szwedzkiereminiscencje

Archive for Listopad 2010|Monthly archive page

Ach, co za facet!-noblista Feynman

In Ksiazki on 27 listopada 2010 at 21:25

Richard P.Feynman / ”Pan raczy zartowac, panie Feynman!”. Przypadki ciekawego czlowieka / 2007

 

 

Teraz, niedlugo przed uroczystym rozdaniem nagród Nobla, wpadla mi do rak ksiazka noblisty i niezwykle oryginalnego czlowieka, Richarda Feynmana. Czyta sie jednym tchem – z malymi przerwami na okresowe wybuchy smiechu. Nie zwazajac na poddanie zarzutowi megalomanii napisze, ze nareszcie moglam obcowac z czlowiekiem prawdziwie blyskotliwym i inteligentnym. Czasami przypominal mi akademickie srodowisko, z którego sie wywodze – ale Kraków bylby zdecydowanie za mieszczanski dla bezpruderyjnego Feynmana. Nareszcie mialam z kim pogadac! Szkoda, ze dzieli nas przesuniecie czasowe, bo jak sadze, w towarzytswie Richarda N trudno bylo sie nudzic. Nie o to chodzi, zeby kreowal sie na gwiazde i ”ukradkiem” wymienial slynne nazwiska – wrecz przeciwnie, byl osoba wyjatkowo bezposrednia i bezpretensjonalna. Akurat te dwie cechy bardzo sobie cenie. Na dodatek znany profesor nie stronil od towarzystwa kobiet – tzn.nie stronil od kobiet takze w czasie, kiedy jeszcze profesorem nie byl. I to nie od towarzystwa ”kobiet przyzwoitych”, lecz wbrew przeciwnie, od przygodnego towarzystwa kobiet spotkanych w barze czy hotelu. Wiec moge sobie wyobrazic, ze podczas jakiegos pobytu w hotelu zagaduje mnie mezczyzna dowcipny, przystojny i niebojacy się zadnego tematu. Odwazny esprymentator, specjalista od robienia bliskim kawalów – choc tylko tym, którzy byli w stanie jego kawaly docenic. Obdarzony intelektualna odwaga, zdolny do wmyslenia sie w inne dziedziny niz jego macierzysta, ciekawy swiata i ludzi. Musial miec niespotykana zdolnosc wylaczania sie z otoczenia, gdyz potrafil pracowac (czesto piszac na serwetkach) w reastauracjach i barach. Scisly umysl, który lubil ludzi – czy to nie niezwykle?

Nie da sie ukryc, zostalam oczarowana (i to na odleglosc, i to osoba niezyjaca). Zupelnie nie rozumiem nazywania RF ekscentrykiem, poniewaz doskonale go rozumiem. Sama uzywam skrótów myslowych podobnych do jego slynnej ”mapy kota” i zawsze tak samo sie dziwie, ze otoczenie albo sie oburza, albo smieje. Akurat Feynman nie wdal sie, ze szkoda dla jezykoznawsta, w nauke o jezyku – ale jestem pewna, ze zgodzilby sie ze mna. Zgodzilby sie, ze nie myslimy konkretnymi slowami, a juz na pewno nie pojeciami, a obrazem konkretnego przedmiotu, który chcemy zwerbalizowac. Zarówno mapa jak i tablica anatomiczna (szczególnie biorac pod uwage nazwe ”atlas” anatomiczny – atlas daje bezposrednie skojarzenie z mapa) to obraz / odwzorowanie na papierze o okreslonym formacie danego fizycznego ”przedmiotu”: zespoly miesni czy lancucha górskiego. Jak dla mnie to zapytanie jest jak najbardziej logiczne:

 

His habit of direct characterization sometimes rattled more conventional thinkers; for example, one of his questions when learning feline anatomy was „Do you have a map of the cat?” (referring to an anatomical chart).

 

Podobnie jak RF trzyma mnie przy zyciu ciekawosc – nie tyle plotek o bliznich, co ciekawosc swiata i za kazdym razem, jak mi sie uda zrozumiec jakies zjawisko odczuwam wielka satysfakcje (pamietam moje nieukontentowanie pewnym limnologiem, który nie potrafil mi wytlumaczyc jaka substancja nie pozwala zzelowac sie galaretce ze swiezymi owocami kiwi – jako biolog powiniem, w moim odczuciu, to wiedziec). Feynman sfomulowal to nastepujaco:

 

Bo to jest tak, ze ja musze rozumiec swiat.

 

Mysle, ze mialby duzo smiechu z mnogosci dzisiejszych uczelni oraz mniej lub bardziej uczonych wykladowców (wysmiewa sie bezlitosnie z uczonkowatosci niektórych wypowiedzi popelnionych w imie nauki). Oto jak skomentowal swoja ówczesna uczelnie:

 

W Cornell bylo wiele wydzialów, które mnie specjalnie nie interesowaly. Mam na mysli gospodarstwo domowe, filozofie (ludzie z tego wydzialu byli szczególnie durnowaci), rózne rzeczy zwiazane z kultura – muzyka et cetera. Oczywiscie, z wieloma z tych ludzi lubilem rozmawiac…. Nie bylo jednak zbyt wielu partnerów do rozmowy, a wiele spraw, którymi sie zajmowano, uwazalem za niezbyt wyrafinowane pobredzanie. A Ithaca to male miasto.

 

Zdecydowanie lepsza okazala sie nastepna:

 

Dla takiego czlowieka jak ja, któremu tylko jedno w glowie, Caltech jest wymarzonym miejscem. Jest tutaj tylu wybitnych naukowców, którzy pasjonuja sie tym, co robia, i z którymi moge porozmawiac.

 

Mysle, ze sposób wychowania malego Richarda daje do myslenia dzisiajszym rodzicom, którzy obarczaja dzieci mnogoscia niepotrzebnych zajec. Przyszly noblista wyganiany byl na podwórko, zeby sie pobawic z dziecmi. Rodzice, skad inad z polsko-rosyjskimi (zydowskimi) korzeniami, nie dysponowali zadnymi tytulami naukowymi. Za to ojciec-komiwojazer nauczyl swoje dzieci myslec samodzielnie i niczego nie przyjmowac na wiare. Fizykiem zostal nie tylko Richard, lecz takze jego siostra. Pozwalano mu za to na domowe eksperymenty, o czasami sporym stopniu ryzyka.

 

Szalenie celna wydaje mi sie takze ocena uczestników pewnej konferencji (stosowac można dla innych zawodów i sytuacji):

 

Na konferencji bylo mnóstwo durniów, do tego zadufanych w sobie, a zadufani w sobie durnie doprowadzaja mnie do szalu. Do zwyklych durniów nic nie mam; mozna z nimi porozmawiac i spóbowac im pomóc. Ale zadufani w sobie durnie – ludzie, którzy stroja swoja glupote w rózne czary-mary i popisuja sie, jacy sa genialni – TEGO PO PROSTU NIE ZNOSZE.

 

Mysle, ze nie tylko Feynman…

 

Pisac bym jeszcze mogla dlugo – mialam nawet zaznaczone jeszcze trzy smakowite cytaty – ale nie zamierzam zamieniac jakosci w ilosc. Zacytuje tylko wypowiedz, która zamyka ksiazke. Wczesniej pochwale tlumaczenie i skrytykuje okladke – musiala ja projektowac osoba, dla której fizyka to szara masa. Osobie kochajacej zycie, takiej jak RF, nalezalaby sie okladka we wszystkich kolorach teczy. A oto obiecana wypowiedz:

 

Zycze wam wiec tylko jednego – zebyscie mieli szczescie znalezc sie tam, gdzie wolno wam bedzie zachowac opisana przez mnie rzetelnosc naukowa, gdzie koniecznosc walki o utrzymanie stanowiska czy o subwencje finansowe nie zmusi was do wyrzeczenia sie rzetelnosci. Oby ta wolnosc byla wam dana.

 

Znam pare osób, którym bym chetnie na Mikolaja te ksiazke zadedykowala.

 

 

Autostrada do piekla-los kobiet u Rhys

In Feminizm, Ksiazki on 21 listopada 2010 at 16:09

Jean Rhys, Den första hustrun / Wide Sargasso Sea, 1989

Jean Rhys, Voyage in the Dark, 1982

 


Jean Rhys (pseudonim) byla w wieku moich dziadków, ale chwilami zdaje się zadziwiajaco wspólczesna. Pani bibliotekarka ucieszyla się wyraznie kiedy o Rhys zapytalam, bo dawno jej nikt tutaj nie wypozyczal. Po przeczytaniu dwóch ksiazek troche to ogólne nieczytanie rozumiem: autorka wprawia w depresyjny nastrój od pierwszej (do ostatniej) strony. Niezaleznie od czasami pieknej scenerii wiadomo od razu, ze wszystko skonczy się katastrofa. To po co wlasciwie czytac i wprawiac się w przygnebienie, skoro i tak z góry wszystko wiadomo? Z drugiej strony troche szkoda, ze tak odstrasza czytelnika, bo Jean R ma wiele do powiedzenia. Po pierwsze dzieli się z egzotycznym dla nas doswiadczeniem zycia na Karaibach. Znamy Karaiby z przygód Robinsona, natomiast potomkini bialych kolonizatorów, Rhys, urodzila się na wyspie i dla niej barwy czy kolory tropików to podstawowy punkt odniesienia. Po drugie pisze niezle – jej pisarstwo przypomina Nalkowska i Evelyna Waugha. Poza stylem z Nalkowska laczy Rhys zapatrzenie we wlasne zycie oraz przekonanie, ze kobieta wylacznie może realizowac się albo jako czlowiek, albo jako kobieta. W przypadku Rhys wybór wskazuje w kierunku kobiety.

Pisarka dzieli się doswiadczeniem samotnosci, obcosci, opuszczenia. Obie ksiazki nasycone są przejmujacym smutkiem. Bohaterki Rhys dziela przezycia Basi Olinowskiej z „Romansu Teresy Hennert”: zadbane panienki z dobrego domu traca dom i grunt pod nogami. Musza walczyc o przetrwanie, a nie zostaly wychowane do takiej walki. Radza sobie jak mogą – na razie swieze i mlode, w drodze ku nieuchronnej katastrofie, bez nadziei na odmiane losu. Takie mlode, a już skazane na zaglade.

Ciekawy jest sam motyw Morza Sargassowego, ze zacytuje Wikipedie:

Morze Sargassowe to jeden z najbardziej tajemniczych, owianych legendami akwenów morskich świata… Temat Morza Sargassowego przewija się w dziełach literackich i filmowych, najczęściej w poezji i literaturze baśniowej – jako symbol ciszy, spokoju, pochłonięcia lub zawieszenia w czasie, a nawet jako źródło życia.

Morze Sargassowe graniczace z Karaibani, trójkatem bermudzkim, owiane mitem Latajacego Holendra i kapitana Nemo. Idealny raj utracony – zarówno dla „pierwszej zony” jak i Anny, bohaterki Voyage. Element wody kojarzony z kobiecoscia. Zmyslowosc, egzotyka i wielobarwnosc . Jakby w opozycji do szarzyzny, chlodu i trywialnosci zycia zachodniej Europy (a dokladnie Anglii).

Z drugiej strony poczucie obcosci także na rajskich wyspach, bedacych przeciez domem rodzinnym – tragiczne pietno bialych wlascicieli niewolników, znienawidzonych przez miejscowa ludnosc. Znienawidzonych zwlaszcza za utrate pozycji, majatku i wladzy. Bedacych obiektem zemsty w wyniku frustracji i krzywdy ziomków Pietaszka. Kobiety zbyt biale na Karaiby i zbyt egotyczne w Starym Kraju.

Szerokie Morze podejmuje ciekawa próbe polemiki z europocentrycznym punktem widzenia. Powiesc ta to tzw. prequel „Dziwnych losów Jane Eyre”. Opisuje wczesniejsze losy „mad woman at the attic”, uznanej za szalona pierwszej zony bohatera powiesci Brontë. Szalona, uwieziona kobieta to nie wybryk natury, tylko skrzywdzony przez lowce posagów bezsilny, delikatny i wrazliwy czlowiek. Rhys obnaza strukture wladzy, która sprawuja mezczyzni: przyrodni brat nie tyle nawet sprzedaje Antoinette, co doplacajac do interesu oddaje we wladanie zupelnie obcemu mezczyznie, nazywajac go na dodatek gentlemanem. Przynaleznosc do pewnej nacji i grupy spolecznej wymazuje cechy indywidualne i niskie pobudki. Mezczyzni strategocznie wybieraja zony, a nastepnie znajduja sobie mlode kochanki. Od kochanek wymagaja, żeby były wesole i ladne – chetnie im zreszta pomagaja finansowo, żeby móc pokazac się w atrakctýjnym towarzystwie-trofeum. Kobiety znajdujace się w podobnej sytuacji czasami sobie pomagaja, czasami się zwalczaja, lecz generalnie zdane są same na siebie. W obu ksiazkach Rhys pelno jest bólu, niesprawiedliwosci i krzywdy. Najgorszy, jak dla mnie, jest zupelny brak nadziei. Mimo ladnego entourage bohaterki Jean R odbieraja swój swiat niczym wiezniowie gulagu. Obie te ksiazki, napisane w sporym odstepie czasu, jakos sie uzupelniaja. Pokazuja dwie strony medalu: i zona, i kochanka sa przegrane w swiecie mezczyzn. W tym swiecie wymaga sie od kobiet chlodu i opanowania: kobiety jak wulkan gorace pozostaja z uczuciem winy za potrzebe milosci czy rozkosz fizyczna.

Na moim biurku lezy trzecia ksiazka Rhys, ale nie jestem pewna, czy znajde w sobie na tyle sily. Na zakonczenie zacytuje tylko garsc krzywdzacych przesadów, na jakie natykaja się kobiety w obcych krajach – jak sadze, aktualnych także dzisiaj:

It was just because she had this soft, dirty way that foreign girls have. (s.109)

An English girl would have respected herself more than to let people laugh at her like that behind her back. (s.109)

The day after I put my advertisement there were detectives calling and wanting to see my references and my certificates too. I was wild. Treating me as if I was a dirty foreigner. (s.139)

Czlowiek wilkowi…czlowiekiem – kanadyjczyk Mowat

In Ksiazki, zwierzeta on 15 listopada 2010 at 01:21

Farley Mowat, Ropa inte på vargen / Never cry wolf , 1966

 

 

Dzieki nieocenionej Lirael (http://lekturylirael.blogspot.com/ ) wypozyczylam wspaniala ksiazke na weekend. Nie bez klopotu, gdyz tak ”starozytna” literatura znajduje się w magazynie biblioteki w Halmstad, a do magazynu udaje się wylacznie bibliotekarz z kluczem. Az mi było glupio, ze tyle klopotu sprawilam, ale zdecydowanie warto było.

Najwiecej szczescia miał Jack London. Najmniej – Kapuscinski. Jakos po przeczytaniu Domoslawskiego mam w tyle glowy dyskusje o rozdziale miedzy literatura a reportazem. Skad inad dobry komentarz stanowi film z Paulem Newmanem i Sally Field. Sally jest bezkompromisowana dziennikarka, która za wszelka cene tropi prawde – a przynajmniej tak jej się wydaje. Jej jakobinskie zasady i naiwna wiara zostaja skompromitowane, kiedy perfidnie zostaje wplatana w polityczna rozgrywke. Graja: miejscowy polityk, policjant, grupa do zadan specjalnych i lokalny gangster. Wygrywa gangster (Paul Newman), zas biedna dziennikarka ma zlamana kariere (i serce). Okazalo się, ze prawda i slowo pisane to często dwie rózne rzeczy.

Skad ta refleksja? Bo Jackowi Londonowi nikt nie wypominal, ze jego opisy dzikiej przyrody czy zwyczajów wilków są być może niekompletne. Być może nawet bledne. Może etiologia zachowania wilka jest niepoprawna. Tym niemniej Bialy kiel czy Zew puszczy to była wspaniala lektura dla co najmiej dwóch pokolen. Natomiast już ksiazka Mowata opatrzona zostala az dwoma krytycznymi komentarzami. Pierwszy to wstep, którego autor zarzeka się, iż wymieniona przez Mowata organizacja (Mowat pracowal dla niej, zas autor wstepu nie) jest diametralnie rózna od opisanej. Druga czesc krytyki wystepuje z tylu na okladce. Nazywa się tam Ropa på vargen „literacka fantazja”. Jak dla mnie literacka fantazja to byloby moje opowiadanie o Atktyce. Nigdy tam nie byłam, ale jestem sobie wyobrazic. Natomiast kanadyjczyk Mowat byl wyksztalconym biologiem, pasjonatem zwierzat i znal opisywane obszary. No to gdzie ta fantazja?

Mowat dokonal rzeczy duzej, a mianowicie odczarowal wizerunek podstepnego i krwiozerczego zlego wilka i pokazal obraz madrego i godnego szacunku zwierzecia. Zrobil to w taki sposób, ze wiedza o wilku dotarla pod strzechy. Czy naklamal o naturze wilka? Nic w tych rzeczy. A ze przy okazji nabija się z biurokracji i pisze ze wspanialym poczuciem humoru, godnym „Trzech panów w lódce” to tylko zaleta tej uroczej ksiazki. Jak ktos kocha brytyjski (no dobrze, kanadyjski) humor i zwierzeta, to będzie Ropa på vargen zachwycony. Z podobnym humorem ukazuje przyrode David Attenborough, który jednak ma to szczescie, ze bardzo wczesnie znalazl się w redakcji BBC i miał mozliwosc zblizenia zwierzat obrazem. Kto powiedzial, ze madrzy ludzie musza być nudni? Spotkalam tylu nudziarzy, których inteligencja była niezauwazalna – i którzy uwazali się na „lepszych” od ludzi, którzy potrafili się smiac z samych siebie. Charakterystyczna dla Mowata jest dedykacja: dla Angeliny. Angelina to opisywana…wilczyca.

Tak wiec niech smutasy, deczyciele kotów oraz nudni jak flaki z olejem się nie fatyguja – zas wszystkim tym, którzy maja serce do przyrody oraz rozwiniete poczucie humoru serdecznie polecam nieslusznie uwiezione w magazynach ksiazki o zwierzetach Farleya Mowata, stryjecznego wnuka kanadyjskiego premiera.


Czarowna mlodosc – Cecelia Ahorn

In Ksiazki on 12 listopada 2010 at 01:10

Cecelia Ahorn / The book of tomorrow / 2009

 


Jesli ktos potrzebuje sympatycznego towarzystwa na spacery jesienne, to polecam goraco Cecelie Ahorn. Zwlaszcza czytana przez Ali Coffey, której lobuzerski glos od razu wprawia w dobry humor. Sama autorka jest ozywczo mloda i zaleta The book jest glównie swiezosc. Poza tym pisarka inteligentnie dobrala sobie bardzo mloda bohaterke – bo chyba trudno by jej było stworzyc wyznania staruszki. A tak operuje jezykiem mlodziezowym i opisuje problemy, które niedawno mogly i jej dotyczyc. Nie ulega bowiem watpliwosci, ze ogladamy swiat z perspektywy glównej postaci, Tamary.

Tamara zyla niezwykle uprzywilejwanym zyciem – takim, o którym marza setki dziewczyn z malych miasteczek (i nie tylko). Mlodzi i piekni rodzice, bogate zycie towarzyskie, czeste podróze, wspaniale prezenty, podobnie zamozne jak ona towarzyszki zabaw. Tylko ze pewnego pieknego dnia to wszystko się konczy i Tamara musi rozpoczac nowe zycie – z poczatkiem na glebokiej prowincji, u swoich niezbyt znanych krewnych. Tutaj przydarza jej się niezwykla przygoda – Ahorn wprowadza troche bialej magii – w jej rece dostaje się pamietnik. Jest to pamietnik niezwykly, ponieważ co wieczór zapelnia się opisem dnia nastepnego – i to opisem sporzadzonym przez sama Tamare. Dziewczynka na poczatku nie może się nadziwic, a pózniej testuje, czy bylaby w stanie zmienic z góry narzucony tryb dnia. Zas w miedzyczasie  dokola niej rozwijaja się wydarzenia, które doprowadza ja do niezwyklych odkryc o charakterze rodzinnym.

Nie wiem kto był zamierzonym adresatem The book i nie wiem czy na pewno chcialabym ja przeczytac. Natomiast jako spacerowy narrator jest idealna – a nawet polecam ja do pieczenia. Ciasto marchewkowe pieczone do przedostatniej plytki smakowalo wybornie. Tylko trzeba sode zastapic zwyczajnym proszkiem do pieczenia. Albo dorzucic troche czarów?

Muzyka jesienna – Hélène Grimaud

In Feminizm, Ksiazki, Muzyka on 9 listopada 2010 at 16:35

Listopad to dziwny miesiac. Z jednej strony coraz ciemniej i wietrzniej, a z drugiej czasami zdarzaja się przyjemne niespodzianki. Takie jak „Wieczór tanca” w SVT i „Labyrinth within” w wykonaniu Pontusa Lidberg’a, Wendy Whelan i Giovannim Buccieri z muzyka Davida Lang’a. Och, jakie to było piekne! A obejrzenie Wendy polecam wszystkim mlodym kogutom, którzy wypisuja na forach, ze kobieta powyzej trzydziestki to już nieatrakcyjna babcia. Sadze, ze te faceciki nie będą w stanie, po swoich daniach z karkówki (wg.GW ulubione mieso Polaków) i piwkach, ruszac się jak przeszlo czterdziestoletnia Wendy!

Podobnie piekny byl Jason Flemyng w filmie „Purpurowe skrzypce”, kiedy z rozwiana plowa grzywa gra na skrzypcach podczas milosnego aktu. Ladny film z muzyka w roli glównej – zwlaszcza w wykonaniu filmowego lorda, Fredericka Pope.

A skoro już o muzyce mowa, to skonczylam wlasnie Dzikie wariacje” pióra Hélène Grimaud. Po wielu ksiazkach pisanych przez mezczyzn i o mezczyznach nareszcie jakas odmiana. Przyjemnie poczytac artystyczna dusze po pseudonaukowych rozwazaniach na temat definicji slowa „reportaz” czy po kalumniach pod zdresem Onassisa i spólki.

Ksiazka ta pisana jest metoda przekladanca: rozdzial autobiograficzny na przemian z rozdzialem wilkochwalnym. Przyznam, ze wole ten pierwszy skladnik. Helenka (ze ja tak spolszcze, żeby nie mezczyc palców akcentami) to nie tylko swiatowa pianistka, ale również przyjaciólka wilków i zalozycielka Wolf Conservation Center kolo Nowego Yorku. Po Robercie Redfordzie zaklinajacym konie i Clarissie Pinkola Estés i jej kobieco-wilczych teoriach zadowalam sie glaskaniem kota i karmieniem szynszyli. Lubie zwierzeta z wzajemnoscia, traktuje je jako istoty osobne, a nie swoich wiezniów. Natomiast bylabym ostrozna z wpuszczaniem mieszczucha w dzicz – zeby sie nie powtórzyla historia Grizzly man.

Natomiast szalenie podobaja mi sie refleksje Helenki, obdarzonej duza inteligencja i pewnie jeszcze wieksza wrazliwoscia. Zwlaszcza jej opowiadanie o rekach, które zyja wlasnym zyciem – ja miewalam takie odczucie w czasie, kiedy duzo szylam. Mysle, ze kazda twórcza osoba o zdolnosciach manualnych doswiadcza takiego recznego flow.

Wspaniale pisze o reakcjach tzw.otoczenia (albo ludzi obcych) na piekne i uzdolnione kobiety:

Mezczyzni zaczeli mi posylac przerazajace usmiechy, w których nie bylo nic milego ani lagodnego – usmiechy lepkie jak brudne cukierki. Bo lubiezne spojrzenia maja tysiace znaczen. Niektóre sa szydercze, a inne bardziej niesmiale, ale zawsze zawieraja obsceniczny podtekst.

Mezczyzni nie widza mnie, tylko te, ze która chca mnie uwazac; poprzez mnie odbieraja zdeformowana projekcje samych siebie, swoich pragnien i swoich zahamowan. A ja w czasie tych spotkan face-à-face, nieuniknionych w moim zawodzie, coraz trudniej znosze poczucie, ze jestem ucielesnieniem wyobrazenia, którym nie jestem, od którego uciekam i które wywoluje we mnie najglebsza pogarde, jesli je u kogos wyczywam.

Polaczenie moich zalet wydaje im sie nie do pogodzenia (badz piekna i nic nie mów), i wymagajacy, elitarny zawód: sukces niemajacy nic wspólnego z wygladem, a bardzo wiele z ogromem pracy (co za marnotrawstwo!), i nieukrywana pasja do zgrai wilków.

Pozadliwe spojrzenia spotykam takze ze strony kobiet i trudniej mi z tym zyc. Zreszta spotkania z niektórymi kobietami rzadko bywaja latwiejsze do zniesienia: w najlepszym razie natychmiast uznaja we mnie rywalke, w najgorszym – za wroga. Na domiar zlego ja, która nie przejmuje sie wygladem, sama staje sie ofiara wlasnej powierzchownosci. Ja, która marze po prostu o spotkaniu przyjaciólek, napotykam na bezlitosny laser spojrzen.

Nic dodac, nic ujac! Wpisuje sie to w moja teorie projekcji marzen o kobiecie idealnie seksualnej, o kobiecie-obcym, o cudzoziemce. Kobietom traktujacym sie jak towar tego rodzaju spojrzenie moze pasowac, ale osoby wrazliwe nie czuja sie dobrze poddane taksujacym spojrzeniom – zarówno kobiet jak i mezczyzn. Skutkiem moze byc rezygnacja z atrybutów kobiecosci czy nawet indywidualnosci, zeby sie wtopic w bezbarwny tlum. Tylko ile mozna sie bawic, bez uszczerbku na zdrowiu, w przebieranców?

Autobiografia zaczyna sie we wczesnym dziecinstwie, obejmuje cala edukacje pianistyczna i konczy w 2002 roku. Autorka podaza za swoimi instynktami, które prowadza ja do spotkania odpowiednich ludzi i do sukcesu artystycznego. Bardzo wazna j dla niej wolnosc – osobista i twórcza. Nigdy nie wpada w komercje, potrafi sie przyznac do porazki i dopasowuje swoje zycie do mozliwosci oraz zamierzonego celu. Zdecydowanie antyksiazka w stosunku do amerykaskich „ksiazek o sukcesie” – pianistka ma duzy talent i wklada niezmiernie duzo pracy w to, zeby osiagnac odpowiedni efekt – a nie, zeby zarobic okragla sumke i zlozyc ja na koncie. Jako osoba zaangazowana przyjmuje w swojej „wilkowni” dzieci autystyczne, pracuje na rzecz Amnety itp.

Podobaly mi sie tez odniesienia do Klary Schumann oraz Fanny Mendelssohn http://pl.wikipedia.org/wiki/Fanny_Mendelssohn – kobiet, które niemal zniknely w cieniu rodzinnych, meskich geniuszy.

Reasumujac: bardzo ciekawa osobowosc i oryginalna ksiazka.

”Mam wielki ogonek”-rzecz o Onassisie

In Ksiazki on 5 listopada 2010 at 20:13

Francois Forestier / Onassis. Czlowiek, który chcial miec wszystko / 2006 / tlumaczenie: Dariusz Retelski / redakcja: Joanna Baranska

 

 

To była zdecydowanie najbardziej glupia i zle napisana ksiazka, jaka ostatnio czytalam. Uscislajac: nie tylko zle napisana, ale jeszcze fatalnie przetlumaczona. Chwilami mialam podejrzenia, czy aby tego tekstu nie tlumaczyla maszyna? A korektor czy tez zwykly redaktor nie tkneli tego „dziela” nawet przez szmate – czemu się wlasciwie nie dziwie, ale czego skutek jest przerazajacy (czytelnika o normalnym stopniu inteligencji).

Jeżeli chodzi tresc, to zdecydowanie przypadnie do gustu zwolennikom teorii konspiracji pomieszanej z wiara w przeznaczenie. Spodoba się tez zawistnikom, którzy wierza, ze majatek zdobywa się wylacznie machlojkami i którzy odczuwaja Schadefreude z niepowodzenia bogaczy. Na pewno przypasuje również smakoszom plotek z „wyzszych sfer” czy celebrities oraz milosnikom brukowców i szmiry ksiazkowej. W chaotycznej narracji wystepuja, niczym klebowisko zmij: CIA, FBI, Joe Kennedy ze swoja klatwa, Onassis ze swoja (a może to ich wspólna?), Howard Hughes, skorumpowani urzednicy oraz szare eminencje od trefnych polecen. Swiat jest wylacznie swiatem mezczyzn – kobiety przedstawione są jako krwiozercze piranie, glupie, chciwe, uzaleznione, latwe i sprzedajne. Kobieta to dobro jednorazowego uzytku – jak papier toaletowy czy chusteczki do nosa. Nie wiem, jaka dama zrobila „kuku” Forestier’owi, ale przetracila go najwyrazniej na zycie, tyle w nim goryczy i jadu. Zas jezyk Forestier’a – Oh, mon Dieu! Mimo pietna, jaki na tekscie wycisnelo nieudolne tlumacznie Dariusza Retelskiego, oryginalny charakter nie pozostawia watpliwosci co do genre’u. To styl lowcy sensacji, który zapewne miał wzbudzic zainteresowanie, a tymczasem calkowicie odstrecza.

Żeby nie być goloslowna, podziele się chetnie paroma rodzynkami z zakalca panów Forestier&Retelski. Zacznijmy od tekstu zachecajacego do nabycia ksiazki w Internecie:

Arystoteles Onassis był nie byle jakim grekiem: płomiennym, uwodzicielskim, irytującym.

Nie wdajac się w wybór przymiotników, wiekszosc doroslych Polaków napisaloby slowo „Grek” z duzej litery.

Teraz przejde do tytulu mojego wpisu czyli wypowiedzi samego Onassisa:

Mam wielki ogonek.

Formalnie ogonek to maly ogon, wiec „wielki maly ogon” brzmi jak sprzecznosc. Tymczasem tlumacz najwyrazniej nie jest wtajemniczony w slownictwo erotyczne ani l’argot, ponieważ queue (czyli ogon) – podaje za wikipedia – „désigne le pénis d’un homme »

Inna smiesznosc, szczególnie jak sie zna szwedzki to zdanie :

A kuk trafil do szpitala.

Pewnie mial byc « cook » – zas « kuk » oznacza po szwedzku to samo, co « queue » po francusku.

Poza nieznajomoscia jezyka erotyki tlumacz nie dysponuje ogólna wiedza w dziedzinie historii :

Na widok Stambulu rejs nabiera innych wymiarów : zlocone kopuly, kopula Swietej Zofii

Czyzby Dariusz Retelski mial na mysli Hagia Sophia czyli « Madrosc Boza » ? Pomijajac skladnie i frazeologie tego « smakolyku ».

Pisownia nazwisk charakteryzuje sie figlarnoscia – po co konserwatywnie pisac tak samo, jak mozna sobie pozmieniac ? Na stronie 84 wystepuje raz Stettinius, a trzy linijki nizej juz Stetinius. Pisownia nazwiska Howarda Hughes’a ma nieskonczona ilosc kombinacji – i zeby bylo ciekawiej, sam Hughes w ksiazce nie wystepuje. To tylko takie powolywanie sie na znane nazwisko, zeby samemu sobie dodac splendoru. Ja sie pytam gdzie byla figurujaca w stopce jako redaktor Joanna Baranska ? A moze Forestier, Retelski i Baranska to ta sama osoba ? (jak widac teoria konspiracji wplynela i na mój sposób myslenia)

Szukam czegos wiecej o Forestier i znajduje jego nastepna ksiazke :

oh, la, la! 😉

Teraz pora na mój ulubiony cytat, charakterystyczny dla opisu kobiet :

Betty Sunmark, wystawne stworzenie, które debiutowalo jako girlsa w Moulin Rouge, zanim unioslo noge w teatrze rewiowym Ziegfeld Follies.

(wytluszczenia moje)

Czesto zdarzaja sie tlumaczenia doslowne idiomów, np. « to nie moja filizanka herbaty ». albo:

Pozostaje mu tylko piasek pomiedzy palcami

czyli tlumaczenie z francuskiego „ glisser comme du sable entre ses doights” (albo podobnie), co oznacza, ze cos (zycie?) przecieka miedzy palcami.

Fragment :

Arystoteles Onassis jest ujmujacym gospodarzem. Ale, na odwrót, jest drazniacym szefem:

Przypomina mi mojego bylego szefa w BHZ, który polecal wykonac zadanie „odwrotnie”. Po raz pierwszy zupelnie nie zrozumialam o co chodzi? A chodzilo o kalke z niemieckiego „umgehend” – mialam zrobic cos natychmiast!

Albo:

Jest zwyczajowym gosciem u Jaxa”

Czemu nie : stalym klientem?

…, dobry dzwieczny pieniadz

a czemu nie: dzwieczacy?

…opowiadaja sobie o straconych iluzjach

a czemu nie: zludzeniach?

Ona lubi wychodzic

A czemu nie: zycie towarzyskie?

No i kto by szalal na punkcie kobiety piszacej nastepujace listy milosne?

Kochany Ros, chcialam Ci powiedziec o tych sprawach przed wyjazdem, ale wszystko odbylo się tak szybko. Czytalam to, o czym mówiles, i bylam tym poruszona. Drogi Ros, mam nadzieje, ze wiesz, czym byles dla mnie i czym jestes zawsze. Z uczuciem, Jackie”

Dosc komicznie brzmi de facto tragiczny opis reanimacji zony armatora Niarchosa:

Widzac ja niedajaca znaku zycia Stavros staral się ja przywolac do przytomnosci, policzkujac, polewajac twarz woda, wsadzajac palce w gardlo i próbujac wlac w nia kawe.”

Wspanialy opis innego dramatu:

Ta widzi przed soba dziewczyne w pelnej rozpaczy.

Co może oznaczac:

Dom Onassisa wchodzi w miesiac goryczy.

Czyzby nawiazanie do Szekspira i Steinbeck’a? Tylko, ze tam była „zima”.

Nastepna perelka:

…wszyscy na wyspie uwazaja te uderzenia pedzla za chec zamazania przeszlosci.

Czyzby Jackie uzywala pedzla przy grze na perkusji? Czy perkusja może mazac??

Jako milosnik zwierzat musze tez zaprotestowac przy porównaniu:

Cohn był kiedys pilnym asystentem McCarthy’ego: to brutal, rodzaj doga.

Ostatni zas akord perkusji / pedzla tego wiekopomnego dziela brzmi:

…, a cisza morska rozrywa się jak delikatny jedwab.

Reszta jest milczeniem – a wlasciwie milczeniem powinno się pominac tak pretensjonalna i kiepska pozycje wydawnicza. Kto to, oprócz mnie, czyta?


Alegoryczna tesknota za podróza w nieznane-Saramago

In Ksiazki on 3 listopada 2010 at 23:18

José Samarago / Sagan om den okända ön / Opowiesc o nieznanej wyspie / 1999

 

 

Ten niewielki tekst (38 stroniczek) napisany zostal na temat Oceany, na Wystawe Swiatowa w Lizbonie w 1998 roku. Nie czytalam wczesniej nic noblisty Saramago i to czerwona, wesola okladka zachecila do wyboru tego akurat tytulu. Ponieważ Saramago uzywa dlugich zdan z wieloma znakami przestankowymi, musialam przeczytac tekst dwukrotnie (czyli tekst wydluza się do 78 stroniczek).

Trudno mi przekazac CO takiego wyczytalam – czyta się troche jak basnie tysiaca i jednej nocy albo basnie Anderssena. Podróze morskie podniecaly wyobraznie od niewiadomych czasów i napawaly tesknota za czyms nieznanym i nienazwanym. Cóz wiec dziwnego, ze pojawil się smialek, który chcial podjac trudy dalekiej zeglugi i znalezc zupelnie nowa, nieodkryta jeszcze wyspe? Projekt na pozór niemozliwy, ale udaje go się zrealizowac dzieki uporowi smialka, przyslowiowemu lutowi szczescia oraz rzecz jasna, przychylnosci kobiety. Nie, nie ksiezniczki, lecz…- nie, nie zdradze, bo po co wtedy czytac Saramago?

No i happy end, choc może nie taki jaki sobie bohater zaplanowal. Jak zwykle moral, iż nie wazny jest cel, lecz wazna bywa podróz do celu. Niby same oczywistosci, wiec czy warto otworzyc „Opowiesc”? Uwazam, ze tak. Jezyk jest oszczedny, lecz dzieki specyficznej konstrukcji zdan daje wrazenie bogactwa. Opowiadanie prezentowane jest obrazami – jakby gotowy scenariusz na kreskówke. Może ktos kiedys ja nakreci? Pisane ladnie – co docenilam siegajac po nastepna pozycje na moim „nakastliku”. Docenilam poetycki kunszt Saramago, gdyz nastepna ksiazka w kolejce do czytania nie tylko zostala koszmarnie napisana, ale jeszcze na dodatek kiepsko przelozona.

Opowiesc warto przeczytac na deser, po obiedzie – w zastepstwie bądź towarzystwie malej czekoladki:


Mów mi wuju – Kapu da capo

In Ksiazki, Polskie refleksje on 1 listopada 2010 at 01:07

Witold Beres, Krzysztof Burnetko / Kapuscinski: nie ogarniam swiata / 2007

 

 

Krakusy, wiec powinnam chwalic – a tymczasem powtórze za nieodzalowanym Francem Fiszerem: i caly pogrzeb na nic! No, bo czytalam po Domoslawskim, a po Domoslawskim nie tyle potop (aprés moi…), co dlugo, dlugo nic. Troche tak jak było z rzezbami Fontany: Fraczkiewicz dorastal do jednej trzeciej Fontanie, a potem dlugo, dlugo i nic – i dopiero domorosli nasladowcy Fraczkiewicza w Polsce i na Litwie.

Koncze już zlosliwe dygresje z Króla Slonca oraz historii polskiego baroku. Ponieważ zaczelam od Sienkiewicza, to powinnam zacytowac tym razem: koncz wasc, wstydu oszczedz – co tez niniejszym uczynie.

Rozpisywac się nie ma co, bo i nie ma o czym. Dwóch naiwnych panów zurnalistów z prowincji dalo się uwiesc wytrawnemu uwodzicielowi, Rysiowi K. Ich zupelnie nie wiekopomne dzielo sklada się z rozmów z mistrzem – nota bene prowadzonych na kolanach i dosc malo ambitnych. Do rozmów dorzucone zostalo kalendarium zycia Kapuscinskiego – panowie pisarzowie cali dumni byli i bladzi, ze nareszcie takie kalendarium powstaje i dziura w polskim literaturoznawstwie zostaje zalatana. ALE. Ale jakiego to zródla uzywali nasi uczeni (w pismie)? Patrz strona 347:

Przy pisaniu kalendarium korzystano z ogólnie dostepnej prasy, a także z:

Znakomitego portalu www.kapuscinski.hg.pl

Voilà! Pan Kapuscinski spojrzal im gleboko w oczka, rzekl niczym dobry Zagloba do Rocha Kowalskiego: mów mi wuju, a chlopcom zmiekly kolana i lykali slowa „wuja” niczym ges kluski.

Niestety, nie zadali sobie trudu – tak, jak to uczynil Domoslawski – żeby rozmaite fakty z zycia Kapuscinskiego zweryfikowac. Pozwolili pisarzowi na autokreacje – i Rysiu powtórzyl im swoja zretuszowana / zmanipulowana wersje zyciorysu. Troche to jak zabawa: znajdz siedem szczególów, którymi róznia się zamieszczone rysunki. Czytajac Beresia z Burnetka natrafialam co raz na fikcje, zdezawuowana przez Domoslawskiego. Mozna się pytac wiec po co w ogóle czytalam? Ponieważ, po pierwsze, wypozyczylam z biblioteki i po Domoslawskim mialam apetyt na Kapuscinskiego, a po drugie dla samych tekstów RK. Bo mimo braku atencji dla samej postaci pisarza, nadal z duza przyjemnoscia zanurzam się w jego prozie. Bylam tez ciekawa na ile sprawdzily się proroctwa mistrza Kapu – bo dziennikarze traktuja go niczym wyrocznie w Delfach.

Niektóre analizy Kapuscinskiego nie stracily nic na aktualnosci i wielu miejscach mistrz wykazuje się blyskotliwoscia. Natomiast jego prognozy dotyczace losów bylego ZSRR można miedzy bajki wlozyc – raczej się przychylam do przytoczonej opinii Andrzeja Drawicza, ze RK kierowal się polskimi przesadami w stosunku do (bylego) wschodniego sasiada. Zaniepokola mnie tez wypowiedz ze strony 225:

U nas klasa srednia nie zdolala się wyksztalcic, a jej zaczyn często stanowili nie-Polacy, którzy zgineli albo wyemigrowali w czasie drugiej wojny swiatowej.

Czyzby Rys-antysemita?

Mialo być, zdaje się: ale zesmy Bohuna usiekli – i na „firme” B&B  miała splynac czesc splendoru znanego globtrottera. Niestety, koledzy dziennikarze nie odrobili zadania domowego tylko dokonali kompilacji tekstów (co prawda wlasnych) – niczym malo ambitni uczniowie sciagajacy z Internetu. Ich „odautorskie” komentarze to powielanie falszywek Kapuscinskiego – historie równie malownicze, co nie do konca prawdziwe. Rzadko się zdarza, żeby jakas ksiazka tak blyskawicznie się zdezauktualizowala. Artur Domoslawski polozyl chlopców na obie lopatki – kto chce się czegos dowiedziec o wielkosci Kapuscinskiego, niech pominie panegiryk z Krakowa i siegnie po „Kapuscinskiego non-fiction”.