szwedzkiereminiscencje

Posts Tagged ‘bator’

Lubie Lubiewo!-Witkowski

In Ksiazki, Polskie refleksje, Przywracanie pamieci on 3 lutego 2013 at 11:48

Michal Witkowski / Lubiewo bez cenzury / 2012

 lubiewo

Pójde dzisiaj na skróty i posluze sie cytatem Pawla Felisa z recenzji filmu ”Drogówka”:

Żyjemy w kraju ludzi seksualnie niespełnionych i wygłodniałych, gotowych na niemal wszystko dla paruset złotych, lojalnych wobec siebie tylko do momentu, gdy na drodze lojalności stanie swój własny, egoistyczny interes. Ale jest w tych bohaterach – nas? – coś jeszcze: jakieś odwieczne upokorzenie, nieuleczalny, polski kompleks, świadomość poniżenia, które trzeba sobie wynagrodzić.

Do tego cytatu powróce – a teraz wstep natury innej. Mianowicie ksiazka Witkowskiego, przeczytana przeze mnie poniewczasie (czyli hucznej polskiej premierze), staje sie znowu swoistym hot stuff, w momencie przetracenia przez Sejm skromnych prób nadania podstawy prawnej zwiazkom partnerskim. I znakomitej wypowiedzi, skad inad dosc konserwatywnej, pani Kluzik-Rostkowskiej, ze Polacy maja problem z mówieniem o swojej seksualnosci. Tej „normalnej”, heteromalzenskiej – a co dopiero takie fiksum-dyrdum (okresie Bator  jak najbardziej na miejscu!) jak w wersji homo. Podczas gdy pani dyrektor mojego szwedzkiego zakladu pracy (rzad tysiaca dusz) jest lesbijka, wszyscy o tym wiedza i nie przeszkadza to ani wladzom koncernu, ani jej podwladnym. A tymczasem Ludwik Dorn wypowiada sie na temat kandydatury Anny Grodzkiej w sposób dyskryminujacy, nawet sobie nie zdajac sprawy, ze kogos publicznie dyskryminuje – a siebie kompromituje:

– Jeżeli jest wyrazista, to jest wyrazista nie z racji swoich poglądów, ale z racji swojego transseksualizmu. To nie jest wina pani Grodzkiej, i to nie ma nic wspólnego z atakiem na nią. Mój podstawowy argument jest taki, że takie osoby otacza aura dziwności, dziwaczności, a od tego już tylko krok do śmieszności i braku powagi.

 

Cytujac slowa wieszcza: Oto Polska – dzialaj teraz!

 

Witkowski tymczasem pisze pod prad – pod prad wiekszosci, nie potrafaiacej rozmawiac o seksie w kategoriach innych niz „obowiazek malzenski”, „swinstwo” albo „grzech”. Pisze o ludziach, którzy sie seksualnosci nie tylko nie wstydza, ale jest to naczelny motor ich dzialania. Powiedzmy sobie, ludzi o podobnym temperamencie mozna znalezc w obozie heteryków – tylko który ma sie odwage przyznac? Co niemniej wazne, lamie inteligenckie tabu pisania o ludziach w jakis sposób zyjacych na marginesie bez tradycyjnej pogardy i poczucia wyzszosci w stosunku do „parobka”, Janka muzykanta, naszej szkapy  czy ubogiej wdowy komornicy. Opisuje ich biede, znoszona z godnoscia i bez ulubionego polskiego cierpietnictwa. Zamiast biadolic, ze „Zachód nas zostawil” witkowskie cioty zagospodarowuja wstydliwe obszary PRL, takie jak stacjonujacy zolnierze radzieccy czy wiezniowie. Autor pisze o brzydocie bez zapedów poprawiania jej – ale tez bez epatowania czy idealizowania. Zycie jest takie jakie jest – i w jakich czasach przyszlo nam zyc. Nie ma co narzekac, tylko zabrac sie do dziela – kazdy na miare swoich mozliwosci i potrzeb.

Podoba mi sie tez obraz PRL, w którym odnajduje siebie i znajome drobne detale. Oddany nie jako smietnik, nie jako obóz udreczenia prawdziwych Polaków tylko kraj, w którym wiekszosc populacji jakos sobie radzila. Podoba mi sie ciaglosc w odczuwaniu rzeczywistosci – nie ma podzialu na rzeczpospolite o kolejnych numerach, bo zycie jest jedno. Podoba mi sie takze dyskretne wysmiewanie aktualnych fetyszy, typu grill (jako rozrywka „polskiej nizszej klasy sredniej”) czy gejów (przejecie okreslenia politycznie poprawnego przez „swiatowych” rodaków). Wylapal nawet moje ulubione nowopolskie slowo, „pijar”! Nawiazal do osobistych faworytów takich jak „Niebezpieczne zwiazki” oraz „Czastki elementarne”. Nie przemilczal wstydliwych juz dzisiaj budek z rozmaitym chlamem, który zalewal Polske z koncem lat osiemdziesiatych i z poczatkiem dziewiecdziesiatych. Znakomita, szczera i niepodkolorowana (no, moze troszeczke na korzysc glównych bohaterów) kronika z okresu przelomu PRL i okresu transformacji.

Wszystko to – rzecz jasna – psu na buty by sie zdalo gdyby nie dar opowiadania. Opowiadania niczym w szlacheckich barokowych bujdach, których slucha sie znakomicie mimo dziwów, nieciaglosci i braku logiki –  a moze wlasnie dlatego? Pisanego slowem mówionym. Zestawionego jak zywoty swietych. To obrazy wspólczesnych swietych Aleksych, którzy mimo pomyj na glowe dalej robia swoje, w pelni przekonania o swoim prawie do miejsca na ziemi – nawet jezeli to tylko reklamówka zawierajaca caly dobytek i pobliskie krzaki w parku. To jest obraz czlowieka, która ma takie samo prawo do istnienia jak kazdy inny.

Bardzo sie w moich oczach Michal Witkowski zrehabilitowal – po, w moich oczach, zupelnie nieudanym wystepnie w „Rozmowach z pisarkami”. Poprosze o jeszcze!

Reklamy

Piewca Polski B (jak)-Bator

In Feminizm, Ksiazki, Polskie refleksje, Przywracanie pamieci on 11 stycznia 2013 at 16:50

Joanna Bator / Piaskowa Góra / 2009

piaskowa-gora

Osobisty ranking w Bator fan clubie prezentuje sie nastepujaco:

 

  1. Chmurdalia
  2. Kobieta
  3. Piaskowa Góra
  4. Ciemno, prawie noc

 

Czytajac nie po kolei, kolej nadeszla na „Piaskowa Góre”. Nie bylo az tak zle, jak sie obawialam – czyli zebym wszystko wiedziala po lekturze „Chmurdalii”, bedacej kontynuacja Góry. Tak sobie leze od dni paru i trawie te ksiazke, czytajac w miedzyczasie nastepna pania Falludi. Ale jakos nie moge wymyslic dobrego kata natarcia, poniewaz Góra byla dla mnie ksiazka, która zakonczyla sie dla mnie z chwila doczytania ostatniej stronicy. Tak, jak Chmurdalii jeszcze troche bym chetnie poczytala, to Góre odlozylam z ulga. Nie dlatego, zeby to byla zla czy nieciekawa ksiazka – wbrew przeciwnie. Opis PRL-u, tej czesci Polski, która potem stala sie Polska B, a która nigdy nie byla moja, jest przerazajaco wierny. To jest epopeja Polski pozaakademickiej, Polski pozawielkomiejskiej.

makaroniki

Jak sobie pomysle o Górze to widze rózowiutki, puchaty makaronik, przelozony w srodku masa. Makaronik – skad inad powracajacy do mody – symbolizujacy Dziunie vel Jadzie alias Jadwige, matke Polke swojej wyrodzonej, pozydowskiej córki, Dominiki. Na swoich popuchnietych nogach walczaca kazdego dnia o przetrwanie rodziny, czesto przy pomocy wody z octem badz innego srodka bakteriobójczego. Czytajaca Harlequiny i ogladajaca „Niewolnice Izaure”. Snujaca z jednej strony odrealnione plany o ksieciu z bajki, a z drugiej zadawalajaca sie de facto wyjazdem do Wroclawia i beza w cukierni. Lub w wersji de lux, jadaca na siedzaco nocnym pociagiem do Warszawy.

 

Zatrzaskuje okladke z ulga, poniewaz sie wstydze. Wstydze sie przynaleznosci do tego, za czym dziewczyny z Walbrzycha cala mlodosc tesknily i co stawalo sie losem wylacznie najbardziej zdesperowanych czy umotywowanych. Szkoly, gdzie nie do pomyslenia byloby uderzenie ucznia. Swiata dwumiesiecznych wakacji, nart, duzej rodziny, inteligenckich kolezanek i kolegów szkolnych. Oczywistosci wybrania nauki w liceum, a pózniej studiów akademickich. Czytam Góre i mysle: jakze ci ludzie wyszli na ludzi? Co moze to brzmi arogancko – ale swiat Piaskowej budziw we mnie odruch ucieczki, choc zdaje sobie sprawe, iz opisuje losy wiekszosci. A z drugiej strony jakby tak uwaznie poskrobac, to pod warstwa politury znalazlabym odpowiedniki przedstawicieli swiata Dominiki i w moim „oswieconym” swiecie.

 

Jak zwykle rewelacyjne portrety kobiece: Zofii, Haliny, Jadzi, Dominiki i tyle innych. Pisane poezja (niechby codziennosci) – sa Lesmianem czy Tuwimem podszyte. Pozwalaja na plynne przejscie historii przedwojennej w wojenna, zarazpowojenna, póznopowojenna oraz najnowsza. To bardzo cenne, gdyz literatura polska jakby sie charakteryzowala (mówiac jezykiem matematyki – Dominika by zrozumiala) nieciaglosciami tam, gdzie nasza historia zataczala meandry. Zupelnie inne sa ksiazki przedwojenne (szczególnie te „dla mlodziezy”), te o wojnie oddaja wylacznie groze paru lat (legendy partyzantów, kapitana Klossa czy czterech pancernych). Potem nastepuje wielka dziura, bo o tym co zaraz po wojnie pisac chyba ani nikt nie mial sily czy odwagi – no i nie bylo szans na publikacje prawdziwych opisów rzeczywistosci. Te dziure lataja dopiero teraz wspomnienia i pamietniki. Pózniej gleboka studnia stalinizmu i dopiero mala stabilizacja zaczela przystawac do czegos, co mogloby stanowic tlo akcji powiesci. I znowu zapasc stanu wojennego. Zas wolnosc lat dziewiecdziesiatych mrugala najpierw do nas oczkami disneyowskich zwierzatek, a teraz ma byc swiatowo – choc wychodzi jak zwykle. Natomiast Joanna Bator odwaznie wrzyna sie w zakalec polskiej historii, otwiera wrzody, buduje kladki zrozumienia poprzez ukazywanie historii oczymi poszczególnych osób – glównie kobiet. Zamiast skupiac sie na traumie czy wstydzic za brzydote otoczenia i uczynków skupia sie na tym, co zywotne: rodzinie (w rozmaitych postaciach), zwierzetach, roslinach, przyjazni, milosci, dazeniu do szczescia. Historie jej bohaterek, jakieby nie byly poplatane, maja swoja logike. Jakieby nie byly smieszne czy parszywe bohaterki Bator maja swój maly swiat i zaden z nich nie jest lepszy od drugiego. No, chyba ze ten zagraniczny. Bator jak malo kto odwaza sie opowiadac o polskiej tesknoscie za lepszym zyciem, za luksusem (funkcja zmienna w czasie), za niemieckim proszkiem do prania. Tesknocie za lepszym, zagranicznym zyciem, która mimo aspiracji europejskich nadal drzemie w wiekszosci obywateli.

schulz-1

Obrazuje takze mezczyzn, którzy bywaja wylacznie zdalnie sterowani, niedojedzeni, niedokochani, za to przepici i ogólnie do niczego. Mezczyzna polski powinien przeczytac pania Bator i zadumac sie nad wlasna kondycja, bo jego wizerunek nie jest pochlebny. I niezaprzeczalne to, ze jak okiem siegnac – niezaleznie od miejsca w strukturach spolecznych – polska kobieta Polska stoi. Niestety, kobieta ta ma spora nadwage ciala i niedosyt w duszy, wiec moze pora na zmiany kulturowe? Bo Bator pokazuje dosc wyraznie proces kastrowania, któremu poddani bywaja polscy mezczyzni: od mamusi poczawszy na zonie skonczywszy. Tutaj nie ma szansy na relacje zrównowazone: panuje albo szowinistyczna meska dominacja albo wywalczony w pocie czola matriarchat, ze zdegenerowanym i ubezwlasnowolnionym facetem. Nie da sie ukryc: obraz raczej koszmarny i nietwarzowy dla którejkolwiek z plci. W ogóle, jak dla mnie, opisy Bator maja tez w sobie cos z zaginionego swiata Brunona Schulza. Toutes les proportiones gardées – obraz Piaskowej Góry kojarzy mi sie z widokiem Tluji kopulujacej z drzewem, z czlowieczenstwem wymieszanym z szalenstwem. Zyciem w zróznicowanych formach, które zawsze znajduje ujscie i wypuszcza nowe pedy; takze przez haldy walbryskich kopaln. Schulz moze jeszcze dlatego, iz swiat dorastania – nazwijmy to – Dominiki juz zaniknal. Narodzil sie z nadziei umeczonych wojna istnien, zablysnal niczym banska mydlana (w rózach i fioletach) – i czar prysnal, podobnie jak banka.

schulz-2

Kawal dobrej literatury. Opowiadam o pani Bator napotkanym, czytajacym ksiazki Szwedom, a oni pytaja: to kiedy ukaze sie po szwedzku? Nie wiem kiedy – wiem tylko, ze zdecydowanie powinna!

Bator, Bator-Bator

In Ksiazki, Polskie refleksje, Przywracanie pamieci on 27 grudnia 2012 at 15:14

Powiem szczerze: mam klopot z pania Bator. Zaczelo nam sie rewelacyjnie czyli od „Chmurdalii”. Najlepsza polska powiesc od nie wiem kiedy – do tej pory oblizuje sie smakowicie po jej lekturze. Niestety, im dalej w las, tym gorzej. Wczesniejsza „Kobieta”, choc dosc nierówna, ma w sobie duzo dobrego. Bator poruszyla wiele dotyczacych kobiet spraw, które w innych literaturach zostaly juz dawno powiedziane, zas w naszej Matce-Polszcze naleza nadal do „rzeczy, o których sie nie mówi”. I tu zaczyna sie problem, gdyz Bator zostaje dyzurna albo ta, co to sie stale wyrywa do tablicy. Bo nie moze byc tak, zeby jedna osoba rabala prawde w oczy, podczas kiedy inni spia niczym rycerze spod Giewontu albo smok Smaug z opowiesci o Bilbie Bagginsie. Spia, mamrocza pod nosem, byc moze cos kamufluja i przemycaja – ale na wszelki wypadunek milcza, bo tak wygodniej i bezpieczniej. Czyli „Kobieta” prosze bardzo, da sie czytac, a nawet w duzym stopniu identyfikowac sie z nia mozna (co sugeruje juz sam tytul). Na dodatek wzbudzila we mnie tesknote za srodowiskiem, gdzie ludzie glosno czytaja ksiazki, dyskutuja, pisza, poszukuja i sie szukaja (tzn.siebie samych, a siebie na wzajem).

bator-kobieta

Natomiast „Ciemno…” przyprawia mnie o uczucia mieszane. Pisac to pani Bator zdecydowanie potrafi –na ten temat nie mam watpliwosci. Ale zrobila sie jeszcze bardziej dyzurna niz w „Kobiecie” i tyle do tej jednej ksiazki nackala, ile ciepliwy papier zniesc byl w stanie. Bo – jak dla mnie – jest w tej ksiazce i Larsson, i Läckberg, i Rowling, i – o zgrozo – Tokarczuk. Jak sie potrafi napisac uczciwa powiesc to po co pisac kryminal? To sa dwie rózne rzeczy: stworzyc dobra powiesc a dobry kryminal. Nie ida jakos w parze – dlaczego sama nie wiem. Ale jak czytam kryminal, to chce fabuly Agaty Christie. Lubie tez komisarzy brytyjskich z telewizyjnych seriali. Jakies tlo zawsze istnieje, lecz najwazniejsza bywa intryga oraz zbrodnia. Zbrodnia krwawa w afekcie lub latami szczególowo planowana.  Kazdym razie sama zbrodnia gra pierwsze skrzypce. Tymczasem w nowej generacji kryminalów glówna role gra spolecznstwo, a w szczególnosci jego patologie czy wynaturzenia. No i wychodzi na to, ze przy Polsce to niech rodzina Vanger sie schowa! Tylko, ze jednak Lisbeth Salander zdaje sie bardziej przekonujaca od Alicji Tabor. Patologie czy tez klimaty polskie, znane mi przeciez z doniesien prasowych czy opowiadan znajomych, urastaja w formie literackiej do jakiegos Panoptikonu. Podobno zanim robi sie lepiej to musi (?) zrobic sie gorzej. No i to gorzej pani Bator swoja najnowsza ksiazka skutecznie osiagnela. Czy jednak od tego zrobi sie automatycznie lepiej? I komu? Mnie sie tylko pogorszylo.

bator-ciemno

Mam jeszcze do niej zal osobisty, zupelnie prywatny. Opisuje miejsca znane mi z autopsji (które to slowo kiedys nie oznaczalo jeszcze zapozyczenia z angielskiego czyli sekcji zwlok). Dla mnie zamek Ksiaz nie jest jak The Eyrie czy Castle Black z krainy fanstastyki. Dla mnie Ksiaz to miejsce, bo którego szlam pod góre spacerkiem w gronie rodzinnych, przez park porosniety rododendronami, powoli mijajac wejscie do stadniny i dochodzac do zamku wlasciwego – wszystko to zanim wpuszczono tam hordy turystów. Przy bramie czekala na nas z kluczem uczennica wujcia, której niemiecka matka urodzila sie na zamku. Pamietam ostrozne obchodzenie w stropie dziury, wybitej przez bombe aliantów. Opowiesci o Hochbergach, a nawet o ksieznej Daisy. Zadnych kotów, kotojadów ani kociar wówczas w parku nie bylo. Byla za to mieszanka etniczna ludzi, którzy czesciowo przyjechali ze Lwowa czy Wilna, czesciowo przed czyms uciekali (jak wywozacy polskie dzieci w ramach akcji germanizacji Reichsdeutsch), a czesciowo w porywie zrywu niesienia patriotycznego i niesienia kaganka oswiaty, jak moja ukochana Ciocia. Wujostwo utrzymywali kontakty zarówno z niemieckim jak i zydowskimi uczniami, którzy z czasem rozpierzchli sie po calym swiecie. Mieszkali na ulicy czesciowo zasiedlonej Cyganami. W szkolnej izbie pamieci przechowywali niebieskawe mydlo z ludzkiego tluszczu, pochodzace z obozu Gross-Rosen, który tez z nimi zwiedzalam. Niby te same elementy ukladanki co u Bator, lecz inaczej, bardziej harmonijnie poukladane. Kochalam wakacje u Cioci, zamek Ksiaz, zaciagajace ze wschodnia wujenki, burzliwe dyskusje u pochodzacej z Wilna ciocinej pryncypalki. Nie byl to Walbrzych, lecz miasteczko polozone opodal. W kazdym razie wcale mi sie nie podoba, ze Bator wykoncypowala sobie umieszczenie akcji powiesci w miejscu, które przechowuje we wspomnieniach niczym Doline Issy. Zycie plynelo tam normalnym rytmem – mimo tragedii, które wielu naplywowych i miejscowych mieszkanców mialo za soba. Sytuacja na pewno zmienila sie teraz – na cale szczescie Ciocia juz nie dozyla. Ostatni raz odwiedzilam ja dwadziescia lat temu – i to wspomnienie porannego spaceru ze stacji kolejowej w rozpostarte ramiona Cioci.

 

Odczyniam wiec czary nad twórczoscia Joanny Bator, na cala jej literacka przyszlosc: fiu-bzdziu i fiksum-dyrdum! Niechaj dobre bogi natchnienia poniosa ja w inne krainy i trzymaja uzdolnione pióro z dala od genre kryminalnego. Szkoda takiej dobrej pisarki – szczególnie, iz podejrzewam, ze wybór gatunku spowodowany byl, miedzy innymi, asekuranctwem. Jak chce pisac o spolecznstwie, skrzywdzonych, zwierzetach czy staruszkach to ma moje pelne poparcie. Skoro powiedziala „a”, a na dodatek ma cos do powiedzenia, to niech zbierze odwage cywilna i powie „b”. Z pozytkiem dla polskiej powiesci i czytelnika – miejmy nadzieje nie tylko polskiego. A little bit of pixie dust

 

Zebym jeszcze nie byla niesprawiedliwa to – jak zwykle – wielka pochwala za jezyk. Bator ma sluch absolutny i potrafi jeszcze ten jezyk, czy tez podjezyki, wspaniale odtworzyc. Dialog-nie-dialog polsko-polski  i polsko-niby-polski. Jednym slowem: piatka z plusem za lingwistyke stosowana!

Polnische Fiksum-dyrdum/ Polish fiu-bzdziu-Bator

In Feminizm, Ksiazki, Polskie refleksje on 25 listopada 2012 at 12:00

Joanna Bator / Chmurdalia / 2010

Jeszcze sie oblizuje i nie przetrawilam jednej, a juz sie slinie na mysl o nastepnej…ksiazce. Pani Bator sprawila mi wielka radosc czytelnicza i to od pierwszej do ostatniej kartki. Tak mi nie smakowala zadna polska powiesc po „Weiserze” i „Poczatku”! Polska ci ona i nie-polska. Dla kazdego cos milego, a zwlaszcza dla kobiet. Niczym obraz Chagalla, powiesci Singera z Eugenidesem i Grassem, z lekkim zabarwieniem czy posmaczkiem poludniowoamerykanskim. Epopeja polsko-europejsko-swiatowa, samymi malymi kwantyfikatorami pisana. Hetero-homo-matriarchalna. Podczas gdy Maslowska skupia sie nad zjawiskami nowymi Joanna B przerzuca pomost miedzy starym a nowym. Swietna!

 

Na tym stwierdzeniu najchetniej bym zakonczyla moje wywody, gdyz latwiej sie z reguly pisze o ksiazkach slabych. Wtedy to i posmiac, i ponabijac sie mozna – a tak to od razu wychodzi na serio. Ale brak dalszego komentarza nie bylby fair w stosunku do autorki oraz ksiazki, która tyle dobrych odczuc i uczuc we mnie wzbudzila. Troche niczym Franzen, w którym latwo mozna sie odnalezc. Wieloetniczny kilim czy tez patchwork, tkany rekoma wielu pokolen kobiet. Opowiesc opowiadajaca – nie wartosciujaca. Przetykana  watkiem piosenek spiewanych dziecio w chorobie, przeplatana opowiesciami snutymi w gronie rodzinnym. Tymi autentycznymi i tymi zmyslonymi, które po latach opowiadan zdaja sie równie prawdziwe. Portrety matek-Polek, matek-Cypriotek, czarnych matek i babek z Brooklynu. Wizerunki krepych, kiepsko ubranych kobiet, które po swojemu wadza sie z zyciem i sa zyciem samym; karmiacych bliskich salatka warzywna czy baklawa. Cienie Zydów polskich, cienie szlachty polskiej, cien polskiego dziedzictwa. Emigracja dzielaca na tych, którzy wyjechali i na tych, którzy ich wybory nie do konca rozumieja i akceptuja. Po Mrozku to dla mnie pierwszy prawdziwy obraz emigracji. W ogóle chyba pierwszy dobry obraz Polski wspólczesnej – takiej, która ma juz swoich ambasadorów w postaci Polaków przemieszczajacych sie po swiecie. Polski Polaków poddawanych kuracjom wstrzasowym, którzy jakos sie z nich otrzasaja, do siebie i zdrowia nie tyle cudem czy madroscia, lecz glównie – wbrew powszechnym wyobrazeniom – dochodza ciezka praca i pomyslowoscia. Polski polityków Maslaków oraz zaradnych gospodyn domowych, które – jak trzeba, w obronie bliskich – i plastykowa, chinska torebka z bazarku Manhattan przylozyc potrafia.

Podoba mi sie okladka, z para syren widzianych w wodzie od dolu. Przypomina mi tez wlasne zdjecie z Morza Czerwonego – z pletwami zamiast rybiego ogona (odczuwam pokrewienstwo duchowe z ksiazowymi Dominika i Grazynka,  a jakze!) Przypomina takze zanurzenie sie w wodzie Fausta z Malgorzata w filmie Sokurowa, symbolizujace wolnosc. Wolnosc jak u Franzena, wolnosc wyboru. Z tym, ze Franzen jest bardziej gorzki – w kraju, gdzie trwa od lat nie smakuje dluzej tak wybornie. U Bator bohaterki sa beneficjentkami mozliwosci pordózowania, otwarcia granic oraz pracy w rozmaitych miejscach. Potrafia sie stwarzac na nowo, choc jedne maja to we krwi, a drugie przymusza sytuacja zyciowa.

 

Jeszcze dwa slowa o jezyku – Bator stworzyla jezyk odrebny, majacy swój wlasny rytm. Laczy nowe slowa ze starymi, wplata „nielitterackie” wyrazenia typu fiksum-dyrdum albo fiu-bzdiu, gra skojarzeniami   zalewa opowiadaniem, podsyca ciekawosc, wylapuje ulamki codziennosci. Miód-malina, cymes, niebo w  gebie.

 

Wiecej nie napisze, bo zaglaskam na smierc. Nie wyjawie tez akcji powiesci, gdyz nie chcialabym odbierac potencjalnym czytelnikom swiezosci odkrywania bohaterów. Zamówilam juz w bibliotece wczesniejsze pozycje pióra Bator – moze od nich powinnam byla zaczac, ale jak sadze, powstrzymaja i tak mój slinotok czytelniczo-lubiezny.