szwedzkiereminiscencje

Archive for the ‘Sztuka’ Category

Dom wariatek – Agnes von K, Sigrid H & Nelly S

In Feminizm, Ksiazki, Przywracanie pamieci, Sztuka, Szwecja, Uncategorized on 6 marca 2017 at 23:08

Karin Johannisson ”Den sårade divan. Om psykets estetik”, 2015 (Zraniona diva. O estetyce psychiki)

divav

Spedzilam trudny weekend w domu wariatów, a wlasciwie to w domu wariatek – czyli w zlikwidowanym juz zakladzie Beckomberga w Sztokholmie. Nie dlatego, zeby mnie tam w kaftaniku i na sygnale odtransportowano, ale poniewaz ambitnie zabralam sie do kupionej na przecenie ksiazki. Autorka, Karin Johannisson, zmarla wlasnie jesienia, ku mojemu strapieniu, poniewaz bywala jasnym punktem debat telewizyjnych. Madra, sympatyczna, ladna – zajmowala sie historia idei, a zwlaszcza tej medycznej. Pewnie troche po mamie, niemieckiej studentce medycyny – a troche po tacie, profesorze jezyków nordyckich. Drugim powodem wytrwania przy tej nader ciekawej, acz chwilami meczacej lekturze, sa bohaterki opracowania: niegdys skandaliczna, dzis troche zapomniana pisarka, Agnes von Krusenstjärna (1894-1940); moja ulubiona malarka i uczennica Matisse’a, Sigrid Hjertén (1885-1948) oraz dyskusyjna laureatka literackiego nobla, Nelly Sachs (1891-1970). Pierwszej postawiono diagnoze histeria, drugiej schizofrenia, zas trzeciej – paranoja.

sigrid

Ach te diagnozy, ach te szpitale psychiatryczne, ach ci lekarze – niczym niezrealizowani badacze polarni. Bo taki Nansen wyplywal daleko Frammem, podczas gdy Freud wybral bezpieczenstwo zacisza buduaru, zeby zapuscic sie w otchlan duszy pacjentek. I czy w Szwecji moglo byc lepiej? Jak juz co, to tylko gorzej: panstwo bylo biedne, mieszczanstwo i szlachta slaba, stopien wyksztalcenia ludnosci niewielki, a wladza urzednika pantwowego nieomal nieograniczona. Ofiarami tych niewyzytych (pa)praczy bebechów stawaly sie glównie kobiety; te, którym nie w smak byla przypisywana im ”naturalna” rola malzonki i matki. Zamiast udawac przyjemne dla oka i ucha byly ”dzikie”, ironiczne, nieposluszne, chcialy sie uczyc i zawodowo pracowac. Rzecz jasna najtrudniej mialy te artystyczne i zdolne, poniewaz panowal mit meskiego (wylacznie) geniusza. Geniusz ten mógl sie spijac badz wariowac do woli, lecz diagnozowany byl i tak jako ”zupelnie normalny, choc nerwowo wyczerpany”. Tymczasem jego siostry – od pedzla czy pióra – nie tylko, ze diagnozowane byly jako chore psychicznie, to jeszcze do tego zamykane w zakladach, za przyzwoleniem meskich czlonków rodziny, a pózniej takze, za tym samym przyzwoleniem – lobotomowane. Tak zmarla elegancka Sigrid – dopóki jeszcze zyl, nota bene jej byly, maz, Isaak Grünewald, nie wyrazal zgody na lobotomie – ale po jego smierci, jedyny syn pary Hjertén-Grünewald, Ivan, zgodzil sie na operacje na zywym mózgu matki. W latach 1944-45 poddano lobotomii w szpitalu Serafimów szescdziesieciu pieciu pacjentów, przywozonych najczesciej z zakladu Beckomberga, z czego 89,23% stanowily kobiety. Z polskiego podwórka mozemy do tego dziedzictwa dodac Marie Komornicka vel Piotra Odmienca Wlasta. Oczywiscie, mozna sie pocieszac, iz kobiety o kapitale materialnym i spolecznym uniknely pulapki wariatkowa – tym niemniej rzadko która miala wystarczajaco silna pozycje. Czyli pieniadze oraz kochajaca i wspierajaca rodzine. Chorowita matka, córki Agnes nie lubila. Sigrid zostala wczesnie sierota (a obydwie wywodzily sie z elity), zas Nelly o wlas uniknela obozu koncentracyjnego, chroniac sie (na skutek interwencji Selmy Lagerlöf) wraz z matka w Szwecji . Nie musze dodawac, ze majatek rodziny Nelly przeszedl w obce, czyste rasowo rece, nie ulatwiajac im startu w nowym kraju.

Zeby nie byc goloslowna cytaty z Karin:

Siri Hustved zwracala uwage, iz mloda dziewczyna powinna otrzymac trening w alternatywnych emocjach kobiecych: zlosci, dzikosci, krzyku, bycia nieprzyjemna. W kryzysie kobiety maja bowiem tendencje do obwiniania siebie samych. Przestaja dzialac, staja sie defensywne i same siebie plasuja w kategorii patologii. ”Czulam sie szalona”, ”nie wiem, co sie ze mna stalo”. Po przekroczeniu umownej granicy kobieta moze byc zwyzywana czy tez niepochlebnie porównywana do czegos. Placzaca nazywana jest neurotyczka, krzyczaca histeryczka, okazujaca seksualnosc kurwa, a demonstrujaca jest czarownica.

Ekscentrycznosc, pretensjonalnosc, samoreklama nie mialy rodzaju zenskiego. Swiadczyly o szalenstwie.

Alternatywny rodzaj bycia kobieta zawsze oznaczal ryzyko.

IMG_2217

Dobrego Dnia Kobiet zycze wszystkim kobietom, a zwlaszcza tym alternatywnym!

Reklamy

Karnet zimowy

In Film, Ksiazki, Pamietnik, Przywracanie pamieci, Sztuka, Szwecja on 6 lutego 2015 at 18:53

Ostatnio nie narzekam na brak kultury w moim zyciu – choc niekoniecznie to tylko przygoda literacka.

vbg-zima-wietrzna

Bawiac w Krakowie odwiedziłam retrospektywna wystawe malarstwa Olgi Boznanskiej i zachwyciłam się przedstawiona tam galeria portretów. Wiele z nich wywarlo na mnie wrazenie nie tylko ze względów artystycznych, ale glównie ze względów historycznych. Ilez wspaniałych, acz nieco zapomnianych, postaci miała okazje uwiecznic! Jakie ciekawe i miedzynarodowe zycie wiodła i ona, i jej modele. Poza Olga zainteresowala mnie wystawa o „Micie Galicji”, o którym już parokrotnie na lamach blogu wspominałam. Wystawa ciekawa i zróznicowana, z dawnymi granicami i topografia naszkicowana pod stopami. No i kino: „Bogowie” oraz „Ida”. Oba filmy spodobaly mi się, choć każdy inaczej. Z ciarkami na plecach czekam na werdykt Oscarowego jury, podzielając z lekka obawy co poniektórych ugrupowan (dalekich mi politycznie) o wydzwiek filmu. Wczoraj pokazywano „Ide”  w tutejszym klubie filmowym, podczas gdy ja wlasciwa zwiedzałam wnetrza dwudziestotonowych pojazdów opancerzonych, w ramach związkowej wycieczki badawczej (sic!).

Skoro już o klubie mowa, to zaczal swoja tegoroczna dzialalnosc nader udatnie, pokazem znakomitego filmu Volkera Schlöndorffa, „Diplomacy”. Pomyslalam: jakzesz to teatralne – no i w rzeczy samej, film transponuje grana z powodzeniem sztuke, uzywajac tych samych głównych aktorów. Znakomici aktorzy, mistrzowska gra, przyjemność czysta i cielesna. Ze swiata dyplomacji klub przeniósł się – a także i mnie z fotelem widza widza – w cztery strony swiata (trochę jak to w bajkach bywa). Owe cztery strony swiata to sawanna Kenii, góry Patagonii, wybrzeże Indii oraz marokański Atlas. Wszedzie tam dzieci musza pokonać wiele trudności (to już nie bajka, tylko zycie) w tytułowej drodze do szkoły. Film jest w zasadzie dokumentalny, ale zamiast typowych zblizen czy wyznan obserwowanych postaci oferuje barwne panoramy, z zapierajaca dech w piersiach przyroda. Wyraznie widać fascynacje scenarzysty i reżysera, Pascala Plissona, innym kontynentami, a zwlaszcza Afryka. Piekny film.

gbg-opera-przed-2

Nastepny wieczór klubowo-filmowy spedzilam w górach, obserwując perypetie szwedzkich turystów, w tym tytulowego „Turysty”. To niedoszly konkurent „Idy” do Oscara, laureat niezliczonej ilości Guldbaggar czyli najbardziej prestizowych nagród filmowych W Szwecji. Góry piękne, bohaterowie w najwyższym stopniu irytujący. Mam teorie, iż tytul filmu nawiazuje do baumanowskiej definicji „turysty” (jako przeciwienstwa „wagabondy”), ale jak do tej pory nikt mojej tezy nie potwierdzil. Czekam z niecierpliwoscia jakie recenzje ten film zbierze w Polsce.

Klub klubem, a kino kinem. W międzyczasie skonsumowalam oba, otrzymane od firmy w prezencie gwiazdkowym, bilety – na rezyserski debiut Angeliny Jolie oraz „Birdmana”. Angeline można sobie spokojnie odpuscic – wystarczy przeczytać historie zycia głównego bohatera „Unbroken” czuli Louisa Zamperiniego. Żaden film, a zwłaszcza filmatyzacja biogramu, zycia nie przebije, koniec, kropka. „Birdman” zdal mi się zdecydowanie ciekawszy, szczególnie iż zajmuje się sztuka przez duże „SZ”. Lubiany przeze mnie Edward Norton jako kontrowersyjny acz niekwestionowany gwiazdor oraz swietna Emma Stone jako córka Micheala Keatona. „Birdman” ma w sobie cos z Fossowskiego „All that jazz”, choć konczy się o niebo bardziej optymistycznie. Trudno być starzejącym się artysta – trudno, lecz nie beznadziejnie.

gbg-opera

Zas z doznan pozafilmowych – jedna wizyta w Göteborskiej operze, na „Krystynie z Duvemåli”, skomponowanej przez chłopców ABBAsów w odległym 1995 roku. Tak na marginesie to musical jest próba muzycznego przekładu powieści Wilhelma Moberga pt. „Emigranci”. Opera zachwyca wyrafinowana kolorystycznie i oszczedna w wyrazie architektura o charakterze okrętowym, a spektakl to mila dla ucha muzyka – no i nic poza tym. Koszmarna scenografia oraz zamilowanie do zadymy par excellence czyli siwego dymu nad scena. A takie swietne techniczne możliwości ma ta scena! Tymczasem  zdecydowano się na konwencje socrealistyczna, naszemu sercu niespecjalnie droga. Brzydkie kostiumy, niemal zupełny brak rekwizytów.

m-gbg-opera

W dunskiej Lousianie pierwsza retrospektywna wystawa Pauli Modersohn-Becker oraz trzy filmy Yael Bartany. Ku własnemu wielkiem zdziwieniu wkroczylam na projekcje w rytmie mazurka Dabrowskiego. Wiele osób czyta informacje o projekcie, trochę mniej siedzi na widowni. Ale wspaniale, ze ta prezentacja przekroczyla Wisle i Odre. Jestem z tych, którzy tesknia za Zydem i czuje się wzruszona, kiedy podobnie czuje ktoś z rozproszonej diaspory Zydów Polskich. Po Bartanie miałam mniejszy apetyt na oglądanie płaskich kompozycji – głównie portretów, a zwłaszcza autoportretów, ze szczególnym uwzglednieniem aktów – Pauli M-B. Wystwa unikalna, ponieważ prezentuje po raz pierwszy tak szeroki przekrój twórczości, nota bene zakwalifikowana przez nazistów jako Entartete Kunst. Widac m.in. wpływy Cranacha, Celnika Rousseua i Gauguina, ale jak dla mnie to za plaskie i z gruba ciosane malarstwo. Podobno Picasso zainspirowal się jednym z jej obrazów. Najbardziej przypadl mi do gustu autoportret w stylu „mumijnym”, którego turkosowosci tla nie udaje się zadnym zdjęciom na necie. Uwazam, ze Boznanska lepsza, podobnie jak Slewinski czy Makowski.

paula

Zas z książek: „Matka Makryna” Jacka Dehnela oraz „Wyznaje” Jaume Cabré. Wyznam szczerze (choć nie á propos „Wyznaje”), niczym księdzu na spowiedzi, ze mateczki do końca nie zmeczylam – tak mnie ta potwora niekonczacymi się…opisami tortur udreczyla. Gdyby nie to, ze w mlodosc czytałam „Przeslawna peregrynacje Tomasza Wolskiego” pióra swietej pamięci Tadeusza Lopalewskiego, to nawet nie wiem, czy bym i tyle była pokonala. Lezy teraz odlogiem i może mocy, niczym wino najlepsze,  jeszcze nabierze? Zdesperowana (i niemal zaopatrzona w dźwig) zabrałam się do niemal osiemsetstronicowej cegly-Jaumé. Nie chce zapeszać ani sobie przyjemności psuc, ale – odpluć przez lewe ramie i odpukać – powieść czyta się znakomicie. Szwedzi jeszcze, ku mojej cichej radości, tego autora nie odkryli, zatem czuje się jak odkrywca. Wkrótce wróce do „Wolnosci” (nie mylic z „Widmem wolności” ani „Ucieczka z kina ‘Wolnosc’”) w oddzielnym wpisie – ale to zupelnie inna bajeczka. Cdn.

Letnio x 4

In Feminizm, Ksiazki, Muzyka, Pamietnik, Sztuka, Szwecja on 1 sierpnia 2014 at 20:21

Upal byl niemozebny – czytalam zachlannie ksiazki na plazy (skalistej), ale już na recenzowanie ich nie miałam ani sily, ani czasu. Czasu, ponieważ piekna pogoda przyszla po zakończeniu tygodniowego urlopu, zatem mogłam plazowac się dopiero po pracy. A po słonecznych kapielach, kapiele w podgrzanym do ludzkich temperatur Kattegacie. Zas po kapielach sloneczno-morskich codzienny koncert w Parku Zdrojowym, na białych laweczkach, a jakze. Teraz zaledwie dwadziescia pare stopni i mam wrazenie, ze marzne do szpiku kosci. Za to mózg wybudza się ze stanu hibernacji i skonczyla mi sie wymówka, ze na sleczenie przed komputerem zdecydowanie za goraco.

IMG_0997

Na dzisiaj proponuje az cztery pozycje – trochę po lebkach, bo choć ogladalnosc tego blogu, ku mojemu zdumieniu, utrzymuje się, to ostatnio tylko z rzadka widze komentarze. Nudno się pisze sobie a muzom, gdyż z zalozenia blog miał stać się centrum kontaktu z podobnymi do mnie (o co normalnie trudno). Szef kuchni dziś poleca trochę chinszczyzny: Jung Chang, Den sista kejsarinnan av Kina; niezawodna noblistkę Alice Munro, Brinannde livet; Joyo Moyes i Livet efter dig oraz lekturę dziecinstwa, Katherine Allfrey, Penny i dobra wrózka.

IMG_0983

Zaczne od tej ostatniej. Na wakacje często mam ochote zaglebic się w lekturze i zapomnieć o całym swiecie – zwłaszcza w dni deszczowe. Co prawda czytałam już wtedy Cesarzowa, ale szybko znudzily mi się szykany chińskiego dworu i zatesknilam za czyms bardziej swojskim. Penny Brown, jak brzmi tytul oryginalu, była prezentem od chrzestnej matki, pianistki. Zaplatala się w repertuar prezentowy jakby mimochodem, gdyż zazwyczaj dostawalam klasyki literatury przedwojennej (sprzed tej pierwszej wojny!), typu Pollyanna albo Jules Verne. Teraz zastanawiam się dlaczego akurat tak zapadla mi w pamięć? Chyba glównie dlatego, ze szesnastoletnia glówna bohaterka była niewiele ode mnie starsza, a już zupełnie samodzielna. Planujaca wakacje w Szkocji z jeszcze bardziej samodzielna Mojra Bret-Huttingdon. Kochałam opisy Mojry w kurtce losiowej i bryczesach, popijacej whisky, pitraszącej pod namiotem wspanialy omlet z kurkami i szybko kierującej turkusowym (!) samochodem. Ekscentrycznej, wielkodusznej damy o ostrym jezyku. No i opisy Szkocji, znanej mi wczesniej z historycznych „Porwanego za młodu”, „Katriony” oraz „Rob Roya”. Nota bene obecne czytanie szkockiej lektury miało moc sprawcza: w koncertowej muszli wysluchalam muzyki zespołu Rant, wywijajacego z zapalem na smyczkach (dwie Szetlandki i dwie Highlandki). Przy okazji natknelam się na znajomego skrzypka, który jednej Rantówce swój instrument pozyczyl. Czyli Penny i dobra wrózka ma nadal dla mnie wymiar magiczny. Warto dzieciom kupować dobre książki!

IMG_0984

Inna lektura stricte wakacyjna okazala się Joyo Moyes, otrzymana jako gratis, wraz z lipcowa Elle. Po polsku, jak znalazłam, zatytulowana Zanim się pojawiles. Wole jednak szwedzkie tłumaczenie Me before you – mniej dosłowne: Zycie po Tobie. Ksiazka sprawnie napisana; z poczuciem humoru, co akurat ważne ze względu na egzystencjalny watek główny. Autorka wykonuje pare wolt, wiec czytelnik nie jest w stanie przewidzieć rozwoju akcji. Niby Brytyjczycy wydali ostatnio tyle poczytnych pisarek, a jednak Joyo znalazła wlasna nisze. Podoba mi się, ze przedstawia na sposób równie wiarygodny osoby z różnym backgroundem. Każdy ma swoja prawde – Moyes nie stosuje tu dychotomicznego podzialu na prawde kobiet i mężczyzn; młodych i starych; robotników i warstwy uprzywilejowanej. Uniwersalne losy czy tez wspólny mianownik ludzkiej kondycji to w moim odczuciu, glówna sila powieści. Snując narracje o losach głównych bohaterów, Lou i Willa, obrazuje plastycznie zmiany społeczne, zachodzące w postmodernie. Sa przegrani – Lou, tracaca prace w kafejce oraz jej ojciec, zwolniony z fabryki. Sa tez wygrywający, jak Will, spekulujący przedsiębiorstwami. Choć na koniec to wlasnie on dokona sorti (w dobrym stylu), a wielka wygrana od losu wyciaga Lou – nie przypadkiem czy na piękne oczy, tylko kosztem pracy nad sobą oraz dobroczynnemu wpływowi Willa. A pod tym wszystkim temat trudny: kiedy jakość zycia bywa na tyle marna, ze wolno z niego aktywnie zrezygnowac? Nie raniąc zbytnio własnego otoczenia? Czy tak się w ogóle da? Moyes popelnila niezle czytadlo – ani płytkie, ani miałkie.

IMG_0980

Najlepsza, zgodnie z przewidywaniami, okazala się zawsze niezawodna Alice. Ku mojemu zaskoczeniu zdaje się mieć niedwowierzajaca prase w Polsce – albo to ja otwieram nie te artykuly, co trzeba? Osobiscie się do niej coraz bardziej przekonuje – choć niestety, nie ma co liczyc na ciag dalszy. Dear Life (Drogie zycie) zaczyna się tak znakomitym opowiadaniem (a opowiadan, z zasady, nie znosze), ze po jego przeczytaniu poczułam się juz nasycona – i musiałam ksiazke na chwile odlozyc. Trawiłam dobre pare tygodni, zanim się znowu powazylam o powrót do lektury. To jest wlasnie róznica miedzy literatura a ksiazka – ze wysublimowana, krótka forma wpija się pazurami w dusze, niczym wampir, i nie chce popuscic. Ba, jeszcze gorzej: ten wampir zlewa się w jedno własnymi odczuciami, z własnymi uczuciami – i już do końca nie wiadomo, czy Munro pisze o mnie, czy tez o kims innym. Takie odczucie towarzyszylo mi przy paru opowiadanich, choć nie przy wszystkich. Czesci, traktujaca o ludziach zbyt ode mnie dalekich, „slucha się” niczym basni o zelaznym wilku. Pisze „slucha”, a nie „czyta”, gdyż zdecydowanie mam wrazenie, ze opowiadania (no wlasnie!) Alice Munro przeznaczone sa do przekazywania w waskim gronie, tak ad hoc. Przypominają zasłyszane w dziecinstwie opowieści kobiet w różnym wieku, które podczas wspólnych wakacji, na spacerze albo przycupniete na lawce, wspominaly znanych im ludzi czy miejsca. Te wszystkie historie ludzkie charakteryzują się brakiem sensu moralnego, brakiem waznosci pojedynczego losu, brakiem logiki podejmowanych decyzji. Jednych prowadza w dobra strone, zas drugich na rozdroża. Kto ma racje? I kto to może – i ma prawo – sadzic? Ksiazka WSPA-NIA-LA!

IMG_0988

Chinska cesarzowa Cixi plasuje się gdzies po srodku. Lubie biografie, a szczególnie nieznanych mi wcześniej kobiet. Za wartość poznawcza autorka dostaje piatke. Z drugiej strony jej „poparcie” dla Cixi wydaje się trochę zbyt nachalne. Obraz Chin zawężony do ludności pochodzenia mongolskiego i Chinczyków Han. A gdzie inne grupy etniczne? Według Chang to wlasnie cesarzowa otwarla feudalne państwo srodka dla Europejczyków i Amerykanów, wbrew panującym, nieprzychylnym dla niej opiniom. Czyli ksiazka w zalozeniu miała obraz Cixi wybielić. Zawsze jednak istnieje ryzyko, ze reklama będzie zbyt nachalna i tak się trochę i tu stało. Zarówno dla samej cesarzowej, jak i pochwal dla Stanów Zjednoczonych. Z drugiej strony Stany rzeczywiście wypadają pozytywnie na tle agresywnej polityki imperialnych Europy, ze Szwedami wlacznie. Ciekawy okres w historii, koniec XIX i przełom XX wieku. Interesujące wycieczki w swiat eunuchów. Fascynuja, silna osobowość samej cesarzowej, która jako nastolatka została konkubina. Opisy psów pekińczyków. Dość paskudna historia wprowadzania chrzescijanstwa – zupełnie inna niż u Cronina. Jeszcze paskudniejsza historia znarkotyzowania Chinczyków opium, również przez Europejczyków – trudno czytac z czystym kolektywnym sumieniem. Autobiograficzne „Dzikie labedzie” były zdecydowanie ciekawsze. Pracy tej samej pisarki o Mao niestety nie znam. Na pewno dla nas jej ksiazki to kopalnia wiedzy o chińskich i azjatyckich uwarunkowaniach. Brakuje mi więcej informacji o zyciu codziennym innych warstw społecznych – co jedli, jak mieszkali, jak zyli. Bo biografia biografia, ale osoba portretowania musi zostać przedstawiona na tle swojej epoki. W Cesarzowej brakuje silnych postaci drugoplanowych. Trudno tez ustalić do końca stany emocjonalne – mysle, ze biograf ma trudne zadanie, ponieważ z jednej strony stara się bazować na faktach historycznych (z nieodłącznymi lukami), a z drugiej musi nadac swojemu bohaterowi zycie, aby go uczynic wiarygodnym. Tego ostatniego czynnika zabrakło – Cixi jawi się bardziej pomnikowa niż ludzka. Można powiedzieć, ze Chang przywraca Cixi utracona czesc i przedstawia ja jako produkt swojej epoki, natomiast nie udało się ukazac jej jako pełnokrwistej kobiety.

IMG_0977

Zdjecia-nie-na-temat z wystawy akwareli Larsa Lerina na wyspie Tjörn. W tym jeden malunek Krakowa!

Emilia, wnuczka Sonki –i Helene od ksiazek

In Feminizm, Ksiazki, Przywracanie pamieci, Sztuka, Szwecja on 10 lipca 2014 at 22:57

Lato, czyli długie, jasne dni na czytanie ksiazek. Podczas wizyty w Krakowie sprawiłam sobie w ksiegarni dwie zupełnie nowe: „Sonke” oraz „Bokserke”. Pierwsza, ponieważ przeczytałam wypowiedz Karpowicza w GW i jego jezyk mi się spodobal. Druga, bo już kiedyś blogozanka mi Plebanek zachwalala.

guson-atelier-malarskie

Sonke czyta się płynnie, gdyż jest to powiesc literacka, przypominajaca trochę „Bohin” Konwickiego. Wschodnie rubieże, nie do końca znane galileuszom – miejsce dla zdarzeń nie do końca realistycznych. Gdzies snuje się jeszcze mgla ballad i romansów i poetyka Kresów czy „Nad Niemnem”. W ten romantyczny krajobraz wpisuje się zycie niepiękne: biedne i brutalne. Niby stylowa, na wpól zapomniana, na wpól przemilczana historia – ale po chwili upojenia sama czynnoscia czytania błogostan zaklócily mi bolesne wątpliwości. Przypomniała mi się bowiem historia milosci francuskiej szesnastolatki do zonatego, niemieckiego czterdziestolatka. Dziewczyna mieszkala razem z rodzicami, którzy związek córki zaakceptowali, a później pomagali wychować wnuka. Niemiecki zolnierz wyruszyl po chwili na front, z którego już wiecej nie wrócil. Pragmatyczni chłopi francuscy (nie pamiętam, z którego to regionu) z sytuacja się pogodzili – nie bedac ani pod grozba pistoletu, ani nie czerpiąc dzieki Niemcowi profitów. Milosc to najwyraźniej we Francji tylko (az) milosc. A co u Karpowicza?

guston-przejazdzka-samochod

Karpowicz, zapewne zupełnie nieświadomie, dokonuje na swojej bohaterce brutalnego aktu odwetu. No bo co zawinila piekna dziewczyna, ze się w niej nie tyle panicz, co niemiecki zolnierz, zakochal? Z wzajemnoscia, czemu trudno się dziwic. Do tej pory spotykała Sonka na swojej drodze wyłącznie mężczyzn, którym była albo obojetna, albo którzy ja krzywdzili. A tu chłopak przystojny, z wykształconej rodziny. Pewnie – czego akurat autor nie definiuje – także odpowiednio wymyty, ogolony i elegancki. Patrzac z zewnątrz – ladna para z nich (by) była. A co robi pisarz? Pisarz się nad Sonka pastwi. I nie odgrywa tu roli, czy to pisarz czy tez może jej wlasni blizni, skoro historia prawdziwa podszyta. Jakby nie było, „wina” Sonki wymaga wielokrotnej pokuty, która do konca pietna z niej nie zmywa.

guston-port

Wina? Milosc, tylko ze nie we Francji (ani w Niemczech – pamiętny film z Olbrychskim i Hanna Schygulla), tylko na wschodnich polskich rubieżach. Kara? Smierc dziecka, rodziny, niewykluczone, ze także narzeczonego. Gwałt i poturbowanie, zakończone kalectwem – bohaterka utyka do końca zycia. Zycie jej darowano – tylko, ze stalo sie one nader nędzne. Dostala jeszcze jeden podarunek od losu: meza, który ja kochal i był dla niej dobry. Rzecz jasna, wojny nie przezyl. Az dziw bierze, ze pozwolonu psu przezyc! No i gdzie nam do cywilizacji? Gdzie tu chrzescijanska cnota miłosierdzia? Niemalze zabójstwo honorowe, jak – kurde – nie przymierzając, u Kurdów. Wiadomo, wojenne straty polskie liczniejsze niż francuskie. Winnych szukac by jednak wśród polityków, polozenia geopolitycznego, braku srodków i niepewnych sojuszy. Jedna kobieta winy za poległych chłopców nie udźwignie i nie odpokutuje. Mezczyzni zaczynają wojne, kobiety cierpia.

guston-spioch

Sonki synek wojny nie przezyl, ale jakby ich losy potoczyly się inaczej, to niewykluczone, iż urodziłaby jej się wnuczka Emilia, bohaterka najnowszej książki Grazyny Plebanek. Książki – dla mnie – niejednoznacznej. To znaczy, trudno mi ja zrecenzowac – niby niezla, lecz czegos mi w niej brakuje. Czyta się wartko, jednak sama powieść to jakby nie powieść, a cos miedzy pamiętnikiem a deklaracja programowa. Dużym plusem jest wspólczesna nam narracja – jakos mało teraz literatury osadzonej w terazniejszosci. Plusem (programowym?) – kobieta jako bohaterka. Mniej jednak wyrazista niż u Bator. W ogóle swiat globalnych przemian zdecydowanie lepiej Bator się udaje. Nie mogę oprzec się wrazeniu, iż entourage Plebanek sa nieostre – zresztą może tylko nieprecyzyjne. Bator stala się integralna czescia globalizacji – Plebanek dopiero aspiruje.

guston-agresja

Zaczne od własnego podwórka, czyli Szwecji. Czesc akcji „Bokserki”, odgrywajaca się tutaj, to taka Inga Lindström. Czyli jak sobie obcokrajowcy Szwecje wyobrazaja. Spektakl zaludniony aktorami polskimi, porozumiewający się po polsku i Szwecja jako malownicza, a wręcz egzotyczna scenografia. W jedynym, jedynym zdaniu cytowanym po szwedzku wystepuje blad językowy – o czym zresztą do autorki oraz wydawnictwa napisałam. Bez odzewu. Trochę to jak „bajka dla kucharek”: piękne (w domysle) Polki podbijają zagranice. Zupełnie nie ma realiów – w tym takich, które by obejmowaly polskie sprzątaczki czy polskich budowlańców. Odnoszę wrazenie, ze pisarka, mimo deklarowanego w prasie wieloletniego pobytu w Sztokholmie, w tkanke zywotna Szwecji się nie wgryzła.

guston-plaszcz

Dużo lepiej na tym tle wypadają opisy brukselskie – niestety, realizm dotyczy głównie pracy dla polskiej placówki konsularnej. Znakomite opisy feudalnych stosunków (pojawia się tez polski budowlaniec!) – nota bene dla odmiany których glówna bohaterka zadnych wysilków nie czyni. Niby wyemancypowana, ale głównie obyczajowo. Tutaj lezy sila powieści, gdyż autorka pozwala Emilii alias Lou korzystać z zycia na własnych warunkach. Bohaterka sama wybiera swoich mężczyzn i formy związków z nimi, jak również forme spędzania czasu wolnego czyli trenowanie boksu. Wiarygodne opisy uczuciowej matni, zmysłowych doznan, treningów, przekonujące portety innych adeptów boksu. Czuje się w nich autentyczne zaangażowanie oraz znajomość rzeczy. Ale jak dla mnie Emilia nie opuscila mentalnie polskiego grajdołka – typowe rozdarcie miedzy jedzeniem ciastka a trzymaniem go w spizarce. Zżyma się na obce widzenie Polski, lecz nic nie robi, żeby to widzenie zmienić. Przejawia bierny (niesmialy?), konsumpcyjny stosunek do swiata. Bierze, co jej zycie zaserwuje – w większym stopniu niż sama cos komus daje. Jej sympatie czy lojalnosc nie leza po stronie kobiety-szefa, choć pani ambasador wykazuje się madroscia. Fizycznie wytrenowana Lou jeszcze nie nauczyla się asertywności. Tkwi w poczuciu winy i poszukiwaniu „normalnych mężczyzn”, choć znajduje się w drodze, która prowadzi do wniosku, iż tzw. normalnosc nie istnieje. Pikantnie troche taki Janusz Wisniewski, choć z przekazem i literacko dużo lepsza. Ksiazka wazna jako pomost polsko-polski w zamet i rzekoma dekadencje zachodnia.

guston-malarz

Zupełnie inna jest Helene Huff – już niezyjaca Amerykanska żydowskiego pochodzenia. Tworzaca scenariusze dla raczkującej telewizji i marzaca o pisaniu. W międzyczasie czytajaca książki, w tym klasyków, niedostępnych na amerykańskim rynku. Nawiazuje zatem kontakt z antykwariatem w Londynie – i ten kontakt przeradza się się w trwajaca wiele dziesięcioleci przyjazn. Po latach kulminuje wizyta w stolicy Albionu – szczytowym punktem całego zycia Helene.

guston1

Ksiazka (to już wznowienie) ciekawa z wielu względów. Autorka posiada specyficzne poczucie humoru i zdolność krytycznej oceny. Z pasja wytrawnego bibliofila ocenia jakosc, wady i zalety wydania zamówionych lektur. Podczas, kiedy inni przeczytają piecdziesiat książek, Helene czyta jedna – po piecdziesiat razy. Jest ekscentryczna i dokładnie wie, czego chce, czego nie lubi oraz co jej sprawia przyjemność. Mimo szczupłego budżetu finansuje paczki okolicznościowe dla na wpól glodujacych Anglików, czym zaskarbia sobie ich wdziecznosc i przyjazn. Miała zresztą niewątpliwe szczęście, iż trafila na ludzi do siebie podobnych: zarówno ona, jak i oni byli skromni, zupełnie nie przejawiali postawy roszczeniowej – i los obszedł się z nimi laskawie. Wśród londyńczyków pojawili się także wyksztalceni i majętni (stare pieniądze), którzy wykazali w stosunku do pisarki szeroki gest, zapraszając na posiłki, wycieczki, sprawiając niewielki podarunki czy malując nawet portret. Trafila do klubu koneserów ksiazek i stala się jego honorowym członkiem. Nalezy dodac, ze byli to londynczycy przez epoka londyńczyków z polskiego serialu.

guston-w-wyrze

Pelna wdzięku i bezpretensjonalna lektura wakacyjna dla wszystkich milosników ksiazek, do Helene podobnych. Ilustracje pedzla Philipa Gustona, którego po raz pierwszy widzialam w Whitney w 1981.

Wiosna czytelnicza

In Ksiazki, Pamietnik, Sztuka, Szwecja on 11 Maj 2014 at 14:10

 

las-wiosennyWiele wody w Wisle uplynelo od ostatniego wpisu – czas ten jednak wypelniony byl m.in. lektura. Zlozona choroba korzystalam z dobrodziejstwa techniki, poniewaz nareszcie wylansowano app dla sluchaczy literatury. Zasada jest niezwykle prosta: w dostepnej cenie abonamentu miesiecznego mozna wysluchac tylu ksiazek, ile tylko sie zamarzy – albo zdazy. Niezdolna do samodzielnego czytania, a w zasadzie do czegokolwiek, wlaczalam „play” w komórce i mniej lub bardziej odplywalam. Dzieki temu zapoznalam sie z nastepujacymi pozycjami:

 

–         Helen Fielding, Mad about the boy (po szwedzku),

–         Chris Cleave, Little Bee (The Other Hand) (jak wyzej),

–         Markus Zusak, The Book Thiev (w wersji oryginalnej czyli po angielsku),

–         Majgull Axelsson, Jag heter inte Miriam (slucham nadal po szwedzku, z mieszanymi odczuciami, o czym ponizej).

 

Poza tym w formie pisanej po raz kolejny biografia Katii Mann oraz „Kärlekens historia” Nicole Krauss, której nie doczytalam jesienia. Rozprawie sie z tymi pozycjami w sposób bezpardonowy – czyli w paru slowach.

pierwiosnek

Fielding taka sama jak zwykle – ci sami glówni bohaterowie (Brigdet Jones i jej wierni przyjaciele), ten sam styl, ten sam humor. Z zalet: jak zwykle bystre obserwacje zmian zachodzacych z naszym zyciu, bezlitosnosc, autoironia glównej bohaterki. Konczy sie – niestety i jak zwykle – dosc mieszczansko.

 

Cleave to kolejna osoba ukaszona przez Nigerie. To juz trzecia powiesc w ciagu ostatniego roku, która o Nigerie emocjonalnie zahacza. Z typowo brytyjskim samobiczowaniem opisuje system przyjmowania emigrantów, skutki globalizacji i kolonializmu. Mocuje sie problemem odpowiedzialnosci swiata sytego i bezpiecznego za sytuacje czesci trawionych przez konflikty, wojne, fizyczna brutalnosc. Czy mozna bronic brutalnego systemu traktowania azylantów, zawiedzionych juz wielokrotnie przez wszystkie systemy? Co widoczne szczególnie wyraznie w przypadku maloletnich, jak tytulowa Little Bee. Powiesc powinno sie dystrybuowac wszystkim wyruszajacym na wakacje typu all inclusive – jako refleksje, ze za sztucznie stwarzanymi namiastkami raju gospodarze walcza o przetrwanie, a czesto tez o zycie. Ich wojny to nie tylko wojny plemienne „dzikusów”, jak chetnie chcielibysmy wierzyc, lecz czesto walka o bogactwa naturalne i wielkie (zachodnie) pieniadze.

konwalie-z-bliska

Zusak znakomicie czytany, co na pewno dodalo uroku – bo pare lat temu nie bylam w stanie przebrnac przez poczatek tego dziela. Czytany byl rewelacyjny – druga wojna oczyma niemieckiej dziewczynki na bawarskiej wsi. Komiczny i hiperrealistyczny opis zycia mieszkanców, z których jedna para decyduje sie na adopcje glównej bohaterki. Matka Liesel, komunistka, zostaje zeslana – do konca nie dowiadujemy sie dokad – i wszelki slad po niej ginie. Jedyna ostoja dziecka, a pózniej juz dziewczyny, staje sie nowa rodzina, sasiedzi, przyjaciel – a nastepnie równiez ksiazki. Mylilby sie jednak ktos, kto by oczekiwal opowiesci o intektualnych doznaniach mlodej adeptki sztuki czytania – a jak konkretnie ksiazki odzdzialaly na zycie Liesel dowie sie kazdy, który ze „Zlodziejka ksiazek” sie zapozna. Polecam!

biale-kwiecie

Axelsson denerwujaca, jak zwykle – z tym, ze miejscami na prawde dobrze pisze. Mam z nia biede, gdyz irytuje mnie nieustannie, a jednak gotujac czy prasujac wlaczam komórke i nadal slucham. Szwedów opetalo cos od paru lat i profituja (z rozmyslem uzywam takiego slowa) na drugiej wojnie i Zagladzie. Nie dalej jak w piatek obejrzalam dokumentaz o uznanym rezyserze, Larsie Norén. Ten z kolei wybral sie do ocalalego z Auschwitz francuskiego Zyda, który sie przyjaznil z Primo Levim. Norén z roztrzesionymi (alkoholizmem) rekami pyta na bezdechu jak wiele razy Samuel w Oswiecimiu mial napady porannej depresji i odmówil wstania z pryczy. O pokolenie starszy Samuel poklepuje Larsa po plecach, jakby mówiac „du courage”. Czemu pieszczoszek szwedzkiego establissmentu kulturalnego i hegemon teatralny chce koniecznie babrac sie w ponizeniu i bólu? Ten, któremu latwo (zbyt latwo?) zyc chce koniecznie wlezc w skóre ofiary, domaga sie intymnych wyznan w imie domniemanego pokrewienstwa dusz (zaluje, ze nie jestem Zydem, bo lubie Kafke, wyznaje Norén). Z tym, ze rzecz jasna, teraz latwo sie wypowiadac o nazizmie i Holocoascie, bo od lat wiadomo, kto byl bad guy, a kto good guy. Szwedzi, zamiast zmierzyc sie z wlasna polityka lat trzydziestych i czterdziestych, podszywaja sie pod ofiary hitlerowskiej maszyny unicestwienia i wyzysku. Majstersztyk! Axelsson stosuje dokladnie te sama sztuczke: jej glówna bohaterka, podajaca sie za Zydówke Miriam, tak na prawde jest niemiecka Cyganka/Romka, znajduje po wojnie przystan w Szwecji – podobnie jak niefikcyjny ojciec Görana Rosegrena, o którym pisalam niecaly rok temu. Jako stara kobieta wyznaje po raz pierwszy, iz tak na prawde nie ma na imie Miriam – czyli nie jest Zydówka. Niestety, Majgull nie moze sie powstrzymac od sugestywnych opisów perypetii obozowych, ze scenami ponizenia i okrucienstwa – jakby sie w nich lubowala. Czy to sadyzm czy masochizm? Jak lubi ostra jazde, to polecalabym jeden ze wspólczesnych konfliktów, chocby – nie szukajac daleko – obecny na Ukrainie. Ale to wymagaloby odwagi, takiej fizycznej oraz cywilnej. Zatem pani Axelsson zajmuje wygodna pozycje i krytykuje juz raz skrytykowanych. Bo czymze by na kulturalnej niwie byli Szwedzi bez Niemców?

bazant-piekny

Jeszcze dwa slowa o „The History of Love”. Jak zwykle twierdze, ze nie masz polskich patriotów nad Zydów na emigracji – tak pieknych wspomnien jak glównych bohaterów ze Slonimia nie uswiadczysz w polskiej literaturze wspólczesnej (bo Litwo, ojczyzno moja… to zdecydowanie inna epoka). Rozmawiasz z rodakami osiadlymi poza granicami kraju to zdaja sie stanowic nowe, wykorzenione plemie. Zas w powiesci Krauss, zadedykowanej dziadkom (sa ich zdjecia!), wszytsko zaczelo sie i skonczylo w Slonimiu. Powiesc niezla jako taka, ale to, co dotyka to podszyte autentycznoscia losy Zydów-tulaczy. Czyli znowu w podtekscie wojna i Zaglada – tyle, ze tutaj opowiesc jest, w odróznieniu od odtwórczych Szwedów, prawdziwa. A przy okazji zajrzalam do Wikipedii i dowiedzialam sie, ze w Slonimiu urzedowal nie tylko Michal Kazimierz Oginski, lecz takze urodzil sie Michal Marks, ten od brytyjskiej sieci Marks&Spencer.

agnes-cleve-barn

No i wiosna, jak na zalaczonych obrazkach. Oprócz wiosny wystawa retrospektywna malo znanej tutaj, rodzimej modernistki Agnes Cleve.

m-agnes-c2

Ptica-szczeglica – Tartt

In Ksiazki, Sztuka on 23 lutego 2014 at 14:42

Donna Tartt / Steglitsan / Goldfinch / Szczygiel / 2013 / 782 strony

szczygiel

Po zakonczeniu lektury „Szczygla” zajrzalam na net, zeby skonfrontowac wlasne wrazenia z tzw.profesjonalna krytyka – i porazka totalna! O czym ci ludzie pisza? Czesc myli fakty, wiekszosc narzeka na dlugosc powiesci. Czyzby krytycy literaccy nie mieli juz czasu ani ochoty na czytanie?

 

Los, który zetknal glównego bohatera „Szczygla”, Theo (Teosia?), z mistrzem zycia, Borysem (o nim troche dalej), w napadzie zlosliwosci zeslal mi na towarzysza podrózy do pracy osobe o zupelnie innych zainteresowaniach. Lagodnie rzecz ujmujac. Zajadlego rasiste, który jednak – jak sadze – nakarmilby glodnego, niezaleznie od koloru skóry. Mój towarzysz podrózy nie ma guzika „wylacz” i buzuje energia juz od godzin wczesnoporannych – badz póznonocnych, jak bym je okreslila. No i co nowego – wita mnie juz w drzwiczkach samochodu. Czytam ksiazke. I co, dobra? Dobra. No, a czemu dobra? Aaa, podoba Ci sie, bo jest o ludziach takich, jak Ty. Niezla recenzja mu wyszla. Zdecydowanie lepiej wycelowal niz profesjonalisci

carel-fabritius

Przede wszystkim piekna okladka. Wygladajacy spod oderwanego papieru pakowego ptaszek sportretowany zostal przez ucznia Rembrandta, niejakiego Carela, zwanego Fabritiusem czyli Ciesla. Papier oslania obraz, który – na skutek akcji opisanej w powiesci – na czas nieokreslony zniknal ze scian muzeów. Przechowywany czasowo w oblóczce poduszki, zamiast fachowo (czego tez sie dowiadujemy za posrednictwem Tartt) w przezroczystym papierze, opakowanym warstwa plastyku z bablami. Mroczny przedmiot pozadania, szantazu i porachunków gangsterskich. Okladka sygnalizuje temat lektury: milosc do sztuki i rezonans, jaki w nas sztuka wzbudza. W kazdym jakies inne dzielo – najwazneijsze, zeby odnalezc cos dla siebie. Ulotnego – niczym szczygiel – którego ktos uwiazal, zeby zatrzymac na zawsze.

 

Poza sztuka ksiazka traktuje o tradycji – czy moze tesknoty za tradycja. Ta, która drzemie w starych przedmiotach: przez kogos i dla kogos zaprojektowanych, nad których ocaleniem pracuja restauratorzy mebli. Tradycji zamierajacego rzemiosla. Tradycji wynaturzajacych sie rodzin (manhattanska rodzina Babour, Pippa i jej krewni, niekoherentna rodzina Theo). Krytycy po obu stronach narzekaja na nadmiar szczególów konserwatorskich – jak moga? Zareczam, iz nigdy nie bywali w domach krakowskich, z nieodlaczna wielka szafa w przedpokoju. A na szafie niezliczony zbiór butelek i starych gazet. Tartt pisze o Manhattanie. Ja czytam: Stare Miasto Krakowa. Domy pelne ksiazek. Mama Theo, oszczedzajaca na lunchu, zeby miec na muzeum. Jakbym sama siebie widziala. Mieszkalam krótko na Upper East Side, wszytskie oszczednosci przeznaczajac na wstep do muzeów. W tym MoMA, zwanego wtedy jeszcze MMA (to tu odgrywa sie wstepna, najbardziej dramatyczna scena Szczygla).

MoMA

Nastepny wymiar to wymiar ludzki. Szerloki Holmsy krytyki wytropili Dickensa, przy czym odetchneli, jakby wykonali kawal dobrej roboty. Jakis wnikliwiec dogrzebal sie nawet Balzaka, nota bene zupelnie nieznanego uczniowi szwedzkiemu. I zrobili z Tartt nostalgiczna idiotke, zafiksowana na XIX wiek – w podtekscie: nic nowego nie wymyslila. Szukaja ze swieca analogii z Oliwera Twista – a fe! Mistrzostwo powiesciopisarki polega na polaczeniu tradycji dobrej literatury dawnej z przenikliwa i bolesna analiza ponowoczesnosci. Wlasnie o nas, wspólczesnych traktuja m.in. ostatnie strony, do których byc moze krytycy juz nie dotrwali. Bije sie sz myslami, ale chyba nie zamieszcze stosownego fragmentu. Po pierwsze, bylby za dlugi; po drugie czuje sie niepewna wlasnego kunsztu translatorskiego – tak pieknie autorka to napisala! Tartt stawia podstawowe pytania: kim jestem? Jak mam zyc? Co jest dla mnie najwazniejsze? Jak dokonywac wyborów? Czym jest zycie? Czyli pytania i refleksja, których notorycznie brakuje wspólczesnemu konsumentowi zycia. Inteligentnie poituje tez „odpowiedzi” zachodniegu ruchu masowego uzdrowienia – i tu pokusze sie o cytat:

 

Skad mozemy wiedziec, co jest dla nas dobre? Kazdy psycholog, kazdy doradca d/s kariery, kazda ksiezniczka u Disneya zna odpowiedz: „Badza soba sama.” „Idz za glosem swojego serca”.

Tymczasem natrafiam na problem, o wytlumaczenie którego chcialbym kogos poprosic. Co, jezeli serce moje nie jest godne zaufania? (…) Nie chce pilnie udac sie sciezka cnoty, wiodacej ku normalnosci, rozsadnym porom, regularnym wizytom u lekarza, stabilnym relacjom z ludzmi i przewidywalnej karierze zawodowej, gazeta i brunch w niedziele, wszystko, co obiecuje, iz stane sie w jakis sposób lepszym czlowiekiem? A moze lepiej, niczym Borys, rzucic sie smiejac, na leb, na szyje, w otchlan nastepnego, wabiacego nas szalenstwa?

 

I tu wkracza na scene Borys.

 

Summa summarum Tart jakby wystawiala laurke posrednio Polakom, poniewaz mama Borysa byla Polka z Rzeszowa. Tata byl Ukraincem (co nie przeszkadza krytykom nazywac Borysa Rosjaninem!). Mimo wszystkich swoich negatywów: alkoholizm od dziesiatego roku zycia, nieustabilizowana sytuacja rodzinna, narkotyki i gansterka, Borys wydaje sie przechodzic sucha stopa przez rozmety zycia –a przy okazji podaje pomocna reke takze i Theo. Ba, nie tylko potrafi przetrwac – jego aktywnosc sprawia, ze odnosi sukces za sukcesem. Nie wiem, kogo autorka poznala – pewnie kogos starszego pokolenia, ale Borys spiewa sobie: aaa, aaa, byly sobie kotki dwa. Poza tym mówi do swojej dziewczyny „Kotku”, co dosc smiesznie wyglada w wersji obcojezycznej. Czasami wtraca cos po polsku, czasami po ukrainska badz rosyjsku. Ku mojemu rozczarowaniu krytycy nie docenili watku polskiego pochodzenia Borysa. A tymczasem to Borys jest pelnokrwistym królem zycia i panem ponowoczesnosci.

tartt

Co jeszcze? Jako przykrywka do rozwazan filozoficznych posluzyla sie Tartt watkiem sensacyjnym. Dosc zreszta udatnym, choc na szczescie nie dominujacym. Ale to nie dzieki niemu dobrze sie czyta – pisarka niezwykle zrecznie prowadzi akcje, rysuje postaci jak zywe, nie wspominajac juz o wnetrzach czy entourege’ach (jak dla mnie wspanialych, jak dla krytyków „o 300 stron za dlugich”). Pelno tez pólcieni, zatrzymanych klatek filmu, zmyslowych wrazen zapisanych w pamieci. Wprowadza osoby czyniace dobro – i to osobom, które potrafia to docenic (stad m.in. oskarzenie o dickensyzm). W mojej czesci swiata bezinteresowna zyczliwosc generalnie nie istnieje, wiec sobie przynajmniej poczytalam, ku serca pokrzepieniu. Duzo tez odniesien nie tylko do sztuki, ale takze literatury swiatowej – od tej dawniejszej (Proust, a jakze) po wspólczesna (Stieg Larsson). Powiesc osoby inteligentnej i kulturalnej dla osób inteligentnych i kulturalnych? Jakkolwiek by to pretensjonalnie i staroswiecko nie brzmialo, taka chyba jest kwintesencja esencji.

 

Czytac koniecznie!

Gdzie ci mezczyzni?-Malczewski

In CK Monarchia, Ksiazki, Przywracanie pamieci, Sztuka, Szwecja on 25 stycznia 2014 at 23:48

Rafal Malczewski / Pepek swiata

 stepowski-mlody

Kochani, cuda sie zdarzaja, nie tylko raz do roku – i na pewno nie tylko kolo Wielkiej Nocy. Przylecial do mnie z wizyta znakomity malarz, pan Rafal, wyekspediowany przez nieoceniona Lirael – niech zyja blogozanki! W dodatku zaopatrzyla go na droge w niemal przedwojenny torcik wedlowski, zeby nie wpadal w dluzsza goscine z pustymi rekoma. Po torciku nie ma juz nawet okruszynek, ale z panem Rafalem nadal sobie milo przy herbacie gawedzimy. Zazwyczaj ja leze na sofie, zas Rafal na…stole. Lirael – dziekuje raz jeszcze!

 

O samej ksiazce napisano juz wszystko – ja dorzuce ino tylko garsc refleksji postlekturowych.

 stepowski-starszy

Refleksja numer jeden: imponuje determinacja oraz odwaga podazania za glosem serca postaci opisywanych przez Rafala Malczewskiego. Zakopianczyków z wyboru – i  mimo wszystko. Nie tylko gawedziarzy, lecz takze ludzi czynu. Kobiet i mezczyzn, tworzacych dosc egzotyczna mieszanke.

 halden

Refleksja numer dwa: dla mnie to tematy bliskie. Opisywany w ksiazce Mariusz Zaruski to patron mojego szczepu harcerskiego. Cala szkole srednia udawalam sie jesienia na rajd Zaruskiego, z tradycyjna wizyta na cmentarzu na Pekowym Brzyzku, chodzeniem po Tatrach, a nastepnie przejsciem w Gorce.

 mto-ovning

Refleksja numer trzy: ksiazka zawiera sporo fotografii. Patrze sobie na nie i zastanawiam sie gdzie sie podziali ci eleganccy mezczyzni? Siedzacy nieskrepowanie przy stolikach lokali, zarówno przyczesani, jak i wysportowaniu? W dobrze skrojonych tweedach? Dla zilustrowania, o co mi chodzi, pozwole sobie wkleic wspomnienie w dziecinstwa – zdjecia meza mojej chrzestnej matki. Mezczyzny zawsze eleganckiego, mówiacego ze swada, dobrze wyksztalconego i wychowanego. Ech, gdzie ci mezczyzni?

  MTO-alla

Na deser zdjecie z norweskiego Halden, dokad wybralam sie ze stowarzyszeniem SKS ogladac reaktor doswiadczalny oraz centrum MTO.

Pollock i Jorn w Danii, Jonasson w Afryce

In Ksiazki, Sztuka, Szwecja on 29 grudnia 2013 at 19:54

Jonas Jonasson / Analfabeten som kunde räkna /2013

Ze Jorn byl europejskim odpowiednikiem Pollocka pisalam juz tutaj w Vademecum. Zeszlego lata przypomnialam nawet lokalnej gazecie, ze przy okazji obchodów czterystulecia pokoju w Knäredzie powinno sie pamietac i o wspólczesnych wiezach dawnej Skanii z macierza, a mianowicie dzialajacych po obu stronach Sundu braciach Jörgensen. Wycinka z gazety nie moge znalezc (tekst ukazal sie akurat wtedy, kiedy wylatywalam do Krakowa) – pozwole wiec sobie zamiescic wyslany do redakcji tekst. Rzecz jasna, nie spotkal sie z zadna reakcja redakcji ani odpowiedzialnego za obchody urzedu gminy Laholm. Zaproszono za to królowa Danii oraz króla Szwecji, z których zadne – surprise, surprise – nie przybylo.

 

400-års jubileums nya ikoner?

Det känns som om man letade med ljus och lykta efter länkar mellan Sverige och Danmark pga. 400-års firande av Knäreds fred. Med huvudet uppe i det kungliga – som valde att svika jubileum – missar man däremot några självklara länkar, som förtjänar att bli uppfriskade och tagna i den allmänna sfären igen.

Jag tänker på snapphanar och den konstnärliga koloni i Drakabygget – förresten ett gammalt snapphanenäste. Gamla Skåne (Skåne, Halland och Blekinge) skiftade national tillhörighet, genomgick en turbulent period på 1500- och 1600-hundratalet – och erbjöd tillflykt för olika slags rebeller. Bland snapphanar kunde man träffa danskar, svenskar, tyskar och polacker. En av moderna rebeller, som utvandrade från Danmark och bosatte sig vid norra slutningen av Hallandsåsen var Jörgen Nash. Som fick sällskap av sin fru, Lis Zwick – och ibland av sin bror, Asger Jorn. Plus ett par hundra internationella konstnärer från hela världen. Nash var en av stora personligheter inom modern poesi och konst, som avled 2004. Väldigt ofta gynnar döden en konstnär – men en så produktiv och kreativ skapare som Jörgen Nash tyvärr verkar falla i glömskan. Både han och hans bror Asger lämnade avtryck på europeiska kultureliter efter andra världskriget: från gruppen Cobra, genom abstrakt expressionism (tachism), den Situationistiska Internationalen, som banade vägen för studentrevolten i Paris 1968, till Frihetens Verkstad i Drakabygget. Deras verk finns representerade på MoMA i New York – men var finns deras minne bevarat i Laholm?

Det nalkande jubileum borde ge ett ypperligt tillfälle att leta fram, damma av samt exponera givna svensk-danska länkar. Den stolta rebelltraditionen känns fortfarande aktuell – och det intellektuella arvet efter bröderna Jörgensen, som de egentligen hette, borde föras vidare. Jag undrar varför konstnär med sådan signifikans inte lyfts fram av Laholms kommun ansvariga för kulturliv samt 400-års firande av Knäreds fred?

 

W ten sposób udalo mi sie nawiazac do dwóch tematów, które mi sie dzisiaj cisna pod pióro: 1. wystawy w dunskim muzeum sztuki Louisiana oraz najnowszej ksiazki znanego ze Stulatka i niegdys tu recenzowanego Jonasa Jonassona. Wlasciwie moglabym sie z tematem rozprawic krótko: polecam numer jeden, odradzam numer dwa. Ale czy tak sie godzi?

jorn-pollock

Muzeum Lousiana zachwycalam sie wielokrotnie – i tak, zdaje sie, mi zostanie. Pieknie polozone, dobrze architektonicznie rozwiazane, ciekawie wystawiajace. Tak przy okazji – jakbym jechala szosa, to moglabym w drodze do Lousiany minac posiadlosc Karen Bixen. Tak wiec moje wpisy – jakby podswiadomie – zazebiaja sie ze soba. Zaraz po Swietach niewielu zwiedzajacych czyli mozna skoncentrowac sie na sztuce. I to jakiej! Pollock nadal wbija w ziemie. Jorn, niestety, troche mniej – choc chwilowo sie nie daje. Mimo ze w innych kategoriach góruje (niezwykle przystojny, spolecznie zaangazowany, miedzynarodowy, podczas wojny czynny w ruchu oporu) to artystycznie jakby za intelektualny i wykalkulowany. Pollock, którego byc moze krzywdzaco, kojarze w dwoma pasjami: do alkoholu i do swoich malunków, jest niesamowity. Zastanawialam sie czy nie tylko dlatego, ze porazil mnie wielkim plótnem w muzeum Nowego Jorku (MoMA, wtedy jeszcze MMA)? Ale wtenczas nie bylam chyba na Pollocka gotowa, raczej mnie przerazil niz zachwycil. A teraz: oj, oj, oj! Troche tez irytowala mnie nad (nad)uzywana obecnie forma wystaw komparatywnych – czy nie jest tak, ze mozna ta metoda udownic kazda teze – a nawet jej przeciwienstwo? Ale nadal spelnie swoja funkcje – duzo ciekawej sie oglada wystawe o pewniej strukturze niz niekonczacy sie ciag obrazów wystawy indywidualnej. Link na wystawe to: http://www.louisiana.dk/uk/Menu/Exhibitions/Jorn+%26+Pollock/Jorn+%26+Pollock

analfabeten

Teraz do Jonassona. Mam mu za zle, poniewaz kupilam sobie wlasny egzemplarz w jakiejs astronomicznej cenie, a okazal sie ksiazka, której wcele nie chce miec. Oczywiscie, trudno napisac druga ksiazke tak dobra jak Stulatek. I – gwoli prawdzie – czesci poswiecone Szwecji nie sa wcale zle. Natomiast karkolomny pomysl uczynienia glówna bohaterka czarnej poludniowoafrykanki, Nombeko, okazal sie – wlasnie karkolomny. Nadal uwazam, ze lepiej pisac o tym, co sie zna /na czym sie zna, niz o tym, czego sie ani nie zna, ani nie pojmuje. Szczególnie po ostatnich wakacjach w Afryce nie uwazam, zeby bieda, postkolonializm, problemy czarnej populacji itp. byly szczególnie smieszne. Jonasson niby solidaryzuje sie ze swoja bohaterka, ale czyni to po swojemu, szwedzkiemu. Tak, jakby kazda analfabetka na drugiej pólkuli tylko czekala, aby znalezc sie w Szwecji! I tak, jakby Szwecja otwarla na osciez wrota dla imigrantów z Afryki. Oczywiscie, byl juz film o ET, to czemu niby nie ma byc ksiazki o przemianie czarnej analfabetki w jeden z najtezszych umyslów Skandynawii? Wspólczesne fragmenty, dotyczace milosciwie nam panujacego króla oraz premiera sa na prawde smieszne i dowcipne. Reszta – taka sobie. Jak zwykle widac wplyw prozy i humoru Aarta Paasalinny. Na szwedzkie ekrany weszla wlasnie ekranizacja Stulatka, a Niemcy zakupili podobno prawa do Analfabetki. Jonassonowi proponuje na raz nastepny kierunek odwrotny: jak to szwedzki analafbeta znalazl szczescie i swoje miejsce w zyciu w Soweto…

Vademecum nostaliczne, ostatnie! Opus XXXIX

In Pamietnik, Przywracanie pamieci, Sztuka, Szwecja on 13 października 2013 at 15:17

Czasami odnosze wrazenie, iz nasze losy ksztaltuja sie ponad naszymi glowami – a juz na pewno poza nasza swiadomoscia! No bo jak inaczej wytlumaczyc fakt, ze kiedy powiesilam w sypialni plakat z retrospektywnej wystawy Meret Oppenheim w Berlinie, gdzie twarz artystki zdobia wspólsrodkowe, kropkowane okregi, a potem postanowilam zbudowac parawan, to wlasnie IKEA wypuscila limitowana kolekcje z materialem, którego wzór wpisuje sie we wzór okregów z plakatu? I ze z trzech mozliwych wzorów akurat ten sobie wybralam, choc planowalam inny? Na dodatek nazywa sie ping-pong, a sportowi temu oddawalam sie zupelnie niedawno. Kto na  mnie patrzy? Kto mnie sledzi? Kto za mnie decyduje, skoro na dodatek nadal mysle, ze to  jednak JA siedze w fotelu kierowcy?

pingpong

Wystawe Meret w Martin-Gropius-Bau polecam serdecznie – nie tylko jako znajomej opisywanych tu wczesniej: Bretona, Maar, Raya, Giacomettiego, Picassa, Ernsta i Arpa. Niedawno obchodzilaby stulecie swoich urodzin. To nastepna piekna, inteligentna i kochajaca zycie kobieta, która nawet wlasny ojciec-lekarz podejrzewal, iz cos musi z nia byc nie tak – i dopiero Jung zapewnil go, ze Meret ze swoich osobliwosci…wyrosnie (sic!). Przeciwniczki kultury mieszczanskiej nie mialy – i nie maja – latwo…

meret-oppenheim

A teraz pora na nastepny smakowity odcinek Vademecum. Jak juz zapowiadalam, ostatni. Rodzi sie pytanie: co dalej? Miejmy nadzieje, ze wladze odgórne zadbaja, zeby zródelko natchnienia do pisania tego bloga nie wyschlo!

pingpong-material

Kolejki

Przy wsiadaniu do autobusu, w sklepach czy tez urzedach nie wystepuje w Szwecji zjawisko „winogron” czyli wielowymiarowych kolejek. Ogólnie uwaza sie, ze Szwedzi stac w kolejkach kochaja i dlatego sie nie wpychaja. Osobiscie blizsza jest mi teoria, ze kolejek nie cierpia – stad wynalazek automatu z numerkami. Po wejsciu do Urzedu Skarbowego, apteki czy kwiaciarni kazdy automatycznie rozglada sie za automatem wydajacym bilety z numerkiem, naciska guzik i spokojnie udaje sie w kierunku najblizszego krzesla, czekajac wygodnie na swoja kolej. Oczywiscie przy wejsciu do autobusu numerków nie ma, ale i tak ludzie sie w kolejce ustawiaja – wykazujac przy tym doskonala pamiecia co do kolejnosci i naleznego miejsca kolejkowiczów. Nie ma zjawiska „bo ja tu zajelam kolejke”, nie ma „ja tu stoje z zona”. Zreszta kolejki posuwaja sie szybko i kazdy zostaje obsluzony i nabywa bez klopotów pozadane dobra. Nie ma wiec powodów, zeby sie przepychac albo, nie daj Panie, wpychac. Powiedzialabym nawet, ze wbrew przeciwnie, czesto ludzie wpuszczaja sie nawzajem slowami „ty chyba bylas pierwsza”. Na co zagadnieta osoba mówi z usmiechem „alez skad, prosze, wejdz pierwsza”. I tym milym sposobem unika sie niepotrzebnego stresu.

Natomiast osoby, które mimo wszytsko by sie nachalnie wpychaly musza sie liczyc ze sprawnym zablokowaniem drogi przez kogos z pozornie niezainteresowanych oczekujacych. Nie znam innej nacji, która równie sprawnie potrafi sie napuszyc i sila woli zajac wiecej miejsca niz przypisana postura fizyczna. Osoby te jakby rosly w oczach i skutecznie, bez slowa, sa w stanie przeprowadzic wyoutowanie intruza. Nie ma wiec co zywic nadziei, iz Szwedzi jako glupi i naiwni nic nie zauwaza – jak trzeba dysponuja duza dawka zdrowego rozsadku oraz chlopskiej przebieglosci i sily. Tylko ze na codzien staraja sie unikac sytuacji konfliktowych oraz stresogennych, metodycznie planujac swoje dzialania. Kolejka w Szwecji jest jednym z niezmordowanych przejawów przyrodzonego ducha szwedzkiej organizacji.

http://www.youtube.com/watch?v=HsM4ivPItD0

Zamilowanie do techniki

Sedno sprawy znakomicie oddaje Slawomir Mrozek w „Baltazarze”. Opisuje poczatki podrózy statkiem pasazerskim „United States”. Wspólpasazerami Mrozka zostali szwedzki profesor uniwersytetcki i turecki prawnik (czyli dwóch humanistów).

Znajomosc zaczela sie od razu w kabinie. Poniewaz ja oswiadczylem, ze jako zacofany Polak nie bede w stanie obslugiwac nowoczesnych urzadzen, poprosilem o to Szweda. Przylaczyl sie do mnie Turek, który stwierdzil, ze dorównuje Polakowi pod wzgledem zacofania. Szwed objasnil nam obu zasady dzialania urzadzen sanitarnych i od razu zapanowala miedzy nami harmonia. (strona 217)

Oprócz obslugiwania baterii laziekowych oraz automatów do wydawania numerków Szwedzi maja na swym koncie i inne wynalazki, takie jak: zamek blyskawiczny, pacemaker, klucz nastawny zwany w zaleznosci od regionu Polski szwedzkim, francuskim badz angielskim, segregator, dymanit, zapalki, lozysko kulkowe, kuchenke naftowa (prymus), opakowanie tetra-pak, aparat lustrzanke, respirator, tytanowa srubke do mocowania zebów, sztuczna nerke, kolorowa grafike i myszke komputerowa, system GPS, trzypunktowe pasy bezpieczenstwa. Maja tez duzy wklad w rozwoju przemyslu papierniczego – od papieru gazetowego, w który nadal zaopatruja niemal caly swiat, poprzez papier do suszenia rak po pieluchy i opatrunki. Zreszta funkcjonalna seria Tork czyli Suszka wystepuje czesto nie tylko w szwedzkich, lecz takze i polskich toaletach. Patrzac sie dookola widac urzadzenia szwedzkich marek: lodówki, pralki, suszarki, zmywarki, odkurzacze, maszyny kuchenne. Zlewy, meble, muszle toaletowe, porcelana kuchenna, kamionki, szklo ozdobne i okienne, materialy i maszyny budowlane. Przechodzac przez jezdnie naciska sie przycisk szwedzkiego automatu, zamykajac drzwi mieszkania uzywa szwedzkich zamków, gotujac szwedzkich garnków stalowych i zeliwnych patelni. Jak na rzadlo zaludniony kraj z niewielka iloscia mieszkanców ilosc szwedzkich produktów jest imponujaca. Rzecz jasna szwedzki rynek podlega teraz takim samym zmianom jak i w innych rozwinietych krajach i dochodzi do koncentracji majatku i produkcji, outsourcingu itp. (które na przyklad wylozyly szwedzki przemysl tekstylny), ale mimo tego i tak ilosc szwedzkich produktów, funkcjonalnych i dobrej jakosci imponuje. Stare produkty odchodza do lamusa, a na scene wkraczaja nowe, takie jak urzadzenia pomocnicze codziennego uzytku dla reumatyków. A przede wszystkim, nawet natrafiajac na nowe urzadzenie, Szwed od razu wie do czego sluzy i jak go uzywac. Mam osobista teorie, ze to zycie w twardych warunkach (nieprzyjazny klimat, surowa przyroda, rzadkie zaludnienie i bieda) wyksztalcily w tutejszych mieszkancach szczególna mutacje genu na zdolnosci techniczne.

Z Internetu korzystaja niemal wszyscy, niezalenie od wieku – podobnie jak z zaawansowanych komórek. Jesli na rynku pojawi sie nowe urzadzenie, to mozna byc pewnym, ze ciagota do nowinek technicznych skusi Szweda do zakupu. Ludzie nie boja sie nowosci – a wrecz sie o nie upominaja. Nie wchodzi tu w gre chec pochwalenia sie przed sasiadem czy kolega, ale wartosc uzytkowa urzadzenia. Zludzenia oszczednosci czasu i ulatwienia zycia napedza handel urzadzeniami elektronicznymi, grami i oprogramowaniem.

Barwa czyni czlowieka-Jacobson

In Ksiazki, moda, Pamietnik, Przywracanie pamieci, Sztuka, Szwecja on 28 września 2013 at 21:08

maja2

Zdarzaja sie ksiazki, które chetnie bym sama napisala. Ostatnia taka pozycja jest „Kolor zdobi czlowieka” (w wolnym tlumaczeniu, jako parafraza porzeczenia: nie szata zdobi czlowieka). Nie odmawaiajac zalet ducha osobom kontestujacym, pozbawionym gustu czy tez innych mozliwosci – zarówno szata, jak i kolor zdobia czlowieka w stopniu najwyzszym!

 duzo-ludzi-na-targach

Autorka, Maja Jacobson, to nie tylko teoretyk „kolorowy”, lecz takze praktyk ubraniowy. Za zadanie postawila sobie przyjrzec sie szatom, w które sie czlowiek odziewal w wybranych (europocentrycznie) cywilizacjach. Przeanalizowala wybór koloru, fasonu, zastosowanych materialów, gustów, systemu wartosci, czynników wplywajacych na wybór – podpierajac sie w razie koniecznosci wlasnym teoriami. Ksiazka ilustrowana jest obficie barwnymi (jakzeby inaczej) reprodukcjami witrazy, rzezb, mozajek, obrazów oraz fotografii; przedstawiajacych kobiety, dzieci i mezczyzn – w róznym wieku i rozmaitych okolicznosciach. Zajmuje sie takze zmieniajaca sie w czasie i miejscu symblika poszczególnych kolorów.

 norsteds

Kolory cos w sobie maja – ze zacytuje tytul „Wiec chodz, pomaluj mój swiat”, „Barwy walki”, „Barwy ochronne”, trylogie Kieslowskiego czy tez „Cala jaskrawosc” (to mowa raczej o odcieniu i moze jeszcze o swietle). Ale tez kolory symbolizowaly i swiatlo, a nawet swiatlosc. Dowiedzialam sie, ze w sredniowieczu panowaly dwa przeciwstawne obozy zakonów, pojmujace odrebnie kolor jako wyraz religii. Jedni uwazali, iz kolor to wynalazek szatana i ze w zwiazku z tym kosciolów nie nalezy zdobic. Inni, ze wlasnie dopiero kolor najlepiej oddaje swietosc oraz dazenie czlwoieka do doskonalosci. Inna, pozyteczna informacja byl widoczny do tej podzial na czarny – badz stonowany – protestantyzm i wielobarwny katolicyzm. Stad zapewne – jako jeden z z czynników – znormalizowany i zazwyczaj szaro-bury mundurek doroslych Szwedów (którzy w swoim zaawansowanym laicyzmie oburzyliby sie na taka interpretacje). Fascynujaca równiez okazala sie informacja o symbolicznym znaczeniu bialej kryzy pod szyja – odcinala (podobno) grzeszne cialo od uduchowionej twarzy!

 czytelnicy

W kazdym razie Maja J podadala mi cenna wskazówke, jak moge zareagowac na wieczne komentarze: bo ty to jestes taka UBRANA! Odpowiem: rzecz jasna, poniewaz pochodze z katolickiego kraju i daze do doskonalosci.

 brombergs

Ilustracje w Targów Ksiazki w Göteborgu, które odwiedzilam bylam w dniu wczorajszym. I ja tam byla, darmowe wino i wode pilam – oraz dobrze sie bawilam! Przeszlam m.in.obok Leifa GW Perssona, Marii Corazzy-Bild i Joansa Jonassona. Na zdjeciu utrwalilam rozmowe (w formie skondensowanej do obrazka) Doroty Bromberg z raperem Petterem. Poza tym podziwialam stanowiska rozmaitych organizacji oraz stowarzyszen, wielce oryginalnych, a czasami wrecz egzotycznych. Nakupilam ksiazek dla siebie i na prezenty. Obladowana lupem ledwo dopelzlam do dworca kolejowego. Czuje sie syta wrazen, chociaz rozmaitym osobowscim swiata kultury zadedykowalabym wspaniala (i o niewielkim formacie) ksiazeczke pani Maji – gdyz dawno juz nie widzialam zbiorowska tak zle ubranych ludzi. Wsród kobiet w wieku mocno srednim dominowaly po pierwsze buty martensy (czane), a po wtóre grube, szaromelanzowe rajtki w prazki. Widocznie osoby te osiagnely juz – dla mnie jeszcze odlegle – stadium doskonalosci…

raben