szwedzkiereminiscencje

Archive for Marzec 2010|Monthly archive page

Dzis na obiad: spiewajacy kwartet

In Muzyka, Szwecja on 31 marca 2010 at 17:00

Zeby blog mógl zasluzyc na nazwe „kulturalnego” nie moge pominac muzyki  – a przy tym i kobiet, i spiewu. Dzisiaj bowiem w przerwie obiadowej udalam sie nan koncert folklorystyczno-jazzowy do biblioteki w Halmstad. W nowym budynku biblioteki jeszcze nie bylam, choc nie az tak on teraz nowy. Budynek czesciowo wznosi sie nad przeplywajaca rzeka Nissan i jest podtrzymywane pzrez pale. Obok na Nissanie rzezba Fredika Wretmana, ktora przy dobrej pogodzie moze pzredstawiac nieskonczonosc. Niestety, dzisiaj pogoda byla szaro-mglisto-deszczowa i nie wzielam aparatu. Dlatego tez musze sie posilkowac cudzymi fotografiami.

Kawartet STRÅF z Göteborga sklada sie, jak widac, z dwóch niewiast i dwóch mezów. Opanowali trudna sztuke grania polaczonego ze spiewaniem. Spodziewalam sie czegos na ksztlat ballad przy ognisku, ale kwartet okazal sie rzeczywiscie dysponowac sila glosów. Kwartet nie spiewal chórem, lecz na glosy i te glosy bylo slychac. Czasami tez spiewano po kolei – kazdy z czlonków wykonywal swoja partie osobno. Repertuar skladal sie glównie z utworów znanych szwedzkiemu sluchaczowi – raz nawet publicznosc poproszona byla o zaspiewanie jednej zwrotki. Muzyka na zywo jest wibrujacym przezyciem i budzi do zycia. Zespól zaspiewa i zagra jeszcze dzisiaj wieczorem w „muzycznym gemaku” na zamku. Kto zdazy niech pobiezy!

Tesknie za Toba, Zydzie – u Pacewicza

In Performance, Polskie refleksje, Sztuka on 28 marca 2010 at 17:38

Kto nie obejrzal niech obejrzy: http://wyborcza.pl/pacewicz/0,0.html    Dziennikarz GW Piotr Pacewicz rozmawia z twórca akcji „Tesknie za Toba, Zydzie”, Rafalem Betlejewskim. Akcje sledze w artykulach prasowych, ale nic do tej pory nie wiedzialam o jej twórcy.

Pacewicz zaprasza do swojego „Pociagu osobowego” jedna osobe na tydzien. Do tej pory wszystkie wywiady byly ciekawe – najwieksze wrazenie zrobila na mnie kolarka Maja Wloszczowska, a w zeszlym tygodiu siostra Malgorzata Chmielewska. Autor przygotowuje sie do wywiadu solidnie i traktuje swoje „ofiary” lagodnie. Nawet czasami za lagodnie – bo robi wrazenie „velourmannen” czyli faceta w bamboszach. Dlatego wywiad jest na tyle dobry, na ile silna osobowosc ma osoba przesluchiwana. Siostar Chmielewska zadala klam wizerunkowi zakonnicy obslugujacej meski personel kosciola, zas Betlejewski zrobil w studio performance.  Nie moge sie wyprzec, iz dostarczyl mi takze milych wrazen estetycznych – nareszcie przystojny mezczyzna – co w sumie podnioslo atrakcyjnosc audycji (bo „Pociag osobowy powstaje w wersji video). W kazdym razie dowiedzialam sie takze o innych projektach tego twórcy. Przy okazji dobrze sie sklada, ze to kawal chlopa, bo ludzie sie zastanowia, zanim go zaatakuja niczyl Dorote Nieznalska. Na cale szczescie jest osoba inteligentna, lecz nie intelektualna, wiec potrafi przedstawic swoje projekty krótko i atrakcyjnie. Ladny chlopiec – najlepiej w marynarce, bo z matrosce z tatuazem wyglada zupelnie jak z filmów Fassbindera.

Mysle, ze Betlejewski ma dobry timing na swoj „zydowski” projekt. Jak to powiedzial profesor Bralczyk mamy szanse na ponowne oswojenie slowa „Zyd”. Nie wiadomo czemu w Polsce nazwanie kogos Zydem to wylacznie obelga, podczas kiedy Zydzi amerykanscy z duma przyznaja sie do swojego zydostwa. Poniewaz pracowalam w USA jako letni nauczyciel na zydowskim obowzie dla dzieci, Zydzi dla mnie to konkretne osoby, a nie tylko „sasiedzi”. Ze zdumieniem notuje jak zle sa przyjmowane moje wypowiedzi typu: „lubie Zydów” . Przez taka wypowiedz przestala do mnie pisac kolezanka z liceum (obecnie pracownik IPN), bo widocznie nie lubi osób kolegujacych sie z Zydami. Ciekawe, ze za identyczna wypowiedz obrazil sie kolega z tejze samej klasy, który widocznie uznal, ze obrazam wspólnych znajomych. Sama nie widze spzrecznosci w byciu Zydem i Amerykaninem czy Zydem i Polakiem. Dlatego trzymam mocno kciuki, zeby Betlejewski odczarowal temat Zydów polskich.

Sklepy cynamonowe Magdy S („Lindarna” Magda Szabo)

In Ksiazki on 27 marca 2010 at 19:22

Za zwrócenie mi uwagi na Magde S dziekuje http://direlasua.wordpress.com/author/joanjohnson/ . Do tej pory byla to dla mnie pisarka nieistniejaca – a i nie nalezy tez do najbardziej poczytnych w Szwecji, skoro musialam ja wygrzebywac w piwnicy tutejszej biblioteki. Ktos tam ja jednak wylozyl na „wystawke” – pewnie efekt filmatyzacji „Drzwi”. Podoba mi sie równiez, ze jak w pure-nonsensowym dowcipie debiutancki tomik „Barany” to po polsku „Owieczka” (z pluralis wyszlo singularis, a z maskulinum wyszlo feminum). Ja dzisiaj jednak nie tyle o baranach, co o lipach – bo tak sie tlumaczy tytul „Lindarna”. Zeby bylo ciekawiej owe lipy to w oryginale ulica/zaulek Katarzyny („Katalin utca”)

Wlasciwie mam duzo do powiedzenia na temat ksiazki, ale bede starala sie streszczac. Nie znosze tego, co Kubus Puchatek nazwal „najgesciej polukrowanym postekiwaniem” czyli pretensjonalnosci. Poza tym podjelam tzw.strategiczna decyzje, ze  blog nie bedzie mial dlugich wpisów. Zatem do dziela – lekture „Lip” (bede uzywala tego tytulu) zdecydowanie polecam. Opowiada o splecionych losach trzech wegierskich rodzin w ciagu trzydziestu czterech lat – zaczyna sie gdzies okolo 1934. Rodziny te zajmowaly polozone obok siebie domy pod lipami przy ulicy (sw?) Katarzyny. Troche to jak w „Dzieciach z Bullerbyn”: trzy domy, ale czworo zamiast szeciorga dzieci. No i Budapeszt zamiast szwedzkiej wsi. Poza tym pewne podobienstwa, poniewaz zarówno dzieci jak i ich rodzice swietnie sie ze soba bawia. Ale nadchodzi wojna i atmosfera Bullerbyn znika na zawsze, osierocajac duchowo duzych i malych. Tzn.tych, którzy przezyli, poniewaz wojna dotknela rodziny niesprawiedliwie – jedna znika fizycznie, choc pozostaje na zawsze w pamieci innych; druga traci ojca i nieruchomosc, a trzecia wychodzi pozornie bez szwanku. Po wojnie nastaje nowa rzeczywistosc, dzieci dorastaja, zas dorosli jakos sie adaptuja, choc zachowuja swoje przedwojenne zwyczaje i wartosci. Dotyka ich stalinizm, a potem odwilz – i nastepna osoba znika z kregu „lip”. Ci, którzy pozowstali na placu boju zwieraja swoje szeregi, w których zle sie czuje tylko najmloszy czlonek rodziny, wnuczka pierwszych lipowian. Reszta tkwi z otoczeniu przedwojennych mebli i bibelotów niczym w swoistych sklepach cynamonowych. Nawet zyjaca na emigracji córka odtwarza dla siebie i swojej nowej rodziny wariacje na temat lipowian i konfabuluje ich zycie jako wlasne.

Ksiazka ta stanowi przeciwienstwo pietnowanego przeze mnie rozpasania pismienniczego – jest niezwykle skondensowana. Powiedzialabym nawet, ze nalezy ja czytac, przynajmniej wyrywkami, kilkakrotnie. Spieta jest klamra, co jak zwykle utrudnia polapanie sie w who is who. Poza tym w ogole nie zawiera dialogów i stanowi jeden, zbity tekst, podzielony na pare rozdzialów. Czesc rozdzialów pokrywa sie z cezurami czasowymi. Podrozdzialy stanowia mysli roznych osob i znowu trzeba wytezonej uwagi i refleksu czytelnika, zeby sie nie pogubic (bo autorka uwaza za zbedne nadawanie tytulów). Pisana jest w duchu bliskiej mi (jako mieszkance Krakowa) CK-Austrii. Podobnie pisza m.in. takie Austriaczki jak Marlen Haushofer czy Elfriede Jelinek. Jeszcze wczesniej Musil. U nas – Kusniewicz. Bardziej na poludnie – Mesa Selimovic. Przedstawiaja podobny swiat, troche na obrzezu glownego nurtu Europy. Swiat niespieszny, niebogaty, czesto skoncenrowany wokól rodziny. Troche drobnomieszczanski, troche inteligencki. Nie zawsze szczesliwy, ale tez i nie goniacy za szczesciem.

Powiesc wymaga od czytelnika nie tylko cialej uwagi, ale takze i znajomosci faktów historycznych. Duzo jest niedopowiedzen, które jako mieszkancy tej samej czesci swiata jakos w miare dajemy rade wypelnic. Nigdzie nie jest powiedziane, ze jedna z lipienskich rodzin to Zydzi – trzeba sie tego domyslic. Podobnie, ze ojciec drugiej z rodzin walczyl i zginal podczas wojny po stronie niemieckiej. Podobnie czas represji stalinowskiej i okres zmian po 1956. Ze Wegry byly zamkniete, wiec posiadanie paszportu waznego na wszytskie kraje swiata to bylo nieslychane bogactwo i powód do zazdrosci. Mysle, ze te niedopowiedzenia sa prosta konsekwencja czasu, w którym powstaly: 1969. Dzis wiemy wiecej i czytajac dzisiaj brakowalo mi tych przemilczanych czesci zycia. Zdecydowanie widac, ile faktów wyplynelo w ciagu ostatnich dwudziestu lat i jaka jest róznica w tematach, które mozna poruszac publicznie. Przy okazji losy niedobitkow rodzin z zaulka Katarzyny mozna by zaprezentowac nieuleklym rycerzom spod znaku IPN, zeby ukazac cala zlozonosc egzystencji powojennej. Egzystencji, poniewaz cale zycia wlasciwie zdarzylo sie tym rodzinom wylacznie przed wojna. Caly czas czuje sie doswiadczenia wlasne autorki – „Lipy” powstaly na bazie autopsji (o Magdzie S mozna poczytac na necie).

Ja tez z autopsji znam takie zycie zatrzymane przez wybuch wojny – zycie moich dziadków. Gdzie meble, garderoba, bibeloty z innego domu i innego czasu stloczono na malej powierzchni i jak bardzo ta scenografia odbiegala od tego, co za oknem. Zycie, ktore toczylo sie jakby poslizgiem, bo najwazniejsze wydarzenia przetoczyly sie juz dawno. To, co dzialo sie kiedys, to bylo dobre zycie. Potem przyszedl szlaban niemal na wszystko, niszczac psychicznie doroslych i ich dzieci. Niedawno kolezanka zapytala mnie, czy nie zauwazam, iz powtarzamy w jakims sensie zycie swoich rodziców. Wtedy odpowiedzialam jej przeczaco. Dzisiaj, a szczególnie po przeczytaniu „Lip”, nie jestem juz tego tak bardzo pewna.

Nieseksowna (broszura)

In Feminizm, Szwecja, Szwedzki Zwiazek Inzynierow on 24 marca 2010 at 00:36

Nareszcie miałam czas doczytać do końca broszurę, która dostałam w Sztokholmie na Dzień Kobiet. Nazywa się „Tusentals små beslut. Om kvinnliga och manliga akademikers karriärmöjligheter. November 2009”. Jako autorka figuruje Charlotta Kraft, choć de faco treścią broszury zajmowały się trzy kobiety: socjonom, psycholog i ekonomistka z póldoktoratem. Za ich czas i wysiłek zapłaciło SACO czyli Centralna Organizacja Szwedzkich Akademików (mnie się słowo „akademik” kojarzy ze Związkiem Radzieckim; tu chodzi o ludzi w wyższym wykształceniem). Tytuł opracowania zaczerpnięty został z wypowiedzi Gunnara Qvista, pierwszego szwedzkiego profesora w dziedzinie historii kobiet. Uważa on, ze brak równouprawnienia zależy od:

 tysiąca małych decyzji, podejmowanych przez niepowiązanych ze sobą decydentów; kierujących się tradycyjnymi i „oczywistymi” wartościami – co nadaje decyzjom ten sam kierunek

 Napisane i owszem z werwą – co jest raczej wyjątkiem, bo te opracowania usypiają zazwyczaj na drugiej stronie. Studium przemyślane, dobra struktura i niezła grafika – co tez należy do wyjątków. Tylko ze wnioski frustrujące – pozwolę sobie zacytować niektóre:

  •          rynek pracy nadal składa się z segmentu zdominowanego przez kobiety i innego, zdominowanego przez mężczyzn,
  •         nadal istnieją różnice miedzy pensja kobiety i mężczyzny,
  •         mężczyźni nadal dominują na wysokich stanowiskach,
  •         różnice w wysokości zarobków są wynikiem różnych pozycji jakie kobiety i mężczyźni zajmują w tej samej organizacji.

 I to wszystko w kraju, który do niedawna nazywał się najbardziej równouprawnionym na świecie – dopiero ostatnio oddal palmę pierwszeństwa Norwegii. Jedna rzecz wydaje się pocieszająca – ze im bogatszy kraj, to tym lepiej żyje się kobietom (o Norwegii do odkrycia ropy niewiele było wiadomo, a teraz zakwitła nie tylko tradycyjnie dobrym narciarstwem, ale także np. na polu design’u).

 Jak tak przeczytałam to, co i tak wiedziałam, to pomyślałam sobie: po co te biedne trzy nie-siostry się biedziły i wysmażyły raport (a jeszcze robiły wcześniej badania)? Nic nowego, a jak się czyta to tylko człowiek popada w melancholie. Czy nie mogły powiedzieć, ze wszystko po staremu, zaoszczędzić papier czyli drzewa, a zamiast broszury rozdawać po czekoladce? Albo „po jednym”, to by się przynajmniej na chwile morale poprawiło? Przypomniał mi się tekst piosenki Andrzeja Garczarka o Stachurze, ponieważ była tam atmosfera siedzenia-się-kiszenia. Okropnie dużo czasu zajęło mi odnalezienie tekstu, a na dodatek nie jestem pewna, czy znalazłam poprawny. Nie wiem czy Stachura z Garczarkiem poprawiają humor – ale poruszyli mnie zdecydowanie bardziej niż ten (nawet ładnie wydany) raport. Gdzie te czasy, ze wszyscy śpiewali z gitara, zamiast powielać idiotyczne i nikomu niepotrzebne opracowania?

 Gwarzą się na zgagę ryzlingowe kwachy

U Hopfera siedzą cztery Himilsbachy

Siedzą nic nie jedzą

Czasem tylko basem

Zaśpiewają:

Stachuro, Stachuro

Ty już idziesz górą

A nam tu na dole

Smutno i ponuro

Wlochate fantazje Doris Lessing

In Ksiazki on 21 marca 2010 at 23:02

 

Zupełnie nie mogę się połapać w Doris Lessing. Jeszcze zanim dostała Nobla znajoma polecała mi Doris jako pisarkę, która ciekawie pisze o kobietach. Doris miała tez na imię mops (mopsica?) mojej koleżanki, Bodil. Sympatyczne zwierze, choć okropnie charczące i chrapiące. Z przeczytanych pozycji najbardziej chyba podobało mi się “Odpowiednie małżeństwo” Dla mnie Afryka to ciekawy kontynent i lubię posłuchać kogoś, kto tam żył przez chwile.

Dzisiaj chciałabym się podzielić wrażeniami z “Podróży Bena” – audiobook’u.

“Podróż Bena” jest kontynuacja “Piątego dziecka”. “Piątego dziecka” do końca życia nie zapomnę, ponieważ słuchając tej powieści doznałam kolizji z łosiem. Ja przeżyłam; los, a właściwie łoszak, mam nadzieje został pokarany przez matke-nature za wskoczenie na mój samochód. Ben jest synem mniej lub bardziej normalnych rodziców, którzy osiągnęli w życiu to, co chcieli – i jeszcze więcej. Mieli czwórkę dzieci i wielki dom, który rzadko opuszczała pieczeniarska rodzinka. W każdym razie było nieźle do chwili, kiedy piąte dziecko w stadium płodu dało popalić swojej udręczonej matce. I był to tylko początek – Lessing zdaje się doznawać perwersyjnej przyjemności dręcząc matkę, a przy okazji czytelnika. Ben rodzi się na dziecko inne niż wszyscy – i tu normalnie budziłby nasza sympatie. Ponieważ jednak więcej w nim zwierzęcia niż człowieka, to cały czas przekracza granice: dobrego wychowania, dobrego smaku, przyzwoitości i lojalności ze swoja grupa. W “Podróży Bena” spotykamy go jak ma już osiemnaście lat i burzliwy życiorys. Nie jest w stanie odnowić kontaktów ze swoja rodzina i pozostaje na pastwie obcych ludzi. Czasami spotyka dobrych ludzi (kobiety), a czasami (mężczyzn), którzy go wykorzystują i oszukują na różne sposoby. Skutkiem tego Ben ląduje najpierw w Marsylii, a potem w Rio. W Brazylii kończy swoje krótkie aczkolwiek burzliwe życie – metaforycznie łącząc się ze “swoim ludem”.

Mam wrażenie, iż intencja Lessing było wzbudzenie empatii dla wszystkich tych, którzy odbiegają od normy. Na pewno każdy kiedyś w życiu miął wrażenie, ze trafił na nie swój kontekst i poczuł się jak dziwny stwór. Ale, jak dla mnie, Lessing przesadza. Jak gdyby lubowała się w opisie tych popędów czy odruchów Bena, które pochodzą ze świata fauny. Zamiast pozwolić czytelnikowi odczuwać sympatie i solidarność, jakby się siliła na wzbudzenie wstrętu. Nie wiem czemu tak robi? Na dodatek nie mogę się oprzeć wrażeniu, ze mocno starsza dama z przyjemnością opisuje intensywnie owłosione partie ciała nieszczęsnego Bena – jakby go podglądała i czerpała perwersyjna przyjemność.  Jej admiracja dla zwierzęcego popędu płciowego Bena to chyba rodzaj magdalenki czyli tęsknota za “straconym czasem”? Lessing niby taka jest równouprawniona, a powiela obraz męskiego osobnika, który “musi” zaspokoić swoje chucie – ciekawe co by było jakby jej bohaterka była kobieta?

Nie wiem tak do końca o CZYM to miała być książka? O wyizolowaniu i bólu bycia innym? Czy tez na zupełnie inny temat? Bardzo będę wdzięczna jak ktoś inny, kto przeczytał te pozycje mnie oświeci!

Guernsey – wojna w wersji light

In Ksiazki on 20 marca 2010 at 01:08

Sprawa dotyczy Mary Ann Shaffer „The Guernsey Literary and Potatao Peel Pie Society”. Wybór lektury dzieki uroczemu blogowi: http://lekturylirael.blogspot.com/  Jezeli wiec ktos chce przeczytac duzo dobrego o tej ksiazce, to polecam blog Lirael. Sama mam tzw.mieszane uczucia.

Najpierw odniose sie do kwestii jezykowo-kulinarnej. Bylam ciekawa jak przetlumaczono na polski slowo „pie”. Slowo „pie” jest kulinarnie trudne do oddania, po placek z jablkami to niezupelnie „staroangielski paj jablkowy” (nazwa znaleziona w internecie). Kiedys, na poczatku lat dziewiecdziesiatych, miedzynarodowe lotnisko Okecie bylo zupelnie puste. Czekalam tam na odlot wraz z kolezanka. Poniewaz nasze dzieci zglodnialy, zaczelysmy sie rozgladac za czyms do zjedzenia. Znalazlysmy jeden jedyny, slabo zaoparzony bar. W szklanej witrynie znajdowaly sie nieokreslonej barwy i zawartosci wytwory kulinarne. Przy jednym z nich znajdowala sie karteczka „pies”. Spojrzalysmy na siebie z kolezanka z przerazeniem. Czyzby rzeczywiscie sprzedawano w barze przetwory z psa? Jedyna potrawa na slono, a tu dzieci glodne. Podeszlysmy zatem niesmialo do lady i zapytalysmy dyplomatycznie CO lezy w gablotce. No i okazalo sie, ze byly to…paje czyli jakies rozne rzeczy zapieczone ze soba. Rzeczy, ktore jednak nie zawieraly produktow z psa czy psopodobnych.

A teraz juz na serio czyli o ksiazce. Otóz moze oczekiwalam zbyt wiele? Na pewno przyjemnie mi bylo spotkac wzmianke o poezji Wilfreda Owena, znanego mi z „Orkiestry Li”(wiem, ze sie migam od odpowiedzi na temat, ale nie chcialabym zranic uczuc Lirael, której sie ta ksiazka podobala). Ciekawie bylo dowiedziec sie czegos wiecej o wyspie Guernsey. Jersey jest bardziej znana, chocby przez nazwe dzianiny oraz krowy dajace tluste mleko. Poza tym wyspy bedace zdaje sie rajem podatkowym i dla których obowiazuja inne prawa niz dla reszty Unii. Doceniam wiec wartosc poznawcza jezeli chodzi o historie i geografie. Natomiast przezycia literackie mialam mniej satysfakcjonujace.

Po pierwsze niespecjalnie mi odpowiada forma czytania cudzej korespondencji – pewnie jestem za dobrze wychowana 😉 Poniewaz listy sa pisane do i od roznych osob, wiec czasami trudno sie zorientowac o co chodzi. Rozumiem, ze autorka chciala zroznicowac swoich bohaterow i w ten sposob podkreslic ich unikalny charakter. Niektóre jednak z tych listow do zludzenia pzrypominaly listy z „Ani z Avonlea” – nota bene najmniej przeze mnie kochanej. Drugim tropem z „Ani” byl klub powiesciowy – niech mu tutaj bedzie „literacki”. W czwartej klasie szkoly podstawowej zalozylysmy z kolezankami klub wzorowany na „Ani” – choc przetrwal zdecydowanie krócej niz na wyspie G. Jakby nie bylo, malo wiarygona koncepcja. To, co w oczach zachodniego czytelnika moze byc zaleta, jak dla mnie jest slaboscia. Chodzi mi o „amerykanska” wersje wojny light . Przeczytalam pare wypowiedzi szwedzkich czytelników i mlodziez sobie chwali – pisza, ze nie wiedzieli, iz wojna mogla tak wygladac dla ludnosci cywilnej. Ze MAS przyblizyla im druga wojne swiatowa w skali jednostki. Natomiast dla mieszkanców kraju, gdzie po pierwsze wojna NIE byla zdecydowanie w wersji light; a po drugie pamiec jest nie tylko zachowana, ale nawet gloryfikowana, to taki opis wojny jak w ksiazce to kaszka z mleczkiem. Przyznam sie bez bicia do mentalnej absencji w ciagu czytania lektury, poniewaz zajmowalam sie tlumaczeniem innej. Zadna jednak z postaci ksiazkowych nie zeszla do mnie z kartek i nie przemówila. Zdecydowanie wybaczam Henry’emu James pisanie o Europie, poniewaz robi to znakomicie. Niech sobie wiec dama (z „Portretu damy”) przyjezdza na angielska prowincje i mieszka u lorda. Natomiast biedna AMS musiala korzystac z konsultacji, zeby dobrze zastosowac formulki grzecznosciowe miedzy lady a gentleman’em. Tak sobie mysle (naiwnie wielce): po co pisac o kraju i kulturze, o kórych sie nie mam pojecia, skoro mozna opisac sasiadke Kowalska? Troche dla mnie te listy sa za sentymentalne (po amerykansku), zeby je pisali Brytyjczycy. W ostatecznym rozrachunku pisarz pisze zawsze o sobie – i pani AMS mialaby szanse na lepsza powiesc, gdyby opisala czytelników swojej biblioteki. Niewykluczone, ze niektóre z postaci „Placka” zaobserwowane byly podczas nudnych dyzurów bibliotecznych – zdecydowanie wydaje mi sie, ze autorka miala dosc frustrujace zycie i ze czekala za dlugo na debiut, chcac na dodatek od razu stworzyc dzielo wiekopomne. Chociaz lezacego sie nie kopie, zadam jej jeszcze cios ostateczny: nie wierze w milosc ksiezniczki i swiniarka. Poza swiatem basni, rzecz jasna. Moje doswiadczenie zyciowe mówi, ze glówna bohaterka popelnia zyciowa pomylke porzucajac literacki swiat Londynu. Poswiecenie wychowaniu dziecka w towarzystwie drwala lady Chatterley nie wrózy nic dobrego. Niestety, pisarka wywinela sie od napisania nastepnego tomu, bo po prostu przeniosla sie do krainy wiecznych lowów – zawodzac tym wiernych czytelników.

Najbardziej podobaly mi sie paralele z „Orkiestra Li”: wspomniany juz Owen, który pisal przepiekne i wzruszajace wiersze, tematyka wojenna, hrabstwo Suffolk i miasto Bury. Temat wojny na wyspach Kanalu na pewno warty zainteresowania. Z postacia Polaka, Luda Jaruzkiego, trudno mi sie identyfikowac – zreszta malo go bylo widac spoza  pokrywajacej skorupy robactwa i brudu. To juz wole Feliksa „Daba” Dabrowskiego z „Orkiestry Li”. Podejrzewam, ze jedynym Polakiem, o jakim MAS slyszala byl Wojciech Jaruzelski (stad ten Jaruzki). Jako bibliotekarka powinna byla znac Kosciuszke i Pulaskiego, ale widocznie nie mieszkala w Pensylwanii (gdzie Pulaski stoi na pomniku w Scranton).

Poniewaz nie powinno sie mówic zle o umarlych, to juz koncze. Nadmienie tylko, ze o poradzie „jak ci zycie podaruje kwasna cytryne, to zrób z niej sok i sprzedaj” pisal juz Dale Carnegie. Ta filozofia zdaje sie pomagac Amerykanom, ale jak dla mnie za bardzo namolnie wyziera z niby-europejskiej ksiazki Mary Ann Shaffer.

Szwedzkie królowe – audiobook

In Feminizm, Ksiazki, Szwecja on 15 marca 2010 at 20:54

Jestem wielka milosniczka ksiazek w wersji dzwiekowej. Pewnie to wynik wychowania bez telewizora, za to z radiem i „Co wieczór powiesc w wydaniu dzwiekowym”. Albo z kochajacymi ciotkami, które snuly opowiesci rodzinne. Albo z babcia, która recytowala poezje i spiewala „na zadanie”. Polecam goraco na podróz, do prowadzenia samochodu albo jako towarzystwo na spacery. Chociaz niektorzy uwazaja, ze sluchanie to obciach – raz musialam tlumaczyc zniesmaczonej bibliotekarce, ze czytac TEZ potrafie.

Moja ostatnio wysluchana ksiazka to 15 krazkow pióra Hermana Lindqvista „Historien om alla Sveriges drottningar” (Historia wszystkich królowych Szwecji). Herman Lindqvist jest sam w sobie fenomenem – troche enfent terrible, poniewaz uparl sie na pisanie o historii, a z zawodu jest dziennikarzem. Historycy wiecznie sie oburzaja, ze popelnil taka albo inna pomylke, natomiast czytelnicy sa mu wierni. Bo pisze jezykiem wspólczesnym i z duzym poczuciem humoru. Pozwole sobie na zacytowanie fragmentu innej ksiazki, Historien om Sverige, komentujacego slub Jana Wazy z Katarzyna Jagiellonka:

Polska nie zdaje sie pewnie wspólczesnemu Szwedowi specjalnie atrakcyjnym krajem…,ale w XVI wieku byla znacznie wiekszym, bogatszym, potezniejszym i bardziej rozwinietym panstwem niz Szwecja. Kulturalnie i materialnie róznica miedzy polskim a szwedzkim dworem królewskim i arystokracja byla mniej wiecej taka jak dzisiaj miedzy zyciem kulturalnym Szwecji a Burkiny Faso – z pelnia szacunku dla starej kultury w obszarze Sahelu.

No i jak tu nie lubic Lindqvista? Sprzeciwil sie tez trendowi pisania wylacznie o królach – bo o królowych wiemy zaskakujaco malo. Powtarzajacym sie kometarzem jest: „Co o tym myslala krolowa? Niestety, tego nie wiemy.” Czasami w stadle królewskim wystepuje milosc, ale to duza rzadkosc. Zazwyczaj mariaz byl wynikiem kalkulacji dynastycznych, a ofiara stawala sie glównie królowa. To byly czesto mlode, niedoswiadczone, acz wyksztalcone dziewczyny. Przyjezdzaly do obcego kraju, z chlodnym i niegoscinnym klimatem, z niewielka iloscia osob towarzyszacych. Podlegaly ostrej ocenie i tylko niewielu udalo sie zdobyc serca poddanych. Nie wszystkie tez zdobyly serce króla – ksiazka Lindqvista roi sie od nieszczesliwych, tkwiacych w zamknieciu kobiet. Z poloników odnotowalam dwie sztuki: Swietoslawe czyli Sygryde Dumna (ktora dala nazwe mojego bloga) oraz wspomniana juz Katarzyne Jagiellonke. Swietoslawa pamietana jest ze wzgledu na temperament, a powinna byc pamietana jako krolowa szwedzka, dunska i norweska, oraz matka wladcy Anglii (Kanut). Katarzyne zapamietano ze wzgledu na olbrzymi i -mowiac jezykiem wspolczesnym – luksusowy posag.

Mysle, ze polskie krolowe tez zasluguja na podobnie skrupulatne opracowanie. Tymczasem dzieci w szkole ucza sie wylacznie pocztu królów polskich – tak, jakby wszyscy przyszli na swiat w wyniku…mezorództwa! Pewnie jeszcze to chwile potrwa, poniewaz polscy panowie nie dojrzeli nawet do parytetów i wpuszczenia Polek do polityki.

Ekshibicjonizm w sieci

In Film, Szwecja on 14 marca 2010 at 18:02

Dzisiaj rano, jeszcze dosc senna, otworzylam komputer i znalazlm list z wolaniem o pomoc. Jak sie troche ucucilam, to doczytalam o kogo chodzi i co sie stalo. Napisala do mnie dziewczyna, z ktora wspolpracuje w Grupie Sieciowej. To jest ugrupowanie bardziej business niz pleasure. Dziewczyne kojarze, widzialam sie z nia pare dni temu w Sztokholmie, wczesniej raz. Rozmawialysmy ze soba raz przez telefon plus dwie-trzy konferencje telefoniczne. Czyli, szczerze rzeklszy, znamy sie slabo. Mail zawieral rozmaite nieznane mi imiona, ale po chwili udalo mi sie odszyfrowac wiadomosc: synek dziewczyny mial zapalenie wyrostka, w piatek zostal poddany operacji, a teraz lezy w szpitalu. Opiekuja sie nim rodzice na zmiane(nie, zeby nie bylo opieki, ale maja mozliwosc pobytu na terenie szpitala). No i matka chlopczyka pisze: potrzebuje wsparcia na duchu, piszcie do mnie i wspierajcie!

Niby to asertywnie, zeby prosic ludzi o to, co sie potrzebuje – ale cos mnie w tej prosbie, a wlasciwie zadaniu, draznilo. Na wszelki wypadek, zeby nie zostac posadzona o obojetnosc, napisalam do niej krotki mail wspierajacy na duchu – zgodnie z instrukcja. Zaczelam sie jednak zastanawiac CZEMU mnie tak jej mail sprowokowal. No i doszlam do nastepujacych wnioskow. Po pierwsze, dziecko jest na dobrej drodze do wyzdrowienia. Ma opieke dwójki kochajacych rodzicow oraz dobrze wyszkolonego personelu w jednym ze szwedzkich miast. To nie Górna Wolta – lekarstwa i opieka medyczna sa dostepne na miejscu. Ludzie pracy objeci sa powszechnym ubezpieczeniem, wiec za operacje i pobyt w szpitalu rodzice zaplaca kwote niewielka w stosunku do zarobkow. Lekarze i pielegniarki odpowiadaja na kazde pytanie. Jak sobie przypomne relacje z polskiego szpitala, gdzie nic nie dziala, bywa glodno i chlodno, to jakos trudno mi oba szpitale porownywac.  W tutejszym  szpitalu dostepny jest internet, wiec mozna wziac komputer i utrzymywac lacznosc ze swiatem.

Po drugie, zle sie kogos zaluje, jak ktos ZADA obzalowania. Biedne dziecko, ale dzieci choruja. Po operacji okres rekonwalescencji bywa dlugi. W Szwecji ludzie nie radza sobie ani ze smiercia, ani z choroba. Nie maja cierpliwosci, zeby czekac na wyzdrowienie – nawet projektu swojego zycia, czyli wlasnego dziecka. Nie maja czasu, a juz zupelnie ochoty, na opieke nad chorym. Nie maja tez jezyka do rozmowy o cierpieniu. Ani znajomych do rozmow o czyms innym niz jedno wielkie pasmo sukcesów. To sa ludzie skad inad dobrze funkjonujacy w spoleczenstwie – nie moge zrozumiec dlaczego nie otrzymuja wsparcia od rodziny czy przyjaciol? Dlaczego to ja mam wspierac na duchu ludzi, ktorzy prowadza wygodne zycie i nigdy nie pytaja o moje problemy?

A po trzecie to moja znajoma, pewnie podswiadomie, wpisuje sie w trend „wszystkiego na sprzedaz” czyli ekshibicjonizmu w sieci. W jakis sposob narusza intymnosc swoich relacji rodzinnych i opisuje dokladnie cierpienia swojego synka – mysle, ze zaniedlugo przysle nam plik dzwiekowy z nagranym krzykiem bólu albo wideo z napelnionych powietrzem i ukladajacych sie po operacji jelit. Chyba mi sie udalo, ze nie przyslala nagrania samej operacji? ! Wyglada na to, ze nie ma juz granicy przyzwoitosci, zeby zaistniec. Jak sie nic innego w moim zyciu nie dzieje, to sie ludziom przypomne…dzieki operacji. Bo zycie nie moze zwyczajne, tylko ma byc pelne sensacji.

Wiele lat temu ogladalam na filmowych konfrontacjach film z Maxem von Sydow i Romy Schneider „Smierc na zywo” http://www.imdb.fr/title/tt0081182/combined  http://www.youtube.com/watch?v=6i1MMZMZuy4. Swiat jest na skraju zaglady i tlumy ludzi wedruja bez celu. Romy Schneider umiera powoli. Max von Sydow(nie pamietam juz dlaczego sie zgodzil) ma woperowana w oczy kamere. Zgadza sie odnalezc Romy i patrzac na nia filmowac jej smierc. Poniewaz jednak lacza ich wiezy przyjazni, to w ostatnich chwilach, z przyzwoitosci, zamyka oczy, zeby widz nie mogl obserwowac smierci przyjaciólki.

Ktos moze powiedziec, ze w sieci jest juz teraz wszystko – ale nadal moge dokonac wyboru. I jak chce ogladac operacje wyrostka, to szukam takiej sekwencji. A jak lubie muzyke, to po prostu moge posluchac radio. Natomiast przysylanie imiennego maila z dokladnym opisem choroby osoby obcej odbiera mi apetyt na sniadanie. Zas dopraszanie sie wspolczucia zdaje sie tanie – bo jestem jedna z wielu, do ktorej skierowano ten mail. Tak po prawdzie to po pierwsze spam, a  po drugie malo smaczne szukanie sympatii. Dziadostwo!

Acha, a popoludniu dostalam „nastepny odcinek”. Dziecko oglada film na DVD. Boje sie, ze nieswiadomie zaabonowalam serial. Pozostaje miec nadzieje, ze to serial o niewielu odcinkach…

Taaaka ryba

In Szwecja on 11 marca 2010 at 14:08

Dzisiaj wylamie sie z tematyki kulturalnej, a przejde do gospodarczo-spolecznej. Powodem jest wczorajszy reportaz w „Uppdrag granskning”, znakomitej audycji telewizyjnej tropiacej nieprawidlowosci pod urocza powierzchnia Skandynawii dobrobytu i samozadowolenia. Skandynawii, przedstawionej jak idylla w niemieckim serialu „Inga Lindström” czy jako kraj ludzi bogatych i „sophisticated” kulturalnych w filmatyzacjach przygód Kurta Wallandera. Dzisiaj bedzie o rybach.

Jakis czas temu polscy unijni parlametarzysci protestowali przeciwko szwedzkiej propagandzie, po tym jak Szwedzi pokazali film o polowach na Baltyku. Filmu nie widzialam, ale czytalam opis w polskiej prasie – bylo o ekologicznych szwedzkich rybakach, ktorzy dobrowolnie zaprzestali polowów oraz o brudnych i pijanych Polakach, ktorzy za nic prawo maja i podcinaja galaz, na ktorej wszyscy siedzimy, wylawiajac ostatnia rybe Baltyku. Wiadomo o co chodzi – jest konkurencja, ryby coraz mniej, a na dodatek unijna polityka zajmujaca sie dosc szczegolowo polowami. Chodzi o pieniadze, a takze przetrwanie branzy o czesto wielopokoleniowej tradycji. Mialam tylko jedno pytanie: skoro szwedzcy rybacy zmniejszyli polowy na Baltyku, to DOKAD teraz plyna po rybe?

No i teraz wiem: flota zostala oddelegowana do Sahary Zachodniej! Mowa nie o malych kutrach, tylko o duzych, nowoczesnych jednostkach, ktore zostaly zarejestrowane poza Unia, a zapewne tez poza Europa. Szwedzki armator przeczesuje wody okupowanej Sahary Zachodniej i lowi pyszne sardynki (kto nie lubi sardynek?). Przewozi je do przetworni na miejscu, ktora przerabia swieza rybe na…olej rybny oraz maczke rybna! Olej transportowany jest do Norwegii, a stamtad sprzedawany m.in. do Szwecji i sprzedawany pod postacia drogich kapsulek z kwasami Omega3, w sklepach ze zdrowa zywnoscia, aptekach itp. Podczas kiedy rdzenna ludnosc okupowanej Sahary Zachodniej koczuje w obozach i dostaje ze szwedzkich darów puszki rybne, wyprodukowane w Tajlandii…

Slów brakuje na taka hipokryzje i cynizm – szwedzka TV pokazuje rybaka, ktory mierzy kazdego dorszyka linijka i jeszcze poglaszcze go po lebku zanim na powrot wypusci do morza, a jakos nie widzi innego rybaka, ktory ogalaca z zasobow afrykanskie wody o niejasnym statusie politycznym. Moze by tak Polacy nakrecili z satelity taki film i dla odmiany pokazali w Strasbourgu?

De rika i Lódz – Bogaci w Lodzi

In Polskie refleksje on 9 marca 2010 at 23:37

Tytul nawiazuje, rzecz jasna, do ksiazki Sem-Sandberga. Nie moge sie oprzec ochocie, zeby napisac o wspanialym reportazu, ktory obejrzalam wlasnie w TV. W Lodzi przy ulicy Gdanskiej 89 mieszkalo przed wojna kuzynostwo. Kuzynowie prowadzili wspolnie interesy, a dokladnie mieli fabryke gumy. To byla filia firmy brytyjskich i dziadek glownego bohatera reportazu, Marka Atkina, przyjechal specjalnie do Polski, zeby (o ile dobrze pamietam) prowadzic fabryke. Firma szla znakomicie i kuzynom z rodzinami powodzilo sie swietnie – po prostu byli bogaci. Przed sama wojna dwóch pozostalych wlascicieli wyjechalo z rodzinami ( jeden z nich wywiozl podobno zloto ukryte w oponach). Natomiast dziadek Marka zostal na miejscu. Po pierwszym bombardowaniu Lodzi zebrali z cieciem wszystkie cenne przedmioty i zakopali w ziemi. Dziadek przekazal przed smiercia ojcu Marka informacje o miejscu ukryciu skarbu , a teraz ojciec podzielil sie zMarkiem sensacyjna wiadomoscia.  No i Mark postanowil wybrac sie do Polski w pogoni za skarbem. W miedzyczasie odnalazl kuzynostwo dziadka w LA, a do Lodzi przyjechalo takze jego dwóch braci i 80-letni tatus. Pechowo w budynku nalezacym poprzednio do ich rodziny umiejscowiono po wojnie jakies wojskowe laboratorium – no i zaczely sie schody. Nie bede opisywac kolejnych perypetii bohaterow, ale skonczylo sie na tym, ze nawet nie mogli wejsc do wszystkich pomieszczen w swojej dawnej posiadlosci. Misja konczy sie klapa mimo pomocy od prezydenta miasta, zawodowych poszukiwaczy skarbow oraz energicznej pani adwokat – wiekszosc z nich zreszta zaskakujaco angielskojezyczna.

Caly dokument zrobiony jest bardzo cieplo, a bohaterow charakteryzuje iscie brytyjskie poczucie humoru. Najsmieszniejsza jest amerykanska czesc rodziny, która do Polski nie dotarla, ale przechowala w pamieci historie o…cale wannie, wypelnionej srebrnymi przedmiotami plus dwa Rembrandty. Amerykanie troche wierza w odzyskanie mitycznego skarbu, podczas kiedy ich brytyjscy kuzyni wracaja do swoich korzeni i przy okazji szukania skarbu dobrze sie bawia. Tak na marginesie to nieodzyskanie ewentualnych pamiatek nie za bardzo ich zmartwilo – natomiast okrutne bylo zabronienie osiemdziesieciolatkowi wejscia na gore schodow w domu, w którym spedzil swoje dziecinstwo. Wszystkim bohaterom reportazu powodzi sie co najmniej dobrze, wiec na pewno nie przyjechali z zmiarem obrabowania panstwa polskiego. Pisze to dla tych wszystkich, ktorzy wypisuja plugawosci na roznych forach o domniemanej chciwosci bylych zydowskich wlascicieli nieruchomosci w Polsce. Ci ludzie tak po prawdzie nie potrzebuja domu, ktorego nikt nie odnawial po wojnie – a ja mysle patrzac na ich barwna i miedzynarodowa rodzine: tesknie za Toba, Zydzie.