szwedzkiereminiscencje

Archive for Czerwiec 2011|Monthly archive page

Lojalnosc i komiks-Picoult

In Ksiazki on 25 czerwca 2011 at 14:27

Jodi Picoult/ Den tionde kretsen/ The Tenth Circle/ Dziesiaty krag/ 2007

 

 

Ksiazke polecila mi biblioterka – sama bym pewnie nie wybrala, bo jej amerykanskosc swieci z daleka srebrnymi zgloskami nazwiska autorki. Tresc jest równie amerykanska, choc udalo mi sie wyluskac takze przekaz miedzynarodowy / miedzyludzki.

 

O co mi chodzi z ta amerykanskoscia? O przedstawiany w tysiacu filmów swiat mlodziezy szkolnej. Nigdy nie rozumialam (i nadal nie rozumiem) dlaczego chlopak z najwieksza iloscia miesni ma byc najbardziej atrakcyjny? Tutaj w postaci Jasona, gwiazdy miejscowego hokeja. O amerykanski komiks, którego postacie zupelnie do mnie przemawiaja (kazdy rozdzial ma podsumowanie w komiksowej formie). Przy okazji sie dowiedzialam, ze pierwszego Supermana narysowal zydowski imigrant. I z góry przeprasza za zlosliwosc, której sie dopuszcze, ale skojarzyl mi sie od razu kongresman, puszczajacy w eter zdjecia swoich meskich atrybutów. Mezczyzna w niebieskich trykotach (czy szarych bokserkach) NIE jest seksowny. W moich oczach jest smieszny i, jak to sie tutaj mawia, patetyczny. Kolor trykotów nie odgrywa zreszta roli, wiec Batman, X-man, Spiderman i wszyscy inni moga spakowac swoje manatki i isc do domu (czy jaskini). Wejsc z powrotem do chorej wyobrazni, która ich wyplula. Agresywna kreska komiksu w Dzisiatym kregu jest dla mnie zupelnie nieczytelna – w odróznieniu od komiksu o Kajku i Kokoszu albo Tintinie.

 

Centralnymi postaciami powiesci sa Daniel, Laura i ich córka Trixie Stone. Mieszkaja w niewielkim miescie, maja ustabilizowana egzystencje az tu nagle nastolenia Trixie wybiera sie na impreze u kolezanki i wszystko zle sie konczy. To znaczy wydarzenia z imprezy zapoczatkowuja spirale zla, która dotyka Stonów, a wraz z nimi cale miasteczko (choc nie Twin Peaks). Picoult jakby nie mogla sie zdecydowac jakiego rodzaju ksiazke i dla kogo chce pisac. Z jednej strony ta okladka, komiks, banalna historia, okraszona politycznie poprawna wstawka o pierwotnych mieszkancach Ameryki, innuitach. Zdjecie na okladce, niczym w ogloszeniach matrymonialnych, przedstawiajaca Picoult mloda, piekna i szczupla (tani zabieg, bo wszyscy i tak maja w domu Internet). Próznosc stosowana przejawia sie zreszta w obdarzeniu matki z córka Stone burza wlasnych, rudych wlosów. Z drugiej strony wyczulenie na problemy wspólczesnego spoleczenstwa: szkola zaprzestaje dzialanosci pedagogicznej, rodzice soba na tyle zajeci, ze nie dostrzegaja problemów dzieci; problemy powstaja nie tyle w „rodzinach patologicznych”, ale tych pozornie stabilnych, mieszczanskich. Mlodziez pozostawiona sama sobie, atakowana nierealistycznymi wzorcami wygladu i zachowan, poddana naciskowi grupy, testujaca swoja seksualnosc, szukajaca nowych rytualów przejscia w swiat doroslych, samookaleczajaca sie. Picoult znakomicie opisuje zachowanie otoczenia kiedy jednostka zostaje skrzywdzona – cala game mechanizów obronnych, z wyparciem, zaprzeczeniem, racjonalizacja, technika „blame the victim”. Nieadekwatnosc procedur prawnych w celu wymierzenia sprawiedliwosci – ogólnie rozziew miedzy wymiarem prawa a sprawiedliwoscia, co moze doprowadzic do wziecia prawa we wlasne rece. Ze brak jednoznacznego zajecia postawy krzywdzi nie tylko ofiare, ale takze jej kata. Pisarka opisuje ciemna strone ojca, Daniela i zastanawiam sie czy ona sama nie ma takiej ciemnej strony?

 

 

Bo pod pozorami oddawania banalu kryje sie osoba gleboko intelektualna, rozwazajaca jak wygladaloby dzisiaj Pieklo Dantego. Jakie to grzechy popelniamy dzisiaj? Czy sa takie same jak w sredniowieczu? A moze pojawily sie jakies nowe? Stad zreszta tytul powiesci

 

Str.262-263

 

Najbardziej prymitywnym postepkiem w stosunku do kogos jest brak lojalnosci.

 

Przestepcy w górnych kregach piekla oddawali sie zmyslom, ale nie konspirowali przeciw innym. Przestepcy ze srodkowych kregów byli okrutnikami i popelnili gwaltowne uczynki w stosunku do siebie badz swoich bliznich. Ale najnizsze kregi piekla zarezerwowane sa dla zdrajców – zdrada byla wedlug Dantego najgorsza zbrodnia ze wszystkich. Taka jak zdrada rodziny – zabójstwo wlasnych sojuszników. Taka jak zdrada stanu – podwójni agenci czy podwójni szpiedzy tego swiata. Taka jak zdrada swoich dobroczynców – Judasz, Brutus, Kasjusz i Lucyfer – wszyscy ci, którzy sprzeniewierzyli sie swoim mistrzom.

 

I czy najgorsza forma zdrady ze wszystkich mozliwych nie jest zdrada samego siebie przez samooszukiwanie?

W piekle powinien znajdowac sie dziesiaty krag, nie wiekszy niz glówka od szpilki, ale mieszczacy nieskonczone masy.

 

Z ta lojalnoscia to Picoult trafila w dziesiatke, bo do niedawna ludzie uwazali za swój punkt honoru, zeby byc wiernym swojej rodzinie, swojemu miastu/panstwu, swojemu pracodawcy, jednej marce samochodu, sklepikowi za rogiem, dostawcy pradu. A teraz? Pracownicy fabryki samochodów Saab nie dostali w tym miesiacu wyplaty, choc lojalnie (w stosunku do pracodawcy) zgodzili sie na obnizke pensji i przestoje w produkcji – a holenderski dyrektor kursuje miedzy Chinami a Stanami zebrzac o ratunek (rosyjski miliarder, Antonow, odpadl w pzredbiegach ze wzdgledów proceduralnych). Byly narzeczony zaraz biegnie do prasy, zeby obsmarowac lokalna celebrytke. Jak nie zmienisz operatora na nowego, to bedziesz miala zdecydowanie gorsze warunki abonamentu. Plynny swiat, który zaklada totalny brak lojalnosci – tylko czy dobrze sie z tym brakiem lojalnosci czujemy?

 

Rodzina Stonów zaplacila wysoka cene za brak lojalnosci w stosunku do siebie– choc i tak udalo im sie pod koniec poglebic rodzinne wiezy. Czy lojalnosc to rzeczywiscie cnota juz miniona? I w którym kregu czeka na nas dobrze wygrzane miejsce?

Salon odrzuconych-Miano

In Ksiazki, Sztuka on 23 czerwca 2011 at 17:49

Rembrandt w zlych rekach

Sarah Emily Miano/ Samotnik z ulicy Rosengracht. Opowiesc o zyciu Rembrandta van Rijn/ 2007/ tlum. Beata Dlugajczyk

Jako dawna bywalczyni nie tyle salonów, co galerii i muzeów w Dreznie zlakomilam sie na ksiazke z Rembrandten na okladce. Jednoczesnie przeoczylam niezadowolona mine Mistrza, który z duzym niesmakiem zdaje sie firmowac wynik pracy pani Sary E Miano. Rzeczona Amerykanka, zamieszkala obecnie w Londynie, zdaje sie byc wspólczesnym Leonardem da Vinci. Ze zacytuje z okladki:

W swoim zyciu próbowala wielu zajec – zajmowala sie produkcja wyrobów cukierniczych, pracowala jako prywatny detektyw i przewodnik grup wycieczkowych.

Nie wiem dokladnie które w owych doswiadczen zyciowych wykorzystala w swojej ksiazce, poniewaz tego rekodziela czytac sie nie da. Autorka zdaje sie czerpac natchnienie od samego Stwórcy:

A Bóg rzekl

Spójrz na nia przyjacielu. Rozejrzyj sie i patrz.

Niektórzy nazwaliby ja aniolem, inni duchem.

Jej swietosc i piekno przywioda cie do lez.

Widocznie nie mam ochoty na placz, bo dobrowolnie oddalam ksiazke walkowerem. Okropnie to pretensjonalne, a ja od pretensji uciekam jak diabel od wody swieconej. Na katastrofalny wynik zlozyla sie bez watpienia wspólpraca autorki i jej tlumaczki. Autorka postarala sie o nieprzejrzysta forme (proza przeplatana dramatem), zas tlumaczka o nieprzejrzystosc jezykowa. Jak zawsze podkreslam tlumaczenie literatury to nader ciezki kawalek chleba, ale moja wyrozumialosc ma swoje granice. Zaraz na pierwszej stronie tekstu czytam o „przerdzewialej klamce”. Jak by byla przerdzewiala to by odpadla, krzyczy we mnie inzynier budownictwa ladowego, mechanik stosowany, wyspecjalizowany w teorii konstrukcji bodwlanych. Na nastepnej stronie natykam sie na „zdezelowane okiennice”. Po mojemu mozna miec podzelowane buty, a okiennice bywaja na przyklad wykoslawione, spaczone, wykrzywione (nie bede tu uzywac madrego pojecia bifurkacji).  No ale nie kazdy mial zajecia z budownictwa drewnianego, wiec czytam dalej, az mnie zemglilo:

…i nawet uliczne kundle osmielaly sie wyciagac nozy w kierunku jego slodko woniejacych ostróg.

No nie! Sprawy nie poprawila nawet „jego zlocista kareta”, która pojawila sie dwa zdania dalej. Nie wiem kto mial byc targetem powyzszej lektury, ale ja z tej zlocistej karety wysiadam w biegu, póki jeszcze mój instynkt samozachowawczy istnieje, a zmysl powonienia nie zostal stepiony przez talent literacki pani cukiernik.

Na pocieszenie zawiedzionym krótkoscia ponizszej recenzji zamieszczam piekny portret Saskii, zony Rembrandta, ze zbiorów galerii drezenskiej:

Ksiazki Wazne w moim zyciu

In Ksiazki, Pamietnik on 19 czerwca 2011 at 19:38

Zaczne od nastepnego obrazu dziadzia, poniewaz dzisiaj sam suchy tekst:

 

 

 

 

Zgodnie z wyzwaniem lirael oraz trwajaca akcja GW postanowilam zrobic liste ksiazek, które byly dla mnie wazne. Tak na dzien dzisiejszy i zgodnie z obecnym nastrojem i stanem pamieci.

 

Na poczatku bylo slowo – mówione w postaci recytacji i spiewów w wykonaniu mojej Babci.

 

W wieku lat czterech zapoznalam sie z grubym, rozpadajacym sie tomem Bajek braci Grimm. Podarowala mi go i czytala ówczesna pomoc domowa, Teresa. Kochalam te bajki dlugo – zwlaszcza te o Wieloskórce (niech Bruno Bettelheim wymysla czemu).

 

Jak mialam piec lat uslyszalam fragment „Dzieci z Bullerbyn”. Reszte doczytalam jako lekture szkolna. Ale pamietam tylko ten najwczesniejszy rozdzial – zanim sama przeczytalam calosc Latami meczylo mnie, ze nie wiedzialam skad fragment pochodzil.

 

W wieku lat osmiu przeczytalam samodzielnie pierwsza ksiazke: „Nalle, wesoly niedzwiadek” Gösty Knutssona. Jak przyjechalam do Szwecji okazalo sie, ze to jakas ramota i nikt od dziesiecioleci juz go nie czyta.

 

Potem byla oczywiscie Ania – mam w domu wszystkie szesc tomów, które wtedy wyszly. Przyjazn na zycie.

 

Pózniej byl okres indianski i przygodowy. Wazny, bo rozszerzal horyzonty. Czytalam zarówno klasyków poprzedniej epoki (albo i dwóch do tylu) oraz pisarzy ówczesnego PRL. Tych pierwszych dostawalam na urodziny od mojej chrzestnej matki, pianistki i jej meza, sedziwego aktora Tearu Slowackiego. Bywalam potem przepytywana, wiec ich nie kochalam.

 

W miedzyczasie sluchalam „Co wieczór powiesc w wydaniu dziekowym”. Pamietam zwlaszcza „Blaski i nedze zycia kurtyzany” Balzaka oraz „Pieknego pana” Stendhala. Byla to magiczna furtka w swiat pieknych toalet, bizuterii, balów, polowan i innych uciech.

 

W piatej klasie przeczytalam, rzecz jasna ukradkiem, „Uklad” Elli Kazana. Zupelnie nie mialo dla mnie znaczenia o czym ta ksiazka traktowala – zafascynowaly mnie opisy cytrynowej skóry Gwen.

 

Nastepna przelomowa pozycja byla „Wspólczesna kuchnia domowa. Wydanie czwarte dopelnione” Aliny Gniewkowskiej z 1929. Czytalam podczas wizyt u Babci. Jedna rzecz to magiczne przepisy z niedostepnych wtedy surowców , a druga zatkniete w nie reklamy. Wchodzilam z bajkowy swiat Ludwika Spiessa i jego drozdzy winnych, Cukrowni i Zakladów Przemyslowo-Rolnych „Zagloba” i „Opole Lubelskie”, niezbednego artykulu spozywczego wzorowej kuchni „znanego ze swej dobroci octu”, Skladu Win i Towarów Kolonjalnych Braci Pakulskich.

 

Ostatnia klasa podstawówki: „Nastolatki nie lubia wierszy”. Antologia wszechczasów. Uksztatowala kanon moich preferencji poetyckich. Rewelacyjny layout Butenki.

 

Potem wazny byl chyba dopiero Heinrich Böll i „Bilard o wpól do dziesiatej”. W podstawówce czytalam, jak tylko moglam sobie zapewnic dostep litaratury, jedna ksiazke dziennie. W szkole sredniej mialam malo czasu na czytanie, poza lekturami. W Böllu tak sie zaczytalam, ze nie nauczylam sie higieny, z której rzecz jasna bylam nastepnego dnia pytana. Böll wskazal droge do uczciwego, moralnego podejscia  do siebie i historii swojego narodu.

 

Ksiazka mojego zycia jest zdecydowanie „Slawa i chwala”. Ta ksiazka to najlepsza historia Polski wspólczesnej – bo Jasienica nie zdazyl. Ilekroc czytam, tylekroc znajduje cos dla siebie. Pierwszy raz rok po zdobyciu (wlasnym) Mont Blanc. Czytam cyklicznie, zazwyczaj raz do roku, latem. Skarbnica wiedzy o Polsce miedzywojennej.

 

Nastepny w kolejce byl Singer. Wszystko. To bylo juz po pobycie w Stanach i zetknieciu sie z Zydami pochodzenia polskiego. Pierwszy walor to odzyskanie miast i miasteczek zaludnionych przez Zydów. Druga przenikliwosc obserwacji i znajomosc natury ludzkiej. Singer uwazal, ze czlowiek jest zly z natury. Stalo to w opozycji do mojego wychowania a w zgodzie z obserwcjami zyciowymi.

 

Z osobowosci odzyskanych w nowych czasach: Irena Krzywicka i „Wspomnienia gorszycielki”. Zdecydowanie lubie ja za odwage cywilna. Do tej ksiazki tez wracam.

 

Na pewno „Buddenbrookowie”. Wracam do nich jesienia. Niczym produkt typu „trzy w jednym” znajduje tam wiele. Jedno to powiesc jako taka – w odróznieniu od „Czarodziejskiej Góry” bezpretensjonalna i ciepla. Mniej tam Tomasza Manna, a wiecej jego przodków. Kocham opowiesci rodzinne. Lubie kulture niemiecka. Lubie odkrywac jak historia wplywa na losy pojedynczych ludzi i calych rodów. Jak wynosi jednych, a poniza innych (za to samo lubie Balzaka). Ciekawy jest motyw rywalizacji braci – dokladnie czuc obrzydzenie, jakie wzbudzal w Tomaszu jego brat Henryk. Losy kobiet i rola majatku w zyciu. Rola sztuki w zyciu (o czym pisze tez Iwaszkiewicz).

 

Vi vantrivs i det postmoderna” Zygmunta Baumana. To byla rewelacja, milosc od pierwszego spojrzenia i olsnienie. Dzieki niemu zapisalam sie na socjologie. Milosc trwa.

 

Z tych nowszych „Czastki elementarne” i „Kafka on the shore”.

 

Najnowsze zainteresowanie to biografie wybitnych kobiet, wymiecionych z ksiazek historii badz odplciowionych i pozbawionych osobowosci przez „troskliwych” hagiografów (jak Sklodowska). Moja ostatnia ulubienica to Elsa Kleen.

 

No i jeszcze mala ksiazeczka, otrzymana od mojego ukochanego Profesora. Wyciagam w potrzebie – choc czesciowo mam opanowana. Józef Maria Bochenski „Podrecznik madrosci tego swiata”. Mialam jeszcze dostac Talmud, ale Profesor nagle opuscil mnie bez pozegnania.

Globalny galimatias-Dörrie

In Feminizm, Ksiazki on 17 czerwca 2011 at 15:40

Doris Dörrie / Und wad wird aus mir? / Co ze mna bedzie? (Co ze mnie wyrosnie?)/ 2007

 

 

Doris Dörrie chyba nigdy nie spi – napisala tyle ksiazek, w dodatku ciekawych i jeszcze caly czas albo filmy kreci, albo scenariusze skrobie i opery wystawia. Opera Rigoletto jest kluczem do Was wird aus mir. Ksiazka nie jest duzego formatu, ma niewiele ponad czterysta stron, a zawiera w sobie tyle rozmaitych „bakalii” co pakowaniec ciotki Iwaszkiewicza. Od razu powiem co mam na mysli: Murakami i Huellebecq. Nieziszczalne marzenie o Ameryce, której nie ma. Gorycz dorastania. Gorycz wieku sredniego. Bezsens wiecznego wspólzawodnictwa i smiesznosc wiecznej mlodosci. Pytania egzystencjalne o tresc i cel istnienia. Czyzbym jeszcze o czyms zapomniala? Aaa. New Age jako kontunuacja starych jasnowidzów. Etnizowanie imigrantów. Logistyczne i emocjonalne klopoty nowoczesnych, transgranicznych rodzin. Wszystkie watki wyraziste i splatane ze soba kunsztownie niczym w moim swetrze Soul of Australia:

 

 

Trudno wiec sie dziwic, ze czasami bylam zmuszona zrobic sobie przerwe w czytaniu – przypominalo mi to reakcje osób, które mnie spotkaly w powyzszym swetrze: na chwile zamykaly oczy, zeby strawic inwazje barw i wzorów (jak to stwierdzil profesor Vetulani: trzeba miec czas i na nowa informacje, i na refleksje nad nia). Dörrie jakby nie mogla sie zdecydowac czy przewaza w niej temperament pisarza czy dramaturga – i ten drugi wygrywa. Troche szkoda, bo jak dla mnie przerysowane wpisanie historii powiesci w sztywne ramy Rigoletta raczej przeszkadza niz pomaga. To nie tragedia grecka ani Shakespeare, zaby aspirowac do ogólnoludziej prawdy (choc libretto oparte zostalo na powiesci Hugo). Dlatego zostawie watek opery na potem, aby dojsc do samej powiesci – wyluskanej z narzuconej dramaturgii (trudno byloby namówic kogokolwiek do czytanie powiesci slowani: to taki nowoczesny Rigoletto).

 

Bohaterami sa Niemcy w Stanach. Trójka pokolenia piecdziesieciolatków i jeden mlodzian w wieku okolo trzydziestu lat. Swiat, który kresli autorka odbiega o wyobrazeniu o Ameryce, z którego to europejskiego wyobrazenia Dörrie sobie wyraznie dworuje. Stany to nie raj dla mlodych zdolnych: to bezlitosna maszyna, która zabija talent i indywidualnosc. Doris w Stanach studiowala, wiec wie o czym pisze. Podoba mi sie jej zdecydowana niemiecka i europejska tozsamosc. Nie wierze w lisy farbowane, nie lubie neofitów. Nie znosze powierzchownosci, badacej moze i warunkiem przetrwania w nowoczesnym swiecie – ale ja w takim razie zwijam sie w forme przetrwalnikowa i czekam na lepsze czasy. Dörrie odbiera swiat podobnie – szuka zwiazków przyczynowo-skutkowych, drazy i szuka glebi. Wracajac jednak do naszych bohaterów: mlodzieniec na na imie Marko, sukces ucielesniony, wyglada jak mlody bóg, ale trawi go pustka i niepewnosc. Jego starszy kolega, rezyser Rainer byl kiedys nadzieja niemieckiego kina i odniósl wielki, krajowy sukces. Razem z odtwórczyniami glównych ról, Johanna i Heidi wyjechal do fabryki snów – i tu ich drogi sie rozeszly. Rainer, oslepiony szansa zrobienia „swiatowej” kariery powoli acz nieuchronnie przesuwa sie, niczym po równi pochylej, w dól hierarchii filmowej. Dörrie, z wrodzonym poczuciem humoru, na koniec kaze mu grac SS-mana w serialu o glupich Niemcach (teraz mi sie przypomnialo, ze widzialam film, oparty na autentycznym zyciorysie amerykanskiego aktora, grajacego analogiczna role – wiec pani D dostaje punkty ujemne ze sciaganie). Johanna, kiedys zakochana w Rainerze, nie wytrzymuje zycia jako doczepka do nadziei kina i wraca do Niemiec, gdzie pracuje jako rekwizytorka w teatrze. Ostatnio zalicza wpadke – w jakim spektaklu? W Rigoletcie, rzecz jasna. Bez pracy, bez pieniedzy, bez iluzji i bez nadziei postanawia wykorzystac zaproszenie Rainera i leci do Stanów. Jej dawna kolezanka, Heidi, zostaje w miedzyczasie medium, wrózka i wyrocznia w jednym. Trapiona cukrzyca i niedostatkiem odzywa nieco przy Marku, który zdesperowany szuka przewodnika w swiecie umarlych. Tutaj, po krytyce spolecznej godnej Huellebecqua, wlacza sie Murakami z Kafka on the shore. Duchowa przewodniczka Marka staje sie Japoneczka Misako, która w wieku lat szesnastu popelnila samobójstwo. Dopóki nie wpadlam na to, ze juz gdzies podobna historie czytalam, bardzo mi sie podobalo. Powiem szczerze: Houllebecq byl piewrszy, Murakami byl pierwszy. Za to pani Dörrie dostaje punkty dodatnie za ukazywanie swiata z perspektywy kobiet. Zrecznie obrazuje wyzwania nastolatek i brzydko starzejacych sie kobiet w wieku srednim. Johanna jako dziecko musiala pogodzic sie w istnieniem drugiej rodziny ojca i znosic jego autorytarne metody wychowawcze. W zwiazku z Rainerem nie mogla doprosic sie o dziecko. W zyciu spotykaja ja rozczarowania, a mozliwosci kurcza sie z czasem. W swiecie botoksu i zaglodzonych nie ma miejsca na naturalne procesy starzenia – zwlaszcza w Stanach.

 

Jednej rzeczy mozna Niemcom pozazdroscic: ze znalezli pisarke, która potrafi z pasja i zaangazowaniem opisywac otaczajacy ja swiat i pokusila sie o moment refleksji. Pisze dobrze, ma wlasny styl i wyrazna tozsamosc – w opozycji do wszechogarniajacej makdonaldyzacji i amerykanizacji pozostaje ze swoim filozofaniem bardzo niemiecka. Jedno ma tylko zdecydowanie lepsze niz przecietny Niemiec: poczucie humoru. Uwazam, ze zdecydowanie zasluguje na tlumaczenia swoich ksiazek dla doroslych zarówno na szwedzki jak i na polski. Zastanawialam sie tez dlaczego wydawnictwo wybralo na okladke akurat portret o wielu twarzach Dory Maar? Czyzby jako ilustracje La donna è mobile z Rigoletta? Piekny obraz, ale Picasso to stary meski szowinista i slabo mi pasuje do femistycznych tresci powiesci. Lepiej by bylo wybrac obraz samej Dory.

Slow book-Mysliwski

In Ksiazki, Polskie refleksje on 12 czerwca 2011 at 22:38

Magiczny swiat wiejski

 

Wieslaw Mysliwski / Nagi sad / 1997

 

 

 

 

Mam nieprzyjemne wrazenie, ze od 1997 nikt tej ksiazki z biblioteki nie wypozyczyl, choc duzy druk zacheca czytelników w kazdym wieku. W jakis sposób czytelników rozumiem – Nagi sad to nie jest lektura latwa. Proza poetycka, akcja w zwolnionym tempie, wspomnieniowy cykl myslenia, niedopowiedzenia, magiczne widzenie  swiata i nadawanie umownych tresci odleglym w czasie i epoce atrybutom. Poza tym autor meczy – wrazliwemu czytelnikowi robi sie to przykro, to zal, to wstyd. Osobiscie bylo mi wstyd za Polske feudalna, Polske Kordiana i chama, przepasc cywilizacyjna miedzy wsia a dworem (wiem, wiem – o to chodzilo w 1967, kiedy ksiazka wyszla). Za te straszna przedwojenna biede z nedza, której przypadla w udziale ludnosci wiejskiej. Przypomnialy mi sie wakacje w Bieszczadach, u rodziny naszej pomocy domowej. Maslo robione raz na dwa tygodnie, w ilosciach sladowych. Pierogi wielkie jak piesc. Spanie na sianie. Ciezka praca od dziecka – moje dziesiecioletnie rówiesniczki pasly krowy i zbieraly kwiaty lipy, zeby troche zarobic. Szly do kosciola w czarnych, meskich pólbucikach. No, ale to bylo juz zdecydowanie po wojnie – wiec sobie nie wyobrazam jak bylo przed.

 

To ksiazka i swiat sprzed Woody Allena i jego wizyt na kozetce terapeuty – o uczuciach sie w ogóle nie mówi. Ludzie zdaja sie nie tylko nie wyrazac uczuc wprost, lecz rozwijaja wewnetrzne kody sygnalizacji, ze jednak uczucia posiadaja. Z jednej strony rodzina skazana jest na siebie i kazdy ma okreslony zakres obowiazków, a z drugiej te narzucone wiezi nie budza w nikim buntu ani nie sklaniaja do wylewnosci czy jakiejkolwiek serdecznosci.  W tej sytuacji kazde spojrzenie, chrzakniecie, drobny gest nabieraja ukrytych wyrazów – a z drugiej pozwalaja wyobrazic sobie zakodowane znaczenia. Jak dla mnie to za brutalny i za malo werbalny swiat, zebym mogla sie w nim poczuc swobodnie. Czytalam Kawalca, czytalam Nowaka, czyli w zasadzie powinnam byc przygotowana. Jednak to powolne czytanie o wolnej wedrówce wzdluz rzeki i pobijaniu witka matki bohatera przez ojca zdawalo sie ponad moje mozliwosci. Bicie jako wyraz milosci to absolutnie nie moja bajka! Sprzeciw wzbudza we mnie naturalizm opisów i nie lubie okrutnych, niepisanych praw wsi. Podoba mi sie godnosc bohaterów, jakby wrodzona i niezalezna od oklicznosci. To ladne przeslanie o wartosci zycia kazdego czlowieka i o jego prawie do uformowania tego zycia na miare swoich mozliwosci. Zycie marne, marginesy male, ale pewnych indywidualnych wyborów dokonywac mozna. Zdecydowanie filozofia „byc” – bo nie bylo szans na „miec”.

 

Do plusów nalezy wycyzelowany, poetycki jezyk, pelen animizacji, personifikacji i innych zabiegów magicznych. W tworzeniu nastroju i opisie Mysliwski przypomina czasami Iwaszkiewicza (co u mne jest pochwala i certyfikatem najwyzszej szkoly jazdy). Piekne jest przedstawienie glebokiej, wrecz organicznej milosci ojca do syna. Nie wiemy do konca czy jest to pelen obraz, gdyz pamiec ludzka ma to do siebie, ze przechowuje tylko dobre chwile (choc sa tacy, którzy zapamietuja wylacznie doznane obrazy). To obraz milosci idealnej, dajacej poczucie bezpieczenstwa, doskonalej. Po odejsciu rodzica latwo go zaczac idealizowac. Moze na zasadzie dopelnienia to obraz ojca, który móglby taki byc, a nigdy nie byl? Nie byl, bo nie potrafil? Nie byl, bo nie mial sily? Poniewaz jednak Mysliwski pisze ladnie i sugestywnie, to nie bede drazyla tematu. Bardzo malarski jest tez obraz strzelania z bata – przypomina mi opis puszczania latwców w Kite runner. I te malarskosc zabiore ze soba – spuszczajac z pamieci okrucienstwa, nierównosci spoleczne i inne mniej przyjemne aspekty tej powiesci. Dzieki blogosferze weszlam w kontakt w proza Mysliwskiego, ale bedzie to chyba spotkanie jednorazowe. Nie moge oprzec sie wrazeniu, iz jego twórczosc nalezy raczej do zabytków literatury niz do literatury wiecznie zywej, jak chocby takiego dinozaura (vel jaszczura) Balzaka.

 

Na zakonczenie nastepny obraz pedzla dziadzia:

 

 

Tylko dla dziewczat-Hustvedt

In Ksiazki, Pamietnik, Sztuka on 11 czerwca 2011 at 22:51

Siri Hustvedt / The summer without men / 2011

Gdyby nie to, ze czytalam fanstastyczne What I loved Siri Hustvedt to odlozylabym Lato bez mezczyzn po paru stronach i uwierzyla mizoginiscie Naipaulowi. Naipaul, w swojej wyhodowanej w koloniach wyzszosci nad kobieta, wyrazal sie niedawno negatywnie o kobietach-pisarzach i ich, jego zdaniem, feministycznych odchyleniach. Akurat u najnowszej Siri trafil w dziesiatke, poniewaz tekst opowiadania przeplataja rozwazania o charakterze, nazwalabym, polpularnonaukowym. Niezbyt wysokich lotów na dodatek, choc Hustvedt epatuje elokwencja i rzuca (wieloma) nazwiskami z kazdej dziedziny nauki. Troche tego za duzo, zeby byc wiarygodna – a juz na pewno przeszkadza w czytaniu. Cytat ilustrujacy elokwencje autorki – zamieszczam ze wzgledu na nazwisko nauczycielki burzliwie debatowanej w blogosferze:

I did my best not to to don my most all-knowing, authorative, good-teacher-beloved-by-the-students expression, a cross between Mr.Chips and Miss Jean Brodie, and than I slapped Theodore Roethke shut, stood up, and made my exit.

No ale potem przypomnialam sobie o Dominiku-psotniku czyli oblesnym, zaklamanym panu Strauss-Kahn i jego skandalicznym traktowaniu kobiet. O amerykanskim polityku z wypchanymi bokserkami i pomyslalam, ze lekko pretensjonalne kokietowanie elokwencja i wywody feministyczne to nic w porównaniu z epatowaniem jurnoscia meskich maszyn seksualnych o, nazwijmy to, duzym przebiegu. Mozna sie pytac co ruch kobiet osiagnal w swiecie, gdzie wszystko zdaje sie podporzadkowane zaspokajaniu popedu humanoidalnych samców? Obdarzonych na dodatek zaufaniem spolecznym obywateli, w tym kobiet! Moze nadeszla pora na matriarchat z Seksmisji? Na poczatku czytania pomyslalam: co sie tak ta Siri nad soba (czy tez bohaterka powiesci) uzala – ale w moim na nowo obudzonym feminizmie odpowiedzialam sobie w myslach: boli ja, to niech sie zali. Kto wie jak sie dzisiaj czuje zaatakowana sprzataczka z Sofitela?

Akcja toczy sie wokól pary akademików, Mii i Borysa. Po trzydziestu latach malzenstwa Borys proponuje nagle zonie „Przerwe” (w malzenstwie). Bo spotkal w pracy atrakcyjna i duzo mlodsza kobiete, wiec postanowil przetestowac nowa opcje. Tak jakby chcial nacisnac guzik „przerwa” w grze komputerowej czy odtwarzaczu elektronicznej tresci. Tymczasem Mia nie jest postacia wirtualna, tylko kobieta z krwi i kosci – wiec krwawi z ran zadanych jej przez bezwzglednego malzonka. Przy okazji utrzymuje kontakt w kobietami wielu pokolen: swoja matka i jej kolezankami, swoja córka, sasiadka, bedaca rówiesnica córki oraz czteroletnia córeczka sasiadki. Poza refleksja nad wlasnym malzenstwem tka opowiesc o losach kobiet od urodzenia do smierci. Pora na cytat:

„That period is over”, my mother said when I asked her about men in her life. “I don’t want to take care of a man again.” I was behind her when she said this, massaging her back, and saw only the line of her straight clipped white hair. “I miss your father,” she said. “I miss our friendship, our talks. He could, after all, talk about many things, but, no, I can’t see the advantages of taking up with someone now. Widowers marry again because it makes their lives easier. Widows often don’t, because it makes their lives harder.

Cytat ten mógly byc komentarzem takze i do mojego zycia – nie jestem co prawda wdowa, ale otrzymalam niedawno dwie propozycje, o których skladajacy je mezczyzni musieli myslec, ze sa nie do odrzucenia. Pierwszy z nich rzucil mimochodem, jak prowadzilam samochód, ze „moze bym tak za niego wyszla”. Drugi, skad inad mój mechanik samochodowy, obludnie martwil sie o moje „potrzeby” i proponowal (nie po raz pierwszy) swoja pierwsza pomoc w tej materii. Ja sie pytam: gdzie sa moje kwiaty, pudelka czekoladek, spacery przy swietle ksiezyca? Mechanik powinien zmienic szyld nad swoim warsztatem na „Uslugi samochodowe i…inne”, a pierwszy epuzer isc na kurs oczarowywania kobiet.

Wszystkim zirytowanym na mezczyzn, wdowom i nie tylko polecam Siri H. Zas samej Siri zycze, zeby jej przeszedl Wielki Gniew i zeby napisala bardziej koherentna ksiazke na raz nastepny – bo jedno nie pozostawia watpliwosci: pisac to Siri potrafi.

A na deser, dla wytrwalych czytelniczek i czytelników obraz pedzla mojego dziadzia:

Imperium Kultury-czesc 2

In Pamietnik, Sztuka, Szwecja on 10 czerwca 2011 at 23:17

Jakis czas temu opisywalam czasopismo Imperium Kultury, które odkrylam przypadkiem i które mnie zadziwilo  profesjonalna strona graficzna. Na pewno gusty sa uwarunkowane kulturowo i byc moze wlasnie dlatego z rzadka napotykam gazete czy czasopismo, które nazwalabym ladnym. Natomiast KI  to byl strzal w dziesiatke i milosc od pierwszego wejrzenia. Z checia i sama z siebie zglosilam sie do banku opiniodawców, jak tylko odkrylam apel o zglaszanie sie. Obawialam sie co prawda, ze moze to byc krótkotrwaly projekt mlodziezowy, ale w zyciu nic nie ma bez ryzyka. Zglosilam sie, napisalam pare slów o sobie, zadeklarowalam, ze mam powyzej osiemnastu lat (co mogloby pewnie niejednego odstraszyc) i juz myslalam, ze bede musiala zachowac poglady na wlasny uzytek az po kraniec dni moich, az odzwal sie telefon.

Halo, tu Mats.

– Jaki Mats?

–  Mats z Imperium Kultury.

– Aaaa…Jaha. Jaha.

Slowo do slowa i Mats z Hedvig przyjechali do mnie na herbate. Zadali mi trzy pytania, których wczesniej nie uzgadnialismy, wyciagneli aparaty  – i po herbacie. Przez przyslowiowy kwadrans poczulam sie jak gwiazda, a potem wieczorem dostalam tekst do autoryzacji – czyli firma solidna. Zajrzalam na wszelki wypadek do posiadanego numeru i oto co o nich wyczytalam: Mats ma dwudziestopiecioletnie doswiadczenie jako grafik i redaktor. Wyspecjalizowany w grafice prasowej, nominowany do Publishingpris w roku 2005. Hedvig (prywatnie córka Matsa) to z wyksztalcenia spiewaczka operowa, która wspólpracowala m.in. z Opera w Malmö, szwedzka telewizja Opera Królewska. Czasopismo KI  to kwartalnik, finansowany z ogloszen i przez sponsorów – z tym, ze ogloszen jest niewiele i wlasciwie wszystkie maja odniesienie do kultury. Wspólpracownicy sami rozwoza egzemplarze m.in. do bibliotek, muzeów itp. – w sumie 15 000 egzemplarzy.

A czemu o tym wszystkim pisze? Bo to jakis ewenement na skale szwedzka. Po pierwsze kultura raczej cienko przedzie, co nie sprzyja jakosci. Po drugie do niedawna byla scentralizowana i w takiej malej gminie jak Laholm nadal to urzad gminy ma glos decydujacy. Po trzecie tam, gdzie kultura sie sprywatyzowala (duze teatry), byly straszne przekrety – co tylko obnizylo poziom zaufania dla instytucji spoza gminnego sektora. Po czwarte kultura to typowy temat dla dyletantów, przedszkolaków, superseniorów. Miejscowe gazety kochaja artykuly typu niewidzaca od urodzenia Maja rysuje albo osiedziemdziesieciosiednioletnia ciocia Agda gra na harmonii. Wszystko pisane jezykiem dla absolwenta drugiej szkoly podstawowej albo osoby w ostatnim stadium demencji. Tymczasem KI ma wspaniala szate graficzna, pisane jest ostro i inteligentnie, potrafi dotrzec do twórców i ludzi zdolnych, których normalnie prasa ignoruje (zeby nie wpedzac w kompleksy szwedzkiego Kowalskiego). Pozostaloscia z okresu „domu dla ludu” jest urawnilowka: wszyscy, ktorzy sa ponizej i powyzej przecietnej odpadaja w przedbiegach. Nadal obowiazuje wielowiekowa tradycja giecia karku przed zwierzchnoscia i zajmowania miejsca w szeregu – a tutaj ktos startuje prywatne, niszowe czasopismo; jest w stanie je sfinasowac oraz utrzymac na dobrym poziomie. Mam nadzieje, ze Matsowi, Hedvig i innym wspópracownikom stanie wytrwalosci i srodków, zeby jeszcze przez czas jakis mogli ciekawie pisac o zyciu kulturalnym Hallandii i okolic. Zycze im tez, zeby zyskali sojuszników w etatowych pracownikach kultury – na razie obrazonych, bo chodzili niczym swiete krowy i wieszczki pytie z Delf. Po raz pierwszy od przyjazdu do Szwecji czuje sie nie jak mieszkaniec prowincji, lecz jak kulturalny swiatowiec. Imperium Kultury – darz Bóg!

Hindus bez walizki-Rishab Prasanna

In Muzyka, Pamietnik, Szwecja on 5 czerwca 2011 at 23:36

Laholmski Festiwal Muzyczny – dzien ostatni

Nie wiem ile do tej pory po swiecie podrózowal Rishab Prasanna – w kazdym razie ostatnia podróz autobusowa wywarla na nim niezapomniane wrazenie, a moze i nawet wycisnela trudne do zmycia pietno. Dzisiejszy koncert poswiecil swojej utraconej i cudownie odnalezionej walizce, jak równiez kierowcy przewozacego go autobusu. Rishab znajdowal sie w stanie szoku, ze rzeczony kierowca, wydzwoniony na komórke, oddal walizke sam z siebie i bez bicia. Poszerzylo to moje horyzonty, bo do tej pory bywalam na koncertach poswieconych inauguracji albo zakonczeniu, gdzie sluchalam utworów napisanych z milosci do pan i panów, a czasami z zalu po ich odejsciu. Rishab zmienil mój tradycyjny tryb myslenia i to taki maly bonus dzisiejszego koncertu.

 

O Rishabie i jego bracie mozna poczytac sobie tutaj: http://prasannaflute.com/profile.html

 

Na pewno pozytywna zmiana dzisiaj bylo ustawienie krzesel – zamiast renesansowych widoków bedzie mozna rozróznic muzyków, poniewaz nareszcie nie stoja pod swiatlo. Niestey nie znam nazwisk towarzyszacych mu muzyków – chlopcy co prawda zdradzili po koncercie jak maja na imie , ale co do nazwisk to pewnie nawet urzad podatkowy nie zmusi ich do ujawnienia sie. Skoro wiec tak chca niech nam przygrywaja incognito. Incognito numer jeden (Axel) gralo na ksylofonie. Bardzo mnie to ucieszylo, gdyz moje dziecko gralo kiedys na marimbie i instrumenty perkusyjne bliskie sa mojemu sercu matki. Przy okazji ciekawostka – jakkolwiek grupa grala muzyke typu folk, to instrumenty perkusyjne nie zaliczaja sie do szwedzkich instrumentów ludowych. Najpopularniejszym instrumentem ludowym sa skrzypce. Potem dlugo, dlugo nic i na drugim miejscu flet. Podobno ostatnich flecistów uchwycono w  wlatach piecdziesiatych na tasmie i cale szczescie, gdyz nawet sztuka gry na flecie zanikala. Instrumenty perkusyjne mogly wystepowac w Szwecji w sredniowieczu, ale w roku 1684 zabroniono ich uzycia. Uznano je za instrumenty o charakterze militarnym i zastrzezono tylko do tego celu! Tak wiec tradycyjna muzyka ludowa Szwecji nie zawiera instrumentów rytmicznych. Dopiero w latach czterdziestych tego wieku instrumemty perkusyjne zrobily came back – i to w niewielkiej grupie entuzjastów. Za to na dzisiejszym koncercie oprócz Axela na instrumentach perkusyjnych gral tez Thomas. Pierwszy zarejestrowany przeze mnie utwór poswiecony jest znanemu nazwisku w swiecie muzyki ludowej – niestety, nie zanotowalam od razu i nie jestem pewna. Brzmialo ono jak Adolf Köstler – za ewentualne przeklamanie przepraszam:

 

 

Po raz pierwszy widzialam, ze ktos uzywa smyczka do wydobywania dzwieku z ksylofonu – efekt byl zupelnie ciekawy. W ogóle chlopcy grali niezle i naslabsza strona byly niekonczace sie opowiesci o zagubionej walizce. Podobno ten utwór najpelniej obrazuje traume Rishaba:

 

 

Poniewaz wszystko (z walizka) dobrze sie skonczylo, Rishab zaproponowal romantyczne zakonczenie koncertu:

 

 

To byl jego pierwszy koncert na ziemi szwedzkiej. Mam nadzieje, ze niedlugo otrzasnie sie z szoku powalizkowego i bedzie mógl grac muzyke poswiecona czemus innemu.

Pan Smród i obronczyni kobiet-Dali i Oates

In Feminizm, Ksiazki on 5 czerwca 2011 at 00:54

Salvador Dali, Dziennik geniusza, 2009 oraz Joyce Carol Oates, En fager mö, 2010/2011

Z pierwsza ksiazka rozprawie sie od razu. Lasa na pokusy oka wybralam okladke z Dalim. Ogladalam jego wystawe w Sztokholmie przed mniej niz dwoma laty. Dali artysta podoba mi sie. Dali pisarz, nawet pamietników do szuflady, nie zasluguje na miejsce w historii literatury. Na pewno zapisal sie smrodliwymi…zgloskami w historii zaburzonego trawienia, poniewaz utknal we freudowskim analnym etapie rozwoju. Osoby wrazliwe i z dobrym smakiem powinny od razu skierowac swoje kroki w strone muzeów sztuki za srodki, które zaoszczedza na kupowaniu drukowanego slowa zdolnego plastycznie surrealisty. Ogladalam filmy z Dalim i o Dalim – ale ciesze sie, ze róznica pokolen nie skazala nas na ryzyko bezposredniego kontaktu. Smrodliwosc jego pamietników pozostawia u mnie gleboki niesmak.

Druga ksiazka to powiesc mojego evergreen (mojej evergreeny?) czyli Joyce Carol Oates. Pozwole ja sobie nazwac Dziewica dla ksiecia. Czytajac musialam pare razy przerwac lekture, poniewaz robilo mi sie niedobrze. Oates zdaje sie miec niewyczerpany zasób doswiadczen w jaki sposób kobiety w róznym wieku sa upokorzane i wykorzystywane. Obnaza struktury wladzy, gdzie lepszy los wyciagaja bogaci, zas sposród nich wygrywaja mezczyzni.

 

Istnieje wiele mitów, które pozwalaja mezczyznom w pelni wykorzystac swoja uprzywilejowana pozycje – kazdy z nich wzbudza moja odraze. Jednym z nich jest mit o seksualnie prowokujacej i nienasycej cudzoziemce. Drugim mit, ze pohanbiebie kobiety wroga hanbi samego wroga (slynne gwalty na Balkanach, w wyzwolonym Berlinie – i nie tylko). Trzecim, niezwykle groznym, gdyz narazajacym na krzywde dzieci i mlodziez jest mit Lolity. Lolity, obdarzonej cialem dziecka i wyuzdana seksulanoscia dojrzalej kobiety. Kazdy z tych mitów legitymizuje szkodliwe zachowanie takiego czy innego pana – czy tez panów. Przypomnial mi sie niedawny artykul w GW o dobrze wychowanych dziewczynkach, które staja sie latwym lupem dla pedofilów. Sama pamietam nieprzyjemna sytuacje przezyta w dziecinstwie. Mialam wtedy kolo czternatu lat. Zawiozlam narty do naostrzenia do zakladu niejakiego pana Lewakowskiego na ulice Czarnowiejska. To byla skomplikowana wyprawa ze Starego Miasta, wiec ucieszylam sie, ze szczesliwie dotarlam. Nieslusznie zadowolona z dotarcia do celu stracilam czujnosc i nie oponowalam, poproszona przez wlasciela zakladu zeby mu usiasc na kolanach. To byl straszy czlowiek – starszy od moich rodziców. Mialam nadzieje, ze jakis inny klient sie wkrótce pojawi z nartami, ale nikt nie nadchodzil. Nie pamietam dokladnie ile tak siedzialam – ale dosc szybko pozbieralam sie mentalnie i wyszlam stamtad. Nie zapomne mojego zawodu jak opowiedzialam matce co mi sie przydarzylo. Zadna reakcja nie nastapila – a powinna byla pojechac i zwymyslac tego starego, oblesniego dziada! Bylam tak wychowana, ze ani mi w glowie nie powstalo, zeby nie posluchac polecenia starszej osoby. W kazdym razie mialam wtedy dokad uciec – w odróznieniu od biednej Katii Spivak, bohaterki powiesci Oates.

 

Katia ma szesnacie lat i spedza lato jako dziewczyna do dzieci. Miejscowosc nalezy do modnych i zamoznych. Pracodawcy do skapych i bezwzglednych. Pracodawczyni udziela Katii moralnych kazan typu „zadnych chlopców”, natomiast jej wlasny brak skupulów moralnych nie przeszkadza placic mlodocianej opiekunce uczciwej pensji. Pracodawca zaleca sie do niej i zanudza, puszac swoje poszarzale piórka. Nic dziwnego, ze dziewczyna przedklada towarzystwo malych wychowanków. A kiedy pojawia sie w jej mizernej egzystencji ekscentryczny i elegancki starszy pan nie znajduje zadnych przyczyn, dla których mialaby sobie odmówic chwili urozmaicenia. Ale, jak to uczy przyslowie, mile zlego poczatki… Bo Markus Kidder, szesciesiacioosmiolatek, nie zywi ojcowskich czy dziadkowskich uczuc do czterokrotnie mlodszej Katii. Jawi sie mu jako ucielesnienie dziewicy (ubogiej dziewczyny), przyrzeczonej królewiczowi i nizebednej mu do osiagniecia szczescia na ziemi. Królewicz zdecydowanie sie postarzal, lecz maly chlopczyk w nim caly czas czeka, chcac jeszcze na progu smierci wyegzekwowac od losu obiecana oblubienice. Jak by poszukac po historii to nie byl odosobniony w swoich zamierzeniach – taki Henryk VIII caly czas czekal na te jedna, jedyna – a poniewaz zadna nie sprawdzala sie w praniu, to bral coraz to nowa – i oraz to mlodsza. Nie moge sie powstrzymac przed tymi zlosliwymi uwagami, gdyz panowie Kidder i Tudor wzbudzaja we mnie odruch wymiotny i pogonilabym ich batogiem. Oates jest utalentowana narratorka – opowiada historie pozornie obiektywnie i nie uzywajac negatywnych okreslen – pozwala czytelnikowi wyciagnac wlasne wnioski. Mezczyzna wyksztalcony, zamozny, z pozycja spoleczna, szanowany – majacy na tyle duzo doswiadczenai zyciowego, ze Katia to dla niego latwy mecz. Co prawda dziewczyna przyzwczajona jest do walczenia o swoje, ale ma takie uwarunkowania rodzinno-klasowe, ze pomocy znikad i w koncu sie poddaje. Nie bede pisala wiecej co tam sie zdarzylo, zeby nie psuc nikomu lektury. W kazdym razie caly czas czyta sie w napieciu i podziwia subtelnosc Oates w kreowaniu postaci i budowaniu napiecia. Cala perwersja sytuacji przejawia sie w jakskrawym kontrascie miedzy idylliczna miesjcowoscia a ohyda lubieznych czynów. Egoizm wyrafinowanego pedofila, jego cynizm i bezwzglednosc nie pozwalaja na chwile watpliwosci kto tu jest katem, a kto ofiara – mimo, ze Katia to nie dziewczyna-aniol. Za to podejscie Oates zasluguje na wawrzyn – poniewaz udalo jej sie zobrazowac zlo dziejace sie za sciana i majace mieszczanskie, zadowolone z siebie oblicze.

 

Wazna role w powiesci pelni Ballada o Barbarze Allen:

Grajkowie jarmarczni

In Muzyka, Pamietnik, Szwecja on 3 czerwca 2011 at 23:10

Zamiast isc na wczorajszy koncert wypuscilam sie z calodzienna wizyta do Båstad. Relacji z wczorajszej myzyki wiec nie bedzie – za to wklejam widok na port w Båstad (znanym z turnieków tenisa i pijanstw w trawie bogatych nastolatków).

Najciekawszym utworem w wykonaniu byly wariacje na temat japonskiej piosenki dzieciecej. Podobno w Japonii jak zapala sie zielone swiatlo dla pieszych to sluchac walsnie te melodie. Utwór byl dosc dlugi, wiec dla pewnosci zapytalam o interwaly czasowe miedzy zmiana swiatel w Japonii. Sama melodia podtsawowa jest krótka – to wariacje sa dlugie. Przepraszam bardzo za kat natarcia, ale zapomnialam, ze youtube nie publikuje nagran w pionie:

Towarzyszacy mu perkusistabyl jednoczesnie takze flecista. Ku mojemu zdumieniu odegrak szwedzka wersje Bogurodzicy – tzn.sredniowiecznej piesni bojowej. Podobno to motyw walki swietego Jerzego ze smokiem, gdzie Jerzym jest Szwecja, a smokiem sasiednia Dania. A kogo to broni Jerzy? Matki Boskiej! Bo to bylo jeszcze przed reformacja króla Wazy. W kazdym razie okazalo sie, ze nie jestesmy tacy unikalni jakby nam sie zdawalo… Po sredniowiecznejmaryjnej piesni bojowej obaj panowie zaprosili na utwór wywodzacy sie ze sredniowiecza

A na koniec grajek Jerzy zaprezentowal bardzo dziwny instrument, bedacy kombibacja…fletu z perkusja. Jakbym nie zobaczyla to bym nie uwierzyla. Zabaczcie sami:

Jak zwykle na koncert przyszla tylko zapalona garstka sluchaczy. Niewatpliwa zaleta byla rodzinna atmosfera. Za oknem powiewa flaga ONZ. W ramach dnia ONZ odbedzie sie jutro wyklad o Afryce i akustyczne wartsztaty muzyczne. Mysle, ze sobie odpuszcze. Za to w niedziele ma sie pojawic Rishab Prosanna – mnie osobiscie nieznany, lecz podobno niezmiernie popularny. Ano zobaczymy – do niedzieli wiec!