szwedzkiereminiscencje

Archive for Luty 2010|Monthly archive page

Milosc w czasach trudnych – „La’s orchestra saves the world”

In Ksiazki on 27 lutego 2010 at 18:22

Pare dni temu ledwo doczekalam poranka, zeby pobiec i odebrac z biblioteki zamowiona pozycje Alexandra McCall Smith’a. Nie sadzilam, ze ksiazka w ogole bedzie dostepna w Szwecji, bo nie wiem czemu mialam wrazenie, ze napisana zostala lata temu. Tymczasem data wydania 2008, a na dodatek w posiadaniu paru bibliotek. Najwyrazniej popularna, poniewaz w momencie zamawiania wszytskie egzemplarze byly wypozyczone.

Do ksiazek mam stosunek osobisty – i na cale szczescie nie jestem publicznym recenzentem, wiec moge sobie na to pozwolic. Twórczosc Alexandar McCall Smith’a poznawalam od ksiazek o dzialanosci botswanskiej pani detektyw, Mma Precoius Ramotswe. To byl straszny hit w Szwecji pare lat temu. Teraz TV pokazuje filmatyzacje HBO, rezyserowana przez Anthony’iego Minghela’e – piekne afrykanskie klimaty, choc podobno Botswana ksiazek AMCS jest wyidealizowana. Sam Alexander ma pochodzenie brytyjsko-kolonialne: urodzil sie i wychowal w Zimbabwe. Moze to wiec i nie Botswana prawdziwa, ale bijacy puls Afryki czuje sie na pewno. Zreszta najpiekniejsza ksiazke o Afryce, a dokladnie o milosci do Zimbabwe, napisala corka bialych brytyjskich osadnikow. Jej rodzina ledwo wiazala koniec z koncem –  za to miala psy i konie i byl to dla nich styl, a nie interes zycia („styl zycia” to takie fajne pojecie, niestety zawlaszczony przez kawe latte itp. paskudztwa). Za milosc do Afryki oraz wysuniecie na plan pierwszy kobiety, na dodatek czarnej, McCall Smith’a polubilam. Dlatego siegnelam po ksiazke z inna kobieta jako glowna bohaterka (wpis wczesniejszy) i tam mnie pan AMCS wpitolil do imentu, o czym do niego zaraz napisalan i otrzymalam przeprosiny. Co tez mnie ujelo, bo w koncu nie wszyscy pisarze pozwalaja do siebie pisac i na dodatek odpowiadaja na gniewne listy. A poniewaz okazalo sie, ze autor stworzyl takze ksiazke z elementami polskimi, to zdecydowalam sie na zamowienie jej w bibliotece – i tutaj dygresji koniec.

Akcja powiesci zaczyna sie przez sama druga wojna swiatowa. Mloda wdowa po Cambridge przeprowadza sie na wies do Suffolk, gdzie spedza caly okres wojenny. Zostaje oddelegowana do pomocy okolicznemu farmerowi. Obok zalozona zostaje baza RAF, ktora dostarcza bohaterce zarowno czlonkow nowozalozonej orkiestry, jak i obiektu wzdychan w postaci polskiego lotnika. Okaleczony nad Francja lotnik pracuje najpierw u tego samego farmera, a pozniej losy wojenne rzucaja go w inne miejsce. Para odnajduje sie dopiero z okazji koncertu reaktywowanej orkiestry – tym razem w protescie pzreciwko wyscigowi zbrojen.

Czemu (prywatnie zonaty) AMCS lepiej czuje sie jako kobieta pozostawiam do przebadania freudystom i innym. Sama chce wierzyc, ze po prostu lubi kobiety, docenia ich walory i ze jego ksiazki to taki rodzaj empowerement. Jego brytyjskie heroiny sa dobrze, co by nie rzec, elitarnie wyksztalcone i maja intelektualne zainteresowania, w tym zamilowanie do filozofii. Filozofia jest w ogole wszechobecna – nie tylko zreszta filozofia, ale takze madrosc. Rozmaitego rodzaju rozwazania prowadzone sa czasami jako rozmowa bohaterow, a czasami jako komentarz. Przenoszac na grunt polski mozna by powiedziec, ze jego ksiazki sa bardzo inteligenckie – bohater ma w sobie porzadek moralny i wysokie wymagania w stosunku do siebie. Ceni sobie przyjazn ludzi do siebie podobnych, jest lojalny wobec swoich bliskich oraz swojego kraju. Stara sie angazowac spolecznie i poczuwa sie w obowiazku do pomocy innym. Mnie to szalenie ujelo, bo to takie staromodne, choc nieprzemijajace wartosci. O polskim lotniku bohaterka, La (od Lawendy), mysli:  prawdziwy gentleman. Ona to docenia, ale tez jest swiadoma faktu, ze farmer sie na gentleman’ach nie wyrozumie i dla niego kazdy obcy to obcy.

W usta innego Brytyjczyka, Tim’a z bazy RAF autor wkada krytyke poczynan rzadu, ktory nie zezwolil polskiej armii na uczestniczenie w zwycieskiej paradzie wojsk w Londynie. Gdzies w tle widac rowniez smutne losy polskich zolnierzy, ktorzy musieli zostac na obczyznie. To wlasnie ten fakt wypomnialam Alexandrowi, ktory w innej ksiazce zle sie wyrazil o Polakach. Lepiej pozno niz wcale – w kazdym razie lepiej miec przyjaciol Polski i Polakow niz ich nie miec. Szczegolnie wsrod takich plodnych pisarzy, jak Alexander McCall Smith.

Powiesc przypominala mi troche Mary Wesley i napisana zostala tak, ze az sie prosi o zekranizowanie. Jestem przekonana, ze przetlumaczona na polski mialaby szanse na sukces. Z jednej strony mily akcent polski, a z drugiej literatura, ktora nie meczy. Brytyjczycy maja specjalny dar opisywania cieplych ludzi w malowniczych krajobrazach – troche jak obrazek na angielskim fajansowym talerzu. Z tym, ze to talerz z podwojnym dnem: na tym drugim dnie zaserwowano wartosci uniwersalne. Polecam serdecznie!

Reklamy

Dzieci dwóch kultur

In Pamietnik, Polskie refleksje on 26 lutego 2010 at 14:26

Tydzien temu zdzwonilam sie ze swoja dziecinka malutka, ktora mieszka i pracuje w Polsce (czyli odbyl droge odwrotna do opisywanej kiedys parki). Mlody jechal wlasnie na spotkanie z dyplomantka z Warszawy, ktora bada osoby wychowane zagranica i pracujace teraz w kraju. Podobno znalazla jego namiary w Internecie. Rozmawialam potem z nim juz po interview i powiedzial, ze byl pierwszym przypadkiem, ktory nie odczuwa rozdarcia miedzy dwiema kulturami. Z jedenj strony pogratulowalam sobie dobrej rodzicielskiej roboty, a po drugie zaczelam sie zastanawiac na ile to prawda?

Bo zdecydowanie pamietam nieustajace boje ze szkola (ktore prowadzilam ja), zeby traktowano moje dziecko jak osobe uzdolniona, ktora zdecydowanie jest. A mnie jako rodzica zaangazowanego i wyksztalconego, ktorym tez jestem. Szkola podstawowa miala wyraznie preferencje dla czystoszwedzkich dzieci oraz rodzicow typu sprzedawca obwozny. Jak raz wyrazilam nadzieje, ze moj syn bedzie sie kolegowal z synem sprzedawcy, to oburzona wychowawczyni az zachnela sie. A skonczylo sie na tym, ze za pare lat to wlasnie ten drugi chlopczyk szukal towarzystwa mojego syna i sie zaprzyjaznili. Pamietam tez jak z furia wpadlam do szkoly, zeby zaprotestowac przeciwko niesprawiedliwej ocenie wypracowania – a pani od szwedzkiego przyjela mnie slowami: „o, jaka mloda i ladnie ubrana mama!” Nie da sie ukryc, miescowi sa miejscowi, a reszta niech sobie pomieszka przez trzy generacje, to sie potem zobaczy. Mowil tez o tym niedawno operator filmowy Idziak – ze najpierw probowal sie bratac, a potem nauczyl sie starac przetrwac w okreslonym praca towarzystwie.

Na pewno wazna jest kwestia jezyka. Dobra znajomosc polskiego daje gwarancje dobrego opanowania innego jezyka. Tymczasem wielu rodzicow przechodzi „dla dobra dziecka” na inny jezyk. Szkopol w tym, ze rodzice zazwyczaj mowia slabo w jezyku obcym, maja ograniczone slownictwo i robia bledy gramatyczne. Czasami sie tez posilkuja polskimi wyrazeniami, wiec mowia makaronizmami niczym amerykanska Polonia. Jakbym nie odpowiadala po polsku jak dziecko przyszlo ze szkoly, to mowilby wylacznie po szwedzku. Note bene znam ludzi, ktorym sie wydawalo, ze pana Boga za nogi zagranica zlapali, a potem zdecydowali sie na powrot. Najbardziej ucierpialy na tym nieuczone polskiego dzieci.

Moja dziecinka malutka jest trzyjezyczna i dzieki temu znalazla prace w wy-outsource-owanej korporacji. W pracy „przyjazni sie” glownie ze skandynawami (przez telefon). Czasami daje sie wyciagnac na piwo kolezankom z pracy. Dzieki wychowaniu w Szwecji nauczony jest pracy grupowej, czego w polskiej szkole brakuje. Mysle tez, ze wyjechal w odpowiednim momencie, nie majac jeszcze na swym koncie negatywnych doswiadczen ze szwedzkim rynkiem pracy. Z polskim nazwiskiem moglby byc narazony na dyskryminacje etniczna. W Szwecji zaczal wirtualne kontakty poprzez gry i te kontakty, nadal wirtualnie, kontynuuje. Paradoksalnie dzieki Internetowi ma baze „przyjaciol” niezaleznie od kraju zamieszkania.

Powiedzialabym tez, ze ma dosc gruba skore, bo nie obrazil sie na Szwedow, ktorzy trzymali polskich wspolpracownikow w piwnicy razem z hinduskimi programistami. W Szwecji do swietosci nalezy zaproszenie gosci na lunch sluzbowy – a tym czasem polska grupa musiala sie zajac soba sama. W kazdym wypadku przejscie w jedna strone zaliczyl dobrze – ciekawa jestem czy kiedys zaliczy powrot w druga?

Mój czarny kochanek

In koty, Pamietnik, zwierzeta on 25 lutego 2010 at 20:42

Wczoraj znowu odwiedzil mnie wieczorem moj ukochany kocurek, z ktorym namietnie sie kochamy od roku. Troche mnie podrapal, lobuz jeden. I to w dodatku podczas glaskania, rozparty wygodnie na mnie. Potem znowu sie bawilismy, ze kawalki plasterkow indyka to myszki – macham mu przed nosem i mowie: „pi-pi-pi”, a kocurek  na nie poluje. Po jedzeniu zapomnialam mu dac wody i zwierzak musial sie upomniec. Inteligentna bestia, jaka kocuras jest bez watpienia, siadl pod drziami lazienki i sie znaczaco popatrzyl na drzwi. Poprzednim razem musial sie wiecej natrudzic i sam sobie otworzyl drzwi do lazienki, a nastepnie wspoczyl na umywalke. Teraz juz wiem: lazienka=umywalka=woda=kizior jest spragniony i nalezy nalac mu do miseczki wody NATYCHMIAST! Wyrzucilam go w srodku nocy, zeby poszedl do swojej prawowitej wlascicielki: nie byla ona bowiem zachwycona, kiedy kot wybral sobie mnie za towarzyszke zycia. W kazdym razie wygrzal i wymruczal mi pobolewajacy zoladek – kocuras zawsze WIE, kiedy za nim tesknie. Do nastepnego razu, czarnuszku!

Lódzkie getto okiem Szweda „De fattiga i lódz”, Steve Sem-Sandberg

In Ksiazki on 23 lutego 2010 at 19:09

Dzisiaj pogoda jak drut, czarna jezdnia, znalazlam na necie radio z Nina Simone no i zadzwonila w koncu dziennikarka z „Ny Teknik” (czyli fajnie jest) – a przede mna lezy cegla powiesci Steve Sem-Sandberg’a „De fattiga i Lódz”, z ktora chcialabym sie zmierzyc. I od razu robi sie ciezko na duchu – nie dosc, ze 662 strony tekstu, to jeszcze problematyka z typu wielokrotnie trudnych.

Moze powinnam zaczac od streszczenia, ale zaczne od tego, co „mam” do ksiazki i autora – to mi powinno ulzyc. O jednym mankamencie juz wspomnialam, a mianowicie, ze autor padl ofiara manii pisania ksiazek o wiele za dlugich. Dobre pisarki jak Oates czy Gavalda tak tez ostatnio robia i skutkiem tego przeskakuje sie przez pewne przegadane fragmenty, zeby kiedys dowioslowac do konca. Moze niesportowe zachowanie, ale kto ma czas na czytanie miernoty? Chyba zaczeli placic pisarzom wierszowke – a przypomniec pragne, ze „Jedwab” to powiesc zarowno znakomita jak i krotka. Czyli Steve tez moglby z powodzeniem ksiazke odchudzic.

Nastepne zastrzezenie to sam tytul, „De fattiga i Lódz”, co mozna przetlumaczyc jako: „Biedni w Lodzi” albo: „Lódzcy ubodzy”. Biedni (czy ubodzy) to tutaj eufemizm, gdyz chodzi o Zydow w lódzkim getcie w latach 1942 do 1944! No i nie powinno „stac” w Lodzi, tylko wlasnie w lodzkim getcie. Tytul nie sugeruje ram historycznych (i niby nie musi), ale po prawdzie ubodzy bywali takze zamieszkujacy tamze Polacy czy Niemcy – a w historii miasta zaslyneli takze bogaci lodzcy zydowscy fabrykanci, np.rodzina Poznanskich. Czyli: nie wszyscy ubodzy w Lodzi to Zydzi i nie kazdy lodzki Zyd to biedny. Problemem bohaterow powiesci bylo nie to, ze sa biedni, ale ze jako Zydzi znalezli sie pod okupacja niemiecka.

Mozna tez sie zastanawiac po co Szwed (nawet w syndromem „ocalalych”) pisze o zagladzie polskich Zydow? Ale tu bym go akurat bronila, mimo ze wykazuje brak wrazliwosci na aspekty polsko-zydowskie. Chyba wlasnie jego niewrazliwosc i obcokrajowosc predestynuje go lepiej, bo z calym bagazem martyrologii polskiej konkurujacej z martyrologia zydowska nie ma szans na powstanie podobnej pozycji w kraju. Za to mam do niego duze pretensje (co zreszta napisalam do wydawnictwa), ze nie dal rekopisu do przeczytania zadnemu Polakowi. W oczy bije brak dbalosci o polonica – zaczawszy od poprawnosci cytowanych slow polskich. Sem-Sandberg dostal stypendium w Wiedniu i tam pisal ksiazke, popijaja kawe po wiedensku oraz zagryzajac Sacherem. A jakby pisal w Polsce, to by jadal „czarlotke”, „kiebase” w „menaschce” i popijal „mliekiem”. Przeszkadza mi brak usystematyzowania nazw geograficznych wg.klucza jezykowego – Sandberg uzywa najchetniej nazw niemieckich, pewnie na skutek korzystania z archiwum w Wiedniu. Nie powinien jednak pisac „Weichsel” czy „Posen”, bo to sugeruje domniemana niemieckosc ziem polskich. Zastanawia mnie tez zrodloslow slowa „Vilna”, skoro Wilno tak sie nazywa wylacznie po finsku i hebrajsku (a ilu biednych lodzkich Zydow znalo hebrajski?). Myslalam nawet, ze to z jidysz, lecz znalazlam, ze Wilno w jidysz to „Vilne”. Mysle, ze to glownie balagan bez zadnej zlej intencji, ale wola o uporzadkowanie.

Mysle rowniez, ze idea zapracowania na swoje utrzymanie przemawia wlasnie do osoby wychowanej w krajach protestanckich. Naczelnym prawem moralnym Szweda jest: „göra rätt för sig”  co Jacek Kubitsky tlumaczy: „nie zyc czyims kosztem, nie byc darmozjadem”. Voila!

Przyzwoicie takze by bylo, jakby autor zamiescil krotka notke historyczna skad sie wzielo getto w Lodzi i kto je zalozyl. Zamiast tego wstepem jest pismo urzedowe Übelhör’a, przez ktore malo kto jest w stanie przebrnac i sie wyrozumiec. Bo potem juz sie zaczyna powiesc i nie bardzo wiadomo skad ci Zydzi, skad Niemcy, a juz najmniej mozna sie wyznac skad…ci Polacy! Polacy jawia sie akurat niczym w obrazie niektorych Zydow amerykanskich: jako chetni i uprzywilejowani pomocnicy hitlerowcow.

Steve’a S-S przyrownywano w Szwecji do PO Enqvist’a . To ma byc komplement, ale jak dla mnie to akurat slabosc (a podobienstwo zauwazylam zanim przeczytala recenzje). Takie beznamietne opowiadanie, z jednej strony z naturalistycznymi opisami, a z drugiej z udziwnionymi fantazjami tam, gdzie sie konczy wiedza jakos do mnie nie trafiaja. Bardziej do mnie trafily wspomnienia w TV mocno starszego juz pana, niegdys urwisa w getcie, ktory opowiadal o walce swoich rodzicow o zachowanie dzieci. Jego opowiadanie bylo zniuansowane, mialo w sobie zarowno smiech jak i lzy – i facet zagral na bodajze grzebieniu dla wspolczesnych uczniow niemieckich. Chapeaux bas i samo zycie. A S S-S jakby przyjal teze: wszyscy i tak musza zginac i dokonal „naukowej” obserwacji akty unicestwienia – ohyda i nieprzyzwoitosc.

Sadze, ze udalo mi sie juz rozprawic z aspektami, ktore mnie najbardziej draznily i moge krotko przystapic do streszczenia powiesci. Bohaterem zbiorowym jest skazany na zaglade lodzki Zyd, stloczony w getcie, zmuszony do nadludzkiej pracy i dramatycznie probujacy przetrwac. Bohaterem indywidualnym jest Mordechaj Chaim Rumkowski, oslawiony szef Rady Zydowskiej i niemiecki kolaborator. Postac Rumkowskiego, niezwykle kontrowersyjna, o ile pamietam byla takze niedawno dyskutowana w Lodzi. Sandberg kresli bardzo dobry portet sfrustrowanego i zadnego wladzy czlowieka, ktory pod koniec zycia dostal szanse wplywu na historie i odnalezl swoja misje. Tyle, ze misja jest perwersyjna, podobnie zreszta jak sam Rumkowski. Opisy perwersji „Preses’a” (w jezyku szwedzkim nie uzywa sie litery „z”, dlatego S S-S uzywa z uporem maniaka nic nie znaczacego po szwedzku slowa „preses” zamiast polskiego: „prezes”) naleza do najlepszych scen powiesci. Oprocz „presesa” wystepuje caly panteon postaci, ktore przyjmuja rozna strategie na przezycie – mezczyzni sa z reguly duzo lepiej oddani, choc autor nie stroni od opisywania takze postaci kobiet czy dzieci.

Ogolnie czyta sie dobrze i powiesc napisana jest sprawnie – tylko po co? Autor mial niewatpliwe ambicje, zeby „ocalic od zapomnienia” i stworzyc cos na ksztalt monografii, choc to przeciez i tak fikcja. Mysle, ze lepszy wglad w sytuacje lodzkiego getta daja dzienniki Dawida Sierakowiaka, krotka notka o Rumkowskim oraz o getcie jako takim. Dobry obraz zycia w getcie (a i losu sierot) daje film „Korczak”. Zas to co, co robi Sem-Sandberg to pornografia nedzy i okrucienstwa!

Najbardziej mnie denerwuje, ze to kolejna ksiazka, gdzie akcja dzieje sie niczym w „Ubu królu”: w Polsce czyli nigdzie. Steve to kolejny pisarz, ktory wybiera Polske jako scenografie, bez respoktowania polskiej specyfiki. Juz Susan Sontag opisala losy Modrzejewskiej (z niechlubna rola adoratora Sienkiewicza), a potem Agneta Pleijel wziela na warsztat Malinowskiego z Witkacym. Czyli mieszkamy na zaglebiu wspanialych tematow, ktorych sami nie jestesmy w stanie wykorzystac… Choc nie jestemy sami, poniewaz o archipelagu gulag napisala Anne Applebaum. Czyzby Slowianom brakowalo literackiego know-how albo „cojones”?

Acha – a ksiazke przeczytalam glownie dlatego, ze otrzymala w roku 2009 prestizowa nagrode, Augusta, czyli takiego lokalnego literackiego „nobla”

Coco bez zwiazku z Chanel – film „Coco avant Chanel”

In Film on 22 lutego 2010 at 14:40

Tym razem wbije zeby w film. Obejrzalam niekomfortowo, bo na DVD – ale i tak sie nastawialam na piekna mode i nic wlasnie! Bo w filmie dominuje fin dé sciecle, a nie moda Chanel. Niestety.

Mode lubie, mode Chanel takze, mode Chanel w wykonaniu Karla Lagerfeld’a szczegolnie. No i napalalam sie na mode – a dopiero w scenie koncowej moglam sobie TROCHE poogladac.

Zdecydowanie najslabszym punktem filmu jest odtworczyni glownej roli. Nie rozumien JAK z tak sympatycznej i ladnej aktorki jak Audrey Tautou mozna bylo zrobic osobe antypatyczna, brzydka i nieseksowna? Miala wylacznie muchy w nosie, a nie talent! Zupelnie nie prezentowala sie elegancko (a to podobno byla jej cecha naczelna). Wygladala tak anorektycznie, ze wspolczesne modelki wysiadaja.  Czytalam biografie Coco (i to chyba nawet te, na ktorej oparto scenariusz) i zupelnie sobie inaczej to wszystko wyobrazalam.

Natomiast piekne byly sceny w plenerze – zrobione zupelnie na impresjonistow (Manet, Renoir, Degas, Monet – choc nie Morisot). Te plenery, konie, kobiety, sniadania na trawie i przed domem, renoirowska pieknosc dawnej kochanki Balsan’a, suknie i kapelusze, sceny nad morzem to niezwykle piekna sceneria. Szkoda, ze sie zmarnowala, bo cala dramaturgia akcji byla nijaka. Dobrze na tym tle wypadl Alessandro Nivola, grajacy przekonujaco i z wdziekiem role Boy’a Chapel’a. Przystojny mezczyzna, ELEGANCKI (w przeciwienstwie do wycierucha Coco), z klasa i pasja. Zapamietam go sobie do wypatrywania w innych filmach. Czesto tak bywa, ze sie widzialo aktora w niejednej produkcji, a zauwazylo dopiero w kolejnej i potem sie ze zdziwieniem mysli: czemuz to ja go/jej wczesniej nie WIDZIALAM? Nivoli bede teraz szukac, bo mi wpadl w oko. W odroznieniu od Poelvoorde (Balsan), ktory gral wylacznie poczciwca i byl wyjatkowo niecharyzmatyczny. Rodzynkiem z tym zakalcu byla tez aktorka grajaca  starsza siostre Chanel.

Film otrzymuje ode mnie dwa z pieciu mozliwych miskow – byc moze w kinie wycenilabym go na trzy…

Epigoni – czyli gdzie do pracy?

In Pamietnik, Polskie refleksje on 20 lutego 2010 at 14:12

Dzisiaj nareszcie sie zabieram za opisanie spotkania, ktore mnie zmobilizowalo do zalozenia bloga. Spotkanie odbylo sie pare tygodni temu, jak odbieralam auto od mechanika. Na moj widok mechanik sie wyjatkowo rozpogodzil i zaprosil do tlumaczenia, poniewaz akurat byla u niego para Polakow i potzrebowal pomocy jezykowej.

Jako niegdysiejszy tlumacz zabralam sie do rzeczy – przed otworzona maska samochodu zastalam dziewczyne i chlopaka (albo mloda kobiete i mlodego mezczyzna). Chlopak stal z pusta plastykowa butelka z dloni, na ktorej wskazywal jakis napis. Usilowal cos powiedziec mechanikowi swoim fragmentarycznym szwedzkim i jakos nerwowo zareagowal na moje pojawienie sie – zamiast sie ucieszyc, ze ktos chce mu pomoc i to za darmo (co sie w SE raczej nie zdarza). Dziewczyna byla zdecydowanie bardziej komunikatywna i dowiedzialam sie, iz nalano zlego plynu (z plastykowej butelki) i pojawily sie komplikacje. Smaczku sytuacji dodawal fakt, ze glownym decydujacym okazal sie tatus mieszkajacy w kraju. Czyli ja tlumaczylam dziewczynie (chlopak w ogole nie sluchal), a ona mowila, ze przekaze tatusiowi i zobaczy, co tata zadecyduje. Zeby troche osmielic mlodego czlowieka zazartowalam, ze ja tez robie bledy, a mam siedem lat wyksztalcenia akademickiego. Mlody czlowiek chyba sadzil, ze to konkurs pieknosci i oswiadczyl dumnie, ze on to ma OSIEM… W kazdym razie na pewno NIE byly to studia inzynierskie, poniewaz klient nie rozumial zaleznosci przyczynowo-skutkowych, tylko zadawal wyjatkowo skomplikowane i gornolotne pytania – slabo skorelowane z usterka.

Kwota naleznosci za naprawe okazala sie spora i chlopak pojechal po pieniadze do bankomatu, a ja poszlam pogadac z dziewczyna. Jak mi mechanik przeplotkowal, to z nia dawalo sie lepiej dogadac po angielsku, poniewaz chlopak nie wiedzial nawet jak sie nazywa uszczelka  – a  akurat uszczelki zostaly uszkodzone. Myslalam, ze sa na wycieczce i w drodze skads dokads – i tu czekalo mnie pelne zaskoczenie. Dziewczyna powiedzial mi bowiem, ze oni tu mieszkaja! I to na dodatek w miejscowosci jeszcze mniejszej niz moja – wiec zapytalam od razu CO oni tam robia? Okazalo sie, ze…ucza sie szwedzkiego (jak doswiadczylam wczesniej to zupelne poczatki). Bo oni tutaj przyjechali do pracy. W oslupieniu zupelnym zapytalam o kierunek studiow – i mlody czlowiek okazal sie byc filozofem,a  poza tym troretycznym pracownikiem socjalnym. Kobietka studiowala srodowisko i byla kiedys na wymianie na pobliskiej uczelni.

Zostawilam jej swoj telefon i odjechalam przekonana, ze sa jednak optymisci na swiecie. To byli prawdziwi epigoni emigracji polskiej lat siedemdziesiatych-osiemdziesiatych, ktorych wypedza z kraju brak szansy na rozwoj. Tym razem, o ile dobrze zrozumialam, chodzilo glownie o perspektywe pracy w zawodzie. No i to jest ten tricky one, poniewaz losy wyksztalconych Polakow w SE wskazuja raczej na klopty z: a)uzyskaniem pracy, b) z uzyskaniem pracy w zawodzie, c) z uzyskaniem godziwej zaplaty za swoja prace. Na dodatek w SE panuje bardzo duze bezrobocie wlasnie wsrod osob mlodych. Zeby moc pracowac w zawodach akademickich obowiazuje dobra znajomosc szwedzkiego, dobra znajomosc angielskiego (no, chyba ze sie jest lekarzem), rzeczowosc i komunikatywnosc, umiejetnosc sluchania oraz usmiech. Pracujac w socjalu trzeba wykazac sie elastycznoscia i umiejetnoscia rozmowy z ludzmi z roznych srodowisk, a poza tym mowiacych roznymi dialektami. Jak ten filozof, ktory warczal na mnie kiedy chcialam mu pomoc, „wiedzial” lepiej niz mechanik i nie byl w stanie sie dogadac ma isc wsrod ludzi i na dodatek im pomoc?

Juz wieksze szanse ma dziewczyna, bo przynajmniej byla otwarta i rokuje, ze sie jeszcze czegos nauczy. Bo pobyt zagranica to ciagla nauka od poczatku, co wymaga wiele cierpliwosci i cnoty pokory. Poza tym Szwedzi nie respektuja polskich studiow, a i do studiow nie maja szacunku w ogole. Polscy inzynierowie popelniali w SE samobojstwa, poniewaz nie mogli wrocic do zawodu. Moj wniosek o lepsza pomoc dla inzynierow urodzonych zagranica , przyjety przez wladze zwiazku zawodowego inzynierow nadal czeka na przekucie go na konkretne dzialania. Oj, it’s a long way to Tipperary…

W kazdym razie moj telefon do tej pory nie zadzwonil – a bardzo jestem ciekawa ile potrwa ten eksperyment?

Hari Kunzru – cd.

In Ksiazki on 18 lutego 2010 at 14:31

Hari sprezyl sie na finiszu „leeli.exe” – duzo lepiej niz wczorajsza Justyna Kowalczyk. Po przeczytaniu calej ksiazki pomyslalam sobie, ze to po pierwsze rodzaj moralitetu, a po drugie ma cos wspolnego z proza Michel’a Houllebecq’a. Tylko ze Houllebecq sie zapetla i z zachwytem wsluchuje we wlasne tokowanie, zas Kunzru unika dluzyzn i ma wiecej pomyslow. Hari woli zaskakiwac czytelnika niz go szokowac. No i daje nadzieje na przyszlosc poprzez rodzaj happy end’u. Jakby sie chciec czepiac, to mozna by powiedziec, ze Kunzru nawymyslal roznych historii i sie potem z nich sprytnie wylgal – wole jednak odkladac ksiazke z przyjemnoscia niz zastraszona, ze swiat idzie inieuchronnie ku gorszemu.

W ostatniej czesci ksiazki dostalo sie jeszcze UE, ukladowi z Schengen oraz polityce imigracji. Podoba mi sie u autora, iz unika taniego sentymentalizmu czy niepotrzebnej uczuciowosci i pisze jakby z dystansu – a zaangazowanie mozna odczytac ze scen i sekwencji, ktore nam odslania. Troche to jak scenariusz filmowy. Nie moralizuje wprost, ale zostawia czytelnika sam na sam z faktami i pozwala wyciagac wlasne wnioski. Prezentuje explicite pewien popularny tryb widzenia tylko po to, zeby go za chwile zdemaskowac i obnazyc. Robi to w sposob nienamolny, z brytyjskim poczuciem humoru i celnie wybierajac tematy, ktore nas wszystkich dotycza – bo kto dzis nie uzywa komputera i nie obawia sie wirusow?

Ogolnie bardzo ksiazke polecam. Nie wiem czy juz sie ukazala po polsku – lecz wersja angielska pewnie daje wieksza radosc czytania niz szwedzkie tlumaczenie (choc bylo bardzo dobre). Wracajac jeszcze do nieprzyjemnej w dotyku Herty Müller moznaby tradycyjnie westchnac, ze Europa sie skoczyla – takze w literaturze. Müller to rozkladajacy sie trup, a Kunzru niczym ta swieza woda zrodlana…

Hari Kunzru „Transmission” / „leela.exe”

In Ksiazki on 17 lutego 2010 at 23:19

Po zapoznaniu sie z dwoma pocket’ami zdecydowalam sie na zakup ksiazki w twardej okladce. Miala okladke utrzymana w takiej samej tonacji co najnowsza „Elle” i zdawala sie zwiastowac wiosne.

Co do autorow o hindusko-brzmiacych nazwiskach mam mieszane uczucia. „Bog rzeczy malych” wzruszyl mnie. Pare nastepnych pozycji, rownie smutnych lecz mniej poetycznych dobilo i mnie i zirytowalo (w tym jedna laureatka booker’s’a, o ile dobrze pamietam). Pierwsze ksiazki o imigrantach w UK byly wspaniale – z Zadie Smith na czele. Jej pozniejsze ksiazki bylo, w mojej opinii, duzo slabsze. Monica Ali byla dobra, ale juz gorsza niz Zadie. Hanif Kureishi czyta sie dobrze, a jeszcze lepiej oglada na filmie. „Intymnosc” czy rewelacyjna „The mother”, z rozebranych jeszcze-nie-Bondem, Daniel’em Craig’iem. Tak wiec niektorzy z nich byli wielkim odkrycie, niektorzy pachnieli inna przyroda i lekka egzotyka, zas niektorzy wydawali zapaszek nieswiezosci, wtornosci i cierpietnictwa. (Zapomnialabym o „Slumdog millionaire” poznanym przeze mnie w formie ksiazkowej – dobra historia, nieciekawa literatura)

Pytanie brzmialo: jaki bedzie Hari?

Otoz Hari okazal sie znakomity! Jeszcze nie doszlam do konca, ale jestem juz na finiszu ksiazki. Hari zastosowal dobry mix „smiechu przez lzy” albo humoru, ktory dominuje nad powaga sytuacji. Nasmiewanie sie z outsourcing’u i pracy w korporacjach jest bardzo sutelne, acz zlosliwe i celne. Nadzieje na oszlamiajaca kariere i bogactwo zagranica moglby roznie dobrze byc polskie – podobnie jak poglebiajace sie klamstwa delikwenta w celu uspokojenia rodziny. Corporate bullshit, jakiego uzywa reklamowiec Guy naleza do najgorszych w tym gatunku, jakie udalo mi sie uslyszec. A przypominaja mi wiele okreslen, ktore jak szarancza zalewaja takze jezyk szwedzki. Postacie nie sa karykatura, choc zakreslone gruba kreska – i maja glebie psychologiczna. Rewelacyjnie zobrazowana zostala roznica kulturalna Indie-Stany, tym razem na przykladzie mlodego mezczyzny (zazwyczaj w podobnej sytuacji wysmiewane bywaja zagraniczne gosposie czy dziewczyny do dziecka). Kunzru nie wysmiewa sie z Arjuna, lecz traktuje go z cieplem i wyrozumieniem. Troche mniej litosciwie traktuje Guy’a w Dubaju, ale Guy opowiada takie bzdury, ze czas byl najwyzszy, zeby ktos mu to uswiadomil. Subtelne jest odwrocenie rol: to pogardzany na Zachodzie Arab reprezentuje przediebiorczosc, radosc zycia i madrosc – zas przedstawiciel przemadrzalego systemu wykazuje sie kompletnym brakiem inteligencji i refleksu.

 Takich smakowitych scen jest w ksiazce wiecej. Bollywood potraktowany jest takze z mieszanina ironii i wyrozumialosci. Krytyka spoleczna dotyczy nie tylko Wielkiej Brytanii czy Stanow, lecz tazke nieczystych interesow w Indiach. To nie jest powiesc prowincjusza o przygotach biedaczka-karierowicza, lecz satyra spoleczna na tzw.globalne spoleczenstwo, w przytrafilo nam sie zyc.

Po zakonczeniu czytania jeszcze tu wroce – zeby sie wypowiedziec, czy final odpowiadal wysokkiemu poziomowi ksiazki so far.

Alexander McCall Smith

In Ksiazki on 17 lutego 2010 at 18:45

Zupelnie nie jestem zorientowana na ile w PL popularna stala sie Mma Preciuos Ramotswe – w SE duzym wzieciem cieszyly sie kolejne tomy powiesci o niej (i o Afryce), a teraz serial filmowy (niestety przerwany na czas igrzysk). Sama przeczytalam pare tomów, a przez jeden z nich na CD o malo nie spoznilam sie na interview – tak sie zasluchalam. Nota bene chcialam sie dowiedziec JAK sie poprawnie wymawia „roibos tea” i sie dowiedzialam: „bush tea”! Wiem, ze swiat Botswany Mmy to nie Botswana prawdziwa, ale filmatyzacja HBO daje smak goscinnego i niespiesznego komtynentu (za czym czesto tesknimy).

Tym razem zdecydowalam sie posluchac innego genre-u, powiescie o odcieniu filozoficznym „The right attitude to rain”. Sluchalo sie fantastycznie – lekka kombinacja powiesci obyczajowej z filozofowaniem, az tu nagle dopadla mnie uwaga opisana wczesniej na blogu „Kto nas lubi?” Nie bede jeszcze raz opisywac – za to wkleje odpowiedz PR-owca pana McC:

„Many thanks for your email which has reached my mailbox. I work with Alexander and will certainly pass this on to him when he returns from his present promotional trip overseas.

However, I do think there has been a mis-understanding and would like to point out that Alexander has written a novel dedicated to those from Poland who fought in the Second World War. He was DEEPLY moved and distraught to discover how they were treated and wrote a very moving story of a woman who started an orchestra during that time and her friendship with a Polish airman. The novel is called La’s Orchestra Saves the World.
At the launch of that novel, Alexander paid tribute to the men and women from Poland who gave so willingly during the war. In many newspaper interviews at the time he acknowledged their contribution and revealed his great displeasure at the way they had been treated.

He is a huge admirer of Poland and of the Polish people.”

Tak wiec nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo: czekam teraz na wypozyczenie wspomnianej tutaj pozycji. Zrecenzuje jak bibliotece uda sie zdobyc egzemplarz dla mnie. Myslalam, ze trzeba bedzie szukac w UK, a tym czasie znaleziono nie tylko w kraju, to na dodatek ksiazki byly wypozyczone. Czyli albo dobra literatura, albo duzo Polakow? W kazdym razie fajnie bedzie wgryzc sie. Alexander zdaje sie zwodniczo latwy, lekki i przyjemny, lecz ma podtekst filozoficzny i tzw.mysl pikna.

Czytadla dobre na podroz – John le Carré

In Ksiazki on 17 lutego 2010 at 17:09

Poniewaz Herta Müller potraktowal mnie paskudnie, udalam sie do ksiegarni w spiesznym poszukiwaniu innej lektury na droge powrotna. I trafilam w dziesiatke! Zainwestowalam w „A most wanted man” John’a le Carré. Chyba nie dane mi bylo wejsc w kontakt z tym pisarzem, choc ogladalam niedawno film dokumentalny o nim. Kontakt mialam wylacznie filmowy – przed wyjazdem obejrzalam „The constant gardener”. widzialam tez kiedys „Krawca z Panamy” oraz „The Russia house”. Poniewaz z filmie dokumentalnym wygladala na dobrze wychowanego chlopca, to wzbudzil moje zaufanie – i sie nie zawiodlam. A swoja droga gdzie sie dzisiaj podzieli dobrze wychowani chlopcy?

W kazdym razie „A most wanted man” trzymal mnie w napieciu w oczekiwaniu na samolot, podrozy samolotowej oraz pozniejszej pociagiem. Dopiero jak dojechalam do domu zrozumialam cala intryge i moglam odlozyc lekture na dzien nastepny. Polski czytelnik zmeczony jest moze czytaniem w gazetach o rozmaitych sluzbach, ale le Carré przebija wszystkich jako insider i jeden z niewielu, ktorzy wiedza o czym mowia no i zabieraja glos. Podoba mi sie rowniez, ze Brytyjczycy po szkolach prezentuja humanistyczne spojrzenie na czlowieka – nic tu nie jest ani czarne, ani biale, tylko „szkoda czlowieka”. Ukazuje zaplatanie w historie i geografie, gdzie pojedynczy czlowiek staje sie produktem takich, a nie innych warunkow. Korupcje, brak skrupulow i moralnosci – i jednoczesnie broni prawa jednostki do protestu. Kto sie boi terrorystow niech przeczyta!

Idac za ciosem nabylam „The mission song” po szwedzkim tytulem „Den gode tolken”. Tym razem skusil mnie takze tytul, gdyz wiele lat pracowalam jako tlumacz ustny (tolk). Niezmiernie mi pochlebila charakterystyka „dobrego tlumacza”, ktory stoi o wiele klas wyzej niz tlumacz tekstow. Cos w tym jest! Nie kazdy jest w stanie podazyc za potokiem wymowy oraz zawilaym procesem myslowym wielu mowcow i znalezc od razu sens do przekazania stronie drugiej. Poza tym spodobala mi sie charakterystyka jednego z jezykow afrykanskich, ktory byl toporny, niezniuansowany i dlatego trudniejszy do przekladania. Le Carré mowi ustami swojego bohatera, ze to „jezyk chlopski”. Potwierdzilo to moje podejrzenia dlaczego szwedzki jest taki kolowaty – bo kultura szwedzka to kultura chlopska. Najciekawsze wiec byly profesjonalne komentarze lingwistyczne – nawiasem mkowiac zupelnie nie wiem iloma jezykami i w jakim stopniu autor sie posluguje?

Natomiast sama fabula byla slabsza niz „A most wanted man”. Na pewno wiele ciekawych faktow i obserwacji dotyczacych Konga – ich prawdziwosci nie jestem w stanie sprawdzic, choc brzmia prawdopodobnie. Znakomite oddanie typow ludzkich no i znowu nieocenione „sluzby”. Happy end’u nie przewidziano – a szkoda, bo cala ksiazka lekko meczy. Film „Tolken” z Nicole Kidman opisuje podobna problematyke. opisy Konga zawsze pachna lekko „Jadrem ciemnosci” – kiedys warto by sie tam przejechac i sprawdzic na wlasne oczy, uszy i zmysl powonienia.