szwedzkiereminiscencje

Archive for Sierpień 2010|Monthly archive page

Pamietnik z Gulagu AD 2009

In Pamietnik, Szwecja on 27 sierpnia 2010 at 13:39

Na dobry poczatek wczorajszy zachod slonca:

Poniewaz z Jenny Diskie idzie mi wolno (skad inad ksiazka o nieruszaniu sie – widocznie tytul podswiadonie spowalnia moje czytanie), to pozwole sobie zaprosic na moje zeszloroczne zapiski. Zamiast zdjecia Gulagu zdjecie zachodu slonca, poniewaz Gulag nalezy do obiektow strategicznych. Dawniej mozna bylo robic zdjecia, a teraz zaostrzono, i to bardzo, przepisy dotyczace bezpieczenstwa obiektu. Rok temu mialam ambicje, zeby swoj pamietnik uzupelnic – i na ambicji sie skonczylo. Zapraszam wiec jedynie na pare dni mojego surrealistycznego zeslania do Gulagu:

Pamietnik z Gulagu


Tydzien szósty – drugi dzien tygodnia

Dzisiaj mialam zadanie bojowe, zeby zdobyc rysunki dla Hansa. Hans wykazuje wyjatkowe zainteresowanie znikajacymi srubami, poniewaz juz po raz kolejny szuka rysunkow szczegolowych srub. Raz byly to sruby w samej turbinie i pozostaje miec nadzieje (ze wzgledu na przyszlych uzytkownikow), ze znalazl, czego szukal. Od wczoraj szukal nastepujacych elementow: srub, nitow i kawalka rury. W samo poludnie mialam wyznaczone spotkanie z osoba, która ma wszystkie rysunki mechaniczne w malych palcu. No, moze na biurku, ale udalo mu sie cos niecos wygrzebac. Ba, okazalo sie nawet, ze znalazl DWIE rury – do koloru, do wyboru. Hans nie wykazal entuzjazmu –przynioslam podobno za  malo srub.

Wczoraj popoludniu zebralam sie na odwage i wybralam na spacer wzdluz ogrodzenia z potrojnego drutu (w tym jeden kolczasty). Spacer ten laczy sie z niebezpieczenstwem skrecenia nogi na wertepach, zniszczenia butow na zwirze oraz zlapania przez straznika. Juz raz zostalam pouczona, zeby nie chodzic po chodniku okoloplotnym, tylko po wertepach okalajacych. Podobno kamery sa niezwykle czule i moga sie wlaczyc jakbym tak sie zatoczyla na plot (tylko dlaczego malabym sie zataczac, skoro na terenie Gulagu obowiazuje absolutna prohibicja?). Tym razem udalo mi sie – przeszlam po zwirze kolo kanciapy wartowniczej na kolkach  , a potem jak gdyby nigdy nic wstapilam na chodniczek. I jak juz poczulam sie szczesliwa, ogladajac zamglone morze przez potrojna siatke, kiedy z narzeciwka przytoczyl sie samochod wartownikow. Nie dosc, ze szlam po chodniku, to jeszcze trzymalam w reku siatke. Ani chybi po mnie – straznicy zaoczyli moja skromna osobe i zadzwonili po posilki! No nic, pocieszalam sie – w siatce mam tylko herbate, pokaze straznikom, to mnie puszcza wolno. No i nagle uprzytomnilam sobie powage sytuacji: hebata byla iranska! A Iranczycy maja zamkniety wstep na szwedzkie kierunki zwiazane z energia atomowa i jak wszystkim wiadomo Iran nie ma najlepszej opinii w zakresie jadrowym. Czyli tlumaczenia o herbatce nie zdadza sie na nic nikomu, skoro pochodzenie owej herbatki jest trefne. Byl to jednak najwidoczniej moj szczesliwy dzien, poniewaz straznik tylko pomachal do mnie przyjaznie, zupelnie przy tym nie wykazujac zainteresowania ani moja siatka, ani tym bardziej jej zawartoscia. Reszta spaceru przeszla mi na kontemplowaniu par excellance kubistycznej architektury budynkow reaktora oraz barakow biurowych.

Okazalo sie zreszta, ze Iran jest tematem nosnym w naszym baraku. Jeden ze wspolpracownikow spedzil w Iranie az piec lat. Pokazalam mu moja iranska zdobycz i kolega przytakna, ze i owszem, taka pijaja w rzeczy samej Iranczycy. Na to wpadl kolega kolegi i zapytal: Iran – czy to stamtad pochodzisz? Tak mnie zatkalo, ze postanowilam przestac trzymac sie prawdy. Nie, nie z Iranu – jestem z Iraku! Na prawde? – zapytal kolega kolegi. To BARDZO interesujace…

Inne ciekawe zdarzenie czekalo na mnie wieczorem, kiedy juz mialam nadzieje wybrac sie do ”domu”. Przybiegl do mnie Hans (ten od wiecznie brakujacych srub) i zaciagnal do innego Niemca o dzwiecznym imieniu Udo. Udo caly byl na jasnocytrynowo i przypomina swietnosc NRD-owskiego przemyslu fonograficznego (z imiennikiem Udo Jürgensem na czele). Udo wykonywal skomplikowana operacje wymiany segregatorow na nowe i potrzebowal wzmocnienia mocy przerobowej. Mialam chec szczera pomoc mu w tej czynnosci, natknelam sie jednak na zasadniczy problem. Niemieckie segregatory o konstrukcji z poczatkow wieku stanowily wyjatkowo niefunkcjonalny relikt. Nie dalo sie na nie nic nanizac, a zdejmowanie szlo jeszcze gorzej. Na dodatek, po napelnieniu segregatora dokumentami, zamykanie szczek nastepowalo z rozglosnym ”buuums” i przypominalo dzialanie lapki na myszy. Trzeba bylo uwazac na palce i zeby sie nie nabawic zawalu. Oswiadczylam Udu (Udowi?), ze rozumiem juz teraz dlaczego Niemcy przegrali ostatnia wojne: z taka przestarzala technika! Zamiast ladnego rejestru uzywane sa male przekladki z chyba jeszcze przedwojennego zapasu, tak byly wyplowiale. Na dodatek uzywane dwustronnie – zgodnie ze slynna niemiecka oszczednoscia. Mial racje moj kolega, ktory napisal, ze rozwoj Siemensa zatrzymal sie z nastaniem drugiej wojny swiatowej. Udo chyba sie urazil i scytrynowial – nawiasem biorac wyjatkowo nietwarzowy dla niego kolor.

Nastepnego dnia spotkalam na schodach Bardzo Wazna Osobe. Bardzo Wazna Osoba, na co dzien pozbawiona poczucia humoru i wygladajaca jak Niemiec z komiksu, zatrzymala mnie i zanoszac sie smiechem powiedziala: ale dobrze powiedzilas wczoraj Udowi (Udu?) o tej przegranej niemieckiej – niemieckie segregatory na prawde do niczego sie nie nadaja! Trzeci raz kwestia przegania wojny przez przestarzala technike zostala wyciagnieta w obecnosci Uda, ktory tez musial sie zasmiewac, razem ze mna i Bardzo Wazna Osoba pod maszyna z kawa w skrawku, ktory sie ostal w obszaru kuchenno-jadalnego. Wstawiono tam plotter, trzy drukarki (w tym jedna olbrzymia, taka wieloczynnosciowa z kopiarka wlacznie)

Udo, ktory uwazal sie najwyrazniej za osobe ze mna zaprzyjazniona, wpadl pare dni pozniej do mnie do pokoju pytajac: ”Do you have money?” Gotowa juz bylam do oddania (skromnej) zawartosci portmonetki, ale okazalo sie, ze Udo niczym Janosik biednych nie rabuje. Potrzebowal tylko paru monet i zaryczal: ”I am hungry”, a nastepnie pobiegl kupic sobie czekaladke w maszynie ze slodyczami. Usilowal mi potem oddac piataka w Euro i centach, ale mialam gest i mu powiedzialam, ze stawiam tym razem. Potem Udo wyjechal, wiec nastepnego razu nie bylo.

W miedzyczasie zdarzyly sie i inne rzeczy – o przewazajaco surrealistyczno-dramatycznym charakterze. Po pierwsze moj ”krolewski dostarczyciel herbaty”, Iranczyk, zostal wyslany na zielona trawke. Juz wczesniej koledzy, a zwlaszcza nieliczne kolezanki pomawiali go, ze za dlugo wysiaduje w toalecie. Przedstawiano dwie teorie na temat jego domniemanych czynnosci tamze: albo dzialalnosc terrorystyczna, albo – no, wiadomo co. Jakos jak tam kiedys zajrzalam to nie bylo ”zaproscie mnie do stolu”, bo przy stole siedzialo ponad dwadziescia osob minus Iranczyk. Iranczyk siedzial grzecznie u siebie w pokoju i pilnie pracowal, na spolke zreszta z aborygenem. Natomiast za pare dni, jak chcialam mu zwrocic pieniadze za zakup herbaty, Iranczyka juz nie bylo! Jak sie okazalo zostal on zbojkotowany, a nastepnie zadenuncjowany przez…sprztaczke. Otoz pani sprzatajaca twierdzila, ze pokoj oraz fotel Iranczyka obklejone sa czyms-obrzydliwym i odmowila sprzatania tamze. Udala sie tez na skarge. Skarga trafila na zyzna glebe wyobrazni zaplodnionej poprzednio przez plotki. No i na nic sie zdaly tlumaczenia, iz po pierwsze niczym nie smaruje, a po drugie to czym smaruje, to na pewno nie to, co wszyscy maja na mysli. Iranczyk przepadl u prowadzacego projekt i pracodawca odeslal go do domu (szwedzkiego – nie az do samego Iranu, rzecz jasna).

Musze jeszcze opisac psychopate Hermana oraz wlasna kolizje z losiem, a wlasciwie loszakiem – ale jak na razie opisze inne zdarzenie. Otoz zostalam przydzielona do dzialu kontroli jakosci ogolnie, a do kolegi G. szczegolnie. Byl to bardzo wspanialomyslny przydzial, poniewaz kolega G byl zaaferowany wlasnymi sprawami oraz relaksowaniem sie po sprawach przy papierosie. Wspolpraca miedzy nami ukladala sie wiec znakomicie – kolega G wpadal do mnie tylko czasami, ze potrzebuje matczynego uscisku i wracal potem do swoich zajec. Tymczasem w poniedzialek przed samym sniadaniem site manager usmiechajac sie do mnie promiennie oznajmil mi, ze zostalam odkomenderowana na wysunieta placowke poza potrojnym ogrodzeniem i kontrola lotniskowa (o kontroli innym razem). Nakazano mi spakowac walizki i udac sie na spotkanie z kolega G. Moja dole dzielily jeszcze trzy kolezanki, ktore bez wiekszych protestow udaly sie na zeslanie. Sama zrobilam przy okazji porzadek w papierach i pozbylam sie (wraz ze zludzeniami, ze mi sie do czegos przydadza) tony wydrukow. Spakowalam tez materialy biurowe – oprocz dziurkacza, gdyz zostal on rozszabrowany pod moja ostatnia nieobecnosc. Ostal mi jeno sloiczek ze spinaczami – a jest to tutaj, cytujac kolege G, twarda waluta. Osobno, w ostatniej chwili przed nadejsciem transportu, spakowalam tez swoje jedzenie – w tym dzien wczesniej upieczny kawalek krwistego entrecote’u. Nastepnie, w towarzystwie kolezanki, poczlapalam ponuro w kwiatkiem biurowym poza potrojny plot w miejsce zeslania. Na miejscu ukazal mi sie widok przedziwny: na srodku sali lekcyjnej zajmowal miejsce kolega G (w tym czasie, kiedy nie palil). Promieniscie do niego siedzialysmy we cztery; kobiety wpatrzone w G, ktory najwyraznie tracil mores i wybiegal co chwile na  papierosa. Moja kolezanka nie wytrzymala napiecia, porwala jakies papiery i pobiegla z powrotem do Gulagu. Zdezorientowany G wyrazil supozycje, ze zabrala zla wersje dokumentu, wiec nastepna kobieta zajeta byla dzwonieniem do tej pierwszej i wyjasnianiem sprawy na odleglosc. Ja czekalam niemal godzine zanim moj komputer sie przeskanuje i bedzie uprzejmy sie otworzyc. Jak juz otworzylam i znalazlam informacje, o ktora prosil kolega G okazalo sie, ze przenosimy sie z powrotem do baraku w obrebie ogrodzenia. Przyczyna bowiem zeslania kolegi G byla pozytywna, czyli innymi slowy negatywna w skutkach kontrola wydychanego powietrza dzien wczesniej. Ranny ptaszek kolega G udal sie bowiem do pracy zanim zdazyl na dobre spalic piwa skonsumowane w kolegami dzien wczesniej. Biedaczek, budzi sie codziennie o 4:30 i pozniej juz nie moze zasnac. Podczas wiec gdy jego wspolpracownicy spali snem sprawiedliwych w hotelu, kolega G udal sie ochoczo do pracy – i wpadl na bramce. Poniewaz dzieki posrednio bin Ladenowi wladze zaostrzyly rygor w Gulagu, to wygladalo na to, ze kolega G bedzie mial trzyletni zakaz na teren obiektu. Ale poniewaz tak sie sklada, ze kolega G j osoba kluczowa w dziedzinie kontroli jakosci i jego dzialanosc za plotem oslabilaby jakosc projektu, to w drodze wyjatku postanowiono go wpuscic juz dnia nastepnego. Skutkiem tego cztery kobiety zapakowaly swój skromny dobytek i pomaszerowaly z powrotem do baraku. Rzecz jasna moje miejsce pracy zostalo juz zajete i zostalam odkomenderowana na inne. Wlasciel tego innego pojawil sie za jakis czas i wyrazil swoje niezadowolenia z zaistanialej sytuacji. Nie mial jednak szans, poniewaz bylo nas dwie. Udalo tez mi sie odzyskac jeden z uzywanych wczesniej komputerow – drugi z dostepem do Intranetu i systemu SAP stracilam bezpowrotnie. Na pocieszenie mialam jeszcze trzeci komputer – gdzies w drodze, razem z moimi papierami. Mój entrecôte odzyskalam dopiero nastepnego dnia – musial odstac swoje ”na bazie” i zostac obwachany przez psy bombowe. Widocznie wola dobrze dopieczony, bo nie spalaszowaly mojego krwistego wydania.

Grzyby i rownouprawnienie inzynierow pozaszwedzkich

In Grupa Sieciowa, Pamietnik, Szwecja, Szwedzki Zwiazek Inzynierow on 24 sierpnia 2010 at 23:16

Na czytanie ksiazek nie pozwalaja mi nastepujace czynnosci:

  1. grzybobranie i przetworstwo grzybowe
  2. praca na rzecz Grupy Sieciowej (i Szwedzkiego Zwiazku Inzynierow)

A z ksiazek czytam, niczym maz mojej kolezanki, trzy na raz – przy tym kazda w innym jezyku. Pierwsza to Jenny Diski po angielsku, druga to nastepny tom Jasienicy (w jezyku ojczystym), zas trzecia to nowy Carsten Jensen po szwedzku. Grzyby chwilowo sprawilam – mam juz 200 g suszonych prawdziwkow tego sezonu oraz zamrozone przesmazone rydze. Najwiekszy klopot mialam z zapakowaniem rydzow – zeby w masle nie rozpuscily sie, swoim zwyczajem, ftalaty. Zapakowalam wiec rydzyki najpierw w papier i wierze, ze je to uchroni od kancerogennosci.

W celu zrobienia kariery zawodowej w SE zaleca sie w pierwszym rzedzie zmiana nazwiska.Osoby z obcym nazwiskiem, jak rowniez zagranicznymi studiami nie sa wzywane nawet na rozmowe wstepna. A co dopiero jak czlowiek zarowno  nazywa sie „inaczej”, jak i studiowal „gdzie indziej”! O fakcie tym trabia media od lat i nikomu to nie przeszkadza – oprocz samych zainteresowanych. Ludzie radza sobie roznie: zmieniaja zawod (taksowkarz czy fryzjer to czesty wybor), zmianiaja nazwisko, biora prace ponizej kwalifikacji, pracuja za mniejsze pieniadze, podlizuja sie Szwedom i wyrzekaja swojej pierwotnej tozsamosci. To tez zdaje sie nikomu nie przeszkadzac, choc w SE istnieje taka instytucja jak silne zwiazki zawodowe. Poniewaz naleze do osob, ktore po pierwsze niesprawiedliwosc boli, a po drugie nie boje sie otworzyc ust, to od jakiegos czasu dzialam na lonie zwiazku. Juz rok temu zostalam zaproszona przez Grupe Sieciowa (jedna z tzw.korporacji wyborczych, znana mi z dzialalnosci w sieci kobiet) do uczestniczenia w ich dzialalnosci. Moj wniosek o zajecie pozycji i silniejsze wsparcie inzynierow-obcokrajowcow zostal przez GS troche okrojony, ale za to przyjety przez zgromadzenie zwiazku. W przelozeniu na praktyke mial de facto zero wyniku – choc najblizsze zgromadzenie ma zatwierdzic policy dotyczacej rownego traktowania, takze w aspekcie etnicznosci. Co zawarto w policy pozostaje tajne az do obrad zgromadzenia w listopadzie – choc znam dziewczyne, ktora ja napisala. Postanowilam jednak pojsc za ciosem i zglosic nastepny wniosek w tym roku. Pozostale osoby z Grupy Sieciowej byly demonstracyjnie niezainteresowane problematyka, a ich wsparcie bylo mi niezbedne (zeby bronily wniosku podczas zgromadzenia). Juz myslalam, ze to moje ostatnie chwile z Grupa Sieciowa, ale zeszlego weekendu zostalam bardzo pozytywnie zaskoczone. Moje kolezanki tak sie sprawa przejely, ze same napisaly wniosek! Napisaly, doszlifowaly i co najwazniejsza, podpisaly. Podczas wczorajszej konferencji telefonicznej wsparl go takze kolega (jeden z dwoch rodzynkow w naszym gronie).

Teraz pozostaje tylko oficjalne zgloszenie wniosku (wraz z trzema innymi, nad ktorymi pracujemy) oraz przepchniecie go na forum zgromadzenia. Najwazniejsze jednak, iz w tak kontrwersyjnej sprawie udalo mi sie uzyskac poparcie innych czlonkow grupy – o wylacznie szwedzkich korzeniach, wiec osobiscie niezainteresowanych konkurencja. To jest temat, ktorego nie udalo sie jeszcze roziwazac zadnemu ugrupowaniu politycznemu. Obcokrajowcom stawiane sa groteskowe wymagania „szwedzkosci”, czego matematycznie nie da sie zdefiniowac. Pracodawcy wykpiwaja sie opowiadaniami o rzekomej nieprzystawalnosci kulturowej. A tymczasem po przedmiesciach rosna zastepy dzieci imigrantow, urodzonych i wychowanych tutaj, ktore wczesniej czy pozniej zazadaja godnego miejsca w spoleczenstwie. Mentalnosci Szwedom nie zmienie – ale moze uda mi sie zmusic zwiazek do jakiegokolwiek zaangazowania w sprawie. Poza udzielaniem rady o zmianie nazwiska…

A na deser zdjecie ze Sztokholmu – fotografowala Ala:

Chick (chic) lit nie tylko dla blondynek

In Ksiazki, moda on 21 sierpnia 2010 at 23:56

Plum Sykes, Bergdorfblondiner, 2004 (Norstedts 2007)

Jak wakacje to wakacje – poniewaz moje zycie czytelnicze zdominawali ostatnio panowie J&J (Jasienica i Jensen), to trzeba wreszcie dac szanse kobiecie. Nie mogę już czytac o nieszczesciach ludzkich i co prawda na proze typu „glamour” tez nie mialam ochoty, ale jak wyczytalam, ze pani Sykes skonczyla Oxford, to się zdecydowalam na pocket jej pióra. I się nie zawiodlam.

Uwazam, ze jest to prawdziwsza opowiesc niż „Diabel ubiera się u Prady” Lauren Weisbereger. Weisberger zachowuje się podgladacz – z jednej strony potepia w czambul powierzchowny swiat mody, a z drugiej zdaje się nim uwiedziona (i dzieki opisowi mody sprzedaje ksiazke). Bergdorfowskie blondynki to raport z oka cyklonu, pisany przez autetycznego insider’a. Victoria Plum Sykes zna zarówno swiat arystokracji brytyjskiej jak i amerykanskiej mody. Traktuje swoje bohaterki z cieplem i dystansem, ironicznie komentujac ich zdecydowanie niezakotwiczony w rzeczywistosci byt. Metoda prób i bledów owe skad inad nieglupie, lecz oglupione przez majatek i swiat uludy bohaterki odnajduja w koncu sciezke do szczescia. Dziewczyny te bliskie mi są także dlatego, ze wiele lat temu wychowywalam na letnim obozie podobne egzemplarze. Wtedy bylam nimi przerazona – a glównie ich nieobecnymi i kompensujacymi swoja nieobecnosc pieniedzmi rodzicami. Chcialabym wierzyc, ze Susan, Abby, Pam, Amy, Leslie i inne odnalazly się w zyciu równie dobrze jak Julie Bergdorf i narratorka, mówiaca skromnie o sobie „moi”.

Akcja rozgywa się glównie na  Manhattanie, z wypadami do Cannes, Paryza czy innych stosownie eleganckich miejsc. Narratorka i zarazem glówna heroina romansu sprytnie nie zdradza swojego imienia. Wystepuje zazwyczaj stadnie, wspólnie ze swoja serdeczna przyjaciólka Julia i paroma innym dziedziczkami fortun, których wspólnym mianownikiem jest adres w oklicach Park Avenue. Panienki zajmuje się glównie swoim wygladem, plotkami oraz zdobywaniem niedostepnych dla zwyklego smiertelnika atiraliów. W miedzyczasie testuja relacje z rozmaitym typem mezczyzn, gdzie koncowym celem jest znalezienie pieknego i bogatego partnera na zycie. Są przy tym przerazajaco naiwne i egzaltowane i tylko przychylnosci autorki zawdzieczaja, ze z kazdej glupawej przygody wychodza cale – i bogatsze o nastepne doswiadczenia. Zachowujac cieply stosunek do swoich bohaterek Sykes nie szczedzi krytyki powierzchonemu, zbytkownemu i zakreconemu do granic mozliwosci stylowi zycia – napedzanego glównie przez media i komercje. Pozwala dziewczynom (a nawet niektórym facetom) zachowac czlowieczenstwo i przeprowadza sucha stopa swoja bohaterke do niespodziewanego happy end’u.

Po lekturze Blondynek pozostana mi dwie pamiatki: po pierwsze wyrazenie „beyond”. Po drugie, ostatnio w sklepie kosmetycznym omal nie zakupilam opakowania „brazylijskiego wosku twardego” – brazyliczyk to okreslenie kluczowe w tej powiesci. Powiedzialabym, ze dwie pamiatki to wiecej niż po przeczytaniu wielu renomowanych pisarzy. Pod pewnymi wzgledami ksiazka byla absolutnie beyond!

Tym razem polskie reminiscencje

In Polskie refleksje on 19 sierpnia 2010 at 20:54
Kto? Ja na wakacjach w PL
Najlepsza pamiatka Zasuszona kocanka i lawenda znad Bugu
Nalmilszy zwierzak Terier szkocki Tymek
Cud nad Wisla Koncert i jam session zespolu Workoholics
Najbardziej mi się podobalo Wiara w lepsza przyszlosc i energia miejsca
Najmniej mi się podobalo Mentalnosc niektórych mieszkanców
Najprzyjemniejsze Serdecznosc, goscinnosc i poswiecony mi czas
Nieustanne zdziwienie Ze tez tyle można rozmawiac przez telefon?!
Kulminacja kulturalna Przedstawienie teatru Jandy na pl.Konstytucji
Najlepszy film Wim Wenders, Spotkanie w Palermo
Najglupsze pytanie Co sobie KUPILAS?
Najlepszy zakup Dwa kapelusze na Manhattanie w Siemiatyczach
Najlepsze jedzenie Owoce i fasolka
Niespodziewanie dobre wrazenie Warszawa
Najlepsze muzeum Muzeum Powstania Warszawskiego
Najpiekniejsze wnetrze Odnowione mieszkanie w starej, krakowskiej oficynie – piekne belkowanie oraz kamienny portal, kwiaty na podwórku i czerwony dywan na góre
Najgorsi fachowcy Budowalncy u mojej kolezanki – ci sami budowlancy zajmuja 45% rynku w SE i maja znakomita opinie. Jak to możliwe?
Pains in the ass Zaczynanie dnia od “wszyscy Szwedzi sa glupi”, warszawski sasiad oznajmiajacy “wszyscy z Krakowa są glupi”, a poza tym muchy, komary i trenujace ladowanie helikoptery oraz niekonczace się rozmowy o polityce
Odbyte choroby Obtarta stopa, letnie przeziebienie i odbita pieta
Ulubione miejsce w Krakowie Fontanna na placu Szczepanskim
Odwiedzone sanktuarium Swieta Góra Grabarka
Napoilo mnie zgroza pytanie przepojone pycha i pogarda: Czy w SE zyje się lepiej niż w PL? Tzn. czy tam tez widac tylu BIEDNYCH?

Wakacyjne zaburzenia

In Ksiazki, Polskie refleksje on 19 sierpnia 2010 at 10:16

Oj, jak mi trudno sie zmobilizowac! Nie da się ukryc – wakacje wytracily mnie zupelnie z piszacego trybu zycia. Odzwyczailam się nawet od codziennego kontaktu z komputerem, ponieważ odwiedzalam tereny bezinternetowe. I nawet mi tego komputera nie było brak – a pisac nie musialam, bo się wygadalam za wszystkie czasy. Nie wiem czy rodacy w kraju doceniaja wysoki komfort zycia towarzyskiego: ludzie gadaja caly czas, wpadajac do siebie / na siebie czy tez przez komórki, wykazujac przy tym imponujaca mobilnosc. Teraz przechodze szok kulturowy w druga strone – jak dzwonie o wpól do trzeciej do niepracujacej kolezanki, to mi mówi, ze nie ma czasu teraz rozmawiac, bo już o czwartej ma jazde konna. Przypomnialy mi się opowiesci kogos, kto za PRL pracowal w NRD. Tam podobno na rogach wystawaly jedynie Rosjanki, zony stacjonujacych radzieckich oficerów. W SE wystaja  pod sklepem gadajacy Polacy – niedawno takiej grupie wyrwal się okrzyk: o, kurwa! Tak zostalam przywitana na ziemi szwedzkiej przez tutejsza Polonie czyli znajoma Polke…

Już nie mówiac o tym, ze jak się DA wyjsc, to trzeba przebywac na swiezym powietrzu. Pora jasna i ciepla się konczy, a nadchodzi mroczna i nieprzyjazna dla czlowieka. No ale kiedys na blogosfere wrócic trzeba – niech będzie i dzis.

Pierwszy na tapete trafia audiobook: Philippa Gregory, The white Queen, czytane przez Biance Amato. Pozycja niegodna wspomnienia – tyle, ze na Warszawie zauwazylam na wystawie czyli ktos może chcieć sobie kupic. Sama wybralam ze względu na ladna obwolute oraz autorstwo „The other Boleyn girl”. Z duza przyjemnoscia ogladalam w TV amerykanski serial o Henryku VIII, gdzie zostawly pokazane obie siostry B. Niestety, egzaltowany sposób czytania narratorki przeszkadza w skoncetrowaniu się na akcji. Akcja typu zabili go uciekl – tyle, ze dawno temu. Ludzie opetani wladza. Żadne wladzy kobiety wykorzystuja mezczyzn i swoje dzieci. To, co mogloby być zaleta, czyli fokus na kobiete, staje się gwozdziem do trumny. Bo kobieta to slaba istosta, która musi się podpierac magia i mocami nadprzyrodzonymi. Fajnie by było mieć taka sile tajemna – pozostaje poszukac na internecie, bo nie znam zadnej zywej istoty, która przez nature taka magia zostala wyposazona. Okropne przeslanie dla nas, kobiet: skoro tak zle skonczyla Biala Królowa, to jak poradzimy sobie my, zwyczajne smiertelniczki, bez wsparcia superpower w formie zywiolu?

Na drugi ogien idzie mój ulubieniec, Jasienica. Dzieki nieocenionemu Tamaryszkowi obejrzalam w PL filmy dokumentalne (bo w SE nie można odtworzyc filmów polskich TV), które mialy być o pisarzu, a toczyly się glównie wkolo jego drugiej zony. Pawel J. pozostal zatem to dla mnie tajemnica, natomiast zona Nena odslonila niebanalne oblicze.

Tym razem dotarlam już do Rzeczpospolitej Obojga Narodów, Srebrny Wiek. Pod koniec tego tomu docieramy do czasów Ognia i miecza. Moja kolezanka slucha namietnie w samochodzie, dla mnie natomiast Jasienica ma wszystkich proroków pod soba, z Sienkiewczem wlacznie bądź na czele. Nadal jestem pod wrazeniem sztuki literackiej oraz inteligencji autora – wielbie jego przenikliwe komentarze, w których dobija wampira narodowych mitów, które to mity wspóltworzyl wlasnie Henryczek S. W Srebrnym Wieku nadciaga nad ojczyzne nieszczescie w postaci Wazów, Zygmunta i Wladyslawa. Podobno gorszych królów ze SE dostac nie moglismy, ponieważ nagromadzili w sobie same braki i wady. Po pierwsze brak zainteresowania PL i jej zywotnymi interesami, po drugie brak umiejetnosci wspólpracy, po trzecie brak umiejetnosci oceny sytuacji i po czwarte brak inteligencji i malostkowosc. Wladyslaw jakby mniej niesympatyczny i hermetyczny, ale za to butny i nadety, rozrzutny, a na dodatek dziwkarz. Wdajacy się w rózne nierentowne oraz poronione awantury europejskie. Az się boje nastepnego tomu, gdyz nieuchronnie czeka mnie Jan Kazimierz, niedoszly wicekról Portugalii (a co, nasi potrafia), który wlasnie rodzinie na zlosc odmrozil sobie uszy i wstapil do klasztoru we Wloszech. W tym wszystkim, niczym szpieg z krainy deszczowców, jawia się nuncjusz papieski oraz wyslannicy austriackiego cesarza. Az trudno mi uwierzyc – jako osobie z Krakowa – ze Austria, kojarzona w moich okolicach z dobrotliwym obliczem CK-cysorza, Franca-Józefa, była takim imperium zla i pchala nas na pohybel czyli na zaglade pod krzywa muzulmanska szabla. Fatalna rola kolejnych papiezy, glównie jako hamulcowych przciwdzialacych polskim interesom oraz chciwych satrapów, przyjmujacych iscie barokowe (nomen-omen) podarunki. W ogóle niechlubna postawa polskiego kosciola, zajmujacego się glównie gromadzeniem wladzy i majatków, zwolnionego z placenia podatków, niedokladajacego się w chwili najwiekszej potrzeby czy na wojne. Butne twarze dzisiejszych hierarchów to krzywe odbicie dawnej swietnosci i chichot historii – bo wiadomo dokad nas srebrny wiek doprowadzil.

Na koniec swietny cytat  – jako ostrzezenie przed wyborem ludzi glupich na narodowych liderów:

Dorazne, osobiste korzysci ludzi w ogóle niezdolnych do myslenia kategoriami politycznymi spowodowaly katastrofe panstwowa. Patent na nieodpowiedzialnosc, dany ludziom malym i glupim, musi doprowadzic do nieszczescia. Tak wyglada jeden z niezawodnych mechanizmów historii.

Na raz nastepny podaje „Bergdorf Blondes”.