szwedzkiereminiscencje

Archive for the ‘Ksiazki’ Category

Ni pies ni wydra – Cole

In Afryka, Ksiazki on 21 kwietnia 2017 at 20:29

Teju Cole, Varje dag är tjuvens dag (Every Day is for the Thief), 2015 (2007 w Nigerii)

cole

Aspirant. Tak nazwalabym postawe Teju Cole, nigeryjsko-amerykanskiego pisarza.

Caly czas szukam czegos ciekawego w zachwaszczonym kryminalami swiecie literatury I tak sie ostatnio sklada, ze ciekawia mnie glównie smaki literatury afrykanskiej. Dlatego ucieszylam sie, ze szwedzki app zaoferowal mi audiobooka pt. “Dzien zlodzieja”, w którym – niczym w zupie – plywa wiele smacznych kasków, opisujacych codzienne zycie w Lagos. Niestety, autor podprawia te smakolyki pretensjonalnymi komentarzami, nie tylko tlumaczac sie z niedostatków zycia przez (zachodnim?) czytelnikiem, ale takze pouczajac przy okazji swoich kompatriotów. Lasi sie do bialego czytelnika, aspirujac bezwzglednie do stempelka “approved” i popisuje sie znajomoscia lektury noblistów i wiedza wyniesiona ze studiów z zakresu historii sztuki (dla duzej czesci spoleczenstw zachodnich tematów – delikatnie rzecz ujmujac – malo popularnych). To troche tak, jakbym ja napisala ksiazke, krytykujaca brak znajomosci podstaw teorii wytrzymalosci czy dynamiki budowli wsród krakusów. Teju Cole, potomek nigeryjskich rodziców, absolwent nigeryjskiej szkoly sredniej, kokietuje swoja – takze w przenosni – “jasna karnacja”.

Czy ja juz brzmie jak zdeklarowana rasistka? Czy tez rasizmem jest stawianie nizszych wymagan jednostkom innych ras?

Podobne zjawisko zaobserwowalam po raz pierwszy wiele lat temu, w drodze do Egiptu. Na podmalmönskim lotnisku Sturup wsiadla wielodzietna rodzina arabska. Cicho i grzecznie, w skromnym odzieniu i najtanszych plastykowych klapkach, z jakimis prowizorycznymi pakunkami, przemykali sie miedzy siedzeniami samolotu. Im blizej jednak bylismy Hurghady, tym bardziej podnosily sie glowy rodziny (i to nie tylko przyslowiowej glowy rodziny). A po wyjsciu z lotniska, w kolejce do taksówki, wyszlo z nich panisko i byli totalnie nieakceptowalni, biorac pod uwage kulture osobista. Rozpychali sie, rozkazywali i parzyli z bardzo, bardzo wysoka na uwijajacych sie Egipcjan. Beneficjenci szwedzkiego socjalu czuli sie lepsi niz ciezko pracujacy – równie jak oni arabskojezyczni – localsi.

koza1.jpg

Cole ma znakomita siostre po piórze, czyli Chimamande Ngozi Adichie. Chimamanda pisze jasno: srednia klasa Nigerii aspirujac snobuje sie, czesc na Wielka Brytanie, czesc na Stany Zjednoczone. Zazdrosci szczesliwcowi, który wyrwal sie do któregos z tych domniemanych rajów. Ngozi Adichie opisuje trudne wlasne poczatki w Stanach i ponizajacy start swojego chlopaka w Londynie. Nie kryje dylematów, nie przemilcza porazek i nieporozumien. Czytelnik – chocby najbielszego odcienia bieli – doskonale emocjonalnie odnajduje sie w poczuciu odrzucenia, szoku i niedwierzania – a potem gniewu i potrzeby odwetu. Jej przezycia maja wymiar uniwersalny – niewazne ile mamy lat, gdzie mieszkamy i z czym sie zmagamy – wchodzimy w skóre autorki i walczymy o przetrwanie, a potem juz o sukces.

simon-garden2.jpg

Tymczasem Cole jest niczym ten ptaszek kiwi, co caly czas sie dziwi. Wychowany w Nigerii, ale jakos dziwnie ”zapomnial”, jak to ze lnem bylo. Dziwi sie, ze wybór ksiazek w ksiegarni jest az tak marny. Ze uczniowie szkoly muzycznej musza miec swoje wlasne instrumenty. Ze nie udalo mu sie posluchac Bacha (!) w wykonaniu orkiestry szkolnej. Ze piracko kopiuje sie kompakty (pamietam z Krakowa punkt kopiowania kaset przy Florianskiej!). Ze zbiory w muzeum takie marne. Nie tylko, ze sie dziwi – on Nigeryjczykami wrecz pogardza. Kolega szkolny, kolega po fachu, który obwozi go ofiarnie po wszystkich stacjach benzynowych to fuj, fuj, fuj, bo jezdzi niewysprzatanym autem bez klimatyzacji. Ze zlodziejstwo, korupcja – hucpa po prostu. Bo on stal sie bardziej amerykanski niz Ameryka sama – i nikt z krytyków mu tego nie wytknie, zeby nie byc posadzonym o rasizm. Cole leci po równi pochylej, wpadajac w te sama pulapke so Zadie Smith: wypromowana na fantastycznych ”Bialych zebach”, wdrapala sie na wyzyny zachodniej klasy sredniej, o której pisac nie potrafi. Trafiony, zatopiony. Chimamanda przybliza nam aspiracje, blaski i nedze prominentnych Nigeryjczyków – Cole egzotyfikuje ich jako saidowskich ludzi orientu. Przyklada kolonialna miarke do ludu, z którego wyszedl. Pachnie, a wlasciwie to wrecz odwrotnie – sprzeniewierzeniem i zaprzedaniem.

asia-by-kazik.jpg

Nigeria, szczesliwie tego opisu nieswiadoma, az kipi rozwojem. Jej muzyka, telewizja i moda nadaja ton mlodym chlopcom i dziewczetom jak Afryka dluga i szeroka. Dla nas Nigeria to kraj, na który wplacaja Szwedzi z racji kleski suszy. Dla wielu Afrykanczyków to wzorzec. Afrykanski tygrys, który do 2016 przodowal we wzroscie ekonomicznym. Przy calej swojej zlozonosci, problemach spowodowanymi wydobyciem ropy naftowej i strukturalnej korupcji.

Wiem z autopsji, jak trudna lekcja do odrobienia bywa podwójna tozsamosc. Wymaga ona glebokiego i do bólu szczerego wgladu w siebie, a taka retrospekcja odslania mity i slabosci. Dojrzenia plusów i minusów po obu stronach – a oprócz dojrzenia (dostrzegania) takze dojrzenia (dojrzalosci). Akceptacji podwójnej tozsamosci nie jako podwójnego balastu, lecz podwójnego bogactwa. Moze Teju Cole kiedys wykaraska sie z pulapki zlapania pana Boga za nogi i napisze jeszcze wielka powiesc o Afryce. Bedzie wtedy bardziej przekonujacy niz alter ego Tomasa Tranströmera, na które sie zawziecie w “Dniu zlodzieja” kreuje.

Zdjecia moje, z Tanzanii.

kogut

Wyspiarski swiat malych szczesc – Jacobsen

In Ksiazki, Przywracanie pamieci on 6 kwietnia 2017 at 17:30

Roy Jacobssen, ”De osynliga”, 2016

de-osynliga

Dlaczego tak trudno pisac o dobrych ksiazkach? Nawet kartkujac literacki gniot, cisna mi sie zlosliwosci same pod pióro. A jak czytam ”Niewidocznych”, to jakby nie wiem, czemu mi sie tak bardzo ta powiesc spodobala? Ze literacka – zgoda. Ba, nawet poetycka. Estetycznie niby oszczedna, jak na norweska wyspe przystalo. Ludzie sa wlasciwie tacy sobie: ni beau ni laid lub ni chaud ni froid, jakby to powiedzial Francuz. Okladka szaro-buro-skandynawska-oszczedna (zdecydowanie froid w wyrazie). Krzeslo na niej niczym to Polanskiego z placu Zgody czyli obecnego Bohaterów Getta w moim rodzinnym Krakowie. Duze krzeslo, mala dziewczyneczka. Zapewne glówna bohaterka, Ingrid, która zamieszkiwala podobna wyspe miedzy rokiem 1913 a 1928. Pomyslec, cale sto lat temu – jak ten czas leci…

Mysle, ze za sukcesem ksiazki Jacobsena lezy tesknota, a wlasciwie to nawet dwie. Pierwsza tesknota za rajem utraconym czyli wspólnota w tempie slow. Takie slow life, niewyobrazalnie biedne, pelne pracy fizycznej i walki o przetrwanie – ale za to godne i na wlasnych warunkach. Wlasna wyspa, wlasne ziemniaki, barany i krowy. Wlasna rodzina – na dobre i na zle. Nie musi sie nikogo o nic prosic, a jak juz trzeba sie ukladac, to przysluguje prawo renegocjacji w dowolnym momencie. Bo zycie zdaje sie wybitnie nieprzewidywalne; nie tylko sily natury pelne sztormów i wichrów. Zapewne w swoim charakterze takie samo jak obecne, tylko ze nam wzrosla potrzeba kontroli oraz kompulsywnego ulepszania. Jesli na wyspie rodzi sie ktos z niepelna liczba chromosomów, to ma pelne prawo do dobrego zycia. Podobnie, jesli rodzi sie ktos bez przyslugujacego mu ojca (narodziny przyjmowane równie naturalnie jak smierc). A jak ktos popada w smutek, to warto odczekac az wróci z wewnetrznej podrózy sentymentalnej. Jezeli skads pojawia sie obce dzieci, to jedyna sluszna rzecza jest zaoferowac im dach nad glowa. Nota bene niewykluczone, iz matka owych dzieci byla nieprzyslowiowa matka-Polka. W kazdym razie posiadala polski serwis porcelanowy i mówila w dialekcie. Nie udalo mi sie natomiast odszyfrowac jej imienia, przedstawionego jako zezenie. Imie wyrafinowane niczym przezroczysty, wieloczesciowy serwis – w odróznieniu od swojsko-wyspiarkich Marii, Barbro (Barbary), Ingrid, Martina (Marcina) czy Hansa (Jana).

elisabet-ballong.jpg

Druga – suponowana – tesknota, to tesknota za przemieszaniem sie po wodzie. Od starozytnego ”navigare necesse est”, poprzez niesmiertelnego Conrada, ”Smierc na Nilu”, ”Belkot nad Nilem” (skoro niespodziewanie w Egipcie mentalnie sie znalezlismy), po ”Trzech panów w lódce, nie liczac psa”. Na wodzie, w lodzi wiekszej badz mniejszej, stajemy sie kims innym: odwiecznym wedrowca, przybyszem, rybakiem, odkrywca. Morze rozbudza nasza wyobraznie, pozwala wprowadzic pierwiastek niewiadomego oraz oczekiwania. Taki wlasnie conradowski nastrój trwania z oczekiwaniem panuje na wyspie Barröy. Nota bene wyczytalam wlasnie, ze to podróze morskie zrobily z Korzeniowskiego pisarza Conrada – et voilá! Z Barröy morska droga prowadzi do szkoly, do kosciola, na cmentarz, do sklepu czy przetwórni ryb. Lódz zabiera banki z mlekiem, przywozi gosci, uwozi Hansa na zimowe lowisko w okolicach Lofotów. Równie dobrze jak XX wiek mogloby to byc wczesne sredniowiecze. Niestety, ksiazka chyba dotychczas nieprzetlumaczona na jezyk polski – a szkoda, poniewaz wydaje mi sie o niebo lepsza od reklamowanego ostatnio Mortena Stroksnesa i jego ”Ksiegi morza”. Stroksnes sie madrzy, zas Jacobsen opowiada pólglosem. Jak zwykle, ci subtelni i interesujacy zostaja zagluszeni…

elisabet-segel

Wlasnorecznie namalowanych obrazów uzyczyla do tego wpisu Elisabet – za co jej serdecznie dziekuje!

Dom wariatek – Agnes von K, Sigrid H & Nelly S

In Feminizm, Ksiazki, Przywracanie pamieci, Sztuka, Szwecja, Uncategorized on 6 marca 2017 at 23:08

Karin Johannisson ”Den sårade divan. Om psykets estetik”, 2015 (Zraniona diva. O estetyce psychiki)

divav

Spedzilam trudny weekend w domu wariatów, a wlasciwie to w domu wariatek – czyli w zlikwidowanym juz zakladzie Beckomberga w Sztokholmie. Nie dlatego, zeby mnie tam w kaftaniku i na sygnale odtransportowano, ale poniewaz ambitnie zabralam sie do kupionej na przecenie ksiazki. Autorka, Karin Johannisson, zmarla wlasnie jesienia, ku mojemu strapieniu, poniewaz bywala jasnym punktem debat telewizyjnych. Madra, sympatyczna, ladna – zajmowala sie historia idei, a zwlaszcza tej medycznej. Pewnie troche po mamie, niemieckiej studentce medycyny – a troche po tacie, profesorze jezyków nordyckich. Drugim powodem wytrwania przy tej nader ciekawej, acz chwilami meczacej lekturze, sa bohaterki opracowania: niegdys skandaliczna, dzis troche zapomniana pisarka, Agnes von Krusenstjärna (1894-1940); moja ulubiona malarka i uczennica Matisse’a, Sigrid Hjertén (1885-1948) oraz dyskusyjna laureatka literackiego nobla, Nelly Sachs (1891-1970). Pierwszej postawiono diagnoze histeria, drugiej schizofrenia, zas trzeciej – paranoja.

sigrid

Ach te diagnozy, ach te szpitale psychiatryczne, ach ci lekarze – niczym niezrealizowani badacze polarni. Bo taki Nansen wyplywal daleko Frammem, podczas gdy Freud wybral bezpieczenstwo zacisza buduaru, zeby zapuscic sie w otchlan duszy pacjentek. I czy w Szwecji moglo byc lepiej? Jak juz co, to tylko gorzej: panstwo bylo biedne, mieszczanstwo i szlachta slaba, stopien wyksztalcenia ludnosci niewielki, a wladza urzednika pantwowego nieomal nieograniczona. Ofiarami tych niewyzytych (pa)praczy bebechów stawaly sie glównie kobiety; te, którym nie w smak byla przypisywana im ”naturalna” rola malzonki i matki. Zamiast udawac przyjemne dla oka i ucha byly ”dzikie”, ironiczne, nieposluszne, chcialy sie uczyc i zawodowo pracowac. Rzecz jasna najtrudniej mialy te artystyczne i zdolne, poniewaz panowal mit meskiego (wylacznie) geniusza. Geniusz ten mógl sie spijac badz wariowac do woli, lecz diagnozowany byl i tak jako ”zupelnie normalny, choc nerwowo wyczerpany”. Tymczasem jego siostry – od pedzla czy pióra – nie tylko, ze diagnozowane byly jako chore psychicznie, to jeszcze do tego zamykane w zakladach, za przyzwoleniem meskich czlonków rodziny, a pózniej takze, za tym samym przyzwoleniem – lobotomowane. Tak zmarla elegancka Sigrid – dopóki jeszcze zyl, nota bene jej byly, maz, Isaak Grünewald, nie wyrazal zgody na lobotomie – ale po jego smierci, jedyny syn pary Hjertén-Grünewald, Ivan, zgodzil sie na operacje na zywym mózgu matki. W latach 1944-45 poddano lobotomii w szpitalu Serafimów szescdziesieciu pieciu pacjentów, przywozonych najczesciej z zakladu Beckomberga, z czego 89,23% stanowily kobiety. Z polskiego podwórka mozemy do tego dziedzictwa dodac Marie Komornicka vel Piotra Odmienca Wlasta. Oczywiscie, mozna sie pocieszac, iz kobiety o kapitale materialnym i spolecznym uniknely pulapki wariatkowa – tym niemniej rzadko która miala wystarczajaco silna pozycje. Czyli pieniadze oraz kochajaca i wspierajaca rodzine. Chorowita matka, córki Agnes nie lubila. Sigrid zostala wczesnie sierota (a obydwie wywodzily sie z elity), zas Nelly o wlas uniknela obozu koncentracyjnego, chroniac sie (na skutek interwencji Selmy Lagerlöf) wraz z matka w Szwecji . Nie musze dodawac, ze majatek rodziny Nelly przeszedl w obce, czyste rasowo rece, nie ulatwiajac im startu w nowym kraju.

Zeby nie byc goloslowna cytaty z Karin:

Siri Hustved zwracala uwage, iz mloda dziewczyna powinna otrzymac trening w alternatywnych emocjach kobiecych: zlosci, dzikosci, krzyku, bycia nieprzyjemna. W kryzysie kobiety maja bowiem tendencje do obwiniania siebie samych. Przestaja dzialac, staja sie defensywne i same siebie plasuja w kategorii patologii. ”Czulam sie szalona”, ”nie wiem, co sie ze mna stalo”. Po przekroczeniu umownej granicy kobieta moze byc zwyzywana czy tez niepochlebnie porównywana do czegos. Placzaca nazywana jest neurotyczka, krzyczaca histeryczka, okazujaca seksualnosc kurwa, a demonstrujaca jest czarownica.

Ekscentrycznosc, pretensjonalnosc, samoreklama nie mialy rodzaju zenskiego. Swiadczyly o szalenstwie.

Alternatywny rodzaj bycia kobieta zawsze oznaczal ryzyko.

IMG_2217

Dobrego Dnia Kobiet zycze wszystkim kobietom, a zwlaszcza tym alternatywnym!

Wojna domowa – wojna na milosc

In Feminizm, Ksiazki, Muzyka, Szwecja, Uncategorized on 2 marca 2017 at 13:51

ebba-1

To jest ksiazka, która narobila niezlego zamieszania w Szwecji. W formie papierowej, a takze zamierzonej opery (sic!) z premiera 6 czerwca kolo Mory oraz wersji scenicznej, z premiera juz jutro w Sztokholmie. Dlaczego? Zapewne z paru powodów. Na pewno z powodu autorki, slynnej profesor literatury i jezyków nordyckich, Ebby Witt-Brattström. Znanej ze swojego feministycznego zaangazowania, z politycznym epizodem w Feministycznej Inicjatywie wlacznie. Ale glównie popularnej jako wyszczekana, oczytana, atrakcyjna i calkiem czarujaca kobieta, chetnie zapraszana do studia telewizyjnego. Osoba, z która na pewno nie bedzie nudno. Zwiazana przez trzydziesci trzy lata z niemniej slynnym Horacym Engdahlem (w tym dwadziescia piec lat malzenstwa). Nazywanych para królewska szwedzkiej kultury, jako ze Horacy od lat dziewiecdziesiatych jest czlonkiem Szwedzkiej Akademii i przez wiele lat pelnil funkcje jej „permanentnego sekretarza”. Czyli osoby, która niczym kukulka z zegara, wylania sie zza drzwi o trzynastej w pewien pazdziernikowy czwartek i pompatycznym tonem oglasza kto w tym roku otrzymuje literackiego nobla. Nota bene Horacy skontrowal literacki debiut bylej zony „Ostatnia swinia”, czyli – podobno – wyborem monologów i aforyzmów. Pozwole sobie przetlumaczyc jedna strone historii rozstania w wersji Ebby:

ebba-2

No i tak to sie toczy przez cale 180 stron, z podtytulam zaczerpnietymi z Goethego, Szekspira, Strindberga, Kierkegaarda, Virginii Woolf, Tove Jansson, Sonii Åkesson (bardzo lubie jej wiersze), Beatlesów, Monthy Pythona i innych. Godni siebie przeciwnicy, spleceni w toksycznym klinczu. Blyskotliwi, nieustraszeni w ranieniu siebie nawzajem, celujacy dokladnie w najslabsze miejsce dawnego kochanka, a teraz smiertelnego wroga. Ona paruje ciosy odrobine szybciej, on wyraza agresje – i jak wynika z jej odpowiedzi, przechodzi do rekoczynów. Niby Ebba z Horacym zaprzeczaja, ze to o nich w ksiazce chodzi – ale czytelnik i tak wysnuwa wlasne wnioski.  Cytujac za Astrud Gilberto „milosc, kiedy odchodzi, jest nasmutniejsza rzecza”. Na co by odpowiedzial Ozzie Osborne „jestem taki nieszczesliwy i smutny – stracilem najlepszego przyjaciela w zyciu, moja kobiete”. Kto kogo bardziej zranil, niech osadzi kto chce. A ja, wszystkim zlamanym sercom, ku ukojeniu, dedykuje muzyke „Once I loved” oraz „Changes” – niestety, nie jestem czlonkiem premium i nie moge wkleic ponizej, jak planowalam. Nic to, wiosna idzie, zatem Panie i Panowie – badzmy dobrzy dla siebie na wiosne…

 

 

 

Imitacja – lament czytelniczy (i nie tylko)

In Ksiazki, Pamietnik on 6 czerwca 2015 at 20:08

cypel-sw-miguel-patron

W ”Drugiej bramie” pióra Haliny Górskiej kamerdyner Jan zwraca uwage malej Krysi, iz otaczaja ja nie tylko przedmioty autentyczne. Czesto pod dab czy krysztal podszywaja sie imitacje. Przedwojenna ksiazka, postmodernistyczna prawda. Niedawno nocowalam w zupenie nowym hotelu, gdzie stalowe krzesla byly ”patynowane” czyli pomalowane czesciowo na turkus – nie wiadomo, symbolizujacy odrapanie czy tez plesn? Boazeria udawala drewno wylowione z oceanu, zas szuflady komody wielkokrotne malowanie. Ladnie to na zdjeciu sie prezentuje – ale to droga imitacja tanich materialów.

sl-pokoj

Znieksztalcona niczym w Photoshopie Kim Kardashian imituje elegancka kobiete, wypomadowany bubek udaje polityka. Najgorzej, ze imitacje nie omijaja tez literatury. Od paru miesiecy nie pisalam na blogu, czekajac na lekture, o której warto bedzie wspomniec. No i w zasadzie nic – pomijajac ”The Snow Queen” Cunninghama oraz ”Sycamore Row” Grishama. Wiekszosc zachwalanych przez kolorowe magazyny pozycji zdecydowanie nie nadaje sie do czytania. Nawet Houllebecq postradal zjadliwa sile razenia. Moja irytacja osiagnela (jak widac) apogeum w tym weekendzie. Zaczelo sie niewinnie: postanowilam posluchac jakiegos bestsellera. Glówna bohaterka wspomina luksusowe okolice NY i narzeka na cieplego szampana – ziew, nuda kompletna, nie da sie sluchac. Lysy niemiecki autor podszywa sie na dodatek pod mloda Amerykanke. No, to – mysle – skoncze moze Siri Hustvedt, zaczeta na wakacjach w Portugalii. Siri, autorka wspanialego ”Co kochalam” oraz mozliwego do przeczytania ”Lata bez mezczyzn”. No i co teraz napisala? Jakis falszywy dokument, na dodatek na pare rak; jakby cierpiala na rozszczepienie osobowosci. Wlasciwie ksiazki czytac nie trzeba, bo teza jest wylozona od razu na wstepie: bardziej ceni sie meskich artystów – zgadza sie. A tymczasem Siri pisze jako niedoceniona artystka, jej córka oraz syn, kobieta dzienikarka, mezczyzna dziennikarz, psychoterapeutka, mezczyzni artysci itd. itp. Nawet niedoceniona artystka nie jest opisywana wprost, lecz Hustvedt fabrykuje jej fragmentaryczne domniemane pamietniki. W dodatku wiekszosc napisana pretensjonalnym zargonem. Czemu uzdolniona pisarka po doktoracie udaje plastyczke udajaca trzech plastyków?

cypel-kwiecie

Postanowilam sie pocieszyc Cunninghamem, skoro ”Królowa sniegu” tak mu sie udala, o niezapomnianych ”Godzinach” juz nie wspominajac. ”Kiedy zapada noc” – jak na ironie – komponuje sie jako dopelnienie ”Wspanialego swiata” Siri. Glówny bohater to galerzysta – i znowu belkot na temat sztuki, przy której Damian Hirst wydaje sie klasykiem. Cunningham kokietuje blyskotliwa znajomoscia literatury oraz historii sztuki – ale po prawdzie ile osób identyfikuje sie z upapranym w sobie facetem w mokasynach od Prady?

m-w-hamaku

Gdzies jest zycie, gdzies jest Azja i Afryka. Na poludniowym przyczólku Europy znowu dzisiaj wylowiono czterystu Erytrejczyków. W Sztokholnie oblano romskich zebraków zraca substancja. Ja sie pytam: gdzie szukac literatury, która opisuje nasze losy wspólczesne, wpisujace sie w uniwersalna narracje o czlowieku? Bo na pewno nie w ksiegarni.

Manierystyczna* kakofonia iberyjska

In Ksiazki on 15 lutego 2015 at 12:14

Podobal mi sie nastrojowy film „Red violin” z 1998 roku – miedzy innymi dzieki kreacji charyzmatycznego i rudowlosego (niczym tytulowe skrzypce) Jasona Flemynga. Mniej spodobalo mi sie, ze Jaume Cabré wykorzystuje podobny watek jako osnowe swojej ksiazki.

cabre

Bo z „Wyznaje” to bylo tak, ze dostalam powiesc w prezencie gwiazdkowym od zachwyconej autorem kuzynki. Szwedzkie tlumaczenie nie istnieje, zatem stworzono mi niepowtarzalna okazje zapoznania sie z czyms swiezym. Zaczelam lekture, wciagnal mnie barwny swiat intensywnych przezyc i egzotycznych miejsc, sporo sie usmialam – no i na koniec nic wlasnie. Sama siebie pytam, co mi z tej ksiazki zostalo – i nie pozostalo mi z niej nic. Abstrahujac od powtórzenia (skopiowania?) watku skrzypiec z Cremony, nie podoba mi sie równiez zerowanie na watkach oswiecimskich. Jakas morbidyczna pora nam nastala, kiedy domy mody lansuja ubrania wzorowane na pasiakach obozowych – nie dalej jak dzisiaj slyszalam o wypuszczonym wlasnie na rynek przez Urban Outfitters materiale w pasy, z rózowym trójkatem stygmatyzujacym homoseksualistów. Wczesniej jakas sieciówka zaliczyla podobna wpadke. Majgull Axelsson w „Nie mam na imie Miriam” takze przyswoila sobie Auschwitz. Globalizacja watków stala sie powszechna – nie tylko wszyscy jestemy Charlie, ale i wszyscy jestesmy wiezniami obozów zaglady. Gdzie Rzym, a gdzie Krym – ciekawa jest Barcelona pana Cabré, interesujacy jest (wlasnie) Rzym. Sródziemnomorska sceneria wystarczajaca na ramy powiesci, która by sie zawarla w polowie objetosci obecnej (cegla na niemal 800 stron). Po co koniecznie Antwerpia, Oswiecim, Tybinga, Paryz, Londyn, Cremona, Tallin i jeszczie wiele, wiele innych miejsc. Kompleksy parweniusza? Czyzby sie obawial, ze Hiszpan piszacy o Hiszpanii nikogo by nie zainteresowal?

Sagrada-Familia4

Cabré ma latwosc pisania i kreowania postaci, niczym Stig Larsson – i staje sie ofiara szybkosci oraz sprawnosci wlasnego pióra. Opowiada wartko, inteligentnie, dowcipnie. Bryluje znajomoscia kultury starych mistrzów: filozofia, muzyka, malarstwo, rekodzielo, antyki, literatura i jezyki – you name it. Nie daje czytelnikowi ani chwili wytchnienia, zagadujac go i zabawiajac na smierc. Wystarczylby sam watek glównego bohatera, bez „obowiazkowego” ostatnio watku kryminalnego – w dodatku wielokrotnego. Wyjatkowy przyklad na „overdo”  albo, jak czesto mawiaja Szwedzi: mialo byc swietnie, a wyszlo…jak zwykle. Dobra zabawa, póki sie czyta. A potem – wielka cisza. Stoner zaznaczyl sie o wiele mocniej w mojej swiadomosci, przekazujac to samo: wszystko to marnosc nad marnosciami. Warte zachodu sa wiedza i milosc, a zycie jak to zycie – w malo malowniczy sposób i tak dobiegnie konca.

Carrer-Montcada

Na okrase i pocieche dla wielbicielek autora wklejam dowcipny, lekko absurdalny, fragment – jeden z wielu, nad którymi parsknelam smiechem. Cudownie ozywcze bylo równiez pojawianie sie w najbardziej nieoczekiwanych momentach, niczym greckiego chóru starców, dzielnego szeryfa Carsona oraz Czarnego Orla, wodza plemienia Arapaho. Przy okazji eloge dla tlumaczki, pani Anny Sawickiej!

 

Zatrzymalismy sie przed drzwiami auli. Objal mnie zawstydzony, powiedzial dziekuje, przyjacielu i wprowadzil do srodka, gdzie trzydziesci procent z setki zgromadzonych uczestników seminarium poswieconego lingwistyce i filozofii ze zdziwieniem spojrzalo na dziwna kobiete, niejaka Ulrike Hörstrup, lysa i z wydatnym brzuszkiem, która nie miala w sobie ani grosza kobiecosci. W czasie gdy Adrian porzadkowal w glowie koncepcje, których nie miala, Johannes Kamenek przypomnial obecnym o problemach zdrowotnych profesor Hörstrup i przekonywal, ze spotkalo ich szczescie w postaci profesora Adriana Ardevola, który bedzie mówil o…który teraz zabierze glos.

 

* W znaczeniu: jeszcze nie barok, ale juz blisko

Karnet zimowy

In Film, Ksiazki, Pamietnik, Przywracanie pamieci, Sztuka, Szwecja on 6 lutego 2015 at 18:53

Ostatnio nie narzekam na brak kultury w moim zyciu – choc niekoniecznie to tylko przygoda literacka.

vbg-zima-wietrzna

Bawiac w Krakowie odwiedziłam retrospektywna wystawe malarstwa Olgi Boznanskiej i zachwyciłam się przedstawiona tam galeria portretów. Wiele z nich wywarlo na mnie wrazenie nie tylko ze względów artystycznych, ale glównie ze względów historycznych. Ilez wspaniałych, acz nieco zapomnianych, postaci miała okazje uwiecznic! Jakie ciekawe i miedzynarodowe zycie wiodła i ona, i jej modele. Poza Olga zainteresowala mnie wystawa o „Micie Galicji”, o którym już parokrotnie na lamach blogu wspominałam. Wystawa ciekawa i zróznicowana, z dawnymi granicami i topografia naszkicowana pod stopami. No i kino: „Bogowie” oraz „Ida”. Oba filmy spodobaly mi się, choć każdy inaczej. Z ciarkami na plecach czekam na werdykt Oscarowego jury, podzielając z lekka obawy co poniektórych ugrupowan (dalekich mi politycznie) o wydzwiek filmu. Wczoraj pokazywano „Ide”  w tutejszym klubie filmowym, podczas gdy ja wlasciwa zwiedzałam wnetrza dwudziestotonowych pojazdów opancerzonych, w ramach związkowej wycieczki badawczej (sic!).

Skoro już o klubie mowa, to zaczal swoja tegoroczna dzialalnosc nader udatnie, pokazem znakomitego filmu Volkera Schlöndorffa, „Diplomacy”. Pomyslalam: jakzesz to teatralne – no i w rzeczy samej, film transponuje grana z powodzeniem sztuke, uzywajac tych samych głównych aktorów. Znakomici aktorzy, mistrzowska gra, przyjemność czysta i cielesna. Ze swiata dyplomacji klub przeniósł się – a także i mnie z fotelem widza widza – w cztery strony swiata (trochę jak to w bajkach bywa). Owe cztery strony swiata to sawanna Kenii, góry Patagonii, wybrzeże Indii oraz marokański Atlas. Wszedzie tam dzieci musza pokonać wiele trudności (to już nie bajka, tylko zycie) w tytułowej drodze do szkoły. Film jest w zasadzie dokumentalny, ale zamiast typowych zblizen czy wyznan obserwowanych postaci oferuje barwne panoramy, z zapierajaca dech w piersiach przyroda. Wyraznie widać fascynacje scenarzysty i reżysera, Pascala Plissona, innym kontynentami, a zwlaszcza Afryka. Piekny film.

gbg-opera-przed-2

Nastepny wieczór klubowo-filmowy spedzilam w górach, obserwując perypetie szwedzkich turystów, w tym tytulowego „Turysty”. To niedoszly konkurent „Idy” do Oscara, laureat niezliczonej ilości Guldbaggar czyli najbardziej prestizowych nagród filmowych W Szwecji. Góry piękne, bohaterowie w najwyższym stopniu irytujący. Mam teorie, iż tytul filmu nawiazuje do baumanowskiej definicji „turysty” (jako przeciwienstwa „wagabondy”), ale jak do tej pory nikt mojej tezy nie potwierdzil. Czekam z niecierpliwoscia jakie recenzje ten film zbierze w Polsce.

Klub klubem, a kino kinem. W międzyczasie skonsumowalam oba, otrzymane od firmy w prezencie gwiazdkowym, bilety – na rezyserski debiut Angeliny Jolie oraz „Birdmana”. Angeline można sobie spokojnie odpuscic – wystarczy przeczytać historie zycia głównego bohatera „Unbroken” czuli Louisa Zamperiniego. Żaden film, a zwłaszcza filmatyzacja biogramu, zycia nie przebije, koniec, kropka. „Birdman” zdal mi się zdecydowanie ciekawszy, szczególnie iż zajmuje się sztuka przez duże „SZ”. Lubiany przeze mnie Edward Norton jako kontrowersyjny acz niekwestionowany gwiazdor oraz swietna Emma Stone jako córka Micheala Keatona. „Birdman” ma w sobie cos z Fossowskiego „All that jazz”, choć konczy się o niebo bardziej optymistycznie. Trudno być starzejącym się artysta – trudno, lecz nie beznadziejnie.

gbg-opera

Zas z doznan pozafilmowych – jedna wizyta w Göteborskiej operze, na „Krystynie z Duvemåli”, skomponowanej przez chłopców ABBAsów w odległym 1995 roku. Tak na marginesie to musical jest próba muzycznego przekładu powieści Wilhelma Moberga pt. „Emigranci”. Opera zachwyca wyrafinowana kolorystycznie i oszczedna w wyrazie architektura o charakterze okrętowym, a spektakl to mila dla ucha muzyka – no i nic poza tym. Koszmarna scenografia oraz zamilowanie do zadymy par excellence czyli siwego dymu nad scena. A takie swietne techniczne możliwości ma ta scena! Tymczasem  zdecydowano się na konwencje socrealistyczna, naszemu sercu niespecjalnie droga. Brzydkie kostiumy, niemal zupełny brak rekwizytów.

m-gbg-opera

W dunskiej Lousianie pierwsza retrospektywna wystawa Pauli Modersohn-Becker oraz trzy filmy Yael Bartany. Ku własnemu wielkiem zdziwieniu wkroczylam na projekcje w rytmie mazurka Dabrowskiego. Wiele osób czyta informacje o projekcie, trochę mniej siedzi na widowni. Ale wspaniale, ze ta prezentacja przekroczyla Wisle i Odre. Jestem z tych, którzy tesknia za Zydem i czuje się wzruszona, kiedy podobnie czuje ktoś z rozproszonej diaspory Zydów Polskich. Po Bartanie miałam mniejszy apetyt na oglądanie płaskich kompozycji – głównie portretów, a zwłaszcza autoportretów, ze szczególnym uwzglednieniem aktów – Pauli M-B. Wystwa unikalna, ponieważ prezentuje po raz pierwszy tak szeroki przekrój twórczości, nota bene zakwalifikowana przez nazistów jako Entartete Kunst. Widac m.in. wpływy Cranacha, Celnika Rousseua i Gauguina, ale jak dla mnie to za plaskie i z gruba ciosane malarstwo. Podobno Picasso zainspirowal się jednym z jej obrazów. Najbardziej przypadl mi do gustu autoportret w stylu „mumijnym”, którego turkosowosci tla nie udaje się zadnym zdjęciom na necie. Uwazam, ze Boznanska lepsza, podobnie jak Slewinski czy Makowski.

paula

Zas z książek: „Matka Makryna” Jacka Dehnela oraz „Wyznaje” Jaume Cabré. Wyznam szczerze (choć nie á propos „Wyznaje”), niczym księdzu na spowiedzi, ze mateczki do końca nie zmeczylam – tak mnie ta potwora niekonczacymi się…opisami tortur udreczyla. Gdyby nie to, ze w mlodosc czytałam „Przeslawna peregrynacje Tomasza Wolskiego” pióra swietej pamięci Tadeusza Lopalewskiego, to nawet nie wiem, czy bym i tyle była pokonala. Lezy teraz odlogiem i może mocy, niczym wino najlepsze,  jeszcze nabierze? Zdesperowana (i niemal zaopatrzona w dźwig) zabrałam się do niemal osiemsetstronicowej cegly-Jaumé. Nie chce zapeszać ani sobie przyjemności psuc, ale – odpluć przez lewe ramie i odpukać – powieść czyta się znakomicie. Szwedzi jeszcze, ku mojej cichej radości, tego autora nie odkryli, zatem czuje się jak odkrywca. Wkrótce wróce do „Wolnosci” (nie mylic z „Widmem wolności” ani „Ucieczka z kina ‘Wolnosc’”) w oddzielnym wpisie – ale to zupelnie inna bajeczka. Cdn.

Znowu opowiadania – Munro

In Ksiazki on 17 stycznia 2015 at 14:09

Alice Munro / På fri fot / Runaway

alice-m-runaway

O Alice trudno napisac cos nowego. Na pewno jest niezawodna – i wiadomo czego sie po niej spodziewac. Tym razem przyszly mi na mysl nastepujace refleksje:

  1. Opowiesci biblijne. Troche to takie czytanie jak sluchanie przypowiesci podczas wyrywkowej wizyty w kosciele. Ksiadz (w tym wypadku Munro) mówi: owego dnia udal sie ten i ta tak a siam, ida i widza, a potem robia to i to. Czysta relacja obserwatora, która sluchacz (tu: czytelnik) moze sobie zapamietac i samodzielnie zinterpretowac. Czy sa w tej opowiesci symbole? Czy zawiera glebszy sens, w tym sens moralny? Na to pytanie kazdy sobie odpowiada we wlasnym zakresie. Albo i nie, poniewaz nie na wszystkie pytania mozna czy tez trzeba udzielic odpowiedzi.
  2. Prawo do bycia soba i do tego, zeby cie inni taka wlasnie akceptowali i widzieli. Alice wstrzelila sie w wyrazny trend, który staje sie reakcja na wysrubowane wzorce. U niej na porzadku dziennym jest wskakiwanie (czasami par excellance)do pociagu zycia – zamiast szczególowego planowania i optymizowania. Ostatnio czytalam nawet, ze Szwedzi odchodza od amerykanskiej manii chwalenia pociech, gdyz dzieci czuja sie wtedy zbowiazane do wyczynów, a chca przeciez byc kochane dla nich samych. Gdzies pierzcha mit zaslugiwania: na milosc, na szczescie i na sukces. Munro uczy pokory, a jej bohaterowie sa niczym mieszkancy wyspiarskich cywilizacji – uwiezieni w samych sobie, wyzej wlasnego nosa, a moze przeznaczenia, nie podskocza.
  3. Uwypuklenie braku galmour. Z biegem czasu coraz bardziej dostrzegam wiecej szczelin w fasadach budowanych przez bliznich. Majatki pojawiaja sie i przepadaja, uroda przemija, kariery rozpalaja sie fajerwerkiem i gasna. Dzieci znajomych, o których dane mi bylo wysluchiwac balbochwalczych litanii, staja sie przecietnymi doroslymi – badz wiecznie niedorosnietymi latoroslami na garnuszku rodziców. Córka znajomej przeszla operacje zmniejszania zoladka, bo w bardzo mlodym wieku byla juz monstrualnie otyla. Jej brat wczesnie zostal ojcem i zamieszkal nad garazem u rodziców, a jego o wiele starsza partnerka interesowala sie wylacznie konmi. Córka pretensjonalnego szefa sredniej rangi w urzedzie podatkowym zaczynala od praktyki w zabawkowym, a zakonczyla etatem stalym w kasie supermarketu. Moja brytjska kuzynka, wnuczka andersowca, zmarla na raka na wyspie Guernsey z dala nie tylko od Kresów, ale i miejsca urodzenia, Londynu. Znajoma dziewczyna edukowana na gwiazde filharmonii wychodzi za maz za hiszpanskiego zolnierza i osiada na Majorce. To sa historie z zycia wziete, a brzmia niczym opowiedziane przez noblistke Munro.
  4. Slow life. Po slow food moze nadeszla na slow life? Podobne zreszta do tego, jakie uplynelo profesorowi Stonerowi. Bohaterowie Alice nigdzie nie biegna – moze to troche inne czasy, ale i wtedy byli ludzie walczacy. Munrowcy nie wstepuja do partii i nie walcza o niczyje prawa. Sa aktorami w monodramie swojego zycia – nie jego rezyserami. W jakis sposób przypada to gustu cywilizacji Zachodu.

cukrowiny-ela

Dobre sa te munrowniki czyli munrowskie opowiesci. Zwlaszcza o dziewczynie w zielonej sukience. Czytac mrocznym popoludniem przy dyskretnych dzwiekach muzyki, z czyms do pogryzania – moze byc jak na zalaczonych obrazkach.

makowiec-ela

Sorry mate! – Hirschi

In Ksiazki, Szwecja on 7 grudnia 2014 at 11:52

Hans M Hirschi / The Fallen Angels of Karnataka / Kindle

 

Okropne bywa odkrycie, ze mimo pozytywnego nastawienia do autora, ksiazka zawodzi. Znam Hansa osobiscie i jest superfacetem. Kobiety szaleja za nim: oczytany, elokwentny, wrazliwy, dobrze ubrany. Tymczasem nic im po zachwytach, bo to gej – i takze o gejach Upadle anioly traktuja. Zeby bylo mi trudniej, Hans ma lekkie pióro i pisze potoczyscie. Okazuje sie jednak, iz matura (w tym wypadku doktorat) i chec szczera nie zrobia z nikogo pisarza. Wybacz, mate, ale wyszla pretensjonalna szmira.

vbg-mikolajowo

Mam nadzieje, ze autor – bo na pewno nie pisarz – nie zna jeszcze polskiego, choc opanowal juz wiele innych jezyków – i nie zranie go ta niepochlebna recenzja. Nota bene Hans pisze po angielsku, bedac z urodzenia Szwajcarem, studiujac niegdys w Stanach, a osiadlszy na dobre w Szwecji. No a gdzie sie rozgrywa akcja jego utworu? Kolejno (a i tak nie wymienie wszystkich) w Norwegii, Wielkiej Brytanii, Francji, Turcji, Egipcie, Australii, na Karaibach i w Indiach. Potwierdza sie moje wielokrotne spostrzezenie, ze piszacy wychodzi najlepiej na pisaniu o rzeczach na których sie zna…. Moze najblizsze sa autorowi Indie, gdzie zatrudnil jakis czas temu matke-surogatke swojego synka.

 

Hans, skadinad inteligentny jak rzadko kto, powiela stereotypy. Norwegowie uwazani sa przez swoich szwedzkich sasiadów za glupich i naiwnych – i taki tez jawi sie glówny bohater, urodziwy prostaczek, Haakon. Przez lata pracuje jako pieczeniarz przy obrzydliwie bogatym Charlesie, nie dopuszczajac do siebie skandalicznej i tragicznej prawdy o pracodawcy. Przymyka oko, majac na wzgledzie wylacznie wlasna korzysc. Drugi stereotyp to homoseksualizm Brytyjczyków – szwaccharakter reprezentuje Albion. Pobrzmiewaja wyraznie dalekie echa „Portretu Doriana Graya”. Na dodatek Brytyjczyk to arystokrata-milioner. Zreszta, szwarccharakter okazal sie jeszcze na dodatek pedofilem, choc Hans übernatretnie podkresla przepasc miedzy homoseksualizmem a pedofilia – jakby czytelnik byl kompletnym idiota. Ksiazka ma, niestety, charakter nachalnie dydaktyczny – wiec doczytalam tylko przez uprzejmosc i sympatie dla piszacego.

 

Zaczyna sie troche jak film „Philadelphia”: Haakon zaraza sie HIV od swojego francuskiego ukochanego, który niedlugo potem umiera w jego ramionach. Zeby kiczowi stalo sie zadosc, na lawce w parku – niewykluczone, ze w samym Lasku Bulonskim. Na poczatku zreszta traktowalam te lekture jak Mary Poppins dla doroslych – sa tez nawiazania do bliskiego mojemu dziecinstwu Juliusza Verne’a. Bohaterowi wszystko sie udaje, ma kochajacych rodziców oraz paru niezlych kolegów ze szkoly. Ale chce czegos wiecej i w stolicy, do której sciaga, spotyka na swojej drodze samych dobrych ludzi. Tak wiec z zagrody prosta sciezka wkracza na ambasadorskie salony, a potem te fizyczne salony dziedziczy. Wszystko niczym za dotknieciem rózdzki czarodziejskiej. Gdyby Hans te bajke dalej pociagnal, to moze wyszedl by jakis Stulatek, co dal noge i nie wrócil. Tymczasem zachcialo mu sie popularnej obecnie branzy kryminalnej – degenerat (jak to Brytyjczycy maja w zwyczaju, o czym wie kazdy czytelnik Agathy Christie czy P D James) dopuszcza sie czynów jeszcze bardziej lubieznych i niegodnych niz zazwyczaj – tutaj zaczyna sie mala wstawka z Shantarama. Jak widac dokladnie, autor jest czlowiekiem niezwykle oczytanym!

 

Tyle, ze ten collage kupy sie nie trzyma. Psychologicznie postaci sa niespójne i jednowymiarowe. Mieszkancy krajów rozwijajacych sie przedstawieni sa jako szlachetni dzicy i przepuszczeni przez filtr egzotyzmu. Glówny bohater nie wiadomo czy emocjonalnie niedorozwiniety czy tez naiwny – gdyz jego lukratywne, wieloletnie podróze z sadystycznym pedofilem stawiaja go niewatpliwie w dwuznacznym swietle. Inni ludzie pojawiaja sie wylacznie jako tlo albo do zaspokajania narcystycznych potrzeb Haakona, w tym potrzeby dobroczynnosci w przestarzalej formie (pan dobry da pieniadze). Nota bene „dobroc” Haakona przejawia sie na przyklad w tym, ze proponuje sluzbie, zeby zwracala sie do niego po imieniu. To inni dostarczaja ja mu pieniedzy (money is no issue!), mozliwosci, pomyslu na zycie, pracy czy uczuc. Nawet milosc miedzy mezczyznami pokazana zostala niczym w Harlequinie. Jesli wiec jesli ktos pragnie sie czegos wiecej dowiedziec o milosci homoerotycznej, to polecilabym raczej swietny film „Zycie Adeli”. Ksiazke Hansa, mimo przystepnej ceny na Amazonie, skazuje na wieczny czysciec Internetu zgodnie z cytatem z wzmiankowanego juz Graya:

 

„Nie ma książek moralnych lub niemoralnych. Są tylko książki dobrze napisane i źle napisane”

 

Upadle anioly sa antyteza czyli ksiazka natretnie moralizatorska i zle napisana, choc to podobno possibly the best book written by Hans Hirschi to date.

Pamietnik inteligenta – Williams!!!

In Ksiazki, Przywracanie pamieci on 16 listopada 2014 at 18:50

John Williams, Stoner, e-book

aLPY-Z-SAMOLOTU

Podobnie jak Richard Yates, John Williams ukazuje sie czytelnikowi europejskiemu dopiero po smierci. Moze to wlasnie dlatego przyszedl do mnie pare dni po Wszystkich Swietych? Najchetniej przeczytalabym w formie ksiazkowej, ale tak sie zlozylo, ze wysluchalam z komórki. Blaski i nedze abonamentu powiesci w wydaniu dzwiekowym… Ku wielkiemu zaskoczeniu odkrylam wlasnie, iz wyszedl niedawno po polsku – zatem najchetniej npisalabym tylko: leciec duchem do ksiegarni, kupowac i czytac! Ba, tylko jak zachecic, nie rzucajac rybce przynety?

ptak2

Ze swiat oszalal na punkcie Stonera wydaje mi sie wiadomoscia nader krzepiaca. Podobno zachwycil sie nim Ian McEwan oraz Ana Gavalda – oboje mi nie tylko znani, lecz i duchowo bliscy. Powiesc o odpowiednim formacie – Williams napisal dokladnie tyle, ile trzeba. W epoce przegadanych kryminalów wraz z rozbuchana autoprezentacja na portalach spolecznosciowych, sukces skreslonej oszczednym jezykiem biografii uniwersyteckiego wykladowcy zaskoczyl nie tylko krytyków literackich. Knausgård na tysiacach stron doszedl zaledwie do polowy (swojego) zycia, podczas gdy na ulamku przez Ove zadrukowanego papieru William Stoner zdazyl sie urodzic, zyc i umrzec. Bo sedno nie w tym ile napisane, ale jak – i o czym.

lwy

William Stoner to taki inteligent, którego zycie toczy sie wokól ksiazek i uczelni. To jego wlasny wybór – syn farmera zamiast rolnictwa wybral Szekspira. W zasadzie zmiana zamierzonej profesji odbyla sie bezkonfliktowo – rodzice nie nastawali specjalnie na jedynaka. Stoner spotyka dwóch innych studentów, z którymi sie zaprzyjaznia: jeden zginie na pierwszej wojnie swiatowej, drugi zrobi kariere na uczelni Williama. Zyje glównie dla wykladanej przez siebie literatury oraz satysfakcji wyplywajacej z wykonywania zawodu nauczyciela. Rodzina nie staje sie bezpieczna przystania, zona przyjacielem, córka intelektualnym partnerem, uniwersytet drugim domem. Stoner ma tylko siebie samego, swoje przemyslenia i swoja integralnosc. Udaje mu sie w pewnym okresie znalezc milosc, spelniona na wszystkich plaszczyznach. Jednak konwencja epoki nie pozwala mu na decydujacy krok – czego tez nie domaga sie wyrozumiala partnerka. Inteligentny na tyle, zeby przejrzec gierki wspópracowników zadnych kariery i wladzy, pozwala im na machinacje do chwili, kiedy naruszaja jego sumienie. Placi cene za zachowanie wlasnego zdania – podobnie zreszta jak w zyciu rodzinnym. Zdaje sie, ze niemal caly swiat dokola to konwencja, koterie oraz wygodnictwo – i tylko Stoner, lekko roztargniony i na pozór nieobecny zachowuje charakter. Z jednej strony antybohater, choc zaden z niego Forrest Gump; ot, profesor literatury. Z drugiej strony Jedermann czyli kazdy z nas.

z-balonu-sepy

Des Teufels letzte Worte, nachdem er den Jedermann nicht bekommen hat:

Die Welt ist dumm, gemein und schlecht

Und geht Gewalt allzeit vor Recht,

Ist einer redlich, treu und klug,

Ihn meistern Arglist und Betrug.

 

(cytowane z von Hofmannsthala za Wikipedia)

 afrykanski-zachod

Popularnosc powiesci budzi nadzieje, ze zarówno ksiazka jak ksiazkozercy maja przyszlosc. Jak zwykle, wiesci o zmierzchu literatury wydaja sie przesadzone.