szwedzkiereminiscencje

Archive for Kwiecień 2010|Monthly archive page

Apteka pod Pankiewiczem meznym

In Ksiazki, Polskie refleksje on 30 kwietnia 2010 at 23:47

Tadeusz Pankiewicz, Apteka w getcie krakowskim , 2007, pierwsze wydanie 1947

Dzieki bibliotece w Halmstad nareszcie mam dostep do wiekszego wyboru polskiej literatury. Czytanie po polsku to dawno zapomniana przyjemnosc – nie do przecenienia. Mam w zapasie jeszcze jedna pozycje – tym razem o troche innej tematyce. Teraz jednak do naszych baranów czyli do Tadeusza Pankiewicza.

Z okladki spoglada na nas przystojny i kulturalny mezczyzna w sile wieku. Szczególnie zachwycila mnie muszka, która jeszcze po wojnie bywala wyznacznikiem profesorów Uniwersytetu Jagiellonskiego. Jak wyczytalam w wikipedii, to tam studiowal farmacje, zeby kontynuowac rodzinne tradycje. Rodzina przywedrowala ze wschodu, poniewaz miejscem urodzenia jest Sambor. Ojciec Tadeusza prowadzil przed nim apteke „Pod Orlem”. Wiecej o historii rodziny wyczytac sie nie da, jako ze glupiopedia potraktowala Pankiewicza po macoszemu – a zwlaszcza w wersji polskiej. Najwiecej juz dalo sie wyczytac z wersji angielskiej – az wstyd! Jak zwykle Polacy nie doceniaja swoich wybitnych. Zamiast docenic, szkalowali, o czym oglednie wspomina autor w przedmowie do II wydania:

Pomawiany przez „okreslone” kola o sprzyjanie syjonistom, doznawalem przykrosci ze strony niektórych rodaków, którzy tak opacznie oceniali moja dzialalnosc i pelnione obowiazki w okresie koszmarnych dni i nocy okupacji hitlerowskiej.

Wszystko to paskudne, szczególnie ze:

Z dawnymi znajomymi z getta spotykalem sie takze na róznych procesach przestepców wojennych w RFN, wystepujac tam, podobnie jak i ci znajomi, w charakterze swiadka.

Czyli dal swiadectwo swoich przezyc na granicy krakowskiego getta – swiadectwo przezywanych okropnosci, a przy okazji swojej wielkiej odwagi cywilnej. Uwazam brak opatrzenia ksiazki wstepem na temat autora przez krakowskie Wydawnictwo Literackie  za czysta arogancje. Autor musial byc czlowiekiem duzej skromnosci, bo zalaczone oba wstepy jego pióra zajmuja lacznie tylko kolo trzech stron. O sobie prawie nic nie pisze – a w tekscie ksiazki uwypukla zaslugi trzech wspólpracowniczek w aptece. Chetnie bym sie o nim czegos wiecej dowiedziala, ale cóz, WL nie odrobilo lekcji, lekcewazac zarówno mnie czyli czytelnika, jak i autora „Apteki”. Shame on you, Wydawnictwo Literackie, shame on you! Nie wspominam juz o miekkej okladce i zupelnie nieczytelnych mapkach – poziom wydania na wysokosci PRL.

Urodzilam sie i wychowalam w Krakowie, choc w dziecinstwie niemal nie znalam Podgórza. Potem jednak przesiadalam sie czesto na placu Zgody, gdzie miescila sie tytulowa apteka „Pod Orlem”, a potem przejezdzalam kolo pomnika ofiar obozu w Plaszowie, nie do konca zdajac sobie sprawe kogo upamietnia. Pomnik tez wznosi sie na pustym zupelnie wzgórzu i dopiero film „Lista Schindlera” rekonstruuje wyglad obozu. Natomiast kamienice Podgórza w obrebie Getta stoja nadal te same – zasiedlone najpierw przez ludnosc mieszana, w wiekszosci Polaków, potem przez Zydów, a po wojnie znowu przez Polaków. Nota bene to teraz podobno najmodniejsza rozrywkowa dzielnica miasta…

Dla scislosci podam od razu, iz jest to pozycja typu non-fiction czyli dokument, zawierajacy daty, miejsca i mnóstwo nazwisk. Z drugiej strony jednak ma osobisty touch, dzieki któremu poznajemy autora jako osobe, towarzyska, niewatpliwie obdarzona charyzma, cieplem i inteligencja. Zdecydowanie dysponowal tym, co dzisiaj nazywa sie social comptence – i dzieki tej wlasciwosci wspaniale sie sprawdzal jako posrednik miedzy Zydami, Polakami, Niemcami i Austriakami. Z jednej strony potrafil zrozumiec czlonka policji zydowskiej, a z drugiej nie ukladal sie ze szpiclami czy osobami pozbawionymi charakteru. Pankiewiczowi udalo sie utrzymac wlasna apteke mimo formalnego wymogu opuszczenia jej, kiedy sie znalazla na terenie Getta. Jego apteka stala sie punktem kontaktowym, wykorzystywanym takze przez zydowski i polski ruch oporu. Zarówno Pankiewicz, jak i aptekarki, ryzykowali codziennie zycie pomagajac dziesiatkom ludzi. Cala dobe wydawali lekarstwa, lagodzac przy tym cierpienia ludzi z Getcie. Przy ewakuacjach czy w razie potrzeby rozdawali za darmo leki uspokajajace i srodki opatrunkowe. Rozprowadzali farbe do wlosów, która optycznie odmladzala ludzi, ratujac ich przed selekcja. A przy tym wszystkim apteka przyciagala ludzi spragnionych inteligentnej rozmowy czy spiewu, co musialo odgrywac ogromna role dla pozbawionych kontaktów ze swiatem bliznich. Jestem pelna podziwu – w ilu sytuacjach ten czlowiek potrafil sie odnalezc i jakie dyplomatyczne talenty wykazal, zeby pomóc znajomym w potrzebie – a tych nigdy nie brakowalo… Jego pomyslowosc byla niezmierzona: nazwiska notowal czesto dla niepoznaki na receptach, a w aptece mial wiele zmyslnych skrytek. Nota bene w jednej z nich przechowywal wartosciowe tory, i to zadajac sobie trud, zeby przechowywac je zgodnie z tradycja. Po wojnie oddal je, a nastepnie…slad po torach zaginal. To byl bardzo uczciwy czlowiek, który z niesmakiem obserwowal i dokumentowal rozbój i rabunek, bedace organiczna czescia „przedsiebiorstwa getto” (nazwa moja). Czyta sie dobrze, choc to nie literatura piekna – z drugiej strony komentarze natury osobistej i anegdoty umilaja lekture. Zeby nie bylo watpliwosci: Pankiewicz pisze o innych oraz podaje fakty, dlatego ja postanowilam oddac hold Pankiewiczowi.

Pozwole sobie na jeszcze jeden cytat. Jako krakowianka zawsze zastanawialam sie KOGO wojna zmiotla z mojego miasta. Tadeusz P wylicza:

Unicestwiajac getto krakowskie, wymordowano nie tylko jednostki; wyginely tu cale rodziny, nieraz bardzo liczne, osiadle w Krakowie od setek lat, których nazwiska na trwale zapisaly sie w najstarszych kronikach aktów dawnego Krakowa. Z nimi ginely ich tradycje.

Gina nazwiska takie, jak Holzerów (bankierzy), Wohlów, Oberlenderów, Rappaportów, Baderów, Eibenschutzów, Wachsów z Podgórza, Schleikornów (piekarzy), Lachsów, Libanów (wlasciciele wapienników w Podgórzu), Pariserów, Hutterów (wlasciciele sklepów z instrumentami muzycznymi i rowerami), Horowitzów i Frischerów (importerzy owoców poludniowych). Znana rodzina Lanaduów (Rafal byl prezesem gminy zydowskiej w Krakowie), Halpernów (sklad futer przy ul.Grodzkiej), Aleksandrowiczów, Wasserbergów, Blühbaumów (sklady wschodnich dywanów). Gina cale rody rabinackie, jak Rappaporta Szabse.

Czesc ich pamieci!

* uzywam pisowni slowa „Getto” z duzej litery ze wzgledu na szacunek dla ludzi tam wiezionych

Reklamy

Ocalic od zapomnienia – testament Marka Edelmana

In Ksiazki on 29 kwietnia 2010 at 15:30

Marek Edelman, I byla milosc w getcie, 2009

W zasadzie niewiele wiem o Marku Edelmanie. To, co wiem podoba mi sie, poniewaz widze czlowieka, który nie daje sie zaszufladkowac. O którym bez watpienia mozna powiedziec, ze byl bohaterem i który nigdy od swojego bohaterstwa nie odcinal kuponów. Odcinali je Zydzi w Izraelu czy USA – a Edelman prostowal i walczyl o zachowanie wlasciwych proporcji. Imponuje absolutna uczciwoscia i dystansem wobec samego siebie oraz oddaniem powolaniu lekarza. W „I byla milosc w getcie” slabnaca pamiec walczy z niezachwiana wola zachowania dla potomnych nazwisk postaci, które juz czesto w proch sie obrócily. To nie sa zawsze jakies „wybitne” osoby – ME jak najdalszy jest od patosu i wznioslych nastojów. Pisze tak samo ladnie i z szacunkiem o dowódcy jak o laczniczce czy pielegniarce. Poza tym czy to w stosunku do zywych, czy do umarlych NIE moralizuje. Szalenie spodobala mi sie historia lekarki, której maz zginal w Katyniu. W czasie wojny uratowala zycie mlodszemu od niej o pietnascie lat chlopakowi ogrzewajac go wlasnym cialem. Po upadku powstania warszawskiego przezyla bardzo któtki romans z mezczyzna mlodszym od niej o lat dwadziescia. Potem wyemigrowala do Australii, gdzie zaadaptowala trójke dzieci zydowskich ze statku-widma. Nastepnie – i tu oddaje glos autorowi:

Gdy dorósl jeden z jej synów, zakochala sie w nim i przezyla z nim dlugie, szczesliwe lata. Napisala potem w liscie, ze chociaz juz wie, co sie stalo z jej mezem, którego bardzo kochala, to przy zyciu utrzymala ja milosc. Milosc i cieplo jej syna, który potem zostal jej kochankiem. Umarla, majac ponad 90 lat.

Tak pisze osoba, która wie, CO jest wazne w zyciu  –  nie ma czasu i ochoty na drobnomieszczanskie konwenanse. Powiem szczerze, ze znam niewiele osób, które by sie nie zgorszyly podobna historia – przypomnijmy sobie chocby naglówki gazet na temat Woody Allen’a! A kobiety maja jeszcze mniejsze prawo do szczesliwej milosci czy seksualnosci na stare lata… Natomiast Edelman rozumial swoja znajoma i traktowal sprawe jak najbardziej oczywista na swiecie. Bo jak sie przeszlo przez traumatyczne wydarzenia, to czlowiek sie uczy rozrózniac sprawy wazne od nieistotnych. Przytocze jeszcze jeden cytat, który stal sie aktualny w swietle niedawnych wydarzen:

Sprawa pamieci jest sprawa polityki. Polityka ksztaltuje pamiec spoleczenstwa, pamiec grupy, wszystko jedno, czy tu zebranych, czy grupy zawodowej, czy grupy narodowej. To wszystko ksztaltuje polityka.

Dla mnie przeczytanie tej ksiazki teraz bylo jak przejscie przez czysty potok górski. Obmylo mnie z patosu i cukierkowo pojmowanego patriotyzmu, którymi raczyli nas czesto-gesto wlasnie politycy; i nie tylko. Edelman to sama genuity/autentycznosc, bez grama falszu, bez taniego grania na emocjach. Patriotyzm czynem, a nie lukrowanym slowem. Bez epatowania bohaterszczyzna czy nie daj Panie, martyrologia – a w koncu kto jak kto, Edelman mialby do tego prawo. Dalabym obowiazkowo jako prezent pod choinke obecnej klasie rzadzacej. Koniecznie trzeba przeczytac i zachowac Marka Edelmana w pamieci  – zeby przekazac naszym dzieciom swiat Zydów-Polaków.

Koncert w przerwie obiadowej – czesc II

In Muzyka, Pamietnik, Szwecja on 28 kwietnia 2010 at 22:46

Dzisiaj skusilam sie na nastepny koncert w serii „przerwa obiadowa”. Wystepowala sympatyczna para oddajac czesc znanemu szwedzkiemu bardowi, Cornelis’owi Vreeswijk’owi.

Mozna smialo powiedziec, ze Cornelis to jeden z niewielu obcokrajowców, który zrobil kariere w Szwecji. Urodzil sie bowiem w Holandii, z której wyemigrowal wraz z rodzina  jako dwunastolatek. Wiecej mozna sobie poczytac po angielsku tu: http://en.wikipedia.org/wiki/Cornelis_Vreeswijk . Zdjecie poety wybralam z wiadomych przyczyn:

Alexandra i Henrik spiewali niezle, ale polecalabym raczej wykonanie oryginalne. Na bis zaspiewali: http://www.youtube.com/watch?v=TJgdrkMtyA0 , natomiast zrezygnowali z innego wielkiego hitu: http://www.youtube.com/watch?v=IWHxsqOl_v0 . Wypadaloby jeszcze dodac, ze Cornelis to zaden tam chlopak z gitara, lecz powazny i udany poeta. Najwiekszy skald Szwecji od czasów Carl’a Michael’a Bellman’a. W Polsce – w odróznieniu od Abby i Roxette – chyba nieznany, a szkoda, bo lepszy niz ww. wymienieni alle-zusammen-do-kupy! Dlatego postanowilam zrobic mu niniejszym reklame – na necie roi sie od jego ballad, warto posluchac.

Koncertu sluchalam po ta „choinka” (zdjecia nie moje – pochodza z oficjalnej strony biblioteki):

I w tym budynku:

A potem poszlam do sklepu odziezowego MQ. Zostalam tam skomplementowana za ubiór po raz pierwszy – to mile, jak sie ma „dobra prase” u fachowców.  Nastepnie dotarlam do sklepu H&M. Wdarlam sie wyzsze pietro w poszukiwaniu upatrzonej sztuki odziezy, ale mnie pani starsza (i sprzedajaca) pouczyla, ze nie mam czego tam szukac, bo to odziez „dla dam”. Jesli to, co mi sie podobalo wypatrzylam na dole, to mam zawrócic, bo to tam znajduje sie „dzial mlodziezowy”. Okropnie mnie to rozbawilo i postanowilam zabawic takze sprzedajaca na dole – nota bene chyba jeszcze starsza niz ta „górna”. Pani starsza (dolna) usmiala sie i znowu mnie skomplementowala! Ba, wyszla nawet zza lady, zeby sobie mnie obejrzec w calej krasie czyli od stóp do glów. Sama wygladala artystowsko, co sie tutaj rzadko zdarza, poniewaz dominuje „moda sportowa” – czyli brak dbalosci o wyglad. A wlasciwie jeszcze gorzej: kobiety sa po prostu ZLE ubrane. Smaczku dodaje fakt, ze Szwedzi generalnie sa zamknieci i zdecydowanie niesklonni do komplementowania. Dopóki mieszkalam w Krakowie, to ludzie zauwazali, ze mam intelekt. Po przeprowadzce za morze okazalo sie, ze moja przewazajaca czescia sa…ubrania. No, dobre i to! W kazdym razie MILY dzien, nie powiem.

Propozycje wydawnicze klubu „Przyroda i kultura”

In Ksiazki, Szwecja on 27 kwietnia 2010 at 19:50

Lezac z kotem na kanapie – tzn. ja lezalam na kanapie, a kot na mnie – siegnelam po katalog ksiazek z klubu „Natur och Kultur Direkt”. Jestem na strasznym glodzie ksiazkowym, bo czytalam ostatnio doskonala powiesc i teraz odrzuca mnie od wszystkich innych, a czytac chce. Dlatego postanowilam poczytac na odmiane O ksiazkach.

Po przejrzeniu calosci naszla mnie niewesola refleksja: gdzie ja to wyladowalam? Czy Szwecja to istny dom wariatów? A może zamienilam się w Alicje w Krainie Czarów? Zaczne od trendów – otóz pierwszym trendem jest pisanie o wszystkim. Niby dobrze, bo dla kazdego cos milego, ale z drugiej strony każdy temat zostal rozwalkowany do kompletnego zaniku. Poza tym podzielony na czasami humorystyczne kategorie, podkategorie i jeszcze inne. Dzisiaj akurat jestem po trzygodzinnym wykladzie na temat rozmaitego rodzaju „celów” – wykladowca opowiadal, ze sobie pisze karteczki z „celami dziennymi” do realizacji – przerazajace! Drugi trend to stwarzanie potrzeb u konsumenta. Dzisiaj jedna dieta, a jutro okazuje się, ze się nie sprawdzila i teraz obowiazuje zupelnie inna – wiec trzeba sobie kupic nowa ksiazke. Zaraz dojde do konkretów, żeby nie być goloslowna.

 Ksiazka kwartalu jest „Uwolnij się od swoich fobii i leków” Roberta L.Leahy. Najpierw dluga lista pt. „Rózne diagnozy fobii” – i już zaczynam czuc się niewyraznie, ponieważ jeszcze NICZEGO u mnie NIE stwierdzono. Może czas się przebadac? Może wyklucie się fobii to kwestia dni? A może lat? Nastepny rysunek wyglada jak chrystusik frasobliwy z wiejskiej kapliczki. Figurka emanuje czyms, co najprawdopodobniej ma przedstawiac strach. Dokola figurki klebia się straszne mysli. Nie wytrzymuje tego stezenia nieszczescia i czytam dalej.

 „Próby milosci i zdrada – opowiesci lekarza duszy”, Clarence Crafoord. Wlos jezy mi się na glowie i ide dalej. „Zamien swoja lazienke w indyjskie spa” – niestety, nie przepadam za curry i nie mam ochoty na reklamowany peeling z jugurtem i kurkuma. Wpadam jak sliwka w kompot, bo przede mna „Ogród leczy wycienczonych” (zostawie autorów na boku). Nie mam ogrodu i nie zamierzam się zaglebiac w stan swojego ducha. Wedruje na nastepna strone: „Metoda kapeluszy”. Kapelusze kocham i już się ciesze, kiedy wpada mi w oko tytul reklamowanej pozycji „Szesc myslacych kapeluszy” – no nie, myslec lubie sama, a kapeluszy uzywam do ozdoby. Brne dalej wglab broszury. NLP czyli neurolingwistyczne programowanie – czyli pranie mózgu i manipulacja jezykiem. Trzymac się z daleka. Nastepna strona: „Pozyteczna wiedza o trudnosciach w czytaniu  i pisaniu”. Może jestem zarozumiala, lecz nie czuje się jak grupa docelowa. Nastepny naglówek brzmi zachecajaco: „Stwórz sobie taka rzeczywistosc, jaka ci pasuje”. Niestety, znowu nie naleze do target’u, ponieważ tytul to „ADHD/ADD u doroslych”. Na nastepnej stronie do koloru, do wyboru „ADHD, Asperger, syndrom Tourette’a, autyzm…” – nie, dzis dziekuje. Nastala pora na „Cenna wiedza w przypadku zgonu” – co prawda nigdy nic nie wiadomo, ale jeszcze zipie, wiec szukam dalej. „Chyba nie ugrzezlas w pulapce grzecznej Anniki?” czyli „Pippi power, 7 dróg do kobiecej sily” – troche dla mnie za infantylne, rezygnuje. Wkraczam w dzial zdecydowanie psychologiczny: „Gdzie rezyduje swiadomosc?”, „Mózg”, „Jak wolna jest wolna wola?” (to takie skrzyzowanie filozofii z biologia), „Wscieklosc”, „Podstawy terapii rodzinnej” oraz „Jak dojsc od wstydu do milosci”. Potem zachecaja mnie do zapoznania się z „Wywiadami z najgrozniejszymi przestepcami Szwecji”, jak również „Od zawalaczy do psychopatów”. Nie będę cytowac tu wszystkich, ale przykul mój wzrok peczek cebuli na okladce ksiazki reklamowanej nastepujaco „Jedz, żeby osiagnac superzdrowie” – odpowiedz prosta: będę superzdrowa tanio. Dosc intrygujaco brzmi tez naglówek „Seks – doglebnie”. Pora na „Dekoruj dla duszy- zrób miejsce dla harmonijnych energii” – nic z tego nie rozumiem, ksiazka jest o feng shui, wiec lece dalej. Nareszcie widze cos dla mnie! „Ciesz się miloscia, która na Ciebie czeka” (w wolnym tlumaczeniu). Na swoje nieszczescie czytam opis: „Ksiazka opisuje dlaczego czujesz pociag do nieodpowiednich osób…” – dziekuje, postoje! Co oni sobie o mnie mysla? Zblizam się już do konca. Dowiaduje się, ze nie należy juz być wegetarianinem –akurat mnie ominelo, choc znalam fanatycznych – oraz, ze najmodniejsza dieta nazywa się „izodieta”. Rewolucyjna mysl izodiety polega na tym, czlonkowie rodziny dostaja porcje o zróznicowanej wielkosci – gwarantowany sukces wydawniczy… I na koniec dobijaja mnie „Zycie nie jest wesole” (sic!).

 Na prawde, zaczelam się zastanawiac czy aby przez pomylke nie zapisalam się do klubu ksiazkowego dla glupich? Namolnym celem broszury zdaje się nastraszenie mnie i stworzenie potrzeby do zakupu ksiazki. Dawniej ksiazki czytali ludzie inteligentni, a teraz klub ksiazkowy zwraca się do osób z wypranym mózgiem. W calym katalogu znalazlam tylko dwie ciekawe pozycje: „Milosc miedzy zamrazarka a pólka z psia karma” oraz „Kogo to rusza?”. Pierwsza opisuje przypadkowe spotkanie z miloscia w sklepie (nota bene autor jest niewidzacy), zas druga podejmuje problem rozwarstwienia spolecznego w Szwecji.

 Zniesmaczona wracam do mojej czarnej milosci, która zwisa z parapetu w kuchni i zaraz zawola nie tyle o psia, co o kocia karme. Czy to może jest ten mój „pociag do nieodpowiednich osób”?

Metafizyka piórem fizyka – Paolo Giordano

In Ksiazki on 24 kwietnia 2010 at 01:00

Paolo Giordano Primtalens ensamhet / Samotnosc liczb pierwszych, 2008

(Pisane do muzyki Wertynskiego, Gromowa i Weila)

Bedzie mi trudno, oj trudno, poniewaz ksiazka szalenie mi sie spodobala. Spodobala mi się i TYLE – a tymczasem musze się niejako tlumaczyc DLACZEGO. Ano trudno – jak to mawiaja Szwedzi: nikt nie obiecywal, ze będzie w zyciu latwo…

 Przeczytalam dzieki recenzji http://lekturki.com/2010/04/samotnosc-liczb-pierwszych-paolo-giordano/ – i jestem niezmiernie wdzieczna za wskazówke czytelnicza, bo nie wiem czemu ta ksiazka jakos mi umknela. Zazwyczaj pierwszym skojarzeniem są inne tytuly, które mi się ze swiezo przeczytana pozycja kojarza. W tym wypadku pozwole sobie wskazac na „Serce to samotny mysliwy”, „Kafka on the shore” oraz „Czastki elementarne”.  Nawiazujac do tej pierwszej obalilabym teze o „powiesci pokoleniowej” – zawsze i wszedzie wystepuja ludzie bardziej wrazliwi czy bardziej przejechani przez zycie niż inni. Z jednych nieszczescia splywaja jak woda po kaczce (redaktor Rydzyk pewnie by się zapytal SKAD się wziely kaczki w moim blogu;-)), a niektórych przetracaja na zycie. Jak widac, isherwood’owski George był wspaniale zintegrowanym facetem, a nie zadnym samotnikiem – jeśli porównac z parka bohaterów Giordano. O Paolo Giordano można powiedziec, ze jest szczaw, ale za to zdolna bestia i na dodatek wszechstronnie. Nie mówiac już o tym, ze ladny chlopiec – co widac na zalaczonym obrazku. Co jednak siedzi w srodku trudno wyczuc – sadze, ze czesc przezyc glównych bohaterów musi pochodzic z autopsji. Czyli ladny i wrazliwy – ojojoj!

 Teraz krótko o tresci. Jak dla mnie jest to ksiazka o trudach dorastania, budowania relacji miedzyludzkich oraz o dzielnosci. Dotyczy dwóch osób: dziewczyny i chlopaka, choc dziewczyna nie jest zbyt kobieca, a chlopak specjalnie meski. Nie przypominaja wiec Tosi i Tomka z powiesci Ozogowskiej – choc są niejako bliznietami. Dokladnie mówiac, to chlopak, Mattia, miał rodzona siostre blizniaczke, lecz zgubil ja kiedys w parku. Poznaje Alice w szkole i niejako przejmuje ona role zaginionej Micheli – a wlasciwie siostry, która Michela moglaby być, gdyby nie uszkodzenie mózgu. Trudno się dziwic poczuciu winy Mattii: chcial choc raz pobawic się na równych zasadach z rówiesnikami i zostawil siostrzyczke sama w parku. Rodzice zupelnie niefrasobliwie wyslali ich z domu bez opieki – tymczasem siostra ginie bez sladu, a ambitny chlopiec nie może sobie wybaczyc jednorazowego napadu niefrasobliwosci. Reaguje jak na chlopca nietypowo, ponieważ zaczyna się ciac. Wg.szwedzkich statystyk tnie się jeden chlopak na cztery dziewczyny – co tylko potwierdza teze o silnej stronie kobiecej u Matii. Za to osiaga znakomite wyniki w szkole – niewykluczone, ze na skutek sublimacji. Alice ma inny powód do poczucia wyobcowania. Jej surowy ojciec, który być może odczuwa brak meskiego potomka arystokratycznego rodu, przelewa swoje ambicje narciarskie na jedynaczke. Dziewczynka ulega wypadkowi, który okalecza ja na zycie. W otoczeniu kolezanek, które ostentacyjnie demonstruja swoja maloletnia seksualnosc, Alice czuje się inna i pozostaje samotna. Raz zdaje jej się, ze ma szanse na prawdziwa dziewczynska przyjazn, ale kolezanka okazuje się falszywa przyjaciólka i zdradza ja. W Alice rosnie gorycz i poczucie wyobcowania – az do chwili spotkania z Mattia.

 To jest na pewno powiesc wyrastajaca z osobistych obserwacji autora, ale glówni bohaterowie przypominaja mi znajomych z dziecinstwa. Widocznie srodowisko akademickie Krakowa było cywilizacyjnie przed Zachodem, ponieważ produkowalo mlodziez równie psychicznie okaleczona jak Mattia i Alice. Rodzice równie nieobecni, bo skoncentrowani na sobie i swojej karierze. Pozadany typ dziecka to maly geniuszek, najlepiej wlasnie fizyk albo matematyk. Obowiazkowy „doktorat przed trzydziestka”. W szkole (najlepszej w miescie) obowiazkowe „same piatki”. Nikt cie nie pyta KIM jestes ani jakie masz zainteresowania. Dziewczynki mialy być zdolne, ladne i siedziec grzecznie na krzeselku kiedy rodzice przyjmowali gosci. Nigdy nie zapomne z wlasnego dziecinstwa, ze posadzono mnie u znajomych rodziców w malenkiej sypialni i moglam się PATRZEC na kolekcje misiów pani domu. Nie wolno mi było ruszac ani jednego – i tak spedzilam caly wieczór! Znam tez uczucie swedzacych rajtek na nartach oraz pamietam ojca wmuszajacego we mnie w „Murowancu” najpierw znienawidzona zupe mleczna, a potem jeszcze rosnaca w ustach bule. Mialam za to wiecej szczescia niż Alice, ponieważ nie uleglam wypadkowi i zdobylam kolezanki. Nie zostalam tez, jak Alice, anorektyczka. Może dzieki tem podobienstwom rozumiem dylematy bohaterów. Jak dla mnie malzenstwo Fabia i Alice oraz znajomosc Mattii z Nadia to pzrebieg oswajania drugiego czlowieka. W koncu każdy jest inny i budowanie zwiazku to ciezka praca obu stron. U Alice malzenstwo konczy się fiaskiem, bo jedyna aktywna strona był Fabio. Mattia dojrzewa dlugo do zwiazku, ale udaje mu się dojrzec do decyzji, ze spróbuje szczescia ze zdeziluzjonowana Nadia.

 Jak dla mnie jest to ksiazka o dzielnych dzieciach, które zawiedli w dziecinstwie rodzice. Giordano, mimo trudnego tematu, porusza się w materii powiesci niczym wirtuoz i absolutnie nie wpada w pornografie cierpienia (czeste w Szwecji autobiograficzne opowiadania o molestujacych czy pijacych rodzicach). Jak się robi nieprzyjemnie, to konczy rodzial i przeskakuje do nastepnego. Wielokrotnie zaskakuje czytelnika nieoczekiwanym rozwojem sytuacji. Nie pozwala na wysnuwanie banalnych wniosków czy oddawanie się przesadnym uczuciom. Caly czas zdaje się mieć kontrole. Nie meczy, pisze lekkim piórem i wykazuje poczucie humoru. Postaci są wielowymiarowe. Autor nikogo nie potepia ani nie faworyzuje. W jego oczach wszyscy zdaja się meczyc na równo, żeby sobie jakos poukladac zycie. Meczy się także homoseksulany kolega Mattii, Denis. Coming of age pzresuwa się w czasie i mlodzi ludzie dojrzewaja coraz pózniej – zwlaszcza ci, którzy jak Alice chowaja się jakis czas za plecami innych. Ale kiedy odnajda w sobie odwage, to maja szanse na swoja sciezke w zyciu. Czyli w zasadzie happy end.

 To bardzo piekna i prawdziwa ksiazka – jednoglosnie przyznaje jej „Premio Sygryda 2010”!

J’accuse Magdy Szabó

In Ksiazki on 19 kwietnia 2010 at 19:02

Magda Szabó, Se men inte röra/Patrzec, a nie ruszac! / A szemlélök, 1972

To moja druga ”magda”, napisana w trzy lata po pierwszej czyli ”Lipach”. Czyta się troche latwiej; autorka po swojemu „melanzuje” czyli przeplata narracje róznych osób, ale wyrazniej oddziela opowiesci poszczególnych osób. Ktos w blogsferze porównywal jej jezyk z Iwaszkiewiczem. Nie mam co prawda polskiego tlumaczenia, lecz szwedzki przeklad nie ma na pewno z Iwaszkiewiczem NIC wspólnego. Proze Iwaszkiewicza mogę pelnymi garsciami, zas Szabó się na razie zapchalam – ze uzyje takiego fizjologicznego porównania. Tzw.mysl pikna może i się broni, ale ksiazka, po mojemu, nie wytrzymuje próby czasu. Bardziej aktualna zdaje mi się już…Fredrika Bremer. Problematyka „Patrzec, a nie ruszac!” stracila na aktualnosci, zas sposób narracji jest zdecydowanie przegadany. To tak, jakby chodzic z wizyta do prababci, a ona, panie dzieju, caly czas w kólko to samo. Którego rozdzialu powiesci by nie otworzyc, to Magda S „jedzie z koksem”. 

Troche zle mi się pisze, ponieważ spalilam sobie dwa opuszki palców prawej dloni – ale się nie poddaje. W kazdym razie zaraz po skonczeniu ksiazki myslalam nad naglówkiem. Zanim się zdecydowalam na obecny mialam nastepujace pomysly:

  • Gorzko, gorzko – gorzkie zale Magdy S
  • O Wandzie co to nie chciala Niemca
  • Panicz i dziewczyna
  • Kicz + przenikliwe spojrzenie

To, co wyróznia te ksiazke, to zapewne odwaga cywilna – jak na owe czasy. Nie przypominam sobie polskiego pisarza, który by równie wnikliwie i odwaznie przeanalizowal na poziomie jednostki stosunek panstw tzw.komuny do panstw tzw.zachodu. Z drugiej strony rozpoznaje – i zapewne wiele osób ze mna – resentymenty rodzinne. Zdania takie jak „nam by się lepiej powodzilo, jakby nie wojna”, „przed wojna to…” (i tutaj same superlatywy). Nikt tego nie wycenil w pieniadzach, ale wiele rodzin zarówno na Wegrzech jak i w Polsce stracilo nie tylko majatki, ale i szanse na dobre zycie (definicja „dobrego zycia” u J.M.Bochenskiego). Wladza ludowa nie tylko pozbawila ludzi dóbr doczesnych, ale tez zatrula ich zycie gorycza i poczuciem krzywdy. Jednym ze zródel goryczy było zubozenie, przesladowania polityczne itp. – zas nastepne znajdowalo się na poziomie narodu. Pewnie nie tylko ja slyszalam w domu: „Zachód nas zostawil”, „zostawili nas na pastwe” albo „Polacy walczyli na wszystkich frontach swiata, a po wojnie..”. Dlatego wlasnie zatytulowalam w koncu ten wpis „J’accuse” – bo cala ksiazka to jedno wielkie oskarzenie Zachodu o zdrade krajów, z którymi wczesniej laczyla go wielowiekowa tradycja. Kto  zna z domu te wszytskie oskazenia, może sobie darowac czytanie „Patrzec, a nie ruszac!”. Z tym, ze Magda idzie jeszcze dalej z swoich gorzkich zalach i z zapalem masochisty wdaje się w szczególowe porównanie standardu zycia w demoludach i na zgnilym zachodzie. Nie da się ukryc, pod koniec lata szesciedziesiatych porównanie wypada na niekorzysc tych pierwszych. Opisywane „wschodnioeuropejskie” panstwo to kraj bankrutów zyciowych i sadze, ze osobiste nieszczescia pani Szabó znajduja tutaj odbicie. Natomiast ci, którzy wtedy zyli pamietaja także pewne zródla radosci, które Szabó konsekwentnie pomija i to jest slabosc tej ksiazki.

 Teraz do akcji powiesci. Otóż jest to opowiesc o Wandzie, co to nie chciala Niemca albo o paniczu i dziewczynie – minus happy end. Wystepuje przedstawiciel zgnilego zachodu w postaci dyplomaty o arystokratycznych korzeniach (ach, ten zamek w tle!) oraz mistyczna i nieosiagalna kobieta wschodu, której rodzinie nowa wladza zrobila „kuku”. Miedzy nimi nawiazuje się romas, a kto wie, może nawet milosc – ale ponieważ panienka zaklada, ze „on jej nigdy nie zrozumie”, to odrzuca propozycje malzenstwa. Jak dla mnie postac Rolanda jest bardziej autentyczna, choc kicz zamkowy mnie lekko mdli. Postac kobiety-ofiary, Anny, nie wzbudza mojej sympatii, ponieważ wykazuje absolutny brak dojrzalosci emocjonalnej. Sama Szabó dozyla tez czasów, kiedy mlode Wegierki, pozbawione jakichkolwiek skrupólów, wydawaly się za zachodnich mezczyzn w nadziei na lepsze zycie. Anna dla mnie to masochistka, która odtraca autentyczna milosc, ignorujac fakt, ze to rzadki dar. Może Szabó chciala na jej przykladzie pokazac stracone pokolenie kobiet? I to jest ta kiczowata czesc powiesci. Natomiast autorka pokazuje tez swoja zdecydowanie ciekawsza strone – pojawia się jako bystry obserwator zycia i zaprasza na wnikliwe obserwacje psychologiczne. To są istne perelki – niestety, rozsiane na wielu stronach. Znakomicie opisuje etapy zycia imigranta w nowym kraju – mogę się o tyle wypowiadac, ze znam z autopsji (choc w przeciwienstwie do jednego z bohaterów nie przyjechalam w czapce uszance). Jak już wspomnialam te nieszczesna czapke, to dokonalam podobnej jak Magda obserwacji: uzywam w Szwecji zupelnie innych ubran niż te, które zabieram w podróz do Polski. Ze względu na styl zycia ubieram się tutaj lzej i bardziej sportowo – to taka drobna dygresja. Magda pokazuje tez strone zdecydowanie feministyczna, opisujac ciekawie i bez skrepowania aspekty kobiecej seksualnosci. Znowu nie mogę sobie przypomniec podobnie trafnych opisów we wspólczesnej litraturze polskiej, która najczesciej albo opisuje seksualnosc mezczyzn, albo pisana jest przez mezczyzn i opisuje seksualnosc kobiety widzianej okiem mezczyzny.

 Po rozwazeniu wszyskich za i przeciw, trudno mi komukolwiek „Patrzec, a nie ruszac!” komukolwiek polecac. Jak ktos chce czytac, to prosze bardzo, na wlasna odpowiedzialnosc – ostrzegalam, ze gorzko!

Dzien z zycia wrazliwego mezczyzny – „Samotmosc” Isherwood’a

In Ksiazki on 15 kwietnia 2010 at 16:30

 

Christopher William Bradshaw Isherwood En enda man / A single man /Samotnosc, 1964

Powiem od razu: to moje nastepne odkrycie – a ostatnie zdarzylo sie rok temu i nazywalo sie “Revolutionary road”. Znajomosc z panem Isherwood’em zawdzieczam nieocenionemu AMCS w “La’a orchestra saves the world”. Wystepowal tam w parze z panem Audenem (zdjecie powyzej), lecz jak sie okazalo, zdarzaly im sie takze pojedyncze wystepy, do których to należy ww. powiesc. Pisze „ww. powiesc”, bo nie mogę się przemóc, żeby uzyc tytulu polskiego tlumaczenia. Każdy, kto zna angielski widzi, ze przetlumaczenie na polski jest mission impossible, glównie ze względu na wieloznacznosc slowa „single”. Po angielsku tytul jest genialny, zas po polsku…depresyjny. Sama pewnie bym się raczej zdecydowala na „Dzien z zycia mezczyzny”, bo tak to widze.

Będę zupelnie nieobiektywna, ponieważ mnie ta pozycja zachwycila i wprawila w dyskretna euforie – jest bowiem po brytyjsku stonowana, pisana cietym jezykiem i ze tak się pretensjonalnie wyraze, elitystyczna czyli nie dla kazdego. Przeczytalam na necie pare recezji zarówno ksiazki jak i filmu i nadal nie otrzasnelam się z szoku: czyzbysmy mówili o tej samej ksiazce (film podobno ma troche zmieniona tresc)? W recenzjach glówny bohater to nieszczesnik i nieudacznik – albo wrecz przeciwnie, smiala ikona homoseksualizmu. Jak dla mnie po prostu inteligentny i wrazliwy czlowiek – a nie mam w zwyczaju pytac ludzi w jaki sposób znajduja ujscie dla swojej seksualnosci. Robienie z George’a gay-ikony to zupelnie nieporozumienie – w koncu nie każdy gay to profesor uniwersytetu? You wish, buddy!

Tytulem obowiazku musze nakreslic akcje powiesci. Z ta akcja na pierwszy rzut oka dosc cienko, ponieważ co może spotkac jednego mezczyzne w ciagu zalewdie jednego dnia? O ile, rzecz jasna, Mars nie zaatakowal ani nie napadli nas kosmici. Cale szczescie Isherwood to uczciwy pisarz starej daty, który od pomyslów typu phantasy albo science fiction trzyma się z daleka. Natomiast narracja koncentruje nie tyle na action, co na myslach i przezyciach glównego bohatera. George budzi się, snuje chwile po domu; snuje refleksje na temat sasiadów. Jedzie na uniwersytet, gdzie jest wykladowca literatury. Dzieli się kasliwymi refleksjami na temat swoich kolegów i odbywa jedyny wyklad na temat Huxley’a. Obserwuje zycie na campusie, jedzie z wizyta do chorej znajomej, na zakupy, a pózniej decyduje się wpasc do starej przyjaciólki, z która się spija. Konczy zakrapiany wieczór w barze, gdzie spotyka jednego ze swoich studentów. W pijanym widzie biegna najpierw się wykapac w morzu, a potem do pobliskiego domu George’a. Na koniec ksiazki nastepuje grand finale – żeby nikomu nie psuc przyjemnosci nie mogę przeciez napisac JAK się to wszystko konczy. W tle pojawia się również zmarly niedawno, wieloletni partner Jim, którego nieobecnosc George bolesnie odczuwa.

 To jest powiesc, która nazwalabym intymna. Sadze, ze w rezultacie albo czytelnik wczuwa się w glównego bohatera, albo może spokojnie ksiazke odlozyc i zajac się czyms innym. Isherwood szczodrze dzieli się z nami swoimi przemysleniami na niemal każdy temat. To jest pamietnik czlowieka myslacego i nieprzechodzacego obojetnie, a równoczesnie smakosza zycia. Pozwole sobie prztoczyc cytat z bardzo, moim zdaniem, celna obserwacja:

 O  ile przyjmowanie pokarmów jest sakramentem, to stolówke wydzialowa można by porównac z najzimniejszym i najbardziej surowym wariantem sali zgromadzen skrajnego odlamu purytan.

 Czytanie tego typu wyrafinowanych zlosliwosci jest dla mnie równie przyjemne jak chrupanie szwajcarskiej czekolady. Kto z nas nie odczuwal dyskomfortu na skutek spozywania posilków w sterylnych i brzydkich stolówkach uczelnianych (czy innych)?

 Jak dla mnie to niebywale, ze podobnie jak „Revolutionary road”, powiesc ta powstala dawno temu (1964). Isherwood wybiega swoimi obserwacjami daleko naprzód i jego komentarze zdaja się aktualne tu i teraz – znowu cytat z obserwacji dokonanej w stolówce:

 Mój Boze, jaka smutna jest obserwacja niektórych z tych –a zwlaszcza mlodych – twarzy z chmurnym, spuszczonym wzrokiem. Dlaczego są tacy rozczarowani zyciem? Zgadza się, ze maja może za niska pensje. Zgadza się, ze nie maja najlepszych perspektyw na przyszlosc, a przynajmniej na rynku pracy. Zgadza się, ze nie nie mogą się rozkoszowac luksusowym zyciem wraz z dyrektorami wielkich korporacji. Lecz czy nic dobrego nie wynika z przebywania ze studentami, którzy jeszcze są zywi w trzech czwartych? Czy nie daje radosci bycie uzytecznym, zamiast wciskania innym bezuzytecznych przedmiotów konsumpcji? Czy nie daje radosci przynaleznosc do jednego z niewielu zawodów w tym kraju, który jeszcze nie stal się doglebnie nieuczciwy? Najwyrazniej ci chmurni ludzie tak nie uwazaja. Chcieliby się stad wydostac, jakby tylko zebrali się na odwage. … Po co komu wiedza, na której nie można zarobic pieniedzy? I ci chmurni ludzie niemal się zgadzaja z ta opinia i wstydza się, iż nie są sprytni i falszywi.”

 Czy nie oddaje to dramatu wspólczesnej akademii? Osobiscie nie znam bardziej sfrustrowanej kategorii zawodowej jak nauczyciele, którzy wiecznie wzdychaja do mozliwosci w przemysle – czy innych „branzach nieograniczonych mozliwosci”. Pokazuje tez wyraznie pauperyzaje pracownika naukowego, który uprawia wiedze dla wiedzy, co bywa krytykowane przez kolegów mniej zdolnych, lecz lepiej ustawionych w zyciu. Przyznam się, ze sama mialam niedawno podobna refleksje dotyczaca…bylej minister Kalaty. Starsi panowie dziennikarze okropnie się cieszyli z fizycznej metamorfozy tej kobiety, podczas gdy ja zwrócilam uwage na sciezke jej niebywalej i niezrozumialej kariery. Wyksztalcenie zdobyla dosc pózno w zyciu, kiedy już miala rowinieta w pelni polityczna kariere. Dzieki przynaleznosci partyjnej najpierw do SLD, a potem Samoobrony zostala ministrem. Ale najwiekszy podziw budzi podobno jej wystep w filmie Bollywood! No i po co tu się ksztalcic? I jakzesz nie mieć chmurnej twarzy w akademickiej stolówce, kiedy pani K zajada indyjskie frykasy?

 Chetnie bym jeszczez wpisala pare stosownych cytatów, ale chce tez cos zostawic do samodzielnego odkrycia uwaznemu czytelnikowi. Isherwood ze swoim „A single man” to rewelacja i bomba, a kto nie wierzy, ten traba!

Prezydent w tle – Camel Club

In Ksiazki, Polskie refleksje on 12 kwietnia 2010 at 19:50

David Baldaci, Camel club / Klub wielbłądzi, audiobook

Klub wielbladzi wzial swoja nazwe od wytrzymalosci tych kosmatych wedrowników. David Baldacci jest jednak nie tyle badaczem przyrody, co natury ludzkiej i do Klubu wielbladziego przypisal czterech oryginalów: Olivera Stone (tak sie przynajmniej przedstawia), „fizycznego” Reubena Rhodes, komputerowego nerda Miltona Farb oraz bibliotekarza Caleba Shaw. Są to spoleczni outsider’zy, którzy nieproszeni angazuja się w sprawy o duzym znaczeniu dla kraju (USA). Kolorystyki dodaje im jeszcze emigrantka z Polski, o trudnym do wysluchaniu imieniu – nazwijmy ja Adela. Zupelnie przypadkiem, jak to w kryminalach bywa, Klub wielbladzi wpada na trop konspiracji z porwaniem prezydenta w tle. Nie będę zdradzac przebiegu akcji, żeby nie zepsuc przyjemnosci przyszlym czytelnikom. Akcja powiesci jest bardzo wartka, wiec audiobook spelniel pokladane w nim nadzieje – można sluchac i maszerowac, a nawet wymyc zlew bez zauwazenia brudu. Baldacci pisze podobnie jak Grisham, co może wynikac z faktu, ze obaj panowie są z wyksztalcenia prawnikami. Amerykanie i Brytyjczycy zdaja się mieć w ogóle ten gatunek we krwi. Na dodatek wszystko dobrze się konczy.

 W aspekcie jednak sobotnich zajsc, sluchajac ostatnich krazków myslalam o czym innym. Akcja toczy się glównie w towarzystwie róznego rodzaju agentów, a glównym obowiazkiem agenta USA jest strzezenie bezpieczenstwa prezydenta. Mowa jest o sporej ilosci procedur, które gwarantuja bezpieczenstwo w calej galerii sytuacji niebezpiecznych. Czasami wyglada na to, ze opracowane są procedury na wszystkie znane sytuacje. W ten sposób prezydent, nie zawsze najmadrzejszy i na dodatek często pod presja czy w trudnych warunkach nie potrzebuje myslec sam i wie, ze może liczyc na wsparcie. Nie mogę się oprzec refleksji, ze polscy politycy powinni poczytac pare amerykanskich kryminalów. Niewykluczone tez, ze mam inny sposób myslenia, ponieważ od czasu do czasu pracuje w elektrowni atomowej, gdzie ryzyko.ataku terrorystycznego i bezpieczenstwo dzialania zakladu to są priorytety. Podjeto niezwykle kosztowne dzialania, żeby zabezpieczyc ciaglosc produkcji energii elektrycznej. Wprowadzono system wielokrotnej weryfikacji pracowników – od sprawdzenia przez bezpieke po codzienne wczytywanie linii papilarnych i kodów. Obrzydza to zycie pracownikom, ale nie ma zmiluj się i odstepu od rutyny, niezaleznie od zajmowanego stanowiska. Prowadzone są tez wyrywkowe kontrole trzezwosci oraz wystepowania narkotyków w organizmie. Zabezpieczono dojazd do budynków, system produkcji oraz procedury. Budynek reaktora będzie odporny nawet na wlatujacy w niego samolot. W tej sytuacji nie mogę się nadziwic CO robily polskie sluzby, które dopuscily do tak paradoksalnej sytuacji, ze na pokladzie jednego samolotu zebralo się tyle waznych dla panstwa osób? Nie pisze tego jako „madry Polak po szkodzie”, tylko jako wyraz autentycznej troski. Niezaleznie od tragedii zwiazanej ze smiercia ludzi panstwo polskie odslonilo niesamowita slabosc. Jakby w Polsce, tak jak to jest w Szwecji, rzadowy samolot mógl zabrac tylko12 osób, to strata bylaby mniejsza. Brak miejsca ograniczylby bizantyjskie zakusy wladców lubiacych otaczac się dworem (nie znam sytuacji, ale pewnie we srode ten sam samolot tez był pelny). Jakby były opracowane rutyny, to by było w góry wiadomo, ze ze wzgledów bezpieczenstwa trzeba rozdzielac osoby nam milosciwie panujace. Jakby panowala autentyczna równosc w stosunku do prawa, to by było wiadomo, ze przepisy dotycza wszystkich w równym stopniu. Na ilosc agentów zdaje się nie możemy narzekac – w tym wiodacy agent Tomek – no to może by oni, podobnie jak w amerykanskich kryminalach, zabrali się do zabezpieczania panstwa polskiego, a nie inwigilacji obywateli?

 No i jak to nigdy nie wiadomo do jakich refleksji doprowadzi lektura ksiazek, nawet tak malo ambitnych jak kryminaly! „Klub wielbladzi” polecam wszytskim milosnikom wartkiej akcji z kolorowa galeria postaci i happy end’em.

Córka taty muminka – Tove Jansson

In Ksiazki, Sztuka, zwierzeta on 9 kwietnia 2010 at 19:42

Bildhuggarens dotter / Córka rzezbiarza, Helsinki 1968

W przepastnych piwnicach biblioteki udalo nam sie z pania bibliotekarka odszukac autobiografie Tove Jansson pt.”Córka rzezbiarza”. Czyta się dobrze i szybko, a wielbiciele klanu muminków rozpoznaliby cala galerie postaci. Ksiazka ta to skrzyzowanie muminków z „Piskletami i Haluska” Zofi Rogoszówny. Nie wiem czy ktos jeszcze pamieta taka pisarke? Tez bym jej nie znala, gdyby nie rodzinne przedwojenne ksiazki. Ksiazki te mialy grube kartki, twarde okladki, nietypowe formaty i pachnialy innymi czasami. To musial być zloty wiek dla piszacych kobiet, bo pamietam same kobiece nazwiska: Lidia Czarska, Maria Rodziewiczówna, Johanna Spyri, L T Meade, Marja Buyno-Arctowa. Rogoszówna zostala znaleziona gdzies na strychu dziadków już pózniej i po prawdzie dosc mnie rozczarowala (zdecydowanym faworytem były wtedy „Perly ksiezniczki Maji”). Pamietam jednak jej „Haluske” i ta Haluska to wypisz-wymaluj Tove! Jak odnalazlam teraz na necie, Haluska to tez dziecko artystów – czyli dobrze zapamietalam atmosfere. Tove czy Haluska to córki nowoczesnych i plastycznie zdolnych rodziców, którzy jednak nie zawsze znajduja czas dla swoich dzieci. Tove zywi najwyrazniej uwielbienie dla ojca, choc wie, ze nie wolno jej mu przeszkadzac podczas pracy w atelier. Jest najwyrazniej zazdrosna o ojcowska milosc do zwierzat: malpy, kanarków, gryzonia oraz wrony. Ojciec zdaje się być najwyzszym kaplanem spowinowaconym z przyroda – stad tytul „Tatus muminka i morze”. Pan Jansson był wyraznym milosnikiem sztormów, wiec wyprawy lodzia w czasie sztormów to nie tyle ekstrawancja rodu muminków, co rodu Janssonów. W ogóle opis miejsca spedzania wakacji z licznymi zatokami daje nam obraz krainy muminków. Jako jedynaczka tez się odnajduje w samotnosci dziecka, którego rodzice są twórczy i się dobrze bawia – byleby im dziecko tylko nie przeszkadzalo. Z jednej strony eksponowanym się jest na wplyw ciekawych ludzi, a z drugich najblizsza powiernica i wyrocznia staje się pomoc domowa. Tak jak Tove notowalam kolejnych narzeczonych swoich zmieniajacych się opiekunek i bronilam czci rodziców, którzy nie zaslugiwali na szacunek w ocenie tych wiejskich dziewczat. Pamietam tez wakacyjne kolezanki i kolegów, którzy niestety znikali dramatycznie z mojego zycia po krótkim okresie intensywnej przyjazni.

„Córka rzezbiarza” to zbiór luznych wspomnien, niedatowanych i niekoniecznie chronologicznych. Pisane są z perspektywy dziecka, a nie doroslej kobiety (w chwili wydania miala 54 lata). Ksiazka pelna milosci, ale i dystansu do swoich uzdolnionych rodzicow: matki ilustratorki i ojca rzezbiarza. Polecam do przeczytania ciurkiem w jeden wiosenny wieczór.

Co ubrac na siebie tej wiosny?

In moda on 8 kwietnia 2010 at 21:36

Na poczatku sezonu zawsze jest trudno sobie wyrobic zdanie CO bedzie sie nosic. Czasami gazety lansuja ciekawe, nowe trendy – a ulica uparcie nosi cos innego. Z jednej strony niby miesza sie wiele trendów – a z drugiej  nie ma nic gorszego niz czuc sie jak „zeszly sezon”. Jak na razie kupilam sobie zupelnie spontanicznie i bez patrzenia na wytyczne golf w kolorze ochry. Mial byc zielony, ale ochra wydala mi sie ciekawsza. Zupelnie nie mój kolor, ale ladnie wyglada do czerwonego okrycia z kolorowa apaszka pod szyja.

A co Wy bedziecie nosic teh wiosny= Jak myslicie, który z lansowanych trendów sie przyjmie?