialoby je czytac. Cos w tym jest – ksiazki zdaja sie starzec w zastraszajacym tempie. Dzisiaj usilowalam znalezc w bibliotece pozycje wydana w 1993 roku. Ostatnio wypozyczona byla w 2007 – i potem zniknela z pólki i bibiotekarskiego horyzontu. Nie majac jeszcze dwudziestki na karku zostala spisana na straty. A co z naszymi klasykami, co z myslicielami antyku?

 

Z jednej z antycznych kolebek, starozytnej Smyrny, a wlasciwie z górskiej wioski polozonej opodal, wywodzi sie ród Stefanidesów, bohaterów powiesci Eugenidesa. Powiesc zawiera podobno watki autobiograficzne – a na pewno smakowite szczególy i szczególiki, owiniete jedwabna szmatka tajemnice rodzinne, ulamki wspomnien, pamiec o pieknych czasach mlodosci – jakiekolwiek by te czasy nie byly. Pelna jest smaków, zapachów, entourage’ów, przyrody, architektury – wszystkiego po troszku, zeby nie zepsuc wyrafinowanego smaku calosci. To jest istne cacuszko i cudenko. Po raz kolejny potwierdza sie teza, ze kazdy pisarz pisze o sobie (byle tylko nie pod siebie!) i jego habitus przedostaje sie do czytelnika wszystkimi porami tekstu. Eugenides z ta sama miloscia pisze o Azji Mniejszej, Detroit, „Narodzie Islamu”, San Franscisco, jedwabiu i jedwabnikach, kobietach, mezczyznach – i hermafrodytach. Przed wojna powiedzialoby sie pewnie, iz to pisarz niezmiernie kulturalny. A przy okazji subtelny, wnikliwy i kruchy. Zreczny niebywale, gdyz umiejetnie laczy oddane z poczuciem humoru sceny zycia codziennego, historie gangsterskie, the road movie, sceny odwazniejsze od „Lady Chatterlay’s lover”, serialami „Brotherhood” i „Boardwalk Empire”, opisy choroby i najwiekszego tabu naszych czasów: smierci –  w tym rzezi podczas spalenia grecko-armenskiej Smyrny przez Turków.

 

 

Rzadko sie zdarza, zeby pisarz potrafil opowiadac równie interesujaco i przekonujaco o starych i mlodych, o rozwoju gospodarczym, religii i milosci. Ta ksiazka to misterne dzielo sztuki: ciepla, ale nie cieple kluchy; chwalaca ducha pionierów, lecz podajaca takze cene emigracji; ukazujaca róznice klasowe w Stanach bez osadzania czy poczucia krzywdy. Bezpruderyjna a niepornograficzna.

 

 

Tytulowy „Middlesex” (skad inad takze nazwa hrabstwa w Wielkiej Brytanii) to nazwa posiadlosci polozonej w Grosse Pointe, eleganckich przedmiesciach Detroit, gdzie wprowadzilo sie drugie pokolenie Stafanidesów. Trzecie pokolenie to Caliope, a pózniej Cal – czyli osoba interseksualna. Nie moge sie oprzec wrazeniu, ze tytul powiesci nawiazuje wlasnie do tej interseksulanosci – czy tez „miedzyseksualnosci” (middle-sex). Posrednio takze do zagadnienia bycia innym: nie psem nie wydra, nie chlopcem nie dziewczyna, nie Grekiem i nie Amerykaninem. To zagadnienie wspólne dla duzej czesci populacji – niezaleznie od dziedziny, w jakies ktos czuje sie niekompatybilny. Stad, jak sadze, wielki sukces powiesci. Na pewno sa wsród czytelników i voyerysci, którzy spodziewaja sie okropnych „swinstw”. Ci chyba jednak nie docieraja do konca, poniewaz jak juz wspominalam, Eugenides zachowuje we wszystkim znakomity, sródziemnomorski i wywodzacy sie od Etrusków dobry smak.

 

Polecam „Middlesex” do czytania przy lampce wina i potrawach kuchni greckiej.

Terapia smiechem-Paasilinna

In Ksiazki on 19 marca 2012 at 22:13

Arto Paasilinna / Fabrikörens Liljeroos luftskepp (Statek powietrzny fabrykanta Liljeroosa) / 2010 / e-book

 

 

 

Tym razem krazek z plikami w formacie mp3, co dla mnie oznacza sluchanie wylacznie w kuchni przy jedzeniu, gotowaniu badz pieczeniu.

 

 

Z przykroscia dowiedzialam sie, ze dobry Arto mial w roku 2009 wylew krwi do mózgu i mimo wzglednego powrotu do zdrowia najprawdowpodobniej niczego juz wiecej nie napisze. A ma w dorobku czterdziesci dwie ksiazki – z czego na szwedzki przelozono polowe. Moja absolutna faworytka jest „Rozkoszna trucicielka”. W Szwecji ksiazki Paasilinny wydaje Dorota Bromberg, córka Adama Bromberga. Po polsku, nie wiadomo czemu, zupelnie nieznany – choc Francuzi okrzykneli go Woody Allenem finskiej literatury (nie przepadam za takimi porównaniami, ale w tym wypadku cos w tym jest). Genre Artego okreslany jest w tutaj jako „skröna”, co przetlumaczylabym jako: bujda na resorach. Rzeczywiscie, jak sie czyta powiesci Arto przypomina sie obraz filmowy Allena, gdzie mamusia ukazuje swoja montrualnie wielka twarz na chmurze. Nic nie jest za bardzo absurdalne, a zaden temat za swiety, zeby go poruszyc. Bujda nie bujda, Paasilinna bywa tez krytykiem spoleczenstwa czy zjawisk spolecznych, obnazajac niewatpliwa smiesznosc wielu sytuacji zyciowych. Bohater to bohater z przypadku – ktos, komu sie nagle podwinela noga i kto czepia sie kazdej mozliwosci zeby przezyc. No i przezywa – wbrew zdrowemu rozsadkowi, przepisom czy normom spolecznym. A moze wrecz przeciwnie: przezywa i zazwyczaj jeszcze robi kariere, poniewaz zdaje sie na wlasny zdrowy rozsadek, majac w nosie narzucony z góry porzadek. I pewnie stad jego popularnosc, gdyz puszczajac wodzy fantazji kazdy moze przezyc ucieczke od rzeczywistosci. Kazdy moze odreagowac bunt czy frustracje przy pomocy literatury. Z tego wzgledu postulowalabym subwencje panstwowe przy tlumaczeniu z finskiego i wydawaniu ksiazek Aarto takze w Polsce. Jak równiez zapisywanie go na recepte pacjentom cierpiacym na depresje.

 

Tresc Fabrykanta jest na tyle zawila i nieprawdopodobna, a pisownia finskich nazwisk skomplikowana, ze nie bede sie nawet silic na streszczenie. Nie jest to najlepsza ze znanych mi pozycji, które wyszly spod jego pióra, ale na tyle wesola, ze dodawala apetytu i smaku gotowanym potrawom.

 

(Tutaj jest miejsce na cytat z „Rozkosznej trucicielki”, której nie udalo mi sie dzisiaj wypozyczyc. CDN!)

Zaplatana w strumieniach-Baldacci

In Ksiazki on 17 marca 2012 at 17:21

David Baldacci / Geniet (Geniusz) / 2008 / e-book

 

 

To mój drugi odsluchany Baldacci. Jako jeden z nielicznych pisarzy kryminalów nie odstreczyl mnie – a to w moim przypadku duzo. Poprzednia ksiazka (Kamelklubben) o byly krazki CD, a teraz sluchalam ciurkiem, bezposrednio z komórki. Musze powiedziec, ze im latwiejsze sluchanie, tym gorsza jego jakosc. Jak czytam, to miewam okresy „flow”, kiedy staje sie jednoscia z ksiazka. Natomiast ze sluchaniem jest tak, ze natretne mysli, które chce zagluszyc, wzmagaja sie tylko na sile. Czemu nie da sie wylaczyc procesu myslenia? Z jednej strony saczy mi sie do ucha tekst kryminalu, z drugiej plynie potok swiadomosci (o, jaki ladny ptaszek!), a z trzeciej atakuje strumien podswiadomosci z natretnymi myslami. Podobno czytanie z tabletów aktywuje inne partie mózgu niz czytanie ich papierowego wydania, wiec niewatpliwie wysluchiwane ksiazki odbierane sa jeszcze inaczej. Niestety kiedy trzeba potem zdac relacje z lektury odkrywa sie w glowie smutna rabanke.

 

Ksiazka jest sympatyczna poprzez pare glównych bohaterów: Michelle i Seana. Przyjazn to ladne uczucie, zas prawdziwego przyjaciela poznaje sie w potrzebie. Jak to w kryminale, jedna potrzeba goni tu druga – a to prywatna, a to zawodowa. Michelle to sympatyczna kobieta, która co prawda jest niezwykle sprawna fizycznie, ale zachowuje ludzkie cechy i nie staje sie jednym z facetów w branzy. Sean to przyjaciel marzen i snów: przystojny, odwazny i wierny. Nasza para przyjaciól wciagnieta zostaje w tajemnice z jednej strony Camp Peary, obozu treningowego CIA, a  z drugiej miasteczka Babbage Town, intrygujacej kolonii naukowców, finasowanych nie wiadomo przez kogo i w jakim celu. Autor, jak widac, przejawia poczucie humoru, nawiazujac do angielskiego Charles’a Babbaga:

 

 

 

 

Jak juz nawiazal do historii komputerów i Charles’a B, to nie pominal tez i Alana Turinga. Jedna z glównych postaci, z która zapoznajemy sie niestety juz post mortem, jest naukowiec Monk Turing, krewny Alana i ojciec niezwyklej dziewczynki, Viggi. Jak zwykle w wyjasnieniu historii Enigmy podkreslono zaslugi Turinga i pominieto wklad Polaków – niefortunna luka w zachodniej swiadomosci. Troche za duzo autor namieszal i watków, lecz na koniec udaje mu sie wyprowadzic glównych bahaterów na prosta, calych i zdrowych. Przy czym dostalo sie tez CIA, która nie tylko zamieszna byla w handel narkotykami, ale równiez poddawala torturom Michelle i Seana.

 

 

 

Odnosze wrazenie, ze „Geniusz” niezle oddaje nasza zlozona i fragmentaryczna rzeczywistosc. Bohaterowie sa zarówno katami jak i ofiarami, nie wylaczajac Michelle. Chyba wlasnie ta perspektywa podoba mi sie u Baldacciego, choc nie napawa optymizmem. Z drugiej strony odczarowuje skutecznie magie wielkich naukowców, organów wladzy czy siatek szpiegowskich. Wole inteligetne powiesci Johna LeCarré, ale do Baldacciego jeszcze powróce.

Jestem “listem miesiaca”!

In moda, Pamietnik on 12 marca 2012 at 19:15

Zyje w kraju, gdzie zupelnie nie liczy sie wyksztalcenie akademickie – preferowane sa parogodzinne kursy o perwersyjnie pustych nazwach. Czytanie ksiazek przyjmowane bywa jako objaw nieznanej, choc byc moze zarazliwej choroby. Za to flirt z czwarta wladza czyli mediami nobilituje (niech bedzie nawet na piec minut). Dzisiaj, wyciagajac czasopismo „Elle” ze skrzynki odkrylam, iz wlasnie dolaczylam na niewielka chwile do prominentnego grona wybranców losu – a wlasciwie to wybranek redakcji. Mój list opublikowany zostal jako list miesiaca, zas sama redakcja oprócz gratulacji zobowiazala sie przeslac mi atrakcyjne perfumy wraz z dopasowanym mleczkiem do ciala.

 

 

Co do prezentu to jeszcze sie okaze ile czasu zajmie pakowanie i przesylka (oraz czy znowu nie poczty nie okradna), natomiast musze przyznac, iz czuje sie doceniona lingwistycznie. Pisanie krótkich tekstów nigdy nie bylo moja mocna strona. Poza zwiezloscia list do gazety wymaga jeszcze dwóch ingrediencji: wiarygodnych komplementów oraz poczucia humoru – dobranych w odpowiednich proporcjach. Tekst musi byc lekki niczym mleczko do ciala i pachnacy nienachalnie niczym perfumy Calvina Kleina. Z zadnym ze skladników nie mozna przesadzic – a caly list musi zostac kunsztownie wycyzelowany. Nie trzeba tez zapominac, ze w szranki stawalam z „Aborygenami” czyli ludzmi wychowanymi od dziecka w szwedzkim jezyku i kulturze. No i zwyciezylam!

 

 

A przy okazji zaglebilam sie w apetyczny opis kosmetyków:

 

Smörj in kropp och själ med en doft som ställer exotiska frukter, förföriska blommor och fylligt krämiga noter i kontrast mot varandra.

 

Wsmaruj w cialo i DUSZE zapach, w którym egzotyczne owoce, uwodzicielskie kwiaty  i bogacie kremowe orzechy konkuruja ze soba

 

 

Hmmm – doczekac sie nie moge, bo jakos sobie tej kombinacji nie umiem wyobrazic. Tylko zmysl wechu moze mnie zbawic!

Surrealistka-Ståhlberg Norée

In Feminizm, moda, Przywracanie pamieci, Sztuka on 5 marca 2012 at 00:22

Britt Ståhlberg Norée/Dora Maar och Picasso/2008

 

 

Wszystko przez wystawe w dunskiej Lousianie, gdzie oprócz Katarzyny Kobro pokazuja Dore Maar. Dora Maar, czy to ta od Picassa (z biografii Huffington)? I czemu nazywala sie Maar?

 

 

Dora Maar to panienka z dobrego domu. Jak patrze na jej zdjecia to uderza mnie schludnosc wygladu, konsekwentna i nienachalna elegancja, makijaz i manicure. Ten sam styl przez wszystkie dziesieciolecia. Na okladce przypomina do zludzenia brytyjska aktorke, Gine McKee.

 

 

A dlaczego Maar? Bo Dora to od Teodory. Maar od Markowicz, po architekcie-tacie Chorwacie. Za przykladem Mana Raya skrócila nazwisko i przeksztalcila w pelnokrwista artystke, wyspecjalizowana w fotografii surrealistycznej i fotografowaniu mody. Poniewaz byla w tym dobra, starszy o dwadziescia szesc lat narzeczony Picasso zaczal ja namawiac na malarstwo – w którym z czasem tez okazala sie niezla.

 

 

Natomiast spuscizne fotograficzna doceniono po raz wtóry po jej smierci, o czym swiadczy wystawa w Lousianie czy wczesniejsze w Valencii, Monachium, Marsylii, Barcelonie, Paryzu czy Sztokholmie. Fotografowala duzo do spotkania z Pablem, potem glównie utrwalala jego sztuke na tasmie – w tym odegrala duza role przy powstaniu Guerniki. Po smierci znaleziono pudlo pelne jej fotografii pod lózkiem – i Dora przezywa zasluzony renesans.

Pani SN okazala sie osiadla we Francji dziennikarka, co nadalo ksiazce iscie nadsekwanski polot. Poza  tym niezmiernie solidnym rzemieslnikiem, poniewaz ciekawie kresli tlo spoleczno-historyczne – czego sie zazwyczaj w szwedzkich opracowaniach nie spotka. No i prezentuje cala plejade osobowosci ze styku swiata kultury, polityki i arystokracji. Uczciwie podkresla polskie pochodzenia Baltusa oraz Harrego Ossipa Meersona. Ze slaw epoki zabraklo mi jedynie Leonory Fini, której czesto reprodukowane portrety Dora kiedys zrobila. W kazdym razie znakomity i zaangazowany obraz epoki konca lat dwudziestych, trzydziestych i okresu wojny.

 

 

Z opisu autorki wyziera kobieta samodzielna, a przede wszystkim intelektualnie sprawna, mogaca spokojnie stawic czola czy tez stac sie partnerka do dyskusji i zartów dla swojego slawnego juz kochanka. Podobnie jak on zaangazowana lewicowo, rozmawiajaca po hiszpansku dzieki wychowaniu w Argentynie. Mogaca fascynowac i fascynujaca – w poczatkowych latach znajomosci. Dyskretna, dbajaca o swoje przyjaznie i przyjaciól, chetnie uczaca sie nowych rzeczy. Picasso nie byl pierwsza miloscia w jej zyciu, pozostal jednak ta najwieksza i najbardziej intesywna. Nie dziwota, bo jak kot ma co najmniej siedem zyc, to Pablito zyl co najmniej tyle razy – za kazdym z inna kobieta i w dodatku czasami romanse pokrywaly sie w czasie. Wbrew sposobowi obrazowania jej nie byla plaksa – SN dokladnie przedstawia geneze wprowadzenia lez do portretów Dory. Za to po wojnie dopadla ja depresja – co Picasso uczcil zwiazkiem z Francoise Gilot. Z depresji leczyl ja niezany jeszcze szerszej publice Lacan. Pózniej juz Maar i Picasso zyli oddzielnie, co nie znaczylo, ze nie utrzymywali kontaktu. Wielki Pablo traktowal wszystkie swoje kobiety jako osobista wlasnosc – i sporadycznie podejmowal próby terroryzowania badz upokarzania. Taki mezczyzna bywa próba integralnosci charakteru – i Dorze udalo sie zdac egzamin, choc z nadwatlonym duchem. Stety-niestety zwiazki malarza przypominaly az za bardzo milosci Kosinskiego (a jak to z Kosinskim bylo wspomina pani Dudziak).

Dobrze sie stalo, ze awangarda lat miedzywojennych znowu jest w modzie – a wraz z nia wrócily do nas jej ikony i muzy.