szwedzkiereminiscencje

Archive for Czerwiec 2010|Monthly archive page

Pawle, Pawle, Ty mi odpowiedz daj…

In Ksiazki, Polskie refleksje on 26 czerwca 2010 at 00:08

Pawel Jasienica, „Polska Piastow”, 1979

Szata graficzna nedzna, wiec sobie daruje fotografowanie

Szczerze rzeklszy, nie moge sie wyznac na Jasienicy. Zabralam się do czytania „Polski Piastów” dzieki lekturze „Miazgi” i przeczytaniu mowy Andrzejewskiego nad grobem PJ. Mowy wzruszajacej i pelnej szacunku. Szkoda, ze nie widzialam filmu „Rózyczka” – może tam znalazlabym klucz do pisarza-historyka? Bo Jasienica musial emanowac autorytetem i wiedza, skoro go tyle osób, w tak róznych sytuacjach i czasach ratowalo, zatrudnialo i obdarzalo zaufaniem. Na pewno dzialaly legendy rodzinne o przodkach powstancach. Zyciorys malowniczy w ogóle – ale to akurat raczej wzbudza podejrzenia, zas Beynar, a nastepnie Jasienica musial znac trudna sztuke wzbudzania zaufania i szybkiego zjednywania sobie ludzi.

„Polska Piastów” stala w domu rodzinnym na jednej z górnych pólek i nalezala do kanonu ksiazek, które się znalo. W dziecinstwie nie slyszalam nigdy ani pól zlego slowa pod adresem pisarza – a teraz mam glównie uwagi krytyczne. Syn zabral swojego Davis’a do Krakowa i nie mogę sobie porównac wersji obu historyków. Ale niestety, czytajac dzisiaj „PP”  nie można nie ulec wrazeniu, ze jest to ksiazka pisana na zamówienie konkretnej wladzy i „ku pokrzepieniu serc” Polaka z PRL. Czyzby Jasienica swiadomie postanowil odgrac role wspólczesnego Sienkiewicza? Jedna rzecz się nie zestarzala, a mianowicie jezyk. Pisarz ma swade niczym Stieg Larsson i czytanie wciaga, mimo nieuniknionych luk spowodowanych brakiem informacji z wczesnego sredniowiecza. Choc akurat sporo wiedzial o Swietoslawie czyli Sygrydzie Dumnej – odpisalam sobie nawet i umiescilam na blogu jako informacje o mnie.

A teraz do wyczutych przeze mnie dziwnosci. Jasienica cos za bardzo akcentuje polskosc ziem tzw. Polski Piastów, co tez nie jest pojeciem jednoznacznym. Zwiedzalam Dolny Slask i widzialam pomniki dzialalnosci Piastów Slaskich, wiec ich istnienia ani wagi absolutnie nie neguje. Trudno by jednak było nazwac sredniowieczne struktury nowoczesnym panstwem – a Jasienica troche to tak przedstawia. Jakby przykrawal z historii te kawalki, które pasuja do naszych powojennych granic. Drugi zarzut to germanofobia – choc gwoli sprawiedliwosci pisze o doraznych sojuszach z Niemcami we wczesnym sredniowieczu. Ale ogólna atmosfera jest taka, ze Francja była nam wzorem i panstwem niejako blizniaczym, zas wszystkie formy bytów niemieckich ( z rodzinami panujacymi na czele) , a pózniej takze austriackich to z definicji wrogowie. Zgodnie zreszta ze swoja teoria, ze warto się ukladac z krajem sasiadujacym z wrogiem po drugiej stronie (pisal tak o Francji i Rosji, jako sprzymierzencach antyniemieckich). Rozumiem, ze 1957-8 to niewiele lat po wojnie, lecz po wytrawnym historyku spodziewalabym się rzeczowej analizy, a nie napedzania strachu przed Niemcem. Zwrócilam na to uwage, ponieważ mój historyk w liceum dal nam na zycie przestroge: dopóty Polska bezpieczna, póki Niemcy się nie zjednocza. Odpukac, pare lat już uplynelo od 1989, a Niemcy nam na razie nie zagrazaja.

Nastepny zarzut to wyjatkowe zainteresowanie losem „chlopa polskiego”. Na pewno jeden z aspektów – choc w „PP” wyrasta na fundamentalny. W odróznieniu od losu kobiet, bo o kobietach na ogół cisza! Co prawda wspomniana zostaje Sygryda Dumna i jej losy, natomiast wladczynie na tronie polskim (bądź innym Piastowskim) konsekwentnie zostaja pominiete. Może powinien powstac nastepny tom pt. „Polska Piastówien i Piastowych”? Jest pare pochlebnych slów o Dobrawie, zas o reszcie niewiele dobrego. Już w „Polsce Jagiellonów” komentuje autor, ze wladca mógl sobie uzywac do woli, natomiast polowica miala być „czysta jak lza”! Uwazam, ze Jadwiga Andegawenska (wiem, ona się zakleszczyla niejako miedzy dynastiami, ale miala krew piastowska) zasluguje na osobny rozdzial, a nie tylko wzmianki – może i nielaskawy dla kobiet los skazal ja z poczatku na bycie zakladniczka ukladów politycznych, lecz potem wykazala się charakterem i wlasna ocena sytuacji.

W sumie niewiele się dowiedzialam nowego – troche to było jak lekcje historii w liceum. Nowum było odczytanie, ze kosciól katolicki od poczatku cieszyl się duzymi przywilejami i autonomia, popierana przez papiezy, sciagajacych z Polski swietopietrze. Nastepna ciekawostka, to wskazania zródla odrebnosci polskiego katolicyzmu. Odrebnosci wynikajacej czesciowo z wplywíow kultury rycerskiej i czesciowo z zachowania wsród ludu elementów starej wiary, zintegrowanej z nowa. Stad pewnie ten nasz oslawiony katolicyzm ludowy, którego zródla, jak widac, siegaja wczesnego sredniowiecza. Równie ludowa zdaje się geneza powszechnego celebrowania pogrzebów – zaznaczylam sobie tylko jeden fragment, a szkoda. W kazdym razie:

„Jeśli wierzyc Gallowi, królewicz Mieszko zapowiadal się swietnie, ale za krótko bawil w kraju, by dac się wszystkim poznac i zyskac osobiste sympatie. Na pogrzebie jego rozpaczali zreszta i tacy, co go nigdy na oczy nie widzieli.”

Dzieki Google Earth udalo tez mi się zlokalizowac grody Czerwienskie, z których przywedrowala podobno kiedys czesc mojej rodziny. No ale Pawel Jasienica nie miał za  swoich czasów internetu i zaawansowanego oprogramowania. Wyjazdy w poszukiwaniu zródel tez nie nalezaly do latwych, wiec trzeba zdecydowanie docenic, ze jak ograniczone mozliwosci (bo nawet kontakt z  uczonymi z innych krajów był nielatwy bądź niemozliwy) dokonal rzeczy wielkiej. Wiele rzeczy mnie drazni, jako czytelnika wspólczesnego. Poza wymienionymi zastrzezeniami także podkreslanie „zlego kierunku” ekspansji Polski (tej na wschód), podkreslanie odrebnosci charakteru narodowego Polaków i Litwinów (choc w tych czasów przewazaly glównie róznice regionalne). To taka polityczna poprawnosc w realiach lat piecdziesiatych – zrozumiala, lecz poddajaca pod watpliwosc wartosc oceny historycznej. Ponieważ wiazalam Beynara z Wilnem, to sadzilam, ze miał litewskie korzenie. Z tego co pózniej znalazlam wynika, ze były one raczej polskie. Jakie by nie były, to osobiscie przywiazana jestem do idei Polski wielu narodów i to podkreslanie domniemanego polskiego charakteru lekko traci nacjonalizmem.

Oj, skomplikowal mój poglad na siebie Leon Lech B. „Rózyczka” mi może troche w glowie rozjasni, jak mi się uda ja obejrzec?

Wyciag z miazgi – Andrzejewski

In Ksiazki, Polskie refleksje on 22 czerwca 2010 at 22:31

Miazga, Jerzy Andrzejewski, Puls (nie moge znalezc roku wydania)

[pisane do Al’a Jarreau]

Jak to bylo? Napalilam się na biblioteke w Halmstad niczym Arab na kurs pilotazu. Znalazlam tam bowiem poklady ksiazek polskich, których w Polsce wlasciwej nie zaznalam z przyczy róznych – albo były w domu na pólce, ale „bylam za mala” (choc „Uklad” Kazana czytalam pod nieobecnosc rodziców w wieku lat jedenastu i tak), albo były nie do dostania. Wypozyczylam wiec mityczna „Miazge”, a potem, na jej skutek, Jasienice.

„Miazga” kojarzy mi się z impreza w latach 80-tych, a zwlaszcza jednym Alkiem z Warszawy. Tata Alka był bodajze ambasadorem, nie napisze gdzie, bo może sobie nie zyczy takich publicznych wspomnien. Jak to w tym czasie, ludzie z Warszawy nie byli w Krakowie lubiani. Byli zdecydowanie bardziej swiatowi, bardziej pewni siebie i lepiej ubrani. To była zupelnie inna klasa – ze nie wpomne ogólnopolskiej olimpiady jezykowej na studiach. Bez trudu zwyciezylam olimpiade na swojej uczelni, ale na szczeblu ogólnopolskim natknelam się na warszawskie „dzieci z placówek”. Uplasowalam się zaraz po nich, lecz i tak przezylam szok na widok ich wyglancowanych lakierek i ogólnego luzu. Alek nie nosil lakierek – za to bardzo elegancko skrojona marynarke. No i, jak to wtedy, kiedy po ciastkach i domowym bigosie rozmowa zeszla na polityke i sfery warszawskie, Alek blysnal znajomoscia „Miazgi”.  W naszym malym, na ogół krakowskim gronie, zabrylowal totalnie. Ani wtedy nie marzylam, ze będę miala okazje zapoznac się z tym wiekopomnym dzielem!

A teraz lezy przede mna i nie jestem w stanie przez te ksiazke przebrnac. Gwoli prawdzie istnieje tam malenki fragment cenny niezwykle: fragment dziennika samego Andrzejewskiego. Ten dziennik jest wspanialy i to tam wlasnie natknelam się na wpis o Jasienicy, wystapieniu Gomulki na jego temat oraz o pogrzebie Pawla J na Powazkach. Zacytuje stamtac kawalek, dedykujac wszystkim wielbicielom IV RP, Zbiegniewa Ziobry i stosowanych przez niego metod:

Prowokacja zawsze była i do obecnych czasów pozostala taktyka szczególnie faworyzowana przez reakcje rzadzace spoleczenstwem przy pomocy scentralizowanego aparatu pzremocy. Udana prowokacja demaskuje „wrogów”, usprawiedliwia podjecie srodków nadzwyczajnych, likwiduje zarazem masowo przeciwników dyktatury, paralizuje slabych i lekliwych, uaktywnia oportunistów i karierowiczów, umacnia aparat wladzy. Umiejetnie zorganizowana i przeprowadzona prowokacja, likwidujac fizycznie lub cywilnie najwartosciowsze jednostki, a poglebiajac deprawacje ludzi już zdeprawowanych lub do deprawacji dojrzalych – powoduje zazwyczaj tragiczne wyczerpanie spoleczenstwa, ten zas stan rzadzacych najbardziej odpowiada rzadzacym. Nie bez glebszych racji każdy aparat wladzy totalitarnej tak natarczywie i przy kazdej okazji wmawia spoleczenstwu, iż jest silne, zwarte, wszechstronnie się rozwijajace i w ogromnej wiekszosci solidarne z polityka rzadów. Wielu ludzi chorych z uczuciem ulgi i wdziecznosci przyjmuje zapewnienia bliskich i znajomych, iż wygladaja kwitnaco.

Czesc „Intermedium czyli Zyciorysy Polaków” udalo mi się z trudem przeczytac. Zatytulowabym ja „Epitafium Polaka wieków przeszlych”. Denerwuja mnie pretensjonalne nazwiska, które Andrzejewski był ponadawal swoim bohaterom. Nie mam sily szukac w pamieci zywych odpowiedników tych postaci – jedynie Cybulski skojarzyl mi się natychmiastowo. Sadze, ze w czasach PRL akurat ta czesc była skarbnica wiedzy. Natomiast czesci zasadniczej czytaj się dzisiaj zupelnie NIE da. Emanuje prawdziwa atmosfera PRL, która mam nieszczescie pamietac. Czuje fizyczne mdlosci i zaczyna mi brakowac powietrza – ci wszyscy, którzy opowiadaja bajki o kontynuacji PRL do chwili obecnej, powinni przeczytac te czesc obowiazkowo: o telefonach Stalina po nocy czy uzgodnieniach programu teatru w komitecie. O obowiazkowych libacjach – ja tego czytac absolutnie nie mogę. Żeby było ciekawiej, czytalam z zainteresowaniem autobiografie Jeleny Bonner, czyli nie chodzi tylko o przykre fakty. Andrzejewskiemu udalo się oddac duszna atmosfere i nikla sfere wolnosci swoich czasów, która najwyrazniej wyparlam ze swojej pamieci.

Na raz nastepny zapraszam do Polski Piastow.

Nie czyn blizniemu, co Tobie niemile – Zaremba o mobbingu w Szwecji

In Szwecja on 20 czerwca 2010 at 22:40

Dla odmiany koncert zyczen i dla „wiernej sluchaczki” krótko o nowej serii artykulów Macieja Zaremby w DN (Dagens Nyheter). Teksty można znalezc tutaj (kolejnosc od dolu):

Maciej Zaremba byl moim Cicerone po Szwecji jeszcze w Polsce (przedruk artykulu w Res Publice), a teraz znowu trafil w sedno problemu zamiatanego pod dywan. Trafilam na te serie przypadkiem, ponieważ szukalam czegos do czytania: w polskich gazetach było tylko o wyborach, zas w szwedzkich wylacznie o slubie Victorii.  Jakos przegapilam nawet migawki w wiadomosciach – bo artykuly Zaremby maja to do siebie, ze wzbudzaja dyskusje publiczna. W Szwecji wybory po wakacjach i a nuz jakas partia wezmie przemyslenia dziennikarza na tapete?

To, co zdaje mi się najwazniejsze u Zaremby, to znajdowanie dobrego kata natarcia. Jako osoba rozpoznawalna i niezle osadzona w zyciu publicznym może sobie pozwolic na poruszanie tematów wazkich. Z drugiej strony w Szwecji obowiazuje zasada omówien – nie powie się „glupi” tylko „bardzo specjalny”. Trudno jest zatem cos potraktowac krytycznie, gdyz caly czas trzeba zachowywac daleko idacy obiektywizm oraz udawac pokore – rzecz jasna ci, którzy się deklaruja jako najwieksi „pokornicy”, to zazwyczaj najwieksze kanalie i zaklamane swietoszki. Nie wolno się zaperzac, oburzac ani plakac – ponieważ publiczne okazywanie uczuc dyskwalifikuje zawodnika. Samo poruszanie problemów spolecznych typu terra incognita jest dowodem duzej odwagi cywilnej. Na dodatek Zarembie udaje się znalezc wywazony jezyk, wg. szwedzkiej zasady „mów z chlopami ich gwara, zas z uczonymi po lacinie”.

What’s the problem? Otóz sprawa przedstawia sie nastepujaco: Szwecja byla pierwszym krajem na swiecie, która wprowadzila do kodeksu pracy pojecie mobbingu i jego zakaz w miejscu pracy (1993). Jak się teraz okazuje, inne kraje poszly tym tropeem, zbudowaly ustawodawstwo i na jego podstawie  karza dreczycieli. Natomaist Moder Svea (Matka Szwecja) potraktowala swoje dzieci wyrodnie i żadne zgloszenia do urzedów nie powoduja wszczecia postepowania i wymierzenia sparwiedliwosci. Zwiazki zawodowe, bardzo tutaj silne, zazwyczaj albo nie chca mieszac się w tego rodzaju sprawy, albo bronia pracodawcy czy dreczyciela. Mobbing odbywa się często z uczestnictwem bądź za cichym blogoslawienstwem szefostwa. Tej obojetnosci na cierpienie ludzkie przeciwstawia Zaremba konretne przypadki z Francji oraz Wielkiej Brytanii. Sama moglabym uzupelnic liste swoja znajoma z Polski, która była ostatnio przesluchiwana przez policje na okolicznosc zgloszonego i uporczywego zlego traktowania przez szefowa. Szwedzi wybieraja inna droge: skoro jednostka przeszkadza otoczeniu, to trzeba ja dostosowac do otoczenia. Nie szkodzi, ze tej „rresocjalizacji” poddawane bywaja jednostki wybitne, wyrózniajace się, zdolne i twórcze. Wszyscy maja być tacy sami – no, przynajmniej pozornie. W koncu każdy powinien znac swoje miejsce i taki imigrant musi sam z siebie wyczuc, ze z definicji bywa persona non grata, powinien nie tylko czuc, ale tez CIAGLE okazywac wdziecznosc narodowi szwedzkiemu, ze go przygarnal do swojego zimnego i twardego lona. Rzecz jasna, na poczatku nikt Ci nikt w oczy nie powie – latwiej jest zorganizoc nagonke calej grupy, która już się z Toba w odpowiedni sposób rozprawi. Zaremba przytacza przyklady konkretnych osób, rozmaitych zawodów i pochodzenia, dla których wspólnym mianownikiem było ostateczne wykluczenie z zycia zawodowego na skutek utraty zdrowia. Na cale szczescie powstala już organizacja próbujaca pomóc osobom poszkodowanym oraz są adwokaci podejmujacy się zlozenia zazalenia i zadania odszkodowania. W najlepszym jednak razie osoby stale wyeliminowane z zycia dostaja jednorazowe odszkodowanie. Ubezpieczalnia natomiast często nie znajduje podstaw do przyznania nieszczesnikowi renty.

Pierwszym poszkodowanym był Bosniak, którego wlasciciel firmy oddelegowal do pracy na swojej farmie – w chwilach wolnych. Bo praca w fabryce miała TEZ być wykonana – czyli podójna zmiana z te sama pensje. Pensje nizsza od pensji Szweda, gdyz obcokrajowiec, a tym bardziej muzulmanin powinien znac swoje miejsce. Bosniak rozumowal nastepujaco (co go kosztowalo zdrowie):

”Rozumiesz, na samym dole znajduja sie uchodzcy z Afryki. Potem czarni, którzy maja prace, a nastepnie biali uchodzcy. Nad nimi szwedzcy alkoholicy, a potem obcokrajowcy, którzy próbuja zasymilowac się. Wiec trzeba się bardzo starac. Staralem się jak moglem, żeby nie wyladowac na ulicy, gdzie mieszkaja wszyscy bezrobotni. Dlatego zdawalo mi się, ze nie mogę odmówic.”

Nastepna była nauczycielka. Zdolna bestia – oj, za zdolna na swoje liceum! Nota bene znam z autopsji – tylko ze mnie odeslano nie do psychoterapeuty, tylko do…logopedy.

”Czy wiesz co koledzy mówia o Tobie?” pyta dyrektor szkoly. „Ze jestes intelektualistka. To im się nie podoba.”

Nie, nie wszstkim. Johanna jest przeciez dobrze wyksztalcona, a poza tym wykazuje się wyjatkowa kreatywnoscia w pracy nauczyciela liceum. Organizuje wycieczki badawcze dla uczniów, dysponuje duza siatka kontaktów, udaje jej się zorganizowac ciekawe dni tematyczne.

Niektórzy koledzy zaczynaja sobie pozwalac na komentarze. Na przykład na temat tego jak się ubiera: „ty to nawet w dzinsach nie chodzisz”, jak mówi i co jada. Potem dyrektor tez wlacza się w „zabawe towarzyska”. Johanna uslyszy o skargach od uczniów i ich rodziców. Nie, dyrektorowi nie wolno podac zadnych szczególów. Ale powinna pomyslec o poddaniu się terapii. Tego się od niej oczekuje. Żeby się nauczyla sztuki komunikacji miedzyludzkiej.

„Za kazdym razem, kiedy opowiadalam o swoim sukcesie, rozmowy dokola mnie cichly i koledzy odchodzili.” Pózniej było coraz gorzej. Czekala ja niemal codzienna krytyka ze strony dyrekcji, często w obecnosci innych..

Przykladów mnozy Zaremba, przy czym najwiecej problemów sprawia zatrudnienie w sektorze panstwowym i komunalnym, zwlaszcza w srodowiskach jednoplciowych (np.w sluzbie zdrowia). Smutne wnioski autora serii arykulów:

Niewiele pomoze, ze teoretycznie Szwecja ma zagwarantowana wolnosc slowa – skoro jednoczesnie osoby u wladzy mogą przez pomówienie, rosprzestrzenianie plotek i psychiczne maltretowanie mogą zmiadzyc tego, którzy osmieli się wypowiedziec. Panstwo troszczy się o nawyki zywieniowe obywatela, ale nie uwaza za wlasciwe strzezenie czci tegoz. Żaden prokurator nie reaguje na oszczerstwa internetowe czy mobbing w miejscu pracy, a nasza prywatnosc nie jest prawnie chroniona. Innymi slowy integralnosc osobista – czyli glówna podstawa obywatela do rozporzadzania swoimi prawami – jest wyjatkowo slaba w Szwecji.

To, co nie pasuje do politycznej skali prawo-lewo czy tez nie przystaje do zalozonego szwedzkiego modelu spoleczenstwa, ma niewielka szanse na zainteresowanie i publiczna dyskusje.

Przyczyne tego zjawiska widza norwescy uczeni nastepujaco. Po pierwsze szwedzkie prawo jest nieefektywne. Po nastepne:

Szwecja widzi sie jako idealne spoleczenstwo, gdzie mobbing nie wystepuje.

Dazenie do konsensusu stawia pojedycza osobe na przegranej pozycji. Nawet zwiazek zawodowy raczej poprze interes grupy przeciw jednostce.

Mnie najbardziej ciekawi czy jednak jakas partia polityczna zjamie się sprawa blizej? Obawiam się, ze nie. Znakomity szwedzki antropolg, Åke Daun, skonstatowal już dawno: cierpienie ludzkie oceniane jest bardzo nisko w tym spoleczenstwie.

Polska -Szwecja niewinnie

In Ksiazki, Polskie refleksje, Szwecja on 19 czerwca 2010 at 14:25

Andrzej Niewinny Dobrowolski, Donos na Polonie czyli jest, jak jest…bo gdyby mialo byc inaczej, to by bylo, 2005

Cala Szwecja przygotowuje sie wlasnie do dzisiejszego slubu ksiezniczki, a wlasciwie królewny, Victorii – a mnie w glowie zupelnie inne klimaty. Wybranek królewny charakteryzuje się wyjatkowo niskim poziomem inteligencji i poza przyklejonym, oblesnym usmiechem musi dysponowac mocno ukrytymi zaletami – bo na zewnatrz ich zupelnie nie widac. Jak widac warto być ponizej przecietnej, bo i tak pojawi się królewna i uwiedzie, dajac przy tym tytul ksiazecy i polowe królestwa. Ale, jak to mówia Szwedzi, najwazniejsze, żeby byli ze soba szczesliwi – cóz z tego, ze za pieniadze podatników.

Bedac ostatnio w bibliotece w Halmstad rzucila mi się w oczy ksiazka pana Andrzeja Niewinnego Dobrowolskiego.

Dzieki komorce nareszcie udalo mi sie utrwalic rzezne Fredrik’a Wretman’a na Nissanie przeplywajacym pod biblioteka

Tak się zlozylo, ze zawarlam z nim znajomosc podczas wizyty na targach ksiazki w Göteborgu pare lat temu. Ucieszylam się widzac ksiazki po polsku (to nie były te targi z Polska w tle) i wdalam się w rozmowe z jak się pózniej okazalo panem Niewinnym. Nota bene nazwisko Niewinny wniosla w wianie zona pana Andrzeja. Szalenie mi się spodobalo, iż w tym stadle to mezczyzna przyjal nazwisko zony, podczas kiedy polowica pozostala przy swoim. Skad wiem? Ponieważ dostalam wizytówke, dowód w zalaczeniu:

Ze spotkania pamietam najlepiej, ze pan Andrzej zapytal w pewnym momencie czy znam Kjell’a Albin’a Abrahamsson’a., szwedzkiego dziennikarza raportujacego z Polski. Nastepnie wskoczyl na krzeslo i usilowal się dodzwonic do Kjell’a, co w gwarze hali targowych było istna niemozliwoscia. Abrahamsson pozostal wiec nadal moim nieznajomym. A Doborowolski opowiadal, o ile mnie pamiec nie myli, ze tlumaczy wlasnie ksiazke ogrodnicza na polski oraz ze sprzedaje tanie uslugi drukarskie w Olsztynie. Przyznam się od razu, ze na wypisana na wizytówce strone ( http://www.jestjakjest.com/)  nigdy nie zajrzalam i gdyby nie biblioteka w Halmstad nie zapoznalabym się nigdy z dziennikarska swada pana Andrzeja.

Dobrowolski to emigrant z duzym stazem, bo od 1968 w Szwecji. Z duza doza humoru i dystansu do siebie opisuje wlasne i cudze zmagania z codziennoscia, uzywajac przy tym soczystego jezka gawedy. Zaczynal jako muzyk, a jak skonczy, to przyszlosc pokaze – wydaje sie, ze przy otwartosci pana Andrzeja the sky is the limit. Jak ktos ma ochote na niepolukrowane, humorystyczne spojrzenie z drugiej strony Baltyku to warto zajrzec do „Donosu” i poczytac pare felietonow. Uwazam, iz jego obserwacje zmieniajacej sie rzeczywistosci zarowno tu, jaki w Polsce sa trafne, a nawet najgorsze koleje losu opisane sa z obiezyswiackim humorem.

I na tym te niewinna reklame zakoncze – poniewaz pojawila sie nowa seria reportazy Macieja Zaremby w DN i spiesze sie z nimi zapoznac. Zaremba jednak stoi u mnie o „oczko” wyzej.

Fantastyczna Alice – i Badeni, jej syn

In Ksiazki, Polskie refleksje, Szwecja on 17 czerwca 2010 at 00:34

Autobiografia, Z ojcem Joachimem Badenim rozmawiaja Artur Sporniak i Jan Strzalka, 2004

Dzisiaj ksiazka, ktora szczesliwie wpadla mi w rece i sprawila duzo radosci. Jak widac pomiela sie nieco w samolocie – mam nadzieje, ze wlascicielka mi wybaczy akt niezamierzonego wandalizmu. Nie naleze do frakcji kosciolkowej, ale kocham rozmowy z ludzmi madrymi i jako taka traktuje lekture „Autobiografii”. Szkoda, ze juz po smierci autora, bo miloby bylo go spotkac na ulicach Krakowa. Ciekawy okazal sie nie tylko autor, ale takze i jego matka. Zaczne wiec od niej, zas Badeniemu dam sie wypowiedziec samemu (w formie cytatow). Wybralam takie, ktore w jakis sposob wpisuja sie w wiecznie aktualna polska debate.

Prosze mi pozwolic zaprezentowac pania Alice, de domo Ancarcrona, primo voto Badeni, secundo voto Habsburg. Na zdjeciu ze swiezo urodzonym Kazimierzem, jak dano na chrzcie pozniejszemu ojcu Joachimowi. Jak widac, kobieta urodziwa, a jak sie okazalo, rowniez obdarzona niezlomnym charakterem. Mowi o tym jednoznacznie dedykacja: Mojej Matce za Jej odwage w obu wojnach swiatowych. Na innych zdjeciach wygladala nastepujaco:

Na tym srodkowym prezentuje sie niczym Greta Garbo!

Pochodzila ze szwedzkiej rodziny ziemianskiej i kochala jazde konna, a zwlaszcza na lodzie. Z hrabia Badenim wpadli sobie w oko od razu, a po slubie zamieszkali w Busku kolo Lwowa. Niestety, papa Badeni zmarl jak Kazimierz mial zaledwie cztery lata. Matka wyszla za maz powtornie z zywieckiego Habsburga, Karola Olbrachta (bizuteria na dwoch zdjeciach to rodowa habsburgska, pierwotnie dar Napoleona dla Marii Luizy). Zabrala Kazimierza do Zywca, gdzie przezyla II wojne swiatowa. To, co mi w niej zaimponowalo, to patriotyzm do Polski. Poza nia nie znam Szweda, zywego badz historycznego, ktoremu by cos takiego do glowy wpadlo. Znam takich, ktorzy uzalaja sie nad polska historia, znam takich, ktorzy oskarzaja nas o antysemityzm i znalam cale zastepy milosnikow taniej wodki i tanich kobiet (obecnie niepocieszonych, ze ta era sie skonczyla). Ale zeby zamieszkac i jeszcze narazac zycie? Nej, tack! A pani hrabina-ksiezna z niezmaconym spokojem wspolpracowala przez cala wojne z AK, szykanowana przez Niemcow, ktorzy nadziwic sie nie mogli jej niearyjskiemu postepowaniu. Warto wspomiec tez reakcje ojczyma Kazimierza, ktory rowniez odmowil wspolpracy z Niemcami, mowiac: Habsburg nigdy nie byl Niemcem, co przyplacil zeslaniem do Buchenwaldu. Po wojnie Alice, pozbawiona zrodla utrzymania, wyemigrowala do rodzinnej Szwecji, gdzie miala siostre oraz gdzie osiadl jej syn z drugiego malzenstwa. Podobno zachowala urode do konca zycia, a zyla dlugo (1889-1985). Z ojcem J podzielila sie madrym przemysleniem: Synu, nie trzeba sie bac zycia!

Nalezy wspomniec, ze ojciec Joachim mial w chwili pisania „Autobiografii” skonczone 92 lata, a rzadko zdarza mi sie obcowac z kims tak mlodym duchem. Wspomnienia nie sa chronologiczne i sila rzeczy duzo miejsca zabieraja sprawy wiary oraz ducha. Zanim jednak Kazimierz Badeni stal sie ojcem Joachimem, zdazyl uczestniczyc w II wojnie i to na roznych frontach. Mimo wlasnej udokumentowanej dzielnosci napisal slowa nastepujace:

Nie zywie szczegolnej czci dla bohaterow, a przede wszystkim dla bohaterszczyzny. W naszej tradycji panuje kult bohaterow, za wojenne zaslugi obwieszamy sie medalami niczym radziecki marszalek.

Nasz polski patriotyzm to fenomen zadziwiajacy. Szczycimy sie nim, ale podejrzewam, ze jest on zjawiskiem dotad jeszcze nie w pelni dojrzalym. Wierze, ze predzej czy pozniej dojrzejemy jako narod, wyzbywajac sie patriotyzmu sentymentalnego, odkladajac do lamusa bogoojczyzniane frazesy, a nasze przywiazanie do ojczyzny stanie sie uczuciem autentycznie glebokim, nacechowanym sklonnoscia do poswiecen.

Na pytanie: Jak sie Ojciec czul wsrod „prawdziwych Polakow„? odpowiada:

Byli mi calkowicie obcy. ..Prawde mowiac, prawdziwi Polacy-katolicy nieco mnie irytuja, choc podobno ksiedza katolickiego nic nie powinno zloscic. Wezmy nasz stosunek do Matki Boskiej: nazywamy ja Krolowa Polski, czasami Krolowa Aniolow, tymczasem dla mojego ucha o wiele piekniej brzmi jej zydowskie imie. Dlaczego nie mowimy o niej Miriam z Nazaretu?

Otoz ten konowal zauwazyl, ze jestem lepszym katolikiem niz Polakiem, i cos jest w tym na rzeczy. Co ciekawe, wsrod polskich zolnierzy walczacych na frontach zachodnich postawa bogoojczyzniana nie byla powszechna, szczegolnie posrod moich kolegow, ktorzy – o czym tez juz mowilem – stanowili zywe zaprzeczenie stereotypu Polaka i katolika, bo byli komunistami.

Zas o pogrzebach uwaza tak:

Nie bylem przy smierci mamy, nie bylem nawet na jej pogrzebie. Prawde mowiac, nie przepadam za pogrzebami, co bowiem daje uczestniczenie w nich?

Osobiscie zgadzam sie jeszcze z jedna teza autora, ktory odpowiada prowadzacym interview:

Pamietacie panowie Smuge cienia Conrada? Podejrzewam, ze kazdy mezczyzna musi przejsc przez smuge cienia, stanac oko w oko ze smiercia. Takie przezycie hartuje czlowieka.

Zamienilabym tylko „mezczyzne” na „czlowieka”. Kto przezyl, to wie.

Biedna panna Dygat

In Ksiazki on 15 czerwca 2010 at 21:50

Magda Dygat „Biedna pani Morris”

Dzis musze sie pospieszyc, poniewaz pragne napisac o dwoch ksiazkach, z czego ta wlasnie…nie jest moja ulubiona. Zastanawialam sie nad katem natarcia i udalo mi sie nawet wygrzebac „Dworzec w Monachium” piora seniora D. Jednak i on nie usatysfakcjonowal mnie literacko – zestarzal sie, biedak, bez godnosci. Czyli nici z analizy komparatywnej papa versus coreczka. Poczytalam tez na necie o samej Magdzie, bo nie orientowalam sie w sytuacji rodzinnej i nie bylam pewna, czy to TA panna Dygat. Okazalo sie ze ta i ze na dodatek z nierozplatana sytuacja rodzinna, ktora opisala w innej ksiazce. Mysle sobie, iz nielatwo byc dzieckim znanych rodzicow – choc po prawdzie nie sadze, zeby ktos chcial wydrukowac te ksiazke osobie BEZ tzw.nazwiska. Nie bede sie wyzjadliwiac, bo rozumiem, ze panna D miala trudne dziecinstwo, a lezacego sie nie kopie.

Teraz do „Biednej pani Morris”. Akcja ksiazki snuje sie rachitycznie miedzy dwoma bohaterkami: bogata i leciwa pania Morris a mloda Rose. Obie maja korzenie na Poludniu -.jak sie potem okazuje bardziej ze soba zrosniete niz to sie na pierwszy rzuk oka wydaje. Mieszkaja w tej samej kamienicy w NY, z czego pani M jest wlascicielka, zas Rose i jej suczka Lili wynajmuja mieszkanie ponizej ceny rynkowej. Pani Morris lubi zwierzeta, a poza  tym tanczyc. Naduzywa tez alkoholu, co prowadzi do (zbyt) latwej do przewidzenia degrengolady. Rose czuje sie odpowiedzialna za staruszke, ktora zdaje sie nie miec ani rodziny, ani przyjaciol. W mlodosci wybrala sie do Paryza, studiowala sztuke i snula ambitne plany. Planowala wspanialy mariaz i bogate zycie towarzyskie. Nie trafila zle, poniewaz wyszla zamaz za zamoznego i milego faceta – nie spelnil jednak jej ambicji wielkoswiatowych, a na dodatek szybko zmarl. W drodze powrotnej do Stanow poznala drugiego mezczyzne swojego zycia, ktorego jednak niespecjalnie szanowala. Prowadzila zywot niezalezny i wycofany, nie odwazajac sie na zadne ekstrawagancje czy odwazne kroki – raczej drepczac kolo domu i podlewajac rosnace tam drzewo.

Nie za bardzo rozumiem  czy pani Morris byla w zamierzeniu biedna czy tez nie? O czym traktuje ta ksiazka? Po co zostala napisana i wydana? Czy wniosla komus cos w zycie – bo mnie raczej nic wlasnie. Niby powinna mnie zaciekawic, gdyz traktuje o samodzielnych kobietach, ale jakos ich losy nie sa w stanie mnie porwac. Przedstawione sa z dystansem i bez ciepla, jako wyjatkowo bezplciowe i bez jakiejkolwiek glebi. Zaplanowana na niepodzianke pointa nie ma sily razenia i pozostawia znudzonego czytelnika w stanie obojetnym. Wspolczuje Magdzie Dygat dziecinstwa w cieniu ludzi „wybitnych”, ale jak widac nieprzyjemne dziecinstwo nie zawsze przeklada sie na talent literacki. Biedna zdaje sie nie tyle pani Morris, co panna Dygat!


Carol + Therese = milosc, by Patty H

In Feminizm, Ksiazki on 6 czerwca 2010 at 12:53

Patricia Highsmith, Carol, 2007

(Claire Morgan, The Price of Salt, 1952)

Któz nie kocha utalentowanego pana Ripley’a i jego brat-owskich przyjaciól? Ja polubilam Jude Law dopiero po filmie o Tom’ie, a zwlaszcza po obejrzeniu „Tu Vuo’ Fa l’Americano”: http://www.youtube.com/watch?v=mT-fOr29OfA

Patricia Highsmith nie była mi zatem obca, ponieważ przeczytalam pierwsza czesc przygód utalentowanego psychopaty. Natomiast nie mialam pojecia, iż lektura „Carol” stanie się znakomitym pendent do „Samotmosci” Isherwood’a. Jak się okazuje, tak jak Isherwood był chlopcolubny, tak Highsmith była dziewczynolubna. Ksiazke te wydano w Szwecji dopiero teraz, za znakomitym wstepem tlumaczki, Karin Lindeqvist, w wydawnictwie Normal (w stopce figuruje najslynniejsza bodajze lesbijska ikona, Mian Lodalen).

Carol napisana zostala po incydencie, który przydarzyl się autorce w domu towarowym Bloomingsdale w 1948. W roku 1952 ukazala się twarda okladka, zas w 1953 pocket wydany jako pulp fiction. Ta druga wersja stala się prawdziwym przebojem i Highsmith zasypana zostala listami od poruszonych czytelniczek. Dodac jeszcze należy, ze powiesc opublikowana zostala pod pseudonimem Claire Morgan jako The Price od Salt. Wszystko po to, żeby uniknac skandalu, jako ze zwiazki homoerotycznie nie były akceptowane ani przez wydawców, ani przez cenzorów, ani przez spoleczenstwo. Na wersje pulp cenzura patrzyla przez palce, ponieważ z zalozenia mialy to być igrzyska dla ludu czyli rozrywka o niskich lotach. Osobiscie musze przyznac, ze dla mnie te ksiazki z komiksowymi okladkami były ucielesniemiem Ameryki (będę uzywac tego okreslenia na Stany Zjednoczone).  Po prawdzie, czytajac te ksiazke dzisiaj, nie mogę się nadziwic, czym moglaby zgorszyc czytelnika? Tym niemniej polska wersja glupiopedii „Carol” nie wymienia, zadawalajac się „Znajomymi z pociagu”, którzy stali się kanwa filmu Hitchcock’a.

Bohaterka jest dziewietnastoletnioa Therese, zwana przez narzeczonego Terry. Ma skomplikowana historie rodzinna, która na swój sposób przypomina rodzine Highsmith. Ojciec Therese, czeski prawnik o zacieciu plastycznym, zmarl kiedy była dzieckiem. Matka wyszla ponownie za maz, a dziewczynka oddana zostala na wychowanie do zakonnic. Therese dobrze wspomina jedna z zakonnic, natomiast nie utrzymuje kontaktów z matka ani przyrodnia rodzina. Poznajemy ja jak już mieszka w Nowym Jorku, marzy o karierze scenografa, a w miedzyczasie pracuje jako ekspedientka w domu towarowym. Spotyka się z Richard’em, studentem malarstwa, pochodzenia rosyjskiego. Bardzo lubi spotykac jego rodzine, ponieważ jest liczna i niezwykle serdeczna. W odróznieniu od Richard’a zywi watpliowsci co do przyszlosci tego zwiazku. Przed samymi swietami zwraca uwage na jedna z klientek, za względu na jej styl i elegancje. Wiedziona implulsem pisze do niej kartke, na która Carol odpowiada proponujac spotkanie. Znajomosc rozwija się w romans o powaznych konsekwencjach – zwlaszcza dla Carol. Dla Therese to także drzwi wejsciowe w doroslosc i pomaga wykrystalizowac plany na przyszlosc oraz dodaje pewnosci siebie. Czytelnik nie dowie się na koncu, czy zwiazek Therese i Carol przetrwa, ale są po temu przeslanki. Nie jest to zatem obraz starszej, bogatej kobiety, która wykorzystala i porzucila mloda i niedoswiadczona. Wrecz przeciwnie – korzysta glównie Therese. Role się odwracaja – na poczatku to Carol narzucala tempo, a potem wszystko zalezec będzie od mlodszej partnerki.

Moje doswiadczenie z powiewscia lesbijska jest niewielkie. W 1997 przeczytalam z duzym zainteresowaniem ówczesny hit wydawniczy w Szwecji, „Stjärnor utan svindel” píóra Louise Boije af Gennäs. Wszyscy wiedzieli, ze to opis burzliwego zwiazku autorki ze wspomniana wyzej Mian Lodalen. Pikanterii dodawal fakt, ze Luise to panienka z dobrego domu (ba, nawet arystokratycznego), zas Mian reprezentuje twórtczosc proletariacka. W kazdym razie opisy zwiazku damsko-damskiego są tam duzo bardziej wyraznie niż w „Carol”, z intensywnymi opisami seksu wlacznie. Z perspektywy dzisiejszej Szwecji literackiej trudno sobie wyobrazic zgorszenie jakie wywolala „Carol” w powojennych Stanach. Jak dla mnie, czyta się jak klasyk, np. „Madame Bovary” – gdzie tez czytelnik musi się doszukiwac ukrytych tresci, bo sama forma jest zwodniczo mdla.

Natomiast szalenie mi się podoba Ameryka nakreslona przez Highsmith. Ta Ameryka nie ma nic wspólnego z dzisiejsza. Tamta była demokratyczna i każdy miał szanse znalezc swoje miejsce w zyciu – także pólsierota Therese, która zaczyna obiecujaca kariere scenograficzna. Nie musiala odbywac ekskluzywnych studiów i byla w stanie utrzymac się z dodatkowych zajec w okresie braku zlecen. Pensja sprzedawczyni pozwalala jej na skromne utrzymanie oraz oszczednosci, z których mogala korzystac w czasie podrózy. Nie spiac w rowie czy schronisku mlodziezowym, lecz w hotelach i lecac do domu samolotem. Byla to Ameryka wynajmowania przyzwoitego pokoju na dzien oraz podlapania niezlej pracy na dwa tygodnie. Wynajecia od reki przez rozwódke mieszkania przy Madison Avenue. Tygiel mieszania kultur i raj mozliwosci dla zdolnych i umotywowanych.

Z drugiej strony to Ameryka filmów lat czterdziestych i piecdziesiatych, które bardzo lubilam jako dziecko. Ludzi wpadajacych codziennie na drinka i pieknych kobiet w futrach z norek. Kobiet o nonszalanckim, wrecz aroganckim podejsciu do zycia. Nie rozczulajacych się nad soba, kochajacych swoje dzieci, solidarnych w stosunku do przyjaciól i pozostajacych soba – nawet za duza cene. Prowadzacych szybko duze samochody. Robiacych to, co im wpadnie do glowy – nie ulegajacych presji rodziny czy tzw.zdrowego rozsadku. Ameryka „Wielkiego Gatsby’iego” i „Sniadania u Tiffany’iego”. Może były to tylko twory wyobrazni scenarzystów czy pisarzy, ale osobiscie tesknie za krajem nieskonczonych mozliwosci i korzystajacych z zycia kobiet.

Tesknie za Toba, Zydzie -alchemik Betlejewski

In Polskie refleksje on 3 czerwca 2010 at 10:26

Dzisiaj w GW artykul Doroty Jareckiej: http://wyborcza.pl/1,75968,7949895,Betlejewski__prowokacja_czy_sciema_.html

O ile dobrze zrozumialam, to pani DJ zastanawia sie, czy akcje Betlejewskiego to sztuka, Sztuka czy SZTUKA i dokunuje analizy komparatywnej z innymi artystami / Artystami /ARTYSTAMI.

DJ pisuje o sztuce (Sztuce? SZTUCE?), natomiast ja nie mam papierow (tzw.zielonych zreszta tez nie) na to, ze sie znam. Tym niemniej, z glebi mojej niewiedzy uwazam, co nastepuje: Betlejewski, niczym alchemik, znalazl cudowna formule. Formule, ktora dziala, bo dociera do ludzi i pozwala im oswoic pamiec Zydow polskich. Wyartukulowal to, co inni mysla wstydliwie, a juz na pewno nie maja odwagi powiedziec. Mowi tak, ze kazdy go rozumie. Nie jak DJ, ktora tchorzliwie pisze o „Holokauscie”. O Holokauscie moga dyskutowac sami Zydzi albo dalecy Amerykanie – my mielismy Zaglade naszych, polskich Zydow. Sasiadow, jak to pieknie nazwal Gross, za co zreszta wloczono go po sadach. Zeby rozmawiac, trzeba znalezc jezyk i Betlejewski wlasnie ten jezyk oswaja i nam przywraca. Sciaga na ziemie z poziomu rozwazan abstrakcyjnych i daje mozliowsc doznania na poziomie jednostkowym, osobistym. Bo do tej pory, nawet we wlasnych rodzinach, ludzie nie waza sie opowiadac. Niestety, pokolenie wojny odeszlo lub wlasnie odchodzi. A tak chcialabym uslyszec raport z drugiej strony: bylo tak strasznie i biednie, ze uleglismy pokusie zabrania skromnego dobytku sasiada Moska. Balismy sie i dlatego nie pomoglismy. Albo: mielismy sasiadow Ruchle, Jasze i Jakuba. To w ich mieszkaniu wlasnie mieszkacie.

W odroznieniu od DJ nie podobaja mi sie oswiecimskie klocki lego Libery. Natomiast podoba mi sie Betlejewski i jego sympatyczna, blond facjata. Bo nie moralizuje, tylko dziala i do swojego dzialania wciaga innych. Bo jest nasz, swojski, polski i zamiast robic sztuke niezrozumiala, robi cos dla siebie i innych. I przy okazji robi sztuke. Przypomnialo mi sie, ze bylam zamezna z rodzina artystow, wiec moze jednak troche sie znam…