szwedzkiereminiscencje

Archive for Sierpień 2011|Monthly archive page

Zdzira i szmira-Sciottoline,Chua

In Ksiazki on 30 sierpnia 2011 at 17:40

Lisa Scottoline / Dirty Blonde / 2006 – audio

Amy Chua / Bojowa piesn tygrysicy / 2011

 

 

Czas leci – z lata w piatek, po gwaltownej (ba, wrecz brutalnej) burzy, nad ranem w sobote zrobila sie jesien. Zimno, wilgotno i niskie cisnienie – az strach wychodzic z domu i tylko mozna zasnac nad ksiazka. Pozostaje wiec pisanie. A nazbieraly mi sie dwie ksiazki do zreferowania, z czego jedna to audiobook i kryminal. Druga to bestseller drukowany. Obie autorki to Amerykanki, zupelnie ze soba nie zwiazane. Nie ich wina, ze urzadzilam sobie amerykanski i kobiecy tydzien czytelniczy.

 

Wyobrazam sobie zycie bez kryminalów, ale przy sniadaniu, gotowaniu czy na spacerze bywaja niezastapione. Blond zdzira (tlumaczenie moje – pozycja nie przetlumaczona nawet na francuski czy wloski i nie bylo z czego sciagnac) przetestowalam przy prasowaniu. Pierwszy krazek zapowiadal najbardziej banalna z fabul, lecz pod sam koniec powiesc wystartowala, porywajac mnie ze soba.

Glówna bohaterka to sedzia Kate: mloda blondynka pochodzenia robotniczego. Singelka i przyjaciólka prawniczki z autystycznym dzieckiem. Wydawaloby sie istna podpora spoleczenstwa i kobieta doskonala – tak tez ja widzi Graham, od którego, na zachete, dostaje bransoletke od Tiffaniego. Niestety dla mieszczanskiego Grahamka Kate spedza niektóre wieczory w sposób, powiedzmy to jasno, niekonwencjonalny. I w tym momencie powiesc nabiera rumienców, nudna akcja przyspiesza, a ja, wciagnieta, slucham dalej. Kate z najlepszej uczennicy w klasie sedziowskiej zamienia sie w czarna owce, ledwo uchodzi z zyciem, co jednak owocuje poznaniem mezczyzny sprawdzonengo w akcji. Kate niemal sie poddaje presji otoczenia i daje zapedzic w kozi róg, ale w koncu podejmuje walke – zebyw finale zetknac sie oko w  oko z zabójca. Sama zupelnie nie poodejrzewalam KTO zabil – czyli zaskoczenie i duzy plus dla autorki. Chwilami sentymentalne dluzyzny, które jednak mozna zdzierzyc.Ciekawe realia sadowo-prawne. Dobre uchwycenie wspólczesnosci z reality shows. Wydzwiek feministyczny, co dla mnie jest pozytywem. Zupelnie niezle jak na kryminal; i owszem, owszem.

 

Druga ksiazka to w sumie szmira, czyli wartosc poznawcza zdecydowanie dominuje nad nieistniejacymi walorami literackimi. Czytalam powodowana zadza odwetu i mialam nadzieje doczytac sie na koncu, iz Amy Chua zostala przez los, zycie czy tez swoje dzieci pokarana. Moje nadzieje zostaly czesciowo spelnione.

Czy mozna pracowac jako profesor na renomowanym uniwersytecie i jednoczesnie byc bezdennie glupia? Ksiazka AC daje odpowiedz: i owszem, tak – vide autorka. Wiele osób zirytowalaby juz jako osoba czy matka, ale mnie rozjuszyla zupelnie motywujac swoje zachowanie dosc dowolnie interpretowana „etnicznoscia”. Jak sama wyznala, AC uczy sie wszystkiego na pamiec (co wystawia nienajlepsze swiadectwo amerykankim uniwersytetom) i nie zna takiego pojecia jak szczescie. Jej caly zycie zdaje sie oszalalym biegiem w tunelu, w który ja wpuscilo – w jej mniemaniu- chinskie pochodzenie. Tymczasem Amy urodzila sie i wychowala w USA czyli byla najwyzej imigratka w drugim pokoleniu czy tez czystej krwi Amerykanka. Sedno sprawy jednak w tym, iz Amy sie z Amerykanami nie identyfikuje – identyfikuje sie za to z blizej nie sprecyzowanymi „Chinczykami”. Którzy nie sa Chinczykami z Chin – tych bowiem odczuwa jako obcych i jako obca bywa przez nich traktowana. Stany wyhodowały zmutowana odmiane Chinczyka, a wlasciwie Chinki.

Cale zycie Amy przebiega pod wezwaniem, zeby pokazac Amerykanom, których cywilizacje i kulture nazywa zachodnia, ze sa gorsi od Chinczyków. Mieszkajac w Stanach, które przeciez sa konglomeratem rozmaitych kultur, wrzuca te kultury do jednego wora i potepia je w czambul. Az samo nasuwa sie pytanie: no to po co ona tam mieszka? Na ile moze byc poczytana za inteligentna podjeta przez nia próba pokazania Amerykanom, ze ona jest od nich „lepsza”? Zdecydowanie musza przesladowac ja kompleksy i przekonanie o wyzszosci kultury Zachodu, skoro decyduje sie pchnac swoje dzieci na sciezke kariery muzycznej. Jej snobistyczna natura nie rozwazala nawet nauki gry na jakimkolwiek tradycyjnym chinskim instrumencie – postawila na fortepian i skrzypce oraz repertuar klasyczny. Nauka gry nie wlasna, nie dla siebie czy wlasnej przyjemnosci – lecz dla swoich córek. Z obowiazkowymi cwiczeniami po pare godzin dziennie. Z wymogiem samych piatek (szóstek) w szkole! Najwyrazniej nie czytala „Pianistki” ani nie ogladala „Czarnego labedzia” – nie rózni sie bowiem od zadnej z pokazanych tam matek. Wyzywajac swoje córki, terroryzujac je, nie pozwalajac na przyjemnosci dostepne ich rówiesnikom i umozliwiajace integracje w grupie AC testuje wytrzymalosc psychiczna i fizyczna progenitury. Z jednej strony mówi z szacunkiem o rosyjskiej szkole nauczania fortepianu, a z drugiej rezygnuje z tak szkolonej nauczycielki po jednym razie. Niby sadzi, ze Bartoka najlepiej graja Wegrzy, ale uwagi wegierskiej pedagog uwaza za bezczelne i niepotrzebne. Wlasni chinscy rodzice zwracaja uwage, ze przeholowala, a ona dalej brnie w niezrozumiala „chinskosc”. Az w koncu jedna z córek urwala sie ze sznurka i  zaczela grac w tenisa, nie dajac sie maniakalnej Amy wsadzic do nastepnej stani wyscigowej.

Ksiazka ta ma jednak pewne walory. Po pierwsze ukazuje trudnosci z jakimi boryka sie pokolenie imigrantów drugiej generacji. Pani Chua maltretuje wlasne dzieci, podczas gdy islamscy chlopcy w Londynie lgna do mully Omara – wszystko to w poszukiwaniu tozsamosci. Na pewno problem wazny w czasach ogólnoswiatowej migracji i globalizacji. Drugi walor to obnazenie slabosci wychowania typu laisser faire, które nie zawsze pozwala wychwycic czy rozwinac talent dziecka na czas. Jakby jednak, zamiast katowac wlasna rodzine, zapisala sie na kurs psychologii rozwojowej, to dowiedzialaby sie, ze model autorytarny oraz laisser faire, konsekwentnie stosowane przez rodziców, prowadza dokladnie do tych samych rezultatów! Zas model laisser faire powstal wlasnie w opozycji do autorytaryzmu – budowaly go osoby, które wychowywane byly hierarchicznie (chinskie uczenie sie na pamiec nie odbiega tak bardzo od zajec w jesziwie czy szkole koranicznej). Problem jednak w tym, ze model Amy nie pasuje do zadnych z tych pojec – to model osoby o zaburzonym poczuciu wlasnej wartosci i sklonnosciach sadystycznych. Okrucienstwo nie moze prowadzic do niczego dobrego – najchetniej zapoznalabym ja z pogladami Janusza Korczaka. Albo wyslala do obozu pracy w Chinach, skoro tak podziwia chinskie metody wychowawcze. Najgorzej, ze cale to zamieszanie chyba dlatego, zeby sie wylansowac i „zablysnac” w mediach. W najwyzszym stopniu niesmaczne. Chua korzysta z rozwinietej demokracji, która pozwala jej na wlasne metody wychowawcze – natomiast innym narzucilaby chetnie swój model czyli te demokracje zlikwidowala. Paskudna baba, slaba ksiazka.

Reklamy

Kobieta wspólczesna-Colette

In Feminizm, Ksiazki on 27 sierpnia 2011 at 01:33

Colette / Varieté / 1956

Czytaj resztę wpisu »

Biografia doskonala-Franaszek

In Ksiazki, Polskie refleksje on 25 sierpnia 2011 at 00:45

Andrzej Franaszek / Milosz. Biografia / 2011

Sa ksiazki, po których nie ma sie ochoty na nic innego – niczym po wyszukanym obiedzie wielodaniowym, gdzie towarzystwo bylo swietne, porcje niewielkie, w polaczeniu z wybornymi alkoholami, a dekoracja stolu i wystrój wnetrza wytworne. Taka biografie napisal Andrzej Franaszek, zas takie porównanie mogloby sie spodobac smakoszowi zycia, Miloszowi. Najchetniej wiec bym nic nie napisala tylko tkwila w stanie nasycenia i euforii – no ale byloby to nie fair w stosunku do dziesieciolecia wysilku autora. Dziesieciolecia, które musialo sprawiac mu frajde, gdyz biografia absolutnie nie sprawia wrazenia wmeczonej czy nierównej. Napisana taka polszczyzna, na której dziennikarze (nie mówiac juz o politykach i innych, cytowanych w mediach) powinni sie uczyc bogactwa jezyka. Proza bezpretensjonalna, pasjonujaca, wywazona. Tyle komplementów pod adresem autora – bo mam i inne tematy do wypowiedzenia sie o. Choc moze jeszcze jedna uwaga – nie calkiem zgadzam sie z zaszeregowaniem ksiazki jako biografii „po Domoslawskim”. Domoslawski byl zaangazowanym uczniem, a tutaj nie istnial stosunek uczen-mistrz. Kultura stylu i podejscia do osoby opisywanej nie musi byc powodowana stosunkiem podleglosci czy wdziecznosci.

Uwaga praktyczna: wolalabym wydanie dwutomowe. Noszenie na plaze tysiacstronicowego tomiszcza wymagalo samozaparcia i obciagnelo mi prawice. Zdjecie na okladce znakomite; na grzbiecie jeszcze lepsze. To okladkowe przypomnialo mi mojego Dziadza: te same krzaczaste brwi, fryzura zaczesana do góry, jakas turowatosc w ramionach i nieodlaczna tweedowa marynarka:


Poszukiwalam nadal odpowiedzi na pytanie: czy umówilabym sie z poeta na wino? W trakcie czytania zdalam sobie sprawe z bliskich zwiazków CM z Iwaszkiewiczem, wiec zrodzilo sie we mnie pytanie o wplyw i slady Milosza na moja ulubiona lekture, „Slawe i chwale”. Jako trzecie wazne dla mnie zagadnienie wyplynela emigracja i problem tozsamosci. Zaczne od kobiet.

Franaszek staral sie byc obiektywny acz dyskretny. Ogólnie wiadomo, ze Milosz lubil przyjemnosci swiata tego, w tym kobiety. Dobrze go jednak wyczulam, ze zaczal od mizoginii, oprócz szacunku dla matron. Good news jest jednak, iz w koncu dojrzal. Zajelo mu to tak kolo siedemdziesieciu lat, ale jednak. Mysle wiec, ze z takim osiemdziesieciolatkiem mialabym wiec moznosc i prowadzenia fascynujacej rozmowy, i poczucia sie jak ksiezniczka. CM mial jedna (co najmniej) pozytywna ceche: uczyl sie caly czas; swoje zycie i poglady nieustannie weryfikowal i sam byl swoim najostrzejszym krytykiem – co mu dawalo (wykorzystana) szanse rozwoju:

Zmiana, jaka sie we mnie dokonala, niewiele na wspólnego z Noblem czy z podróza do Polski (…). Jak stary Faust (choc paktu nie podpisalem) zbrzydzilem sobie cala madrosc ksiazkowa i cenie zwiazki ludzkie, milosci i przyjazni. I o ile byly we mnie sklonnosci mizoginiczne, nawrócilem sie prawie na feminizm, przepadajac za towarzystwem kobiet, za ta aura szczególna rozmów z nimi przy winie. Mysle, ze choc pózno, uczlowieczylam sie jakos.

…co przejaw charakterystycznej dla starego Milosza czulosci otwierajacej droge zmarlych, w czym znamienna jest zreszta wybierana przez niego forma rozmowy ze swym bohaterem. A raczej bohaterka, poetka, bo w tych latach zapomina o dawnych uprzedzeniach, które kazaly mu podejrzliwie traktowac parajace sie piórem kobiety.

Brawo!

Jak sie wczytywalam w biografie i odkrywalam nie tyle znajomosc czy przyjazn, lecz wrecz zazylosc z Iwaszkiewiczem to zaczelam sie zastanac, á rebours: gdzie sa slady Milosza w Slawie i chwale? Bo od lat moja ulubiona lamiglówka bywa rozszyfrowywanie postaci powiesci JI. W tym roku na nikogo nowego nie wpadlam, a tu taki dar niebios! A w koncu nawet niesmak i rozczarowanie: czyzby Iwaszkiewicz az tyle wzial od Milosza (i nie tylko)?

O ulubionym rysowniku Bronka Zlotego, Constainie Guysie – Milosz zostaje „skierowany” do Wloch przez Iwaszkiewicza – caly czas zreszta raportujac mu na biezaco przebieg podrózy. Spotyka tam Józefa Rajnfelda:

Moze to dzieki niej (rozmowie) poeta poznal twórczosc Constantina Guysa, którego Rajnfeld uwazal za ideal rysownika i „najwiekszego z wielkich”.

Niedlugo potem, juz w Paryzu, CM „tlumaczy wspomniany juz szkic Baudelaire’a o Constantinie Guysie.” Wiec czyim w koncu ulubionym rysownikiem byl Guys: Milosza? Iwaszkiewicza? Bronka? Moze byl dla nich wszystkich wspólny, podobnie jak filozofia Maritainów – bo to przez spotkaniem z Jacques’em i Raissa Ariadna idzie do klasztoru.

Nastepny passus: w Piesni Levallois Milosza „Nie ma litosci dla Levallois”. W S&C „nie ma muzyki dla Lowicza” – Iwaszkiewicz ukradl zywcem sformulowanie mlodszego przyjaciela? Oj, brzydko Panie Jaroslawie!

Jedna z najciekawszych postaci, Hania Wolska, zdaje sie miec nie tylko konkretny pierwowzór, lecz nawet jej imie i nazwisko sa zapozyczone z zycia. no i ta uwaga Telakowskiej o uwodzeniu – zywcem Hania i Janusz w Paryzu!

W posiadlosci Lotusland pod Santa Barbara spotykaja sie z Wanda Galska, bohaterka prozy Iwaszkiewicza, której niezwykla biografia: od córki ubogiej warszawskiej rodziny z carskiej jeszcze Warszawy po multimilionerke w kalifornii i wlascicielke Le Théatre des Champs-Élysées w Paryzu, starczylaby na niejedna ksiazke. Przypis: Czy tez Ganna Walska (!). „Bardzo sie boje, czy Walska – zachwycona Miloszem – nie uwiedzie go na 7-ego meza.

Juz nie wspominajac o wypowiedzi CM: „Pruszynski w swojej ksiazce o Hiszpanii opowiada o mlodym poecie baskijskim, który na froncie tlumaczy „Antygone” Sofoklesa.” No a kto wystepuje w S&C? Mlody poeta baskijski tlumaczacy „Antygone”! Iwaszkiewicz „pozyczyl” od nie tyle Milosza, co Pruszynskiego? A pytal wczesniej czy aby moze?? Aj, aj!

Tym razem nie „pozyczka”, ale wspólny znajomy, Günther Eten, pózniejszy nazista i autor utworu Horst – to musial byc pierwowzór Horsta wystepujacego w S&C. Chyba bardziej znajomy Iwaszkiewicza, którego Milosz spotkal w Paryzu. W kazdym razie jeszcze jedno wspólne wspomnienie wtopione w epopeje Iwaszkiewicza.

Mysle tez, ze mimo cenzury na CM Iwaszkiewicz z niego absolutnie nie zrezygnowal w S&C. Sadze, ze Janusz Myszynski dostal bardzo duzo cech Milosza: silowanie sie z zyciem, wieczne rozterki, poczucie zmarnowania zycia, filozofowanie, pragnienie bycia czlowiekiem. Wizyty w Paryzu, spotkania z wybitnymi artystami epoki. Odwiedzanie dzielnic polskich robotników – choc nie byl to opisywany przez JI „Sepol”. Wrazliwosc spoleczna. Pisanie wierszy. Nawet malzenstwo z Zosia w jakis sposób przypomina malzenstwo Miloszòw. Iwaszkiewicz, cudzymi ustami mówi, ze Janusz te swoja Zosie zupelnie zameczyl. A sam Janusz pyta profesorowej Wagnerowej „Prosze pani, czy ja kochalem Zosie?”. Czy uwagi, ze niepotrzebnie sie z ta Zosia zenil. Zosia na pewno nosi cechy Anny Iwaszkiewiczowej, choc jej wrazliwosc moze byc takze wrazliwoscia Janiny Miloszowej.

W kazdym wypadku bylam zaskoczona intensywnoscia przyjazni miedzy tymi gigantami literatury XX wieku – zupelnie sobie nie zdawalam sprawy, ze w ogóle sie znali. Dla mnie to odkrycie sezonu i bonus pzreczytania biografii, poniewaz S&C to ksiazka mojego zycia – nawet mimo mniej lub bardziej subtelnych „pozyczek”.

Zostal mi jeszcze jeden wazny temat, emigracja. Kto nie przezyl, ten nie wie. Milosz przezywal dylematy, na które napotykaja i dzisiejsi „europejczycy”. Pisze w cudzyslowie, gdyz jest ta koncepcja o tyle górna co malo na Zachodzie akceptowana. Gdziekolwiek sie nie znajdziesz musisz sie uczyc nowej kultury, napotykac na mur niecheci badz w najlepszym razie obojetnosci, zaczynac od zera, czuc tesknote za starymi przyjaciólmi i jedzeniem. Tyle rozterek poety mogloby byc moimi wlasnymi! Potrzeba przyjmowania maski – zarówno tu jak i tam. Zawsze sie zloszcze, ze w Szwecji robie za malpe z Polski, a w Polsce za malpe ze Szwecji – a to wszytsko NIE ja; mnie jakby nikt nie widzial czy nie chcial widziec. Milosz mial na pewno duzo gorzej i tak o tym pisal:

Tak i ja nauczylem sie przemawiac, recytowac i klaniac sie, zachowujac duza doze oderwania od tego wszystkiego, jakbym wysylal na prace swój manekin.

Albo:

Obecnosc Milosza pisarza mnie drazni. Nie pamietam nawet, jak jego ksiazki zostaly napisane. Jego zycie – tak jak moga sobie wyobrazic jego czytelnicy – ma niewiele wspólnego z moim zyciem….Kiedy dostal Nagrode Nobla, ciagal mnie wszedzie na ceremonie i bankiety, a ja siedzialem tam jak manekin z tabliczka jego nazwiska, niezrexczny i zazenowany.

No wlasnie: ja malpa, on manekin – ladna by z nas byla para.

Rozumiem tez doskonale „zimna ironie, niemal furie, z jaka (te) publicznosc potraktowal” – jak opisuje Irena Grudzinska-Gross. Ludzie przyszli na spotkanie z noblista pogrzac sie w jego blasku, a on im wypomnial okrucienstwo opinii i lodowane przyjecie lata temu. Ludzie lubia sukces i wola zakolegowac sie juz z gotowym czlowiekiem sukcesu. Wola nie dostrzegac, iz sukces bywa pochodna pracy, a zanim sie go osiagnie niezastapiona bywa zyczliwosc bliznich. Niewiele jest osób potrafiacych dostrzec potencjal „nosników sukcesu” – Milosz i tak mial wiele szczescia, ze wynajdowal opiekunczych aniolów strózy. Gwoli sprawiedliwosci trzeba dodac, ze sam do ludzi wychodzil, lubil podrózowac, znal jezyki, dal sie lubic, byl goscinny, kolezenski i sklonny do pomocy.

Dla mnie CM byl chodzaca kontynuacja Rzeczpospolitej Obojga Narodów czyli przedluzeniem Jasienicy. Osobowoscia, która znala wielu wybitnych ludzi, z paryska Kultura wlacznie. Intelektualista otwartym na swiat, który grubo po osiemdzieisiatce interesowal sie Harry Potterem czy filmem „Przelamujac fale”. Lubil Boya, Audena i Blaise Cendrarsa. I nawet pod koniec zycia nauczyl sie lubic kobiety – bo kochac to zdarzalo mu sie i wczesniej. Zupelnie nie wiem CO ludzie chca od niego – i po prawdzie wcale nie chce wiedziec. Wpisuje na liste osób, które koniecznie bede musiala spotkac po smierci – a wszystko dzieki nieocenionemu Andrzejowi Franaszkowi.


Nikt nie jest prorokiem-Milosz

In Ksiazki, Polskie refleksje on 19 sierpnia 2011 at 14:00

Czeslaw Milosz / Czlowiek wsród skorpionów. Studium o Stanislawie Brzozowskim / 2000

 

 

Jeszcze raz podziekowania dla lirael, która wepchnela mnie w szeregi „miloszczyków” (bedacych w rzekomym konflikcie z „galczynszczykami”), a zatem w objecia Milosza. Biografie pióra Franaszka bibliteka w Halmstad juz dla mnie zakupila – na razie dzielo samego mistrza. O Brzozowskim, a posrednio takze o sobie.„Czlowiek wsród skorpionów” nie jest lekura latwa. Odnosze wrazenie, ze autor w glebi serca chcial napisac ksiazke o swoich przezyciach, tylko mu nie wypadalo. Tak, ze ksiazka rozpada sie na dwie podksiazki: te o Brzozowskim i te o pisarzach oskarzonych o zdrade.

 

 

Nazwisko Brzozowskiego znam ze „Wspomnien gorszycielki”. Milosz Krzywicka (i jej matke, która byla swiadkim obrony w procesie Brzozowskiego!) w ogóle pomija – w odróznieniu od Kolakowskiego. Objaw mizoginizmu poety? Bo nadal jeszcze nie rozgryzlam jego stosunku do kobiet, ale lekko podejrzewam szacunek  dla matron przy „uzytkowym” podejsciu do kobiet pieknych oraz opiekunczych. Nie lubie literatury jako sztuki uprawianej wylacznie przez mezczyzn i komentowanej przez mezczyzn. A tymczasem przyklady pisarzy niemoralnych, wyszczególnionych w rozdziale „Sprawa Brzozowskiego” to sami faceci: Defoe, Rimbaud, Villon, Dostojewski, Hamsun, Pound i Genet. Czy to dlatego, ze kobietom ciezko sie bylo przebic do litaratury czy tez, ze mogly popelniac najwyzej marne grzeszki? Uwazalabym tez za bardziej przyzwoita ksiazke napisana o sobie niz te, która formalnie ma traktowac o kims innym. Przy czym absolutnie nie zarzucam Miloszowi braku zainteresowania Brzozowskim i jego ideami. Przedstawia kolejno zycie SB, poglady polityczne i spoleczne, filozofie, zostawiajac na koniec tzw. „sprawe”. „Sprawa” polegala na rzucenia zarzutu o wspólprace z carska Ochrana. Wlasciwie sam zarzut wystarczyl, zeby zadzialac – metoda znana i z czasów wspólczesnych.

 

Oprócz siebie i Brzozowskiego jako inny przyklad osoby oskarzonej bezpodstawnie, której oskarzenia zrujnowaly zycie wymienia Józefa Mackiewicza. Rzeczywiscie, jak sie czyta o biedzie z nedza, w której zyli ludzie nie tylko dobrze wyksztalceni, lecz i intelektualnie wybitni to sie robi smutna na sercu. Milosz wyszedl z kryzysu reka w miare obronna – natomiast Brzozowski z zona zywili sie czesto samym chlebem zapijanym herbata. Znalezione w Internecie zdjecia Mackiewicza pokazuja pana w garniturze i krawacie. I Brzozowski, i Mackiewicz duzo pracowali i pisali. Ubóstwo nie dotknelo ich za sprawa lenistwa czy braku kwalifikacji – zostali na nie skazani przez bezmyslnosc rodaków, którzy wlasne dobre samopoczucie poprawiali sobie obrzucaniem blotem ludzi nieprzecietnych. Innymi slowy: w imie zle pojetej przyzwoitosci ludzie dokonali czynu nieprzyzwoitego, gdyz odebrali pisarzom mozliwosc utrzymania sie. Skrzywdzono osoby niewinne. Jak to pisze Kolakowski (we wspomnieniu o Janie Strzeleckim):

 

Jednak ludzi, przynajmniej spolecznie aktywnych, którzy by nigdy nie sciagali na siebie nienawisci, prawie nie ma.

 

Skoro juz wspomnialam Krzywicka to historia jej ojca podobna byla do historii Brzozowskiego: aresztowanie, pobyt w carskim wiezieniu, gruzlica, przedwczesna smierc. Z ta róznica, ze ojciec Krzywickiej rzeczywiscie podal jakies nazwiska, a potem tych ludzi ostrzegl i przeprosil. No i odbyl zeslanie na Syberii. W sumie jednak wyszedl bardziej obronna reka niz SB – choc w odróznieniu od autora „Plomieni” byl winny.

 

Milosza czytam, podobnie jak Kolakowskiego, w celu uzupelnienia luk w wyksztalceniu i poszerzeniu wiedzy o Polsce przedwojennej i tuzpowojennej. Troche jak w starym dowcipie: czemu mlodzi chlopcy zadaja sie ze starszymi kobietami w ZSRR? Bo te panie znaly Lenina! Milosz co prawda, sila rzeczy, Brzozowskiego nie znal, lecz po pierwsze przeczytal i przeanalizowal, a po drugie umiescil w szerszym tle historycznym oraz nazwisk znanych i mniej znanych. Byl erudyta, mial duza wiedze z dziedziny historii, literatury i filozofii oraz dazenie do poznania prawdy. Przy tym pisal ciekawie, dostepnie, z pasja.

 

W ksiazce szukalam odpowiedzi na pytanie: dlaczego Brzozowski tak wielu osobom sie narazil? Poznajac jego zyciorys i poglady zrozumialam, ze nie mial szans wywinac sie od konfliktów, bo narazil sie chyba wszystkim. Zacznijmy od tego, ze uczyl sie w rosyjskim gimnazjum i byl zafascynowany pewnymi ruchami w Rosji – co juz robi z niego wroga narodowego. Niezaleznie od tego, ze cale zycie SB zajmowala Polska i Polacy… Z jednej strony zafascynowany Marksem, z drugiej Nietsche, z trzeciej myslicielami katolickimi. Wysnuwal wnioski niewygodne, lecz aktualne do dzisiaj. Jak na trzydziesci trzy lata zycia i po czesci samouka to dorobek niezwykly. Na swoje nieszczescie byl o co najmniej pól wieku przed swoim czasem, po czesci zapomniany, po czesci niezrozumiany. Umysl o zasiegu swiatowym, zamkniety  w kregu Europy Wschodniej, jezyku polskim i mlodopolskiej manierze pisania.

 

A teraz pora na cytaty – aktualne do dzis.

 

Pomimo wszelkich buntów Mlodej Polski tlo, tj. stale cechy inteligencji polskiej, które Brzozowski uwazal za dziedzictwo kultury szlacheckiej, pozostalo niezmienione. I jedna z glównych przypadlosci tej inteligencji (czy nie az do dzis?) byla pewnosc, ze spory o swiatopoglad sa rodzajem rozrywki towarzyskiej, ze nie pociagaja za soba zadnych skutków, ze sa „takie niezyciowe”.

 

Pewnie dlatego taka pogarda dla Brunona Jasienskiego, który zamiast tylko pisac i bywac na salonach podazyl za swoimi pogladami i wyjechal budowac komunizm?

 

Tradycyjne u Polaków pzrenoszenie polityki w dziedzine ocen moralnych, czylo odraza do Rosji jako czegos z natury nieczystego, z czym w zadnej formie nie nalezy obcowac…

 

A no wlasnie! Przeciez to sie w ogóle nie zmienia. Ze wschodu przenosimy sie na zachód:

 

…odznaczaly sie drazniacym Brzozowskiego lekcewazeniem dla zachodniej Europy, skad czerpaly najczesciej tylko to, co bylo dostatecznie jaskrawe i modne, zeby przyciagnac ich uwage. Takie lekcewazenie bywa zwykle maskarada wobec samego siebie, jaka taka pociecha; dla mieszkanców zacofanego gospodarczo i pozbawionego niepodleglosci kraju winogrona zachodnich osiagniec technicznych i przemyslowych byly za wysoko, nalezalo wiec orzekac, ze sa kwasne.

 

Co miejmy nadzieje zmienia sie teraz – jednak niedawno maz mojej kuzynki rozpoczynal kazdy dzien twierdzeniem: wszyscy Szwedzi sa glupi…

 

Inna uwaga o inteligentach, która pozwala mi zobaczyc innych krewnych oczyma duszy mojej:

 

W atakach Brzozowskiego na inteligencja polska za jej glówny grzech: zastepowanie mysli towarzyskoscia – tak, ze prawda i nieprawda pradów, doktryn, teorii importowanych z Zachodu w istocie nie obchodzila nikogo, bo sluzyly one tylko do popisów konwersacji – mozna dopatrzec sie uogólnienia starc z konkretnymi ludzmi.

 

…ze Polacy wyrózniaja sie jaks szczególnie wysoka etyka. Po prostu dziedziczony przez nich wzór kulturalny zawiera przekonanie, ze sana zacnosc musi dostac nagrode historyczna, nawet jezeli nie towrzysza jej rozum i wola

 

Czyli samma summarum niepopularny mysliciel pisze o innym niepopularnym myslicielu. Nagroda dla tego, którego ten fakt nie odstrasza czeka poszerzenie horyzontów myslowych. Pozycja dla odwaznych – bo jak czlowiek rosnie, to czasami go moze zabolec.

 

 

Zyczliwy autorytet-Kolakowski

In Ksiazki, Polskie refleksje on 18 sierpnia 2011 at 00:35

Leszek Kolakowski / Wsród znajomych / 2005

To duza przyjemnosc rozmawiac z osoba inteligentna, ale rozmowa z kims madrym to prawdziwe – i niezbyt czeste – szczescie. Jestem pod duzym wrazeniem zbioru tekstów Kolakowskiego. Sa to wspomnienia o miejscach i ludziach, powstale z takiej czy innej okazji i zebrane w odrebna ksiazke. LK pisze o rodzinnym Radomiu, o poczatku okupacji, o wojnie, o studiach na Uniwersytecie Lódzkim. Opisuje kontakty z filozofami, socjologami, pisarzami, Radiem Wolna Europa, myslicielami.

Niezaleznie od tego o kim LK sie wypowiada uderza jego zyczliwosc ludziom i niebywala skromnosc. Malo mielismy wspólczesnych równie wybitnych, a tymczasem profesor akcentuje glównie zaslugi i zalety innych, nigdy swoje wlasne. Ba, wrecz umniejsza swoje zaslugi w rozdziale poswiecomym dzialalnosci KOR. Ta jego „przedwojennosc” i wielka kultura ujela mnie niezwykle. Nietrudno bowiem o przyklady za swiatka akademickiego, gdzie ludzie brzydko obsmarowuja sie za plecami i dyskredytuja zaslugi konkurenta gdy tylko znajda po temu okazje. Plotkuja o zyciu prywatnym, umniejszaja range osoby czy wage badan. Z Kolakowskiego emanuje szlachetnosc, czego nie nalezy mylic z naiwnoscia. Jak trzeba LK wypowiada sie wyraznie i dokonuje ostrych acz sprawiedliwychi zniuansowanych sadów – jak np. w tekscie o Centrum Wypedzonych. Nie uzywajac „duzych” slów, nie politykujac, wyrazajac sie z iscie matematyczna precyzja. Przy tym wypowiada sie ladna i bogata polszczyzna – mimo, ze tyle lat spedzil poza granicami kraju.

Istnieje niebezpieczenstwo, ze uznaje LK za madrego, poniewaz wyraza wiele sadów, z którymi sie zgadzam. Tym niemniej jego miedzynarodowa slawa potwierdza tylko, iz byl umyslem wybitnym. Opublikowane teksty nie sa dlugie i nie maja nic wspólnego z tzw.zyciorysami czy mowami nad trumna (choc niektóre powstaly ze smutnej okazji odejscia osoby opisywanej). Sa oryginalne, nie przesadzone i zaprawione dyskretnym poczuciem humoru. Wydaje mi sie, iz charakteryzuje je tak rzadka dzisiaj cecha jak uczciwosc sadów i odwaga wypowiedzi. Na pewno moja symapie zdobyly rozdzialy poswiecone Iwaszkiewiczowi i Miloszowi, których osobiscie bardzo cenie.

A teraz do cytatów. Wlasciwie mialam zamiar posluzyc sie wylacznie cytatami, ale nie moglam sie oprzec potrzebie pochwaly madrosci autora i wyrazenia wlasnego zachwytu na wstepie. Mialm tez klopot, zeby wybrac tylko pare – zacytuje te, które sa najblizsze mojemu sercu.

Skoro juz wspomnialam Iwaszkiewicza, to zaczne od cytatu o nim. Nie musze dodawac, ze zgadzam sie z autorem „Slawy i chwaly” zupelnie – za kazdym razem kiedy wpisuje sie na blogu mialabym tylko ochote odnowowac fakt przeczytania jakiejs pozycji – recenzowanie idzie mi jak po grudzie i po prawdzie nie daje mi satysfakcji. Zdaje sobie jednak sprawe, ze czasami zagladaja tu ludzie, którzy sie zastanawiaja czy dana ksiazka nalezy do ich repertuaru i ze docenia pare uwag wiecej niz te zamieszczane rutynowo na okladce. A oto wypowiedz profesora:

Na drugim miejscu uplasowal sie cytat dotyczacy emigracji. LK zna temat z autopsji, wiec jego wypowiedz na ciezar gatunkowy:

Nastepny to cytat dotyczacy wartosci, które LK zdecydowanie prezentuje, a które niestety wyparte zostaly przez inny system i odchodza – ku mojemu takze zalowi – do lamusa:

Zaciekawila mnie tez wypowiedz z 1989 dotyczacy samorealizacji. Wtedy bylo to pojecie czysto amerykanskie, a teraz szeroko rozpowszechnione. Oto opinia filozofa:

Ostatni cytat dotyczy wypowiedzi Józefa Tischnera – no comments:

 

I jeszcze na deser, do przemyslenia w czasach, kiedy ludzie uwazaja podróze za swoje prawo podstawowe – tylko po co oni jezdza?

 Czlowiek nie robi sie madrzejszy ani lepszy od wojazowania.

 

Reszta jest milczeniem – albo innymi slowy: zgadzam sie z moim znakomitym przedmówca.

 

 

 

Polebkach-G Joyce

In Ksiazki on 11 sierpnia 2011 at 15:57

Graham Joyce / The facts of life / 2003

Ulubiona ksiazka Isabel Allende. Nie moja. Przeczytalam jakies dwie trzecie, a potem zakonczenie. Czyli po lebkach. Co mi przypomina moja ulubiona lekture czyli basnie braci Grimm. W „Spólce kota z mysza” wystepuje mistyczne imie Powierzchu, niewatpliwie bliski kuzyn mojego Polebkach:

Oczywiscie wszystko bylo zmyslone, kot nie mial wcale kuzynki i wcale nie byl proszony w kumy. Poszedl wprost do kosciola, zakradl sie do garnka ze smalcem i poczal go lizac, az zlizal caly tluszczyk z wierzchu. Potem udal sie na spacer po dachach, obejrzal sobie okolice, wreszcie wyciagnal sie na sloncu, oblizujac sie na mysl o smalczyku. Dopiero póznym wieczorem powrócil do domu.

– Jestes wreszcie – rzekla mysz – wesolo pewnie spedziles dzien.

– Owszem – odparl kot.

– A jakie imie dano dziecku? – zapytala mysz.

– Powierzchu – odparl kot.

– Powierzchu? – zawolala mysz – to bardzo dziwne imie! Czy powtarza sie ono w twojej rodzinie?

W The facts of life dwie rzeczy sa na pewno autentyczne: opis robotniczego srodowiska i rodzinnych okolic autora, Coventry. Akcja toczy sie zaraz po wojnie i w tle pobrzmiewaja echa bombardowan, na które miasto zostalo narazone w 1940 roku. W centrum znajduje sie duza rodzina, której glowa jest palaca fajke i pijaca jedno piwo dziennie matka, Marta Ojciec pozostaje w cieniu zony i siedmiu córek, zeby z czasem dyskretnie usunac sie z tego swiata. Moze dlatego, kiedy jedna z córek rodzi chlopca, matka dochodzi do wniosku, ze przydalby sie chlopak w rodzinie i zarzadza pomoc w wychowaniu malego. Marta ma dar obcowania z duchami (stad pewnie sympatia pani Allende) i odkrywa podobny dar u chlopca.

Ksiazka byla na „wystawce” w bibliotece, dlatego sie na nia zdecydowalam. Jednak czytana równoczesnie ze „Slawa i chwala” oraz miedzy Miloszami zdaje sie potwornie slaba. Taka slaba, ze nawet nie ma z czym polemizowac ani czego obsmiewac – dostala co prawda nagrode w dziedzinie fantasy, ale to nie mój ulubiony gatunek. Skoncentruje sie wiec na dwóch pozytywach, które udalo mi sie odnotowac. Jednym jest trafny opis komuny dzialajacej na obrzezach Oxfordu. Poznalam kiedys szwedzka komune, a wlasciwie jej niedobitki. Opis takiej formy mieszkania, gdzie wszyscy mieli dzielic obowiazki oraz uczestniczyc w zebraniach – a tymczasem panuje brud i balagan zgadza sie z moimi obserwacjami. Podobnie jak przerosniete ego i obyczaje mieszkanców, wraz z poglebiajaca sie anarchia i wzajemnymi pretensjami. Drugi pozytyw to samo zakonczenie: jedna z odnóg rodziny zaprasza na herbate i ciasto niemieckich rodziców lotnika, który zbombardowal Coventry. To ladny gest – i tutaj przypomjniala mi sie historia mojej kolezanki, która doznala mniej przyjemnego przyjecia. Otóz tesc kolezanki podczas wojny wywieziony zostal na roboty do austriackiego Bauera. Jakis czas temu kolezanka upiekla ciasto i razem z mezem wybrala sie do Austrii, w celu spotkania przymusowego pracodawcy. Niestety, zostala odeslana z kwitkiem. Potwierdzenie tezy: Nigdy nie wybacze ci krzywdy, która Ci wyrzadzilem? Moze rzeczywiscie latwiej okazac sie wspanialomyslnym i wykonac przyjazny gest w stosunku do krzywdzacego niz stanac oko w oko z tym, kogo sie wykorzystalo czy podle potraktowalo.

Milosz ci wszystko wybaczy

In Ksiazki, Pamietnik, Polskie refleksje on 9 sierpnia 2011 at 00:19

Czeslaw Milosz / Abecadlo / 2001

 

 

 

Obrzydzenie. Te scene z rewolucji rosyjskiej opowiedzial mi Józef Czapski. Na stacji kolejowej, w bufecie, jadl obiad mezczyzna, który strojem i zachowaniem wyróznial sie wsród otoczenia i najwyrazniej nalezal do przedwojennej inteligencji. Sciagnal na siebie uwage kilku siedzacych w restauracji chuliganów. Przysiedli sie do jego stolika, zaczeli z niego drwic i wreszcie pluc mu do zupy. Czlowiek ten zupelnie nie bronil sie i nie próbowal odegnac napastników. Trwalo to dluzsza chwile. Nagle wydobyl z kieszeni rewolwer, wsadzil sobie lufe w usta i zastrzelil sie. Widocznie to, co go spotkalo, bylo ostatnia kropla dodana do pelnego dzbana udrek, których przyczynialo mu rozpasanie brzydoty. Pewnie byl cienkoskóry, a przy tym wychowany w srodowisku lagodnym, które niezle chronilo od rzeczywistosoci zbrutalizowanej, przyjmowanej jako zwyczajna przez spoleczne doly. (…)

 

 

Jak dla mnie to wystarczy – DLATEGO lubie Milosza (choc nadal go malo znam). Dla tego opisu. Dla wrazliwosci i wnikliwosci. Dla inteligencji.

 

Jakis czas temu okazalo sie w blogosferze, ze musze wybrac barwy walki – ze albo Milosz, albo nie wiedziec czemu, Galczynski. Zupelnie nie bylam przygotowana do konfrontacji ani swiadoma istnienia Okopów Swietej Trójcy – bo Milosz na dodatek zostal odsadzony od czci i wiary. Jako osoba przekorna siegnelam wiec po…Milosza, zeby sie z nim lepiej zapoznac. W sumie najbardziej interesowalo mnie zagadnienie: czy polubilabym poete jakbym go byla spotkala? Jakiego rodzaju kobiety Milosz lubil i jak widzial plec odmienna?

 

Na ten temat akurat dowiedzialam sie niewiele – moge tylko, niczym doktor Watson, wyciagac wnioski metoda dedukcji. Jak sadze, preferowal niewiasty ladne i nieskomplikowane – poniewaz sam byl osobowoscia zlozona. W Abecadle pisze glównie o facetach; no i waznych dla siebie miejscach. Kobiet tam niewiele. Na dodatek dobrze pisze zaledwie o paru – choc zdaje sie byc sprawiedliwym sedzia charakteru i docenia zalety intelektu. Dostalo sie, oj dostalo, Simone se Bauvoir, opisanej jako „durna baba”! Dabrowska tez nie zostala potraktowana specjalnie zyczliwie: „ale ona uwazala sie za o wiele wieksza pisarke – czego ja wcale nie bylem ani nie jestem pewien”. Nalkowskiej oddal sprawiedliwosc: „wielka pisarka”. Najpiekniej pisze o przelotnej fascynacji z lat dziecinnych, o Lenie. Samokrytycznie stwierdza (powolujac sie przy tym na Yeatsa), iz najwieksze emocje wzbudzaly w nim kobiety nigdy nie zdobyte, „kobiety stracone”.

 

Na temat Czeslawa M wiecej pisac nie bede. Nadmienie tylko, ze zawsze mialam niekompatybilnych znajomych: ci z podstawówki nie pasowali do tych z liceum, a pózniej ze studiów. Ci od chodzenia po górach do narciarzy – o zeglarzach juz nie wspomne. Harcerze do muzyków. Businessmeni do naukowców. Szwedzi do Polaków. A ja lubie kazdego z osobna i tak mi juz zostanie. Wiec bede sobie lubic poete Milosza i tego, kto mi jeszcze w oko czy w ucho wpadnie. Jak poczytam wiecej to moze wtedy sie zdecyduje czy zjadlabym obiad w jego towarzystwie – na razie ciagle sie nie zdecydowalam. Wygladal troche jak stary zubr, ale z drugiej strony taki intelekt… Na razie niech troche jeszcze poczeka – wlacze mu tryb „stad-by”.

 

Muzyka dunskich zeglarzy

In Muzyka, Szwecja on 7 sierpnia 2011 at 21:57

Koncert Sovaernets Tamburkorps, S:t Nikolaikyrka Halmstad, 7.08.2011

 

Czytam, jak to latem ”Slawe i chwale”. Slawie i chwale ja bezustannie, a zwlaszcza wrazliwosc Iwaszkiewicza na muzyke i sztuke. Czytam wiec o wrazeniach Janusza Myszynskiego i Edgara Szyllera podczas sluchania koncertów na zywo. No i doczekalam sie wlasnego koncertu i wlasnych wrazen!

 

W Halmstad zakonczyly sie wlasnie tegoroczne Tall Ships’ Races i miasto roilp sie od marynarzy rosyjsko- i hiszpanskojezycznych. Program artystyczny bogaty, a czego wybralam wypróbowane miejsce rozrywki: kosciól Sw.Mikolaja. Juz w progu witali umundurowani Dunczycy, wreczajac program. Udalo mi sie znalezc miejsce zaraz przy nawie glównej, zeby móc nagrywac. Ku mojemu wielkiemu szczesciuodkrylam w programie utwór jednego z moich ulubuienców, Quincy Jonesa. Poza tym utwory dunskie, wloskie i brytyjskie. Calosc prowadzil charyzmatyczny dyrygent – czesciowo po dunsku, czesciowo po szwedzku. Jak to tutaj w zwyczaju zapowiadal kazdy utwór z osobna, tlumaczac przy okazji jego strukture czy opowiadajac ciekawostki. Orkiestra skladala sie glównie z mlodych mezczyzn (graja w niej tylko do osiagniecia trzydziestu pieciu lat), ale z przyjemnoscia odnotowalam jedna dziewczyne. Ich zeglarskie mudury kojarza mi sie pozytywnie z siostrzana druzyna z liceum – druzyna wodna im.Stankiewicza w moim szczepie czyli Szarej Siódemce.

 

Nagralam dwa utwory. Pierwszy to British Sea Songs. Nie znalam wczesniej, ale zawierzylam wielowiekowej, imperialnej tradycji brytyjskich zeglarzy, zdobywców siedmiu mórz i zapewne tyluz oceanów 😉

 

 

Po tej dosc pompatycznej i uroczystej muzyce nadszedl czas na rytmy jazzujace. Duza partia instrumentów detych szczególnie sie do tego nadawala (choc trabki brzmia równie dobrze w muzyce baroku, chocby u takiego Purcella). Jedna rzecz jest pewna: ze orkiestra swietnie sie bawi grajac, a publicznosc zostala zarazona ich mlodzienczym entuzjazmem. Na pewno wielka w tym zasluga starszego juz mlodzienca, dyrygenta. Publicznosc klaskala, krzyczala i na deser zostala nagrodzona bisem. Kosciów Sw.Mikolaja ma wspaniala akustyke i powietrze wrecz wibrowalao muzyka. Szalenie ozywiajace zakonczenie weekendu – zawsze mam wrazenie, iz muzyke mozna odczuwac na poziomie molekularnym i ze dobrze wplywa nawet na takie mitochondria.

Panny lagodne w kolorze lawendy

In Film on 5 sierpnia 2011 at 20:23

Lavendelflickorna / Lawendowe wzgórze/ 2004

 

Jak widac kanikula – pora na opalanie i kapiele morskie. Malo kto bloguje, malo kto czyta blogi. Ponizej obrazek, który po masakrze na Utoya zmrozil mi krew w zylach jak zajechalam na plaze. Napis glosi: Rewanz kryminalistów w spoleczenstwie i choc znam te organizacje to odczytalam: Rewanz kryminalistów na spoleczenstwie. Na dodatek jak zrobilam zdjecie pojawil sie zaraz jakis muskularny facet i zaczal grzebac w bagazniku. Zaczelo mi sie zdawac, ze widze tam kije baseballowe, ale to na cale szczescie byly niewinne paliki do gry. To w sumie bardzo pozytywna organizacja – choc na plazy wolalabym uniknac „chuliganów” kradnacych mi benzyne z baku czy tez wyznawców wyzszosci bialej rasy.

 

 

Telewizja nadaje rózne powtórki i tak natrafilam na piekny film, który po szwedzku nazywa sie „Lawendowe panny” zas po polsku to „Lawendowe wzgórze”. Wzgórze jest kornwalijskie zas panny leciwe, co w sumie uklada sie w malownicze puzzle/jigsaw. Brakujacy fragment to polski skrzypek, znaleziony pewnego poranka na skalach pod domem. Wyrzucilo go morze, ale przezyl i teraz stal sie centrum zycia sióstr Judi Dench i Maggie Smith. Obie to znakomite aktorki – z tym, ze moja sympatia plasuje sie, jak zawsze, po stronie Judi. Film uzyskal dobre recenzje – oprócz jednej ohydnej, z która mialam pecha zetknac sie na internecie. Postaram sie o niej zaraz zapomniec, pograzajac w serdecznej atmosferze domu nad skalami. Dom prowadzi energiczna reka jeszcze jedna kobieta, sluzaca Dorcas. Rozbitek o zaskakujacym jak na Polaka imieniu Andrea zostaje wiec obiektem staran wszystkich trzech niewiast. Niezaleznie od przebiegu akcji spodobalo mi sie w fimie cos wiecej, a mianowicie pieczolowite oddanie malych gestów, którymi okazujemy sobie troske. Zarówno sióstr w stosunku do siebie jak i ich gesty w stosunku do Andrei. Przypomnilo mi sie wlasne dziecinstwo i nieskonczone dowody troski ze strony ciotek: Na co mialabym ochote na sniadanie? Czy mi nie zimno? Czy mi czegos nie potrzeba? Te gesty zyczliwosci i zaangazowania szalenie mnie wzruszyly. Pierwszym pytaniem, które sobie zadaly siostry po ocaleniu mlodzienca bylo: Co jada sie w Polsce na sniadanie? Jak sie dowiedzialy, ze Andrea lubi skrzypce to przypprowadzily lokalnego skrzypka (kazac mu wczesnien dokladnie powycierac nogi przed progiem). Niebogate zdecydowaly sie wyjechac do miasta i sprawic gosciowi nowa garderobe – przy czym solidarnie pokryly koszty ze wspólnego konta. Dbaly, zeby na obiad pojawialy sie lubiane przez Andree pierozki. Robily mu na drutach welniane skarpetki. Jedna z nich, grana pzrez Judi, nawet sie w chlopcu zakochala. O ilez dla mnie ladniejsze jest ta spózniona milosc od milosci Tomasza Manna do Tadzia!

 

To zdecydowanie film dla ludzi w wieku srednim, gdyz tempo akcji jest powolne. Mnie jednak sie nie nudzilo, ba, nawet denerwowaly mnie przerwy na reklamy (film pokazywala jedna w TV komercyjnych). Gra aktorek przedstawiajacych siostry szalenie subtelna i bez przerysowan. Rezyser nie poddal sie pokusie skarykaturyzowania postaci i sprowadzenia calej historii do komedii. Delikatnie poprowadzil fabule rozgrywajaca sie miedzy dobrze wychowanym modym czlowiekiem a kobietami, które nagle odzyly dzieki temu, ze poczuly sie komus potrzebne. Moze to brzmi jak banal, ale ten film przypomina o wadze ludzkich relacji nazwijmy to, drugiej waznosci. Nie tych podszytych pasja, nie tych bliskorodzinnych typu rodzice-dzieci. Ukazuje wage spotkanie odpowiednich ludzi w odpowiedniej chwili, gdyz siostry mogly od razu udac sie na policje lub zawiezc rannego do szpitala. Dzieki ich opiece Andrea wydobrzal i zaczal grac. A jak zaczal grac to przyszla do niego nastepna, wielka szansa. Podobalo mi sie, ze mój krajan (Krakus) zostal przedstawiony jako kulturalny czlowiek (teraz takiego odwzorowania Polaka na Zachodzie ze swieca szukac), starsze panie zostaly ukazane jako dzielne i dobre istoty, a nie stare wariatki. Moze obraz wsi zostal wyidealizowany, lecz raczej to niz brutalizacja. Mieszkajac na obczyznie zdecydowanie doceniam, ze ktos nieznajomemu zaoferowal posilek we wlasnym domu – na dodatek niczego sie w zamian nie spodziewajac. Mysle, ze dla przypomnienia sobie tej prostej prawdy warto „Lawendowe panny” obejrzec (jak wynajda kino dla wszystkich zmyslów to na pewno tasma zostanie nasaczona lawenda) – zyczliwosc to cnota niemodna, acz szlachetna i jakze nam wszystkim potrzebna.