szwedzkiereminiscencje

Archive for Kwiecień 2012|Monthly archive page

Szwedzki profesor tez narzeka-Alvesson

In Ksiazki, Szwecja on 30 kwietnia 2012 at 23:39

Mats Alvesson /Tomhetens triumf /Triumf pustoty /2011

 

 

W dyskusje o stanie polskich uczelni http://www.edulandia.pl/edulandia/1,118533,11644989,Profesor_Ewa_Nawrocka__Wszyscy_jestesmy_przestepcami.html  wpisuje sie glos szwedzkiego profesora, Matsa Alvessona. Mówi innymi slowy, lecz dokladnie to samo co profesor Ewa Nawrocka i profesor Jan Stanek. W tym kontekscie musze wyznac, ze jestem dumna z przenikliwosci polskich naukowców, poniewaz: 1) w Szwecji na dobra sprawe ta dyskusja glosno sie nie toczy, 2) Polacy dolaczyli do bloku panstw dotknietych postmoderna pózniej, a reaguja wczesniej.

 

Mats ma wiecej powodów do narzekania, bo podczas gdy w Polsce istnialo Forum Akademickie i dyskusja o uformowaniu dobrych uczelni toczyla sie od dawna, to w Szwecji obowiazuje formula unikania konfliktów za wszelka cene. Podobnie jak w Polsce powstalo tu wiele malych uczelni w malych miejscowowsciach i niemal wszystkie, czasami dosc egzotyczne przedmioty, zglebiac trzeba na poziomie „akademickim”. Czesciowo to wynik wspominanej juz grandiozji, poniewaz wszystko musi sie teraz pieknie – choc pusto i nielogicznie – nazywac. Czesciowo tez wynik pedu do profesjonalizacji (okreslenie MA) czyli podniesienia statusu danego zawodu czy grupy zawodowej – jak na przyklad pielegniarek, które w Szwecji od roku 1993 przechodza trzyletnie studia wyzsze. Czesciowo pedu do kariery naukowej osób, które w duzych osrodkach uniwersyteckich bylyby bez szans. Jak to Alvesson zlosliwie zauwaza, osoby te miewaja duze uszy i szybkie stopy – czyli wysluchuja co w trawie piszczy i jakie kierunki zdaja sie byc w modzie, a nastepnie pedza, zeby sie na tym temacie wyslizgac i opublikowac przed innymi. Tym niemniej, choc szwedzcy studenci tez sa coraz bardziej liczni (docelowo 50% populacji ma osiagnac „wyksztacenie wyzsze” – cokolwiek by pod to pojecie nie podlozyl), coraz gorzej przygotowani oraz coraz mniej zainteresowani nauczeniem sie czegokolwiek (a wylacznie uzyskaniem dyplomu) to oficjalne stanowisko jest zupelnie inne niz w Polsce. Oficjalne stanowisko jest takie, ze jak student nie umie i nie moze zrozumiec, to wina lezy wylacznie po stronie nauczyciela akademickiego! I tak wlasnie swoim wykladowcom wykrzykuja studenci szwedzcy.

 

Dodatkowo pisze wiele o konsumpcji jako stylu zycia, zaspokajajacym narcyzm konsumenta. I o tym, ze mityczny ekonomiczny wzrost nie przeklada sie na wzrost zadowolenia ludzi z zycia. Bardzo tez z-ekonomizowany swiat i ekonomistów krytykuje, co jest tym cenniejsze, iz sam jest profesorem ekonomii przedsiebiorstwa i czynnym wykladowca wielu uczelni, nie tylko szwedzkich. Nie zostawia suchej nitki zwlaszcza na kierunkach ekonomicznych, które w jego pojeciu ksztalca malo zdolnych i zazwyczaj niekomptetentnych absolwentów. Mam podkreslonych wiele cytatów w tekscie, ale o innych konceptach profesora A juz pisalam – dzisiaj zaskoczyl mnie idealny timing jego rozwazan z dyskusja na lamach GW. Dlatego powstrzymam sie z referowaniem innych tematów zawartych w tekscie ksiazki. Zreszta czesc dotyczaca szkolnictwa wyzszego wydaje sie najbardziej zaangazowana i przemyslana – uwazam, warto by bylo zaprosic Matsa Alvessona do polskiej debaty!

Reklamy

Salon odrzuconych-Baldacci

In Ksiazki on 29 kwietnia 2012 at 12:25

David Baldacci / Deliver us from evil / Zbaw nas ode zlego / 2010 / audio

 

 

No niestety! Lubiany ze wzgledu na sposób narracji autor kryminalów odstreczyl mnie juz przy pierwszym krazku. Zaczelo sie dobrze – od morderstwa z zimna krwia. Ale niedlugo potem zaczely sie zgrzyty – motywem mala byc zemsta za wspóludzial w Holokauscie. Motyw-pewniak plus sentymentalne opisy – moze to ujdzie w Stanach, ale tu, prosze pana, jest Europa i my cos o wojnie wiemy. Ale – pocieszylam sie – na pewno jeszcze jakas intryga sie zawiaze i paru smakowitych morderstw albo i wypadków zdaze sie nasluchac. Daremne oczekiwania moje – bo na stól wjechala nowa potrawa, która mi koscia w gardle stanela. Otóz jakas grupa szlachetnych agentów miala sie dobrac do skóry osobie zamieszanej w ukrainski Wielki Glód. A szczytem wszytskiego juz bylo celebrowanie wymowy „Golodomora”, która z jakimkolwiek jezykiem slowianskim NIC nie miala wspólnego. Namierzona przez „szlachetnych” agentów osoba byla za mloda, zeby te czasy pamietac, a co dopiero byc za cokolwiek odpowiedzialna – na co jednak kreatywnosc pisarza. Baldacci wysmazyl jakies wyjasnienie – na tyle pokretne, ze jako zupelnie niewiarygodne mój mózg te informacje z-deletowal. Oczywiscie nastapil dalej wyklad, bo przecietny czytelnik (amerykanski) nic nie wie; wyklad o poziomie dostosowanym do repetenta w klasie dla mentalnych handicapów. Wystepowal zly Stalin, niczym postac nie tyle historyczna, co zly wilk z bajki. I niesmiertelne pytanie: dlaczego? No dlaczego Stalin glodzil ludzi? Rece opadaja, uszy wiedna i mózg sie gotuje od tych naiwnosci. Jak mi tylko wrócila wladza w rekach to sie rzucilam do odtwarzacza, wyciagnelam krazek i postanowilam nie dawac autorowi kryminalów w redneckowej Wirginii wiecej szans.

 

Szczególnie zaklamane wydaly mi sie ubolewania nad okrucienstwem Europejczyków, podczas kiedy to Stany Zjednoczone zrzucily bombe na Hiroszime i Nagasaki, a potem wlaczyly sie ochoczo w niekonczacy sie ciag wojen w Azji. Tyle lepsi, ze nie zabijaja swoich? Okropna obluda, a ja na hipokryzje mam silna alergie. Zbaw nas ode zlego, a przede wszystkim od zaklamania i zlej literatury!

Jestem dla siebie-Wright

In Ksiazki on 23 kwietnia 2012 at 22:45

(pisane do muzyki Marillion)

Austin Wright / Tony i Susan / 2011

– Otoczenie mniej mnie interesowało. Napiszę, kto gdzie był i kogo spotkałem, i co z tego? Pisałem o tym, co było ważne. A ja jestem dla siebie tak samo ważniejszy niż otoczenie. Każdy człowiek tak ma.

S.Mrozek

 

Niespodziewanie bardzo dobra ksiazka. Czytana w pospiechu – udalo mi sie ja wyczytac w dwa dni. W dodatku w ten pierwszy mialam klopoty, zeby ksiazke odlozyc i isc spac. Niestety czesc koncowa odebralam jako mniej pasjonujaca.

Bohaterka ksiazki, Susan, dostaje niespodziewanie od swojego bylego meza, z którym nie miala kontaktów przez ostatnie dwadziescia lat, rekopis powiesci kryminalnej. Pod nieobecnosc drugiego meza, Arnolda, czyta wieczorami kryminal pióra Edwarda. Podswiadomie zaczyna wspominac swoja mlodosc: spotkanie Edwarda w szkole, jego roczny pobyt u jej rodziców, ponowne spotkanie na uniwersytecie, malzenstwo i jego kres. Rekopis wzbudza wspomnienia, te z kolei uspione uczucia, które nie zgadzaja sie z jej obecnym stosunkiem do zycia; które Susan  ugniataja i sie w niej kotluja – prowadzac do refleksji na temat dokonanych wyborów (nie wiem czy to zbieg okolicznsosci, ale uzywa tego samego slowa co Franzen: korekty), a na koniec fale krytyki. Lektura spelnia taka sama role jak czesto muzyka – wystarczy posluchac paru taktów, które nam towarzyszyly w pewnym okresie zycia, zeby ten okres – i nasi z tego okresu przyjaciele – staneli nam przed oczyma -.i zebysmy poczuli bolaca w sercu tesknote.

 

Powiesc Edwarda, nie do konca spelnionego pisarza, jest ciekawa sama w sobie. Przedstawia tragiczny incydent w szczesliwym zyciu uniwersyteckiego profesora matematyki. Tragedia wykoleja do tej pory bezrefleksyjny sposób spedzania swoich dni – kiedy nie trzeba dokonywac zadnych drastycznych wyborów, kiedy nie ma zadnych powaznych problemów, za to staly i przyzwoity dochód, obraca wylacznie w stosownym towarzystwie, a na dodatek zaklada, ze tak bedzie zawsze. I nic bardziej mylnego – los moze splatac zlosliwego figla, wyrwac z bezpiecznej egzystencji dwa (wazne) detale, zeby potem ukladanka nie dala juz sie odtworzyc. W inteligentny sposób Wright pokazuje jak humanistyczna i kulturalna politura peka i wykrusza sie, a na jej miejsce pojawiaja sie pierwotne instynkty. Profesor dlugo sie opiera, by nie stracic czego, co w jego mniemaniu bylo godnoscia – a z drugiej strony ktos go z tej godnosci i tak juz brutalnie odarl. Zdobycze cywilizacji, takze te duchowe, w momencie traumy okazuja sie kompletnie nieadekwatne.

Ciekawy jest tez opis Edwardowego zmagania sie z procesem pisania: od drastycznej decyzji rezygnacji z kariery prawniczej, przez pieklo wyboru tematu i czysciec codziennego zmagania sie z piórem. Nie moge sie oprzec przemoznemu wrazeniu, iz opisy te musza w jakims stopniu byc autobiograficzne.

Dla Susan wazne sa wnioski koncowe, powstale w trakcie czytania: ze sama nie wiedzac kiedy stala sie glównie matka i zona, mimo zdolnosci, wyksztacenia i wczesniejszych ambicji. Ksiazka wydana byla po raz pierwszy w roku 1993, a autor wspomina o zainteresowaniu bohaterki feminizmem, zas jednej z kobiet z rekopisu efektem cieplarnianym i ochrona srodowiska. To niebywale – bo po pierwsze pisze mezczyzna, po drugie Amerykanin, a po trzecie ta wczesna data wydania!. Czyli Austin Wright mentalnie byl wyraznie przed swoim czasem – stad zapewnie wznowienie powiesci i szalone zainteresowanie nia teraz (autor nie dozyl i zmarl w roku 2003).

Susan uswiadamia sobie, ze zyje glównie zyciem rodziny i slucha ich racji – zapominajac o wlasnych uczuciach i odczuciach. Dala sie zepchnac na koniec kolejki i w zasadzie nigdy nie bywa dopuszczana do glosu. Nie wynika to jasno z tekstu, ale odnioslam wrazenie, ze bedzie ten niekorzystny dla siebie stan rzeczy usilowala w zmienic w niedalekiej przyszlosci. Dlatego rozpoczelam pisanie od cytatu z Mrozka, który przynajmniej stawia sprawe uczciwie: kazdy pragnie rozprawiac wylacznie o sobie. Tylko, ze Mrozek mówi w kontekscie swoich pamietników, a Susan – podobnie jak kazdy z nas – codziennie eksponowana jest na agresywna narracje tych, którzy najbardziej sie rozpychaja i najglosniej krzycza. Mam nadzieje, ze wiecej osób po lekturze powiesci „Tony i Susan” uswiadomi sobie jak bardzo ich wlasne mysli oraz odczucia sa wazne dla nich samych. I ze beda sie nimi w wiekszym stopniu kierowac– a moze i zawalcza o prawo glosu, prawo do bycia widzianym oraz wysluchanym.

Nie ma muzyki dla Afryki-NDiaye

In Ksiazki on 17 kwietnia 2012 at 14:15

Marie NDiaye / Tre starka kvinnor / Trzy silne kobiety / 2010 / Goncourci 2009

 

 

Rysio w „Slawie i chwale” mówil: nie ma muzyki dla Lowicza. Bo Lowicz to takie zapomniane przez Boga i ludzi miasto – nie to co Warszawa. To samo zdaje sie mówic francusko-senegalska autorka o Afryce- ze nie ma nic dobrego w Afryce i ze Afryka czuje sie niczym w stosunku do Europy. I tak jak Helena, Matka Rysia popelnia samobójstwo w bramie, tak i zycie bohaterów historii NDiaye naznaczone zostaje conajmniej jednym zabójstwem. Nie do konca zrozumialam przeslanie autorki: czy to Afryka ma byc przeklenstwem Europy czy tez vice versa? W kazdym razie nic dobrego z tego polaczenia nie wynika. Jakby Yates byl Senegalczykiem albo synem Senegalczyka to chyba zapilby sie na smierc jeszcze przed trzydziestka – takie straszne historie to polaczenie zdaje sie generowac, ze w porównaniu Yates wychodzi na wesolka.

 

Marie ND opisuje – jak mi sie wydaje – historie wlasna w wielu odslonach. W dwóch historiach motywem przewodnim jest przemozozny wplyw nieobecnego ojca i jego egoistycznych wyborów. Wychowana przez francuska matke spotkala ojcapo raz pierwszy w wieku lat pietnastu. W histori o Norze sytuacja jest podobna – ojciec zostawia zone z dziecmi we Francji i wraca robic interesy do Senegalu. W historii o Rudym sytuacja odwraca sie – to francuski ojciec zadomawia sie w Senegalu, zeby nigdy juz z niego do Francji nie powrócic. Wraca za to Rudy z Senegalska zona. Trzecia historia jest tak smutna, ze nie ma co jej nawet streszczac: Senegalka Khady Demba ma przegwizdane od nedznego urodzenia az do swojej wczesnej smierci i niczym Jas nie doczekala – wrót Europy.

 

Nie jestem osoba o sercu z kamienia, ale obraz swiata spod pióra MND wzbudza mój sprzeciw. Wszystkie bez wyjatku relacje rodzinne sa chore, ludzie zachowuja sie nie tylko egoistycznie, ale i irracjonalnie. To niewiarygodny swiat bez milosci i bez zmilowania. Uwazam psycholizowanie w stosunku do autora za chwyt nie fair, ale nie moge sie oprzec wrazeniu, iz autorka musiala doznac upokarzajacego, biednego i przykrego na wszystkie sposoby dziecinstwa we Francji, a pózniejsze spotkanie z ojcem stalo sie rozczarowaniem jej zycia. W rezultacie zywi nie tylko niechec, lecz wrecz nienawisc, zarówno do zycia we Francji jak i w Senegalu. Oba swiaty wydaja jej sie równie grozne, niepojete i obce. To proza osoby wykorzenionej i nieszczesliwej – nie moge tego inaczej nazwac. Wielka szkoda. Bo pisarka ma ciekawy warsztat i pomyslowo konstruuje swoich bohaterów oraz interesujaco relacjonuje rozwój akcjei Mankamentem jest jednak, ze tak po prawdzie akcja nigdy sie na dobre nie rozwija, tylko wedrujemy po nitce do klebka i cofamy w czasie. W odleglej przeszlosci mozna odnalezc okruchy  chwil szczescia – w przyszlosci w zasadzie czeka tylko krzywda i kleska. To jest ksiazka o ludziach pokonanych czy tez przejechanych przez zycie: kobietach, mezczyznach, dzieciach. O utraconym majatku, utraconych zludzeniach – ba, nawet utraconej pracy. A jakby nadac tytul: „Afryka nad utrata”?

 

Tego nieszczescia jest tyle, ze czlowiek o normalnej psychice zupelnie nie wyrabia. Z calego serca zycze autorce jakis dobrych przezyc, bo ma talent pisarski, tylko zycie jej najwyrazniej nie dopiescilo. Portretowane osoby nie sa dla mnie wiarygodne, poniewaz nie rozumiem ich motywów dzialania – nie wiadomo dlaczego pisarka uznaje je za zupelnie nieistotne. Ta ksiazka to osad czy tez moze samosad, okrutne pastwienie sie nad wszystkim co zywe (z czytelnikiem wlacznie). Niemal kazdy jest katem i kazdy jest ofiara. Tego rodzaju literatura wzbudza we mnie sprzeciw i bunt. Zalecam do czytania wylacznie masochistom.

 

A jakby sie ktos pytal to Senegal jest pieknym krajem:

 

Salon odrzuconych-Olsson

In Ksiazki, Szwecja on 14 kwietnia 2012 at 13:42

Linda Olsson / Det goda inom dig / 2011 / audio

 

 

Czuje sie gleboko zawiedziona, ale po rewelacyjnym debiucie(Niech wieje dobry wiatr) kazda nastepna ksiazka Lindy Olsson jest po prostu gorsza. Juz „Sonate dla Miriam” przeczytalam wylacznie z milosci dla macierzystego Krakowa. Wymienilam potem pare maili z autorka, poniewaz znalazlam karygodne bledy rzeczowe. Ale juz Sonata byla za dojmujaco smutna – tracaca iscie szwedzka vemod, które jest chyba najbardziej szwedzkim slowem w calym jezyku (choc niektórzy widza w tym miejscu svårmod). Wedlug internetowego slownika Tyda i jedno, i drugie oznacza: sadness, melancholy. Zeby bylo ciekawiej, jezyk szwedzki zawiera tez slowo melankoli – zeby zagranicznym melancholikom nie bylo (jeszcze bardziej) smutno. Bo do odczuwania vemod albo svårmod trzeba sie Szwedem urodzic!

 

Det goda inom dig to piekny tytul: Twoja dobroc (wolny przeklad) – a dobroci nigdy za wiele. Lecz niestety, audiobok nie nadawal sie ani do pieczenia dobrych mazurków swiatecznych, ani do wyrabiania dobrych bab drozdzowych, ani do przyrzadzania chutneya. O sprzataniu nie ma co w ogóle wspominac. Rzadko mi sie zdarza, ze slucham tekstu, ale NIC, doslownie nic z niego nie rozumiem. Jednym uchem wchodzi, a drugim wychodzi. Nada.

 

 

Sorry Linda, ale tej ksiazki sie po prostu nie da! Moze na obwolucie autorka czy tez wydawnictwo powinni byli zamiescic ostrzezenie: tylko dla odczuwajacych svårmod z vemodem…

Przesady o Szwedach?

In Szwecja on 12 kwietnia 2012 at 13:50

Dzisiaj chcialabym sie zwrócic z prosba o wpisanie w komentarzach polskich przesadów o Szwedach. Postanowilam napisac vademecum czy tez ksiazke o Szwecji i miedzy innymi odniesc sie do wzajemych stereotypów.

Bardzo tez prosze o konkretne odpowiedzi – nie wystarczy: wszyscy Szwedzi sa glup! Jezeli tak ktos uwaza, to prosze o wpisanie dlaczego Szwedzi sa glupi w jego opinii.

Na zachete czy tez jako inspiracje zamieszczam amerykanskie przesady o Szwedach:

  1. Szwedzkie rodziny jedza zawsze sniadanie na golasa
  2. Wszystkie Szwedki sa bardzo wysokie – wyzsze niz przecietny Amerykanin. I niezwykle seksowne
  3. Szwecja – w odróznieniu od Szwajcarii wcale nie byla neutralna w czasie drugiej wojny swiatowej
  4. Szwedzkie domy umeblowane sa wylacznie meblami z IKEI
  5. Jedynymi filmami produkowanymi w Szwecji sa filmy pornograficzne – za wyjatkiem filmów Ingmara Bergmana
  6. Wszyscy Szwedzi sluchaja caly czas muzyki ABBY
  7. Wszyscy Szwedzi, a nawet szwedzcy imigranci w Minnesocie, mówia caly czas „ja”
  8. Szwedzi to maniacy seksualni. Oddaja sie uprawianiu seksu caly czas i ze wszystkimi
  9. Po ulicach Sztokholmu spaceruja biale niedzwiedzie

Z góry wszystkim dziekuje!

Mad women-Yates

In Ksiazki on 9 kwietnia 2012 at 11:23

Richard Yates / Easter parade / 2010

Nie wiem o czym by pisal Yates dzisiaj – faktem pozostaje, iz ”Parada Wielkanocna” mogalby wyjsc w tym roku jako swiezo napisana powiesc (znam pare sfrustowanych osób w wieku srednim, które cierpia, ze nie zostaly pisarzem swiatowej rangi czy wybitnym architektem; wciaz aktualna dyskusja o usuwaniu ciazy). Z drobnymi poprawkami, rzecz jasna. Ta pierwsza na anachroniczna amerykanskosc, ta druga na anglosaksonskosc. Amerykanskosc w obrazowaniu na wzór Johna Cheevera. Anglosaksonskosc (bo podobnie pisza takze Brytyjczycy) w behawioralnym traktowaniu bohaterów, niczym zamknietych w tekturowym pudelku z przezroczystym ekranem zbioru owadów. Kto kogo zje? Kto padnie pierwszy? Kto przezyje najdluzej – i czy wypuscic potem zwyciezce, czy tez go zameczyc na smierc? Kto polaczy sie w pary? Nawet jezeli mozna czasami wyczuc slady sympatii dla wybranych bohaterów, to jest to rodzaj sympatii dla najbardziej polyskliwej muchy, która wlasnie zamknelismy z pudelku, po uprzednim wyrwaniu jej skrzydelek. Yates jest pisarzem o wiele bardziej bezwzglednym niz Cheever.

Na okladce zdjecie autora „pod Hemingwaya” i niektórzy krytycy podkreslaja zbieznosc losów obu pisarzy – dla mnie jednak Hemingway, równie zalkoholizowany jak Yates, ma do ludzi wiecej serca i jego proza zarówno porusza, jak i daje nadzieje. Czytanie Yatesa fragmentami boli, lecz nie wywoluje potoków lez. Swiat zostaje zdeformowany do groteski. Oczywiscie to impresje po Paradzie – mam na skladzie jeszcze jedna ksiazke jego pióra i moze po przeczytaniu osiagne obiektywna jasnosc osadów. Akurat w Paradzie mocno zirytowal mnie brak lojalnosci, milosci czy tez woli dzialania w stosunku do siebie rodziny Grimes. Nota bene nazwisko to kojarzy mi sie ze szwedzkim slowem „grym” czyli okrutny. Czesciowo takze z rodem Grimaldich, slynacej niegdys z bezwzglednosci.

Poznajmy zatem osoby dramatu: oto tata Walter, pracownik korekty w gazecie i niezrealizowany dziennikarz, oto mama, zwana Pookie, agentka nieruchomosci z ambicjami, oto ich dwie córki. Starsza, Sarah oraz mlodsza, Emily. Wszyscy zalkoholizowani. Podobnie zreszta jak tesciowie Sary, potomkowie starej rodziny Wilsonów, z portretami przodków na scianach i odrebna dzialka na cmentarzu. Dla równowagi Wilsonowie powinni sie chylic ku upadkowi, a Grimesowie isc do góry. Albo Wilsonowie mogliby sie plawic w bogactwie, zas Grimesowie walczyc nadaremno o poprawe losu. Tymczasem pisarz traktuje obie rodziny w równym okrucienstwem: mozesz byc zdolny i pracowity, mozesz miec ambicje i podejmowac próby, a i tak skazany jestes na porazke. Wilsonowie sie degeneruja w sposób niemalowniczy i biedny, a Grimesom odpadaja opalone sloncem skrzydla, niedobrze przymocowane niczym u Ikara.

Zakochana Sarah, housewife, zona i matka rodziny, w wieku lat czterdziestu jest juz kobieta skonczona: z plamami na zóltych zebach,  otyla, uzalezniona od alkoholu, zle ubrana, bita przez z-gentrifikowanego Wilsona. Wilson bije, bo tez nie lubi swojego zycia: po prywatnej szkole w UK przyszlo mu utrzymywac rodzine jako blue collar w fabryce samolotów.. Rodzice po rozwodzie staczaja sie, kazde na swój sposób: Walter zapija sie na smierc, a nieszczesna Pookie konczy w domu wariatów (jeden przyczynek do tytulu „Mad women”). Do tego samego szpitala trafia tez i Sarah, skierowana w celu leczenia alkoholizmu. Emily uzyskuje stypendium i dyplom uniwersytecki. Pracuje potem w biurze reklamy (stad drugie nawiazanie do serialu „Mad men”). Emily jest singlem i po mojemu radzi sobie dobrze. Tymczasem Yates sadystycznie kaze jej cierpiec – nie tlumaczac do konca, dlaczego?

Jak juz pisalam wczesniej mam pretensje, ze obie córki nie zainteresowaly sie bardziej matka, a Emily nie pomogla Sarze odejsc od dreczycielskiego Wilsona. Przerazajaca jest scena, kiedy Sarah przywozi Emily do pokoju nad garazem, w którym zamieszkala Pookie na starosc – która po wylewie krwi do mózgu lezy pare dni na podlodze we wlasnych ekstrementach. Tymczasem Sarah mów do siostry: wiem, ze chcialabys cos przegryzc, ale ogarnijmy sytuacje przed przyjazdem pogotowia. Przy czym nie znajdujac czystego przescieradla ani koszuli nocnej nie przynosi wlasnej w domu obok! W koncu kazdy czlowiek ma prawo do godnosci w chorobie, a kto o te godnosc ma sie upomniec jak nie najblizsi? Nie sadze, zeby Hemingway pozwolil swoim bohaterom na taki brak wrazliwosci. Gdzie empatia u Yatesa?

W „Paradzie Wielkanocnej” samej Wielkanocy jak na lekarstwo. Tytul wzial sie stad, ze Sarah z Wilsonem, jeszcze jako mlodzi, piekni i niepobrani, zostaja uwiecznieni w gazecie wlasnie podczas swiatecznej parady. To zdjecie wisialo potem na honorowym miejscu i symbolizowalo apogeum szczescia rodzinnego. Powiesc równie dobrze moglaby nosic tytul „Porzuccie wszelka nadzieje”. A postac jednego z mezczyzn Emily, poety Jacka Flandersa, nosi niewatpliwie rysy autobigraficzne. Choc teza o mistrzostwie w ars amandi to moze byc tylko forma autoreklamy – i po smierci Yatesa pozostaje trudna do zweryfikowania.

Antycelebryta-Bernhard

In Ksiazki on 5 kwietnia 2012 at 10:58

Thomas Bernhard / Mina priser / 2011

Tlum. Jan Erik Bornlid

 

 

Pozegnanie z Europa

 

Szanowni sluchacze,

Nie nawiaze do bajki o muzykantach z Bremy; moim zamiarem nie jest opowiadanie czegokolwiek; nic nie zaspiewam; nie wyglosze tez kazania; bo taka jest prawda: czas bajek przeminal, bajek o miastach, panstwach i innych naukowych bajek; nawet filozoficznych przypowiastek; nie istnieje juz swiat ducha, wszechswiat nie jest juz bajka; Europa, ta najpiekniejsza z nich, umarla; taka jest prawda i rzeczywistosc. Rzeczywistosc, podobnie jak prawda, nie jest bajka, a prawda nigdy bajka nie byla.

Piecdziesiat lat temu Europa nadal byla jedna wieka bajka, caly swiat byl bajkowy. Dzisiaj wielu zyje w swiecie bajek, lecz zyja oni w martwym swiecie i to dotyczy takze umarlych. Ten, kto nie umarl zyje i to nie w zadnej bajce; sam nie bedac bajka.

 

 

Thomas Bernhard  musial byc koszmarem organizatorów rozdania nagród literackich. W odróznieniu od osób lasych na swiatla jupiterów i slawe interesowaly go tylko pieniadze – a na dodatek narzekal jeszcze na niskosc przyznanego honorarium. Za po opowiadal potem barwnie i dowcipnie swoim przyjaciolom – w tym wypadku takze czytelnikom – o swoich perypetiach i kulisach przyznawania wyróznien. „Moje nagrody” (co brzmi troche jak „Moje uniwersytety”) to zbiór esejów, w których Bernhard snuje wspomnienia i skojarzenia zwiazane z otrzymywaniem mniej lub bardziej egzotycznych nagród. Chyba najbardziej podoba mi sie ten pierwszy, w którym pisarz w ostatniej chwili kupuje nowe ubranie. Podekscytowany zakupem nie zauwaza, ze garnitur jest o numer za maly! Potem pojawia sie na sali i zamiast wyjsc na srodek przemyka sie chylkiem do odleglego rzedu. Ze zlosliwa satysfakcja notuje goraczkowe poszukiwania organizatorów. Wylowiony w tlumie równie zlosliwie odnotowuje zasniecie pani minister oraz wszystkie podkniecia prelegentów. Przekorny niczym trzylatek trzyma krytyków, wydawców i darczynców na dystans. Moze to i dziecinne, ale odswiezajace w porównaniu ze wspominana kiedy grandiozja wspólczena.

 

Jeszcze jedna – skrajnie indywidualistyczna – kreacja TB bardzo mi sie podoba. Majac dosc skomplikowana historie rodzinna wybiera zycie z „ciotka” – kobieta starsza, bagatela, o lat trzydziesci siedem. Przezywa ja zaledwie o piec lat i zostaje pochowany we wspólnym grobie  – razem z o wiele wczesniej zmarlym mezem. Ich relacje przypominaja troche „Podróze z moja ciotka” nieodzalowanego Grahama G. I w jednym przypadku, i w drugim to ciotka obrazuje wielki swiat i smialosc poczynan. Warto poczynic refleksje, ze ludzie odnajduja sie najrozmaitszych konstelacjach i na pozór niedobranymi partnerami – a charakter owych znajomosci moze byc rózny. Napawa nadzieja, ze gdzies nie siega mieszczanskosc – nawet w wielce mieszczanskiej Austrii – i nie ma zakazu spedzania zycia inaczej niz w systemie malzenskim i par na proszonych obiadach.

 

Balam sie Bernharda, ze mnie znowu bedzie meczyl, ale tym razem wykazal sie wyjatkowa lekkoscia pióra, dystansem do siebie i rewelacyjnym poczuciem humoru. Co pozostaje w kontrascie z trescia wystapien z okazji odbioru nagród, zamieszczonych na koncu ksiazki. Wizja Thomasa B jest katastroficzna: jako cywilizacja chylimy sie ku upadkowi. Byly to raczej depresyjne lata szescdziesiate i siedemdziesiate, ale i obecny manierystyczny okres z przerostem formy nad trescia nie zawsze napawa optymizmem. Ano, pozyjemy, zobaczymy.

 

 

Wesolych Swiat!

Feminista-Yates

In Feminizm, Ksiazki on 2 kwietnia 2012 at 12:59

Richard Yates / Cold Spring Harbor / 2011

 

 

”Revolutionary Road” bylo kiedys moim prywatnym hitem roku. Wtedy wyczytalam, ze Richard Yates pozostal autorem jednej ksiazki, poniewaz zadna pózniejsza nie wzniosla sie na wyzyny tego literackiego debiutu. Nigdy wiec nie zainteresowalam zadna nastepna – az do zeszlego tygodnia, kiedy znajoma bibliotekarka wcisnela mi do reki „Cold Spring Harbor”. Okladka srednio mnie zachecila, ale od pierwszego wejrzenia pokochalam art-decowa wklejke – i instynkt plastyczny mnie nie zawiódl.

 

 

Historycznie rzecz biorac okres amerykanskich house-wives to niedlugi czas. Odcisnal sie jednak wyraznie w naszej wyobrazni, wymazujac wczesniejsze spojrzenie na kobiete. Pokutuje do dzis – moze ze wzgledu na nieodwzajemniona milosc Starego Kontynentu do „Ameryki”? Ten sentyment zbiera zniwa do dzis, w postaci serialu „Mad men”, którego nastepny odcinek bede ogladac wieczorem. Richars Yates to z jednej strony facet nad facetami, zolnierz II wojny swiatowej i milosnik samochodów. Z drugiej strony wrazliwiec, naznaczony czestymi przeprowadzkami w dziecinstwie. Mógl dolaczyc do tworzenia mitu Stanów jako kraju wielkich mozliwosci, a skoncentrowal sie na odslanianiu slabosci i niedociagniec. Pisarz, którego powiesci mialy wplyw na twórczosc Joan Didion, Tennessee Wiliamsa, Kurta Vonneguta, Raymonda Carvera i Joyce Carol Oates.

 

 

Dla mnie decydujacy wplyw miala czysta przyjemnosc czytania – znowu okazalo sie, ze Yates zapewnia mi intensywnosc doznan. Jeden z pisarzy, którzy moga wcisnac mi najmniej prawdopodobna czy najglupsza historie – a i tak ich bede czytac, bo sie rozplywam z zachwytu. Najchetniej wcale bym po zakonczeniu lektury wcale o ksiazce nie pisala, bo odczuwam wlasne komentarze jako zdrade i zlamanie tajemnicy alkowy. Gwoli sprawiedliwosci: Yates nie pisze glupot. Pisze jednak tak, ze wcina sie w czytelnika niczym nóz w maslo.

 

 

Moze dlatego tak mi sie ta proza podoba, ze przypomina zaslyszane w dziecinstwie opowiesci moich ciotek? O dalekich krewnych, niespecjalnie dla mnie zakotwiczonych w miejscu czy czasie. Historie ludzkich losów, zwiazanych z wojna, emigracja, choroba czy malzenstwem. Wszyscy ci krewni byli równie szanowani ze wzgledu na przynaleznosc do rodziny, ale czasami mialam ochote sie zapytac: czy to juz wszystko? Bo rozczarowywal mnie los przedwojennego oficera, zolnierza armii Andersa, który po wojnie klepal nieokreslona biede w Londynie. I tacy sa bohaterowie Yatesa: maja marzenia i zdolnosci, ale zawsze cos im stanie na drodze. Kazdego dnia staczaja walke o zachowanie godnosci.

 

 

Gloria Drake przypomina wrecz moja ciotke: mimo otaczajacej nedzy codziennosci i garderoby ograniczajacej sie do jednej bluzki i jednej spódnicy zapraszala mnie na obiad do Hotelu Francuskiego, zyjac okruszynami wspomnien o przedwojennej swietnosci. Yates zajmuje sie na równi kobietami i mezczyznami, zdaje sie jednak dochodzic do wniosku, ze faceci lepiej sobie radza. Zdeziluzjonowani, niebogaci, niscy czy pólslepi znajduja nieciekawa prace i przecietnych kolegów, z którymi pija drinki w tanich barach. Ale ich brak satysfakcji z niezrealizowanych celów jest i tak o niebo lepszy niz los ich zon i córek. Zona oficera, Grace, rozpija sie i traci radosc zycia (wraz z figura) przy kolejnych przeprowadzkach z jednego malego garnizonu do drugiego. Wspomniana juz Grace rozczarowuje sie bolesnie brakiem ambicji niskopiennego meza. Kurdupel msci sie sromotnie nazywajac Grace wariatka. Grace to kobieta na skraju zalamania nerwowego – i nie ona jedna. Jej lagodna i ladna córka, Rachel, zaczyna równiez chylic sie ku upadkowi. Samotna czuje sie bogata pani Talmage, nie wspominajac juz o jej córce, lagodzacej swój stan dochodzacymi a nudnymi kochankami. Dziewczyny koncza szkole i staja sie sekretarkami. Chlopcy maja sznase na wyslanie do szkoly z internatem. Z tego wzorca wylamuje sie jedynie Mary, która mimo nieudanego i wczesnego malzenstwa mobilizuje sie do studiów, co pozwala jej na podejmowanie wlasnych decyzji. Reszta towarzystwa zdaje sie nieznosnie splatana ze soba i kazdy blad jednostki unicestwia jej bliskich. Broniac sie przed upadkiem czepiaja sie rozpaczlwie siebie nawzajem – i nadziei o lepszym jutrze.

 

O kim pisze Yates? Pisze o nas. Zaskakujaco wspólczesnie – i zaskakujaco feministycznie.

 

 

Na Wielkanoc planuje Yatesa o stosownym tytule: „Easter Parade”.