szwedzkiereminiscencje

Archive for Luty 2012|Monthly archive page

Znowu rodzina-Cusk

In Feminizm, Ksiazki on 28 lutego 2012 at 10:54

Rachel Cusk /In the fold / 2005

 

 

Oj, musialam sie douczyc troche rolniczego angielskiego. Fold oraz pen nie znacza bowiem tego, co nam sie pierwsze cisnie na usta – czyli faldy i pióra. W ogóle pani Cusk zacheca swoja proza do uzywania slownika, co przeszkadza w chwilach pasji czyli po tym jak powiesc juz sie rozkrecila i czytelnik chce CZYTAC, a nie biegac do komputera.

Rachel Cusk przyszla do mnie z blogosfery.

W domu pojawila sie w postaci In the fold – i zdaje sie na szwedzki nie zostala przetlumaczona. A jak juz powiesc przeczytalam to zajrzalam na net. No i zdebialam, bo natrafilam na swiezutenka debate przetaczajaca sie przez lamy Guardiana. Pani Cusk wydala wlasnie nowa powiesc, której fragmenty rozpetaly wpisy ziejace nienawiscia. Pocieszajacy fakt dla polskich internautów, ze czytajacy literature Brytyjczycy uzywaja tych samych chwytów retoryczno-stylistycznych i ze poziom dyskusji bywa równie niski.

Wracam jednak do moich baranów – tym razem par excellence.

Konstrukcja troche jak z Braideshead revisited – facet w srednim wieku powraca do miejsca i rodziny, które urzekly go w mlodosci.

O czym traktuje? Wizja jak dla mnie katastroficzna – ze jestesmy naznaczeni rodzina, w której dorastamy i ze tylko tam, niezaleznie od patologii, czujemy sie w pelni szczesliwi. Technicznie widze problem, bo jak dorosle dzieci powracaja na stare smieci bez swoich latorosli, to co z mitem gniazda rodzinnego nastepnego pokolenia?

Czy dobre? Nawet bardzo.

Dlaczego? Odslania misterna konstrukcje zaleznosci, wladzy, gier, ról, pozorów w obrebie rodziny. Kazdy znajdzie u Hanburych jakis smaczny kasek czy wspomnienie z dziecinstwa.

Jak napisane? Nawet bardzo!

Niezaleznie od doznan przy czytaniu owczarni – i nie wglebiajac sie w symbolike jagniecia – najbardziej poruszona zostalam tekstem z Guardiana. Rachel Cusk opisuje bez ogródek, co jej wszyscy maja za zle, jak to po dziesieciu latach malzenstwa sie rozeszla i jaka katastrofa ten rozwód stal sie dla niej, dwójki dzieci oraz bylego meza.

Jak dla mnie opis wiarygodny, naznaczony refleksja, intelektualny i logicznie poprawny.

TAK wlasnie jest, mialabym ochote zawolac.

Natomiast czytelnik Guardiana wola: na pohybel, ty suko –

zajmij sie dziecmi, zapomnij o sobie, zabieraj sie do roboty, bo musisz utrzymac jeszcze bylego malzonka.

Zal mi twojej matki, bezwstydnico!

Zal mi twoich dzieci!

Zal mi twojego bylego, ty narcyzo!

Rachel opisuje zawirowania spowodowane odwróceniem tradycyjnych ról plciowych oraz wlasne problemy z przeprogramowaniem sie na role kobieca.

Bo wychowywana byla wg.wzorca meskiego: szkola, kariera.

A potem przyszlo macierzynstwo, które wszystko postawilo na glowie.

Wydawac by sie moglo, ze to doznanie wielu nowoczesnych i dobrze wyksztalconych kobiet?! Tymczasem najwyrazniej nadal wielkie tabu,

poniewaz publika chce rozniesc Cusk na szablach.

Dlaczego?

Schadefreude, ze przez chwile dobrze jej sie wiodlo, a potem noga podwinela?

Nie wiem czy jej nowa ksiazka „Aftermath” jest dobra czy zla, ale odnotowalam Rachel Cusk jako autorke myslaca i ciekawa.

Natomiast nasze baranki z owczarni to jeszcze wprawka i sadze, ze niejednemu milosnikowi zwierzat, patologii rodzinnych badz dobrej literatury sie spodobaja.

Dwie panie w lódce(nie liczac hipopotama)-McCall Smith

In Ksiazki, zwierzeta on 24 lutego 2012 at 19:27

Alexander McCall Smith / Extra bekvämt på safariklubben / The Double Comfort Safari Club / 2011 / e-book

Wyobrazmy sobie malenka lódke na rozkolysanych falach delty Okavango – najwiekszej na swiecie delty sródladowej.

 

 

 

W lódce, oprócz przewoznika, tlocza sie dwie damy. Jedna z nich bardziej okazala, jak miejscowi mówia: tradycyjnej budowy oraz druga, szczupla, nerwowa, w okularach. Woda siega niemal burt lódki – a w wodzie moga czaic sie krokodyle i hipopotamy. Krokodyle wola przelezane mieso, wiec damy obawiaja sie glównie paszczy hipopotama.

 

 

To najbardziej mrozacy w zylach obraz z jedenastego tomu cyklu o Mma Ramotswe i detektywie-pomocniczym, Mmie Makutsi. Tym razem na czolo wysuwa sie niesmiala pomocnica, zlosliwie nazywana sekretarka. Nie, zeby Mma Makutsi wstydzila sie swoich umiejetnosci sekretarzowania – wrecz przeciwnie, jej duma i chwala jest dyplom Collegu dla Sekretarek. Ma ona jednak ambicje zawodowe. Jej zazwyczaj niewysokie samopoczucie znacznie wzroslo od kiedy jest niemal zareczona z Phuti Rahdiphutim, wlascicielem sklepu meblowego. Pozwolila wiec sobie na niezmierna zuchwalosc i zaproponowala zwierzchniczce parzenie czarnej herbaty – która pija Mma Makutsi – w wiekszym czajniku. Po pierwszym zwyciestwie poszla za ciosem i zazadala obuwia sluzbowego – butów turystycznych do kostki; niezbednych na wyprawie do delty Okavango. Laskawy los pozwolil jej nawet byc swiadkiem kleski niegodnej rywalki o serce Phutiego, pieknej acz niegodziwej Violet z fioletowym makijazem oczu. Bogowie jednak czasami karaja wybrancówlosu – i tak Mma Makutsi musi sie pogodzic z faktem, iz cofajaca sie ciezarówka zmiazdzyla stope narzeczonego. A ze nieszczescia chodza parami, to okaleczonego Phutiego porwala jeszcze jak na zlosc ciotka o glowie przypominajacej kubek z kubek…melon. Ale od czego przyjaciele – nastepny tom konczy sie nastepnym happy endem.

 

 

Jak zwykle w tym cyklu slucha sie leniwie i sympatycznie, zas autor snuje z lekka natretne rozwazania filozoficznie oraz refleksje natury socjologicznej. Nie wiem ile tomów McCall Smith jeszcze planuje, ale to typowa never ending story.

O przyjazni-Patti Smith

In Feminizm, Ksiazki, Performance, Sztuka on 20 lutego 2012 at 00:11

Patti Smith / Just kids / Nieledwie dzieci / 2010 – audio

Znakomicie czyta Marika Lagercrantz (córka tego Olofa)

 

 

 

Laskawa Pani Fortuna wepchnela mi w reke nadspodziewanie dobry krazek. Skonczylam wlasnie sluchac – i zaczelam od nowa. Do samej Patti dojde powoli – zaczne jednak od drobnej retrospekcji. Patti mi wybaczy, bo to kobieta wielkiego serca. Bo ostatnio moja bohaterka to jak nie Patty Franzena, to wlasnie Patti Smith.

 

 

W 2001 kupilam kalendarz ze zdjeciami Roberta Mapplethorpa. Takie za ladne kwiatki, sfotografowane przez faceta o trudnym nazwisku – pomyslalam. Za pare lat obejrzalam film Black White + Grey i myslalam tym razem samymi wykrzyknikami: ladne kwiatki, czy to moze byc ten sam Mapplethorpe?! Bo skonczyly sie kwiatki, a zaczely sie nie tyle schody, co sado-maso i to w wydaniu mesko-meskim. W filmie tym jednak Robert byl raczej dodatkiem, zbednym w moich oczach, do Sama Wagstaffa. Jak ktos nie widzial pieknego mezczyzny, to niech popatrzy na wczesne zdjecia Sama (niestety, na necie znalazlam tylko te pózniejsze). Sam byl mezczyzna jak marzenie: wysoki, przystojny, dzielny, madry i dobry – no ale jak na zlosc wszystkim szalejacym za nim kobietkom interesowali go wylacznie chlopcy. I caly pogrzeb na nic! Bo jeszcze na dodatek Sam byl: 1.bogaty, 2.w polowie Polakiem, gdyz ukochana i rozpieszczajaca go matka nosila wdzieczne nazwisko Piórkowska. Sam koneser sztuki, Sam kolekcjoner, Sam mecenas artystycznych glodomorów, sam cymes nad cymesami. Z filmu zupelnie nie moglam wyrozumiec jak taki wyrafinowany mezczyzna mógl zakochac sie w kawalku lobuza – choc Patti by na pewno Roberta bronila. Nie do konca wiadomo jest kto kogo zarazil, ale faktem jest, iz na AIDS odchodzili kolejno: Sam, Bruce Chatwin i Robert. Patti na ten temat dyskretnie – i lojalnie wobec Roberta – milczy.

 

 

http://2thewalls.com/journal/2011/2/1/robert-mapplethorpe-sam-wagstaff-24-bond-street-35-west-23rd.html

 

 

A kim jest autorka? Chyba najbardziej artystka, wypowiadajaca sie czasami w poezji, czasami przez muzyke, a czasami przez rysunek. Jestem pod wrazeniem jej ksiazki i zupelnej bezpretensjonalnosci – to jest taki antylans jaki sobie tylko mozna wyobrazic! Bo Patti to dzisiaj ikona i jak sie czyta jej biogram na Wiki, to tez elegancja-francja. A tymczasem autobiograczna opowiesc „Just kids” to po pierwsze obraz blood, sweat and tears, a po drugie totalny antyglam. Sama sobie nie zdawalam sprawy na ile mam glowe skolonizowana glupota – zreszta w recenzjach tez przewaza nuta „hotel Chelsea, bohema lat 70-tych itp” – natomiast Patti relacjonuje niemalze dzien po dniu zmagania z bieda, glodem i niepewnoscia swoich wyborów artystycznych. Pisze jak czlowiek – dodalabym jeszcze: dobry czlowiek. Patti jest lojalna, opiekuncza, otwarta, pracowita, ma znakomite poczucie homoru i dystans do siebie. Szczodrze dzieli sie – czy to z Robertem, czy to z wlasnym rodzenstwem, czy teraz z czytelnikiem. Mysli cieplo o innych, widzi ich zdolnosci i potencjal. Nie jest w zadnym wypadku naiwna – i przyciaga ludzi sobie podobnych. Pielegnuje od dziecinstwa artystyczna wrazliwosc, imajac sie jednoczesnie prac prostych i kiepsko platnych. Jak potrzebuje nowej kreacji – a zdarza sie to niezmiernie rzadko – idzie do sklepu Armii Zbawienia i kupuje szesc bialych koszul. Albo outfit na wyjazd do Europy za jedyne 30 USD. Dziewczyna z rodziny robotniczej, której kariera nie zawrócila w glowie – mówiac brutalnie.

 

 

Jakby kogos interesowaly anegdoty i czytanie o przyszlych slawach to tez cos dla siebie znajdzie – przefiltrowane przez osobiste wspomnienia Patti. Niezmiernie rozsmieszylo mnie opowiadanie jak to Allen Ginsburg poderwal ja w barze – myslac, ze jest  „ladnym chlopcem”. Sa wsród tych osobowosci muzycy, poeci i plastycy. Jedna rzec nalezy moze dodac – Patti ze wzgledu na wyglad „bardziej dzika niz oswojona” podejrzewana byla juz na wstepie o alkoholizm, ciezkie narkotyki i homoseksualizm. Tymczasem – jak to sie mówi – prowadzila sie nader przykladnie, za wyjatkiem okazyjnego palenia marihuany.

 

 

 

Ksiazka Patti to wlasciwie nie tyle ksiazka o niej, co ksiazka o Robercie. Albo o przyjazni i nieprzerwanej nici porozumienia miedzy nimi. Byli zupelnie rózni i moze dlatego uzupelniali sie, dbajac o siebie wzajemnie, kazde na swój sposób. Jak dla mnie imponujaca jest otwartosc Patti, osoby religijnej (wg.Wiki jej rodzina to swiadkowie Jehowy) na seksualne eksperymenty Roberta. Nie tylko wspanialomyslnie przeszla do porzadku dziennego nad faktem, ze jej kochanek woli jednak facetów – co musialo byc emocjolanie trudne – lecz równiez zaakceptowala zamilowanie Mapplethorpa do perwersji. Dyskutowala odwazne zdjecia Roberta i jego kochanków, potrafiac sie skupic wylacznie na warstwie artystycznej. Nie moge znalezc wiarygodnej informacji, ale odnosze wrazenie, iz „Just kids” na polski nie zostalo przetlumaczone. Czyzby zadzialala cenzura obyczajowa?

 

 

Przy okazji refleksja na ile sie zmienily Stany Zjednoczone i nasza mentalnosc, choc autorka absolutnie w pretensjonalne komentarze sie nie wdaje. Ukazuje jak wazna jest autentycznosc zainteresowan czy pasji i ze droga do dojrzalosci arystycznej najezona bywa przeszkodami. Ze nowatorska forma to wynik osobowowsci twórcy i jego pracy. I ze nie swieci garnki lepia, gdyz Robert dlugo sie wzbranial przed aparatem fotograficznym, a Patti caly czas czula sie niepewna co do wyboru drogi artystycznej. Tudziez jak wazne jest odpowiednie, twórcze srodowisko. To ksiazka o wiernosci sobie, przyjaciolom i wlasnym wyborom – jak równiez o ponoszeniu konsekwencji tych wyborów. Jedno wielkie przypomnienie czym sztuka jest, a czym nie jest na pewno – co chyba warto dzis przypomniec , kiedy to zarówno twórca jak i sztuka nazywani sa, a co gorsza nazywaja sami siebie, „produktami”. A oto mala próbka talentu poetyckiego autorki:

 

Amelia Earhart
earheart
ear
heart
air

 

Koncze, majac caly czas przed oczyma magiczny tandem Smith-Mapplethorpe. Niczym bajkowi Leszek i Mieszek, dziela na pól ostatni orzeszek. Patti, prosi nieznanego chlopca: obiecaj mi, ze ten perski naszyjnik dasz w prezencie wylacznie mnie! Robert, dotrzymuje obietnicy danej nieznanej sprzedawczyni.

 

 

To byla bardzo piekna przyjazn.

Salon odrzuconych-Gruen

In Ksiazki, zwierzeta on 19 lutego 2012 at 13:18

Sara Gruen / Water for elephants / 2006

 

Niedawno obejrzalam wzruszajacy document o amerykanskim dyrektorze cyrku i jego slonicy afrykanskiej, Florze. Pan dyrektor, postanawiajac odejsc na emeryture, zaczal sie rozgladac za miejscem dla ulubienicy, która adoptowal jako (wzglednie) male, osierocone sloniatko. Flora chodzila za nim jak pies i zastepowala dzieci, których dyrektorowi Pan Bóg poskapil. Okazalo sie jednak, ze sloni w Stanach jak mrówków i ze nie tak latwo upchnac slonia – szczególnie, gdy opiekun ma wysokie wymagania. Bo pan dyrektor chcial, zeby jego slonicy bylo jak w raju – a przynajmniej, zeby czula sie szczesliwa. Przygód bylo co niemiara – lez, niestety tez. Flora co prawda zadomowila sie w parku dla sloni, ale przyszywany tatus dostal wilczy bilet na wizyty. Wlascielka parku spotkala bowiem specjalistke od zachowania sloni, która wykryla u Flory traume z dziecinstwa i ordynowala brak wzruszen – które wizyta dyrektora na pewno by wywolala. Dyrektor plakal jak krokodyl, w diagnoze specjalistki nie uwierzyl, ale dla swietego spokoju slonia zrezygnowal z upragnionej wizyty u Florci.

 

 

 

Tyle dokument. Wzruszajacy dla wszystkich, którzy lubia zwierzeta mniejsze i wieksze. Pokazujacy przy okazji zycie nowoczesnego cyrku, obozujacego na eleganckim parkingu, z zadbanymi zwierzetami i eleganckimi artystami. Troche inaczej wygladal cyrk amerykanski z „Wody dla sloni”. Inne zreszta czasy, gdyz akcja ksiazki rozgrywa sie podczas wielkiej depresji. Ta ksiazka miala szanse zapasc na stale czytelnikowi w pamiec, lecz niestety pisarka nie spisala sie (nomen omen!) literacko. Chyba mialo byc pod Steinbecka – ale sciagajac zarówno tematyke jak i styl pani Gruen zdecydowanie przedobrzyla. Polonicum czyli glówny bohater Jacob Jankowski bylo dla mnie magnesem – szczególnie, iz krótki dialog po polsku zapisany zostal bezblednie. Polaczenie z macierza jednak okazalo sie watle, gdyz pochodzacy z Polski rodzice glównego bohatera gina w wypadku juz na samym poczatku i w zwiazku z tym z polskosciami koniec, kropka. Przeczytalam niewiele ponad sto stron czyli jedna czwarta powiesci – i wiecej nie moglam. A tak czekalam na milosc, która podobno miala zbawic Jakuba!

 

Za to natknelam sie na jego starosc – i to w domu nieszczególnej opieki. Po lekturze „Stulatka” poczulam niedosyt, ze Jakub nie dal nogi przez okno. Nie moge czytac ksiazek skladajacych sie z samych nieszczesc – a tu najpierw tragiczna smierc, potem samotna starosc (chronologicznie bylo inaczej, ale autorka tak nam Jakuba zapodaje), a potem jeszcze brutalne zycie w mocno stratyfikowanej spolecznosci cyrkowej. Czekalam caly czas na lakoc w postaci czegos dobrego, a tu nic wlasnie. No i ten plaski, nic nie mówiacy styl. Sarze G udala sie tylko jedna scena: jak Jakub ucieka przed siebie w szoku po smierci rodziców. Kazdy, kto kiedys doznal traumatycznego wstrzasu moze sie rozpoznac w imperatywie ucieczki i braku mozliwosci komunikacji ze swiatem. Ze ktos do ciebie mówi, a ty nie rozumiesz ani slowa – nie rozpoznajesz tej osoby, a slowa stracily nagle jakakolwiek tresc.

 

Co najdziwniejsze „Woda dla sloni” to kiedysiejszy numer jeden na liscie bestsellerów New York Timesa. To juz druga „jedynka” z tej listy, która mi zupelnie nie podeszla. Moze film jest lepszy? Bo Reese Witherspoon to godna zaufania aktorka – skoro ujarzmila Johna Casha, to na pewno tez swietnie poradzila sobie z tresura cyrkowej menazerii. Na cale szczescie koncze teraz sluchac zdecydowanie ciekawszej pozycji, o czym juz zupelnie, zupelnie niedlugo.

Dobrze wyjsc za maz-Kaarsbol

In Feminizm, Ksiazki on 14 lutego 2012 at 12:39

Jette A.Kaarsbol / Den stängda boken / Zamknieta ksiega / audio

W Kopenhadze zyly sobie dwie siostry, starsza Helena i mlodsza Fryderyka. Helena byla piekna i temperamentna. Fryderyka wychowana troche w jej cieniu. Helena sprawiala rodzicom wieczne klopoty, za to Fryderyke cieszylo zycie rodzinne i poslusznie zgadzala sie z wola rodziców. Do czasu.

Helena grala na fortepianie i zakochala sie nauczycielu muzyki. Nie ona pierwsza z jego uczennic, chc moze z nich najurodziwsza. Juz, juz mogliby sie zwiazac na stale, kiedy na jej drodze pojawila sie tzw.dobra partia w postaci przystojnego ziemianina z Jyllandii. Impulsywna Helena wyszla za obcego i starszego od siebie. Rodzice byli przeszczesliwi – tylko Helena mniej. Faktem jest, ze z czasem coraz mniej i mniej. Jeszcze walczyla, jeszcze przyjechala z wizyta do rodziny w Kopenhadze, jeszcze spotkala dawnego kochanka. Co tylko przyczynilo sie do katastrofy czyli zabrania ciupasem na jyllandzka wies. Potem Helena blagala mlodsza siostre o pomoc w ucieczce, ale nadaremnie. Zmarnila sie do imentu, umierac w pologu, przykladnie pokarana za swoja urode, apetyt na zycie oraz niepokornosc.

Niczym w bajkach dobry los usmiechnal sie do brzydkiego kaczatka, Fryderyki. Zamiast za zaplanowanego sobie nudnego pastora wyszla za czlonka elity intelektualnej epoki, profesora ginekologii, Fryderyka. Fryderka i Fryderyk mogli miec zycie jak z bajki: slawa, pieniadze, wolnosc – gdyby nie to, ze Fryderyk przemilczal swoje preferencje seksualne. Zakochanej Fryderyce w glowie z konca XIX wieku nie powstalo, ze brak fizycznosci ze strony meza to cos innego niz delikatnosc, a mescy wspólpracownicy to cos innego niz koledzy z pracy. No i sie wpakowala w sytuacje bez wyjscia – poniewaz jak na zlosc byla w mezu gleboko zakochana. Liczyla jeszcze na to, ze dobra wrózka podesle królewicza wlasciwego, lecz widocznie los nie mial juz wiecej królewiczów na skladzie. Albo uznal, ze Fryderyka i tak zostala szczodrze obdarowana. Zostala wiec on her own – a co zrobila, pozostawiam do odkrycia czytelnikowi (sluchaczowi) ksiazki.

Osluchalam sie jak norka, cale 19 krazków. Autorka ma te wielka zalete, ze umie opowiadac. Stworzyla przekonujace portrety glównych bohaterów, osób pobocznych, wnetrz i krajobrazów. Szczególnie dobrze poszlo jej stworzenie wiarygodnych dialogów, co wydaje mi sie najtrudniejsze w pisaniu powiesci. Zadna z postaci nie jest jednoznacznie dobra czy negatywna. Parokrotnie akcja skreca w zupelnie nieprzewidzianym kierunku, co jest duza zaleta powiesci. Akcja toczy sie czesciowo pod koniec zycia Fryderyki w latach 30-tych, a czesciowo podczas jej mlodosci, z poczatkiem w roku 1875. W czesci XIX-wiecznej wystepuja ikony dunskiej kultury: Georg Brandes (ponizej portret pedzla Kroyera), Herman Bang, Peder Severin Kroyer (szkoda, ze pominieto jego zone!) i Jens Peter Jacobsen.

Co mi pozostalo z tego przydlugiego sluchania? Kaarsbol najwyrazniej zastanawia sie nad losami kobietm w nieodleglej epoce. Epoce walki o glos wyborczy, nowych pradów w naukach scislych i spolecznych, medycynie, obyczajach. Tym niemniej na tym rozwoju korzystali glównie mezczyzni, którzy mogli sie oddac zyciu zawodowemu, z miedzynarowodowymi konferencjami i bankietami wlacznie. Fryderyka otrzymala co prawda wolnosc, lecz zupelnie nie wiedziala jak ja wykorzystac. Niczym spelnione zyczenia od zlotej rybki – rzeczywistosc przerosla ja i mloda kobieta zaczela szukac poczucia bezpieczenstwa zachodzac do mamusi na herbatke. Nie wspominajac juz o siostrze, która miala pecha i nie natrafila na Bogumila Niechcica. Przypomina mi to jako zywo losy moich wspólczesnych kolezanek. Znam co najmniej dwie, które wyszly „dobrze za maz”. Tylko ze po latach i patrzac od srodka, w pakiecie zawarta byla malo przyjemna niespodzianka – i obie sie mocno rozczarowaly. Podobnie zreszta jak kolezanka, która wydala sie za geja. Oj, badz tu madry i pisz wiersze! Szkoda, ze tylko w bajkach królewnom na swojej drodze los stawia swiniarczyka czy tez Glupiego Jasia – bo to oni zdaja sie zapewnic swoim wybrankom dlugie i szczesliwe zycie.

Ostatnio gdzie nie spojrze, tam kobiety z przelomu XIX i XX wieku. Zatesknilam zdecydowanie za Hemingwayem albo duchem puszczy.

Prototyp Mildred Pierce-Prus

In Feminizm, Ksiazki, Polskie refleksje, Przywracanie pamieci on 4 lutego 2012 at 23:04

Boleslaw Prus / Emancypantki / ilustracje Uniechowskiego / 1973

 

 

 

Poniewaz projekt zwiazany ze szwedzkim feminizmem odwleka sie, nie pozostalo mi nic innego jak siegnac na pólke i odkurzyc polskie „Emancypantki”. Balam sie, ze ramota i ziew wzmocniony – a tu przyjemne zaskoczenie. Ba, powiedzialabym nawet, ze dawno nie czytalam tak aktualnej polskiej powiesci! Az sie wzdrygnelam, gdyz nienajlepiej to chyba swiadczy o polskiej sciezce rozwoju – ze ksiazki napisane 120 lat temu tak dobrze przystaja do dzisiejszosci. No i jakby dzisiaj to napisal i opublikowal Glowacki, dostaloby mu sie niechybnie  jako komuchowi i sierocie po PRL…

„Emancypantki” czytalam wczesniej wiele lat temu, a jako dziecko slucham w „Co wieczór powiesc w wydaniu dzwiekowym”. Dawniej wydawalo mi sie, ze Prus wyraznie przeszarzowal w opisach typów ludzkich, a teraz do tych opisów automatycznie podkladaja sie twarze blizszych lub dalszych znajomych. Z jednej strony to pewnie objaw starzenia czy tez innymi slowy obfitego doswiadczenia zyciowego. Z drugiej wplywu na psychike nastepnej fali dzikiego kapitalizmu w Polsce – tego samego, który krytykowal Glowacki. Czasami rozumiem tesknote za PRL, poniewaz uczucia byly te same, ale skala jakby mniejsza. Jak to ktos powiedzial, ludzi poznaje sie przy pieniadzach i kartach – im wieksza stawka, tym wieksze emocje – i podlosc.

Najbardziej chwycil mnie za gardlo los pani Latter, liderki i managerki (uzywajac okreslen „corporate bullshit”) ekskluzywnej boarding school, z nowoczesnym nauczaniem przedmiotów scislych oraz jezyków obcych. Zdana wylacznie na siebie bizneswoman, madra i biegla w sztuce negacjacji. Niestety, zgubila ja milosc do dzieci – i nieumiejetnosc trzymania sie budzetu. Widziana tradycyjnie, jako powodujaca sie sercem – jak to kobieta (sic!). Ale portret swietny i oddajacy stadia tracenia kontroli nad przedsiebiorstwem, z calym psychologicznym rejestrem mechanizmów obronnych i powolnym popadniem w alkoholizm. Musialo to byc najwyrazniej przez wylansowaniem stereotypu brzydkiej feministki, gdyz pani Latter

Pomimo lat czterdziestu kilku byla jeszcze piekna kobieta.

Poza tym alkoholizm kobiet jest nadal tematem tabu, wiec Glowacki na prawde pisze odwaznie. Ta kobieta równie dobrze moglaby byc dyrektorem wielkiej korporacji czy wlascicielka wspólczesnej szkoly prywatnej. Motyw pieknej kobiety zmuszonej do pracy zarobkowej, zeby zapewnic sobie i dzieciom godziwy poziom zycia przypomina niedawny serial „Mildred Pierce” – gdzie równiez przewija sie motyw niewdziecznosci i niezrozumienia ze strony rozpieszczonych i nader bezwzglednych dzieci (a wlasciwie dziecka, Vedy). Nie moge sie oprzec, zeby nie wkleic zdjecia Mildered – ze wzgledu na Montego Beragona:

 

 

Wspólczesny zdaje sie takze najazd zachodnich kapitalistów, którzy przybyli do Polski w poszukiwaniu taniej sily roboczej – choc wtedy nie nazywalo to sie jeszcze outsourcing. Za to odpadl nam wspólczesnie rynek wschodni – inzynierowie polscy nie wyjezdzaja juz do Rosji po majatek.

Inna rzecza, która rzucila mi sie w oczy byl zupelny brak Rosjan. Ksiazka jest zupelnie polska, z krytycznym przekrojem spoleczenstwa – publikowana najpierw w odcinkach w gazecie w okresie 1890-1893, a potem w wydaniu ksiazkowym w 1894. Akcja toczy sie „okolo roku 1870”, jak to oznajmia autor w pierwszym zdaniu powiesci. Z jednej strony odpowiada to mojemu poczuciu przynaleznosci narodowej, a z drugiej nie odpowiada faktom historycznym, gdyz niepozadana obecnosc Rosjan trwala. Szczególnego smaczku sprawa nabiera w kontekscie szwedzkiego spojrzenia na Polske i ich uporczywego okreslenia: Maria Sklodowska urodzila sie w Rosji, w miescie Warschau”!  Juz nie mam sily pisac do wydawców, którzy albo mnie ignoruja, albo pouczaja, ze oni maja „tradycyjny niemiecki punkt widzenia”. Nie mam tez sily redagowac hasel w Wikipedii – sprawa powinna byc poruszona przez polski MSZ, zeby te wszystkie glupoty raz na zawsze usunac i wprowadzic taki egzotyczny kraj jak Polska do szwedzkiej swiadomosci narodowej.

No i na koniec sam smak – kwestia kobieca. Polskie opracowania feministyczne zdaja sie niegodnie wklad Glowackiego ignorowac. Tymczasem byl w temacie nie tylko oczytany, ale i zaangazowany. Chcialabym wytropic KTO mógl byc propotypem przesympatycznej panny Klary Howard? Mam cala ksiazke zakreslona trafnymi cytatami – tutaj tylko próbka:

Rozwijam pomysl, azeby nieprawym dzieciom panstwo dawalo nazwiska, edukacje i uposazenie; a im lepsze beda nazwiska i wyzsza edukacja, tym wiecej beda szanowane nieprawe dzieci, i co z tego wynika, kwestia zostanie rozwiazana. Bo dopóki kobiety nawet w tak naturalnych rzeczach musza sie ogladac na mezczyzn…

No i co? Jakby posluchano postulatów panny Klary to zylibysmy w nowoczesnym spoleczenstwie. A tak nadal panuje nam obyczajowo wiek XIX.

Charakterystyka odautorska:

Zaczeto rozrózniac dwa gatunki emancypantek, z których jeden palil cygara, ubieral sie po mesku i wyjezdzal zagranice uczyc sie z mezczyznami medycyny; drugi zas gatunek; mniej zuchwaly czy tez wiecej moralny, ograniczal sie na kupowaniu bardzo duzych ksiazek i unikal salonów.

 

 

Przy czym pisarz zdecydowanie uwazal, ze powolaniem kobiety jest macierzynstwo, a jej jedyna – i wylaczna – misja wychowanie potomstwa. Co prawda zgadzam sie sie z Glowackim, iz wychowanie zdrowego potomstwa to duza sztuka, ale co z reszta czlowieka w kobiecie? Jakkolwiek pisarz potepia ostracyzm, zlosliwosci czy afronty wyrzadzane kobietom samodzielnym uwaza najwyrazniej, iz niewiasta „powinna sie szanowac”:

Slowem – dwudziestoma plotami zabezpiecza sie kobiete od pewnych rzeczy… Wiec jezeli ona dobrowolnie, a nawet wbrew wupomnieniom, co dzien sama przeskakuje te ploty, czy moze nazywac sie zdradzona?…
– Wiec pani uznaje jakies specjalne przepisy dla kobiet?… Wiec kobiety nie sa ludzmi?… – zawolala panna Howard.
– Przepraszam pania, ale ja tych przepisów nie stworzylam. A jezeli stosuj asie tylko do kobiet, to zapewne z tej racji, ze tylko kobiety zostaja matkami.

Czyli sam sobie chciales Grzegorzy Dyndalo. Obludnie nieodlaczne powolywanie sie na „prawo naturalne”. A przy okazji poznajemy geneza powstania dyscypliny biegów przez plot(k)i…

Na koniec dwa slowa o glównej bohaterce, Madzi Brzeskiej. Nie trzeba bylo pisac dwóch tomów powiesci, zeby powiedziec od razu: miala przegwizdane, zgodnie ze stara zasada, ze ma sie miekkie albo serduszko, albo…co innego. A jeszcze mamusie toksyczna i potepiajaca – bo zamiast siedziec w domu Madzia i wyksztalcila sie, i co gorsza chciala pracowac, i a co juz najgorsze odrzucila oswiadczyny dwa razy starszego kawalera o wyjatkowo palakowatych nogach. W tej materii tez sie nic nie zmienilo – co kiedys Ogden Nash opisal w wierszu „Rodzice nie podkopujcie”. Za to tatus byl palce lizac – w ogóle mezczyzni wychodza Prusowi jacys bardziej ludzcy. Moze dlatego, ze jego wzorcem czlowieka jest jednak facet?

W kazdym razie dobrze sie czyta – i warto wrócic do literatury zaangazowanej w dobie mialkosci i migoczacych, tanich reklam. Niby rzeczywistosc plynna, a ludzie zupelnie tacy sami.