szwedzkiereminiscencje

Archive for 2017|Yearly archive page

Ni pies ni wydra – Cole

In Afryka, Ksiazki on 21 kwietnia 2017 at 20:29

Teju Cole, Varje dag är tjuvens dag (Every Day is for the Thief), 2015 (2007 w Nigerii)

cole

Aspirant. Tak nazwalabym postawe Teju Cole, nigeryjsko-amerykanskiego pisarza.

Caly czas szukam czegos ciekawego w zachwaszczonym kryminalami swiecie literatury I tak sie ostatnio sklada, ze ciekawia mnie glównie smaki literatury afrykanskiej. Dlatego ucieszylam sie, ze szwedzki app zaoferowal mi audiobooka pt. “Dzien zlodzieja”, w którym – niczym w zupie – plywa wiele smacznych kasków, opisujacych codzienne zycie w Lagos. Niestety, autor podprawia te smakolyki pretensjonalnymi komentarzami, nie tylko tlumaczac sie z niedostatków zycia przez (zachodnim?) czytelnikiem, ale takze pouczajac przy okazji swoich kompatriotów. Lasi sie do bialego czytelnika, aspirujac bezwzglednie do stempelka “approved” i popisuje sie znajomoscia lektury noblistów i wiedza wyniesiona ze studiów z zakresu historii sztuki (dla duzej czesci spoleczenstw zachodnich tematów – delikatnie rzecz ujmujac – malo popularnych). To troche tak, jakbym ja napisala ksiazke, krytykujaca brak znajomosci podstaw teorii wytrzymalosci czy dynamiki budowli wsród krakusów. Teju Cole, potomek nigeryjskich rodziców, absolwent nigeryjskiej szkoly sredniej, kokietuje swoja – takze w przenosni – “jasna karnacja”.

Czy ja juz brzmie jak zdeklarowana rasistka? Czy tez rasizmem jest stawianie nizszych wymagan jednostkom innych ras?

Podobne zjawisko zaobserwowalam po raz pierwszy wiele lat temu, w drodze do Egiptu. Na podmalmönskim lotnisku Sturup wsiadla wielodzietna rodzina arabska. Cicho i grzecznie, w skromnym odzieniu i najtanszych plastykowych klapkach, z jakimis prowizorycznymi pakunkami, przemykali sie miedzy siedzeniami samolotu. Im blizej jednak bylismy Hurghady, tym bardziej podnosily sie glowy rodziny (i to nie tylko przyslowiowej glowy rodziny). A po wyjsciu z lotniska, w kolejce do taksówki, wyszlo z nich panisko i byli totalnie nieakceptowalni, biorac pod uwage kulture osobista. Rozpychali sie, rozkazywali i parzyli z bardzo, bardzo wysoka na uwijajacych sie Egipcjan. Beneficjenci szwedzkiego socjalu czuli sie lepsi niz ciezko pracujacy – równie jak oni arabskojezyczni – localsi.

koza1.jpg

Cole ma znakomita siostre po piórze, czyli Chimamande Ngozi Adichie. Chimamanda pisze jasno: srednia klasa Nigerii aspirujac snobuje sie, czesc na Wielka Brytanie, czesc na Stany Zjednoczone. Zazdrosci szczesliwcowi, który wyrwal sie do któregos z tych domniemanych rajów. Ngozi Adichie opisuje trudne wlasne poczatki w Stanach i ponizajacy start swojego chlopaka w Londynie. Nie kryje dylematów, nie przemilcza porazek i nieporozumien. Czytelnik – chocby najbielszego odcienia bieli – doskonale emocjonalnie odnajduje sie w poczuciu odrzucenia, szoku i niedwierzania – a potem gniewu i potrzeby odwetu. Jej przezycia maja wymiar uniwersalny – niewazne ile mamy lat, gdzie mieszkamy i z czym sie zmagamy – wchodzimy w skóre autorki i walczymy o przetrwanie, a potem juz o sukces.

simon-garden2.jpg

Tymczasem Cole jest niczym ten ptaszek kiwi, co caly czas sie dziwi. Wychowany w Nigerii, ale jakos dziwnie ”zapomnial”, jak to ze lnem bylo. Dziwi sie, ze wybór ksiazek w ksiegarni jest az tak marny. Ze uczniowie szkoly muzycznej musza miec swoje wlasne instrumenty. Ze nie udalo mu sie posluchac Bacha (!) w wykonaniu orkiestry szkolnej. Ze piracko kopiuje sie kompakty (pamietam z Krakowa punkt kopiowania kaset przy Florianskiej!). Ze zbiory w muzeum takie marne. Nie tylko, ze sie dziwi – on Nigeryjczykami wrecz pogardza. Kolega szkolny, kolega po fachu, który obwozi go ofiarnie po wszystkich stacjach benzynowych to fuj, fuj, fuj, bo jezdzi niewysprzatanym autem bez klimatyzacji. Ze zlodziejstwo, korupcja – hucpa po prostu. Bo on stal sie bardziej amerykanski niz Ameryka sama – i nikt z krytyków mu tego nie wytknie, zeby nie byc posadzonym o rasizm. Cole leci po równi pochylej, wpadajac w te sama pulapke so Zadie Smith: wypromowana na fantastycznych ”Bialych zebach”, wdrapala sie na wyzyny zachodniej klasy sredniej, o której pisac nie potrafi. Trafiony, zatopiony. Chimamanda przybliza nam aspiracje, blaski i nedze prominentnych Nigeryjczyków – Cole egzotyfikuje ich jako saidowskich ludzi orientu. Przyklada kolonialna miarke do ludu, z którego wyszedl. Pachnie, a wlasciwie to wrecz odwrotnie – sprzeniewierzeniem i zaprzedaniem.

asia-by-kazik.jpg

Nigeria, szczesliwie tego opisu nieswiadoma, az kipi rozwojem. Jej muzyka, telewizja i moda nadaja ton mlodym chlopcom i dziewczetom jak Afryka dluga i szeroka. Dla nas Nigeria to kraj, na który wplacaja Szwedzi z racji kleski suszy. Dla wielu Afrykanczyków to wzorzec. Afrykanski tygrys, który do 2016 przodowal we wzroscie ekonomicznym. Przy calej swojej zlozonosci, problemach spowodowanymi wydobyciem ropy naftowej i strukturalnej korupcji.

Wiem z autopsji, jak trudna lekcja do odrobienia bywa podwójna tozsamosc. Wymaga ona glebokiego i do bólu szczerego wgladu w siebie, a taka retrospekcja odslania mity i slabosci. Dojrzenia plusów i minusów po obu stronach – a oprócz dojrzenia (dostrzegania) takze dojrzenia (dojrzalosci). Akceptacji podwójnej tozsamosci nie jako podwójnego balastu, lecz podwójnego bogactwa. Moze Teju Cole kiedys wykaraska sie z pulapki zlapania pana Boga za nogi i napisze jeszcze wielka powiesc o Afryce. Bedzie wtedy bardziej przekonujacy niz alter ego Tomasa Tranströmera, na które sie zawziecie w “Dniu zlodzieja” kreuje.

Zdjecia moje, z Tanzanii.

kogut

Wyspiarski swiat malych szczesc – Jacobsen

In Ksiazki, Przywracanie pamieci on 6 kwietnia 2017 at 17:30

Roy Jacobssen, ”De osynliga”, 2016

de-osynliga

Dlaczego tak trudno pisac o dobrych ksiazkach? Nawet kartkujac literacki gniot, cisna mi sie zlosliwosci same pod pióro. A jak czytam ”Niewidocznych”, to jakby nie wiem, czemu mi sie tak bardzo ta powiesc spodobala? Ze literacka – zgoda. Ba, nawet poetycka. Estetycznie niby oszczedna, jak na norweska wyspe przystalo. Ludzie sa wlasciwie tacy sobie: ni beau ni laid lub ni chaud ni froid, jakby to powiedzial Francuz. Okladka szaro-buro-skandynawska-oszczedna (zdecydowanie froid w wyrazie). Krzeslo na niej niczym to Polanskiego z placu Zgody czyli obecnego Bohaterów Getta w moim rodzinnym Krakowie. Duze krzeslo, mala dziewczyneczka. Zapewne glówna bohaterka, Ingrid, która zamieszkiwala podobna wyspe miedzy rokiem 1913 a 1928. Pomyslec, cale sto lat temu – jak ten czas leci…

Mysle, ze za sukcesem ksiazki Jacobsena lezy tesknota, a wlasciwie to nawet dwie. Pierwsza tesknota za rajem utraconym czyli wspólnota w tempie slow. Takie slow life, niewyobrazalnie biedne, pelne pracy fizycznej i walki o przetrwanie – ale za to godne i na wlasnych warunkach. Wlasna wyspa, wlasne ziemniaki, barany i krowy. Wlasna rodzina – na dobre i na zle. Nie musi sie nikogo o nic prosic, a jak juz trzeba sie ukladac, to przysluguje prawo renegocjacji w dowolnym momencie. Bo zycie zdaje sie wybitnie nieprzewidywalne; nie tylko sily natury pelne sztormów i wichrów. Zapewne w swoim charakterze takie samo jak obecne, tylko ze nam wzrosla potrzeba kontroli oraz kompulsywnego ulepszania. Jesli na wyspie rodzi sie ktos z niepelna liczba chromosomów, to ma pelne prawo do dobrego zycia. Podobnie, jesli rodzi sie ktos bez przyslugujacego mu ojca (narodziny przyjmowane równie naturalnie jak smierc). A jak ktos popada w smutek, to warto odczekac az wróci z wewnetrznej podrózy sentymentalnej. Jezeli skads pojawia sie obce dzieci, to jedyna sluszna rzecza jest zaoferowac im dach nad glowa. Nota bene niewykluczone, iz matka owych dzieci byla nieprzyslowiowa matka-Polka. W kazdym razie posiadala polski serwis porcelanowy i mówila w dialekcie. Nie udalo mi sie natomiast odszyfrowac jej imienia, przedstawionego jako zezenie. Imie wyrafinowane niczym przezroczysty, wieloczesciowy serwis – w odróznieniu od swojsko-wyspiarkich Marii, Barbro (Barbary), Ingrid, Martina (Marcina) czy Hansa (Jana).

elisabet-ballong.jpg

Druga – suponowana – tesknota, to tesknota za przemieszaniem sie po wodzie. Od starozytnego ”navigare necesse est”, poprzez niesmiertelnego Conrada, ”Smierc na Nilu”, ”Belkot nad Nilem” (skoro niespodziewanie w Egipcie mentalnie sie znalezlismy), po ”Trzech panów w lódce, nie liczac psa”. Na wodzie, w lodzi wiekszej badz mniejszej, stajemy sie kims innym: odwiecznym wedrowca, przybyszem, rybakiem, odkrywca. Morze rozbudza nasza wyobraznie, pozwala wprowadzic pierwiastek niewiadomego oraz oczekiwania. Taki wlasnie conradowski nastrój trwania z oczekiwaniem panuje na wyspie Barröy. Nota bene wyczytalam wlasnie, ze to podróze morskie zrobily z Korzeniowskiego pisarza Conrada – et voilá! Z Barröy morska droga prowadzi do szkoly, do kosciola, na cmentarz, do sklepu czy przetwórni ryb. Lódz zabiera banki z mlekiem, przywozi gosci, uwozi Hansa na zimowe lowisko w okolicach Lofotów. Równie dobrze jak XX wiek mogloby to byc wczesne sredniowiecze. Niestety, ksiazka chyba dotychczas nieprzetlumaczona na jezyk polski – a szkoda, poniewaz wydaje mi sie o niebo lepsza od reklamowanego ostatnio Mortena Stroksnesa i jego ”Ksiegi morza”. Stroksnes sie madrzy, zas Jacobsen opowiada pólglosem. Jak zwykle, ci subtelni i interesujacy zostaja zagluszeni…

elisabet-segel

Wlasnorecznie namalowanych obrazów uzyczyla do tego wpisu Elisabet – za co jej serdecznie dziekuje!

Dom wariatek – Agnes von K, Sigrid H & Nelly S

In Feminizm, Ksiazki, Przywracanie pamieci, Sztuka, Szwecja, Uncategorized on 6 marca 2017 at 23:08

Karin Johannisson ”Den sårade divan. Om psykets estetik”, 2015 (Zraniona diva. O estetyce psychiki)

divav

Spedzilam trudny weekend w domu wariatów, a wlasciwie to w domu wariatek – czyli w zlikwidowanym juz zakladzie Beckomberga w Sztokholmie. Nie dlatego, zeby mnie tam w kaftaniku i na sygnale odtransportowano, ale poniewaz ambitnie zabralam sie do kupionej na przecenie ksiazki. Autorka, Karin Johannisson, zmarla wlasnie jesienia, ku mojemu strapieniu, poniewaz bywala jasnym punktem debat telewizyjnych. Madra, sympatyczna, ladna – zajmowala sie historia idei, a zwlaszcza tej medycznej. Pewnie troche po mamie, niemieckiej studentce medycyny – a troche po tacie, profesorze jezyków nordyckich. Drugim powodem wytrwania przy tej nader ciekawej, acz chwilami meczacej lekturze, sa bohaterki opracowania: niegdys skandaliczna, dzis troche zapomniana pisarka, Agnes von Krusenstjärna (1894-1940); moja ulubiona malarka i uczennica Matisse’a, Sigrid Hjertén (1885-1948) oraz dyskusyjna laureatka literackiego nobla, Nelly Sachs (1891-1970). Pierwszej postawiono diagnoze histeria, drugiej schizofrenia, zas trzeciej – paranoja.

sigrid

Ach te diagnozy, ach te szpitale psychiatryczne, ach ci lekarze – niczym niezrealizowani badacze polarni. Bo taki Nansen wyplywal daleko Frammem, podczas gdy Freud wybral bezpieczenstwo zacisza buduaru, zeby zapuscic sie w otchlan duszy pacjentek. I czy w Szwecji moglo byc lepiej? Jak juz co, to tylko gorzej: panstwo bylo biedne, mieszczanstwo i szlachta slaba, stopien wyksztalcenia ludnosci niewielki, a wladza urzednika pantwowego nieomal nieograniczona. Ofiarami tych niewyzytych (pa)praczy bebechów stawaly sie glównie kobiety; te, którym nie w smak byla przypisywana im ”naturalna” rola malzonki i matki. Zamiast udawac przyjemne dla oka i ucha byly ”dzikie”, ironiczne, nieposluszne, chcialy sie uczyc i zawodowo pracowac. Rzecz jasna najtrudniej mialy te artystyczne i zdolne, poniewaz panowal mit meskiego (wylacznie) geniusza. Geniusz ten mógl sie spijac badz wariowac do woli, lecz diagnozowany byl i tak jako ”zupelnie normalny, choc nerwowo wyczerpany”. Tymczasem jego siostry – od pedzla czy pióra – nie tylko, ze diagnozowane byly jako chore psychicznie, to jeszcze do tego zamykane w zakladach, za przyzwoleniem meskich czlonków rodziny, a pózniej takze, za tym samym przyzwoleniem – lobotomowane. Tak zmarla elegancka Sigrid – dopóki jeszcze zyl, nota bene jej byly, maz, Isaak Grünewald, nie wyrazal zgody na lobotomie – ale po jego smierci, jedyny syn pary Hjertén-Grünewald, Ivan, zgodzil sie na operacje na zywym mózgu matki. W latach 1944-45 poddano lobotomii w szpitalu Serafimów szescdziesieciu pieciu pacjentów, przywozonych najczesciej z zakladu Beckomberga, z czego 89,23% stanowily kobiety. Z polskiego podwórka mozemy do tego dziedzictwa dodac Marie Komornicka vel Piotra Odmienca Wlasta. Oczywiscie, mozna sie pocieszac, iz kobiety o kapitale materialnym i spolecznym uniknely pulapki wariatkowa – tym niemniej rzadko która miala wystarczajaco silna pozycje. Czyli pieniadze oraz kochajaca i wspierajaca rodzine. Chorowita matka, córki Agnes nie lubila. Sigrid zostala wczesnie sierota (a obydwie wywodzily sie z elity), zas Nelly o wlas uniknela obozu koncentracyjnego, chroniac sie (na skutek interwencji Selmy Lagerlöf) wraz z matka w Szwecji . Nie musze dodawac, ze majatek rodziny Nelly przeszedl w obce, czyste rasowo rece, nie ulatwiajac im startu w nowym kraju.

Zeby nie byc goloslowna cytaty z Karin:

Siri Hustved zwracala uwage, iz mloda dziewczyna powinna otrzymac trening w alternatywnych emocjach kobiecych: zlosci, dzikosci, krzyku, bycia nieprzyjemna. W kryzysie kobiety maja bowiem tendencje do obwiniania siebie samych. Przestaja dzialac, staja sie defensywne i same siebie plasuja w kategorii patologii. ”Czulam sie szalona”, ”nie wiem, co sie ze mna stalo”. Po przekroczeniu umownej granicy kobieta moze byc zwyzywana czy tez niepochlebnie porównywana do czegos. Placzaca nazywana jest neurotyczka, krzyczaca histeryczka, okazujaca seksualnosc kurwa, a demonstrujaca jest czarownica.

Ekscentrycznosc, pretensjonalnosc, samoreklama nie mialy rodzaju zenskiego. Swiadczyly o szalenstwie.

Alternatywny rodzaj bycia kobieta zawsze oznaczal ryzyko.

IMG_2217

Dobrego Dnia Kobiet zycze wszystkim kobietom, a zwlaszcza tym alternatywnym!

Wojna domowa – wojna na milosc

In Feminizm, Ksiazki, Muzyka, Szwecja, Uncategorized on 2 marca 2017 at 13:51

ebba-1

To jest ksiazka, która narobila niezlego zamieszania w Szwecji. W formie papierowej, a takze zamierzonej opery (sic!) z premiera 6 czerwca kolo Mory oraz wersji scenicznej, z premiera juz jutro w Sztokholmie. Dlaczego? Zapewne z paru powodów. Na pewno z powodu autorki, slynnej profesor literatury i jezyków nordyckich, Ebby Witt-Brattström. Znanej ze swojego feministycznego zaangazowania, z politycznym epizodem w Feministycznej Inicjatywie wlacznie. Ale glównie popularnej jako wyszczekana, oczytana, atrakcyjna i calkiem czarujaca kobieta, chetnie zapraszana do studia telewizyjnego. Osoba, z która na pewno nie bedzie nudno. Zwiazana przez trzydziesci trzy lata z niemniej slynnym Horacym Engdahlem (w tym dwadziescia piec lat malzenstwa). Nazywanych para królewska szwedzkiej kultury, jako ze Horacy od lat dziewiecdziesiatych jest czlonkiem Szwedzkiej Akademii i przez wiele lat pelnil funkcje jej „permanentnego sekretarza”. Czyli osoby, która niczym kukulka z zegara, wylania sie zza drzwi o trzynastej w pewien pazdziernikowy czwartek i pompatycznym tonem oglasza kto w tym roku otrzymuje literackiego nobla. Nota bene Horacy skontrowal literacki debiut bylej zony „Ostatnia swinia”, czyli – podobno – wyborem monologów i aforyzmów. Pozwole sobie przetlumaczyc jedna strone historii rozstania w wersji Ebby:

ebba-2

No i tak to sie toczy przez cale 180 stron, z podtytulam zaczerpnietymi z Goethego, Szekspira, Strindberga, Kierkegaarda, Virginii Woolf, Tove Jansson, Sonii Åkesson (bardzo lubie jej wiersze), Beatlesów, Monthy Pythona i innych. Godni siebie przeciwnicy, spleceni w toksycznym klinczu. Blyskotliwi, nieustraszeni w ranieniu siebie nawzajem, celujacy dokladnie w najslabsze miejsce dawnego kochanka, a teraz smiertelnego wroga. Ona paruje ciosy odrobine szybciej, on wyraza agresje – i jak wynika z jej odpowiedzi, przechodzi do rekoczynów. Niby Ebba z Horacym zaprzeczaja, ze to o nich w ksiazce chodzi – ale czytelnik i tak wysnuwa wlasne wnioski.  Cytujac za Astrud Gilberto „milosc, kiedy odchodzi, jest nasmutniejsza rzecza”. Na co by odpowiedzial Ozzie Osborne „jestem taki nieszczesliwy i smutny – stracilem najlepszego przyjaciela w zyciu, moja kobiete”. Kto kogo bardziej zranil, niech osadzi kto chce. A ja, wszystkim zlamanym sercom, ku ukojeniu, dedykuje muzyke „Once I loved” oraz „Changes” – niestety, nie jestem czlonkiem premium i nie moge wkleic ponizej, jak planowalam. Nic to, wiosna idzie, zatem Panie i Panowie – badzmy dobrzy dla siebie na wiosne…

 

 

 

Wyzwania globalnej wioski – Ejersbo

In Uncategorized on 21 lutego 2017 at 23:09

Jakob Ejersbo ”Liberty”, 819 stron (przeczytane po szwedzku)

dar-arusha

Wielka bogini literatury, dziekuje Ci pokornie! Mialo byc o ekwadorskim psie Arturze, przygarnietym przez szwedzkiego wyczynowca Mikaela Lindnorda – ale pióro i swada Szweda odbiegaja na tyle od inteligencji Piotra Wlasta czy blyskotliwosci Wieniawy-Dlugoszowskiego, ze nawet moja milosc do zwierzat nie pozwolila mi przebrnac przez pierwszy rozdzial ksiazki ”Arthur : gatuhunden som lämnade djungeln och hittade hem”. Dlatego w tym wpisie Ameryka Poludniowa zastapiona zostanie Afryka, a umiesniony, zywy Szwed wrazliwym (i niestety martwym) Dunczykiem.

bus-z-motyka

Oj, od czego tu by zaczac? Chyba od tego, ze ksiazka jest znakomita! Ciekawa ze wzgledu na tresc, przeslanie i jezyk – jako jedna z niewielu przystajaca do nowego, globalnego swiata. Trzecia czesc trylogii, której dwóch pierwszych nie udalo mi sie znalezc po szwedzku – i która funkcjonuje mimo to znakomicie jako samodzielna powiesc. Nota bene trylogia wydana zostala dopiero po smierci Ejersbo i podzielona przez redaktora ze wzgledu na objetosc pierwotnego maszynopisu: drobne 1600 stron.

przystanek-w-drodze

Teraz o autorze, bo bez tego ani rusz. Jakob spedzil dziecinstwo i mlodosc w Tanzanii, poznajac swiat bialych pracowników ”pomocy krajom rozwijajacym sie” oraz – pozostajacy w opozycji do niego – swiat ludnosci miejscowej. Czul sie bardziej w domu w Afryce i wsród Afrykanczyków, którzy jednak traktowali go jako egzotycznego przybysza z innej galaktyki – zas w Danii posród ludzi zyjacych poza obowiazujacymi normami. Swoje poczucie osamotnienia i alienacji rasowej przekazal znakomicie w trylogii. Troche wieczny chlopiec, obdarzony absolutnym sluchem na nierównosci i nie zgadzajacy sie na wszechpanujaca niesprawiedliwosc, zadajacy odwieczne pytanie ”dlaczego?” i oglaszajacy, ze król jest nagi. Podobnie jak Broniewski, chlopiec z dobrej rodziny, rzucony przedwczesnie na burzliwy ocean zycia.

dar-widok

Jego dunscy przyjaciele zostali obarczeni misja niemal ponad ich sily – zeby rozsypac prochy Jakoba pod szczytem Kilimandzaro. Dziennikarz i pisarz Ejersbo odszedl na raka niedlugo po osiagnieciu czterdziestki. Trylogia jest jego pogrobowcem, szczerzacym ostrzegawcze kly na naiwne misjonarki, samozadowolonych turystów, cynicznych poszukiwaczy skarbów i potworkowate pozostalosci zwyrodnialego plodu kolonializmu. Nie ukazuje barwnych obrazków, niczym Kapuscinski, podrózujacy z kulawym angielskim i za jeden usmiech – dokonuje pelnej i oddolnej wiwisekcji systemu, w dodatku bez znieczulenia.

sprzedaz-przekasek

O czym traktuje ”Liberty”? “Liberty” to nazwa miejscowej dyskoteki w Moshi, zarówno w powiesci, jak i w przeszlosci Jakuba. Jakub i jego alter ego, Christian, prowadza w lokalu “Liberty” dyskoteke. Niewykluczone zreszta, ze tytulowa wolnosc ma takze doslowne znaczenie. Bohater szuka swojej wlasnej drogi w zyciu, wolnej od schematów, ustalonych ról i przesadów. Pragnie sie uwolnic od oczekiwan rodziny, bialego “dunczykostwa”, image’u “mzungu” czyli wedrujacej kupy pieniedzy, z której kazdy local usiluje uszczknac cos dla siebie. Przerywa szkole w Danii, wraca do Tanzanii, zamieszkuje z czarna dziewczyna i stara sie zarabiac. Wtedy staje sie sola w oku doslownie wszystkich, od wspólpracowników po policjantów, od urzedników emigracyjnych po zawistnych bialych. Wszyscy licza na lakomy kasek, kazdy z oskubujacych chce zdazyc przed innymi. Koledzy-wspólpracownicy okradaja i oszukuja, dziewczyna domaga sie wyjazdu do Danii, policja zada coraz to wyzszych lapówek. Christian nie ma oparcia w nikim: matka znalazla prace w Szwajcarii, ojciec ozenil sie ponownie i pracuje w tanzanijskim outbacku. Jak to sie potocznie nazywa, ulozyli sobie zycie, do którego nastoletni syn nagle przestal przystawac. O ulozenie sobie zycia walcza równiez localsi, kierowani marzeniem o szybkiej gotówce, urzadzajacej ich na wieki wieków. Tymczasem lokalny system dziobania jest okrutny: Afrykanczyk musi sie dzielic dobrami z rodzina, bywa okradany i bity, narazony ustawiczne szantaze przez wszystkich, dysponujacy choc odrobina wladzy. Swiat czarnych poznajemy oczami Marcusa, starszego towarzysza Christiana; takze ofiary styku czarno-bialego swiata. Przecietny Tanzanijczyk ma ograniczona wolnosc wyboru – zeby przetrwac podejmuje ryzyko i czesto ginie, nie docierajac na szczyt. Czasami w zamieci pod Kilimandzaro, czesto w kopalnii tanzanitu pod zairska granica. Patologie bialego swiata poteguja i petryfikuja zastale patologie lokalne.

rozowy-kwiat-arusha

Brzmi to wszystko ponuro, ale ksiazka wrecz kipi zywiolowoscia I poczuciem humoru. Do tego dochodzi jezyk, specyficzny, troche stylizowany na gware mlodziezowa, pelen wstawek ze swahili. W odróznieniu od Sienkiewicza Ejersbo ma swahili w malym paluszku – uzywa gramatycznie poprawnej formy “bwana mkubwa” (czego mozna sie nauczyc bodajze na trzeciej lekcji jezyka). Akcja leci, leci wartko – i mimo, ze jedno niepowodzenie goni drugie, bohaterowie sa w stanie otrzasnac sie i – niczym ten zolnierz – pomaszerowac dalej. Opowiesc troche w duchu “Shantarama”, choc mnie zdecydowanie blizsza.

zakurzony-autobus

Odbylam podróz z Dar el Salam autobusem przez Moshi do Arushy, zatem bylam w stanie umiejscowic akcje w autentycznym geograficznym i przyrodniczym kontekscie. Podczas czterokrotnej wizyty w Tanzanii poznalam mozaike zarowno jej bialych, jak i czarnych mieszkanców. W prozie Ejersbo slysze zaczepki mlodzienców wypowiadane w slangu, pelne szacunku pozdrowienia starszych i moznych, nagabywania o mozliwosc wspólnego interesu (a bussinesem moze byc nawet krzywe krzeselko z uzywana odzieza) – w barach plynie piwo Safari oraz konyagi, miejscowa wódka na bazie papai. Miejscowi, a zwlaszca kobiety, wykazuja niesamowita zdolnosc przetrwania, zas obcokrajowcy wystawieni sa na ciezka próbe charakteru. Jakob E rozwiewa wszelkie zludzenia dotyczace efektywnosci pomocy panstw rozwinietych, gdyz wszechobecna korupcja eroduje zarówno pojedyncze jednostki, jak i cale organizacje. Kosciól ogranicza I zabrania, zas sluzba zdrowia nie daje sobie rady z epidemia AIDS (akcja powiesci toczy sie w latach 80-tych). Opis dramatycznej wizyty w kopalni pólszlachetnego kamienia, tanzanitu, nie pozostawia nikogo obojetnym. Piekna i wartosciowa proza, dajaca do myslenia. Chetnie wprowadzilabym “Liberty” jako lekture obowiazkowa w szkolach, zamiast przestarzalego i kolonialnego obrazu Afryki rodem z “W pustyni i w puszczy”.

camp1

Wysluchane: Abramovic, Ferrante

In Uncategorized on 16 lutego 2017 at 15:53
Marina Abramovic, ”Walk Through Walls: A Memoir”, 2016, audio book

 

marina-walk.jpg

Po patriotycznych remanentach pora na kosmopolityczna dekadencje.

Od razu sie przyznam, iz sluchanie ksiazek wiaze sie u mnie z przysypianiem, a poza czesto oddaje sie tej przyjemnosci w podrózy – wiec wsluchuje jakby jednym uchem. Albo, jak to mówia Szwedzi: jednym uchem mi wpada, drugim…wypada. Tak, ze i ta impresja przedestylowana zostala przez okresy gnusnosci mojego mózgu. Z drugiej jednak strony, cos mi po tych lekturach zostalo (bo bedzie o dwóch) – w odróznieniu od wielu, wielu innych (glównie kryminalów, lecz nie tylko).

Nie orientuje sie, na ile prace Abramovic znane sa w Polsce. W pewnym sensie jej odpowiednika mozna by szukac w Katarzynie Kozyrze – a sadzac z niezrozumienia sztuki tej drugiej, odnosze wrazenie, ze i Jugoslowianka odczytywana by byla jako artystyczna outsiderka. Co mi zreszta uswiadamia pewne uwstecznenie polskiego podejscia do sztuki, bo pamietam jak zywo snobizm na awangarde w kregach akademickich zeszlego stulecia. Choc i wtedy zdecydowanie wiecej wolno bylo mezczyznom. Akceptowano Beresia, wysmiewajac Beresiowa: “Beres robi w drewnie, a Beresiowa – w poscieli”. Wrócmy jednak do naszych baranów.

abramovic-marina_volcano_1500x1002

Foto: Paolo Canevari

W Szwecji zainaugurowana bedzie niedlugo, w sztokholmskim Moderna Museet, ekspozycja “ The Cleaner”. Wystawa ta powedruje pózniej do mojej ulubionej dunskiej Louisiany (jakby ktos nie dojechal do Sztokholmu do konca maja). Ale poza tym malo kto zna tu twórczosc Mariny – choc mnie udalo sie obejrzec program dokumentalny o performance zatytulowanej “Artystka jest obecna”, z nowojorskiej MOMA. Troche trudno mi wtedy bylo zrozumiec przeslanie jej sztuki, dlatego postanowilam posluchac autobiografii, na dodatek czytanej – z czarujacym wschodnioeuropejskim akcentem – przez sama autorke.

Czy wiecej rozumiem po lekturze jej autobiografii? Jak zwykle genre autobiografii nastrecza watpliwosci, czy aby chodzi o zwykla relacje, czy tez to juz autokreacja –  zwlaszcza u artysty. Abramovic ma w sobie wyjatkowo brutalna sile, ale zdaje sie ja wykorzystywac na przemian ze sklonnoscia do masochizmu czy tez nieregijnego mistycyzmu. Najwieksza sztuka jest samo zycie artystki, która caly czas testuje granice i poszukuje czegos wiecej. Czasami mieszka w aucie, czasami wedruje z aborygenami, czasami przemierza chinski mur. Ale z drugiej strony nie ukrywa, ze ma zylke do nieruchomosci – ostatnio wiec mieszka, podrózuje i zyje komfortowo. Nie siada jednak na celebryckich laurach – od czasu do czasu otrzasa sie ze zdobyczy cywilizacji, z ubraniem wlacznie i wymysla pasywno-agresywna prowokacje, przyciagajaca rzesze widzów. Proponuje performance, wykorzystujac swoje cialo jako narzedzie sztuki. W czasie retuszowanego piekna zaprasza na bliskie spotkanie z soba: kobieta zaledwie przystojna, masywnie zbudowana i wiekowo mieszczaca sie w górnych strefach stanów srednich. Na pewno jest fascynujaca i mentalnie obecna, zatem spotkanie z nia nosi wszelkie znamiona autentycznego spotkania z drugim czlowiekiem. Skorzystali z niego Lou Reed, Marisa Tomei, Sharon Stone, Björk i Rufus Wainwright. Czy nie zyjemy w dziwnych czasach, ze po takie spotkanie trzeba stac w dlugiej kolejce do muzeum? W MOMA odwiedzily ja 1545 osoby, zas transmisja na zywo odnotowala az 800 000 wejsc.

Abramovic z jednej strony odciela sie od swoich balkanskich korzeni, a z drugiej kontynuuje sage o bohaterskich partyzantach, rozpoczeta przez swoich rodziców. Nie do konca rozumiem jej potrzebe ryzykownych zachowan oraz przesuwania granic – bo skoro ktos zaprasza, zeby mu zrobic krzywde, to zdecydowana wiekszosc podziekuje, lecz zawsze znajdzie sie ktos “bezgraniczny”, komu krzywda czy ból zadawany innym sprawi rozkosz. Przy Abramovic psychologiczne eksperymenty Skinnera czy Milgrama to przyslowiowy pikus… Ciekawa (choc dosc przerazajaca) kobieta, ciekawa lektura.

den-som-stannar-den-som-gar-bok-3-aren-mitt-i-livet

Elena Ferrante “Den som stannar, den som går” – trzecia czesc powiesci, 2016, audio book

Elena Ferrante (jakkolwiek by sie na prawde nie nazywala) nareszcie nabrala wiatru w zagle i opuscila ulubiona tematyke pólpornografii neapolitanskiej biedy w sosie ze zbrodniczej camorry. Now we are talking!

Dziewczynki, Elena i Lila, dorosly, dojrzaly intelektualnie oraz emocjonalnie, a co druga nawet zaczela regularnie myc zeby. Z dwóch tlumoków – jak za dotknieciem rózdzki czarodziejskiej – wylonily sie dwie atrakcyjne, mlode kobiety. Jedna literatka, druga programistka – protoplastki wspólczesnych specjalistek, walczacych o swoje miejsce w spoleczenstwie i równowage miedzy zyciem prywatnym a kariera. Nareszcie porzadnie zbuntowane i zdecydowane, zeby we wlasne rece ujac ster zycia. Nic za darmo, traca zatem krótkofalowo, lecz na dluzsza mete to one zwycieza. Szczególnie, ze trzymaja sie razem, mimo geograficznego rozdzielenia i okresowego zaniku kontaktów. Ale, jak przychodzi co do czego – czyli tych najwazniejszych wyborów, obarczonych konsekwencjami –, dochodza do wniosku, ze liczyc moga wylacznie na siebie nawzajem. Moga sie poklócic, moga zranic zamierzona zlosliwoscia – zeby w razie potrzeby zawrócic, wysylajac dymny signal: wracaj, bo bardzo Cie potrzebuje. Ich przyjazn – w tym tomie – zdaje sie bardziej wywazona; prawa, obowiazki i szanse zyciowe rozdzielone sa bardziej sprawiedliwie. We wczesniejszych tomach Elena byla ta grzeczniejsza i mniej sponiewierana przez zycie, Lila trzymana bezlitosnie przez autorke pod woda, na bezdechu, zbyt dlugo. Teraz ich role powoli sie wyrównuja, a jednoczesnie obie ida do przodu – podczas gdy dawni neapolitanscy idole, zaczynaja tracic witalnosc, werwe, pieniadze czy inspiracje. Elena z Lila jakby wlaczaly turbodoladowanie, choc obie znajduja sie w skomplikowanej sytuacji na froncie zawodowym i rodzinnym. Wykazuje równiez wiecej sily charakteru i walki niz towarzyszacy im mezczyzni. Nareszcie papierowe protagonistki autorki (typowalabym raczej kobiete!) nabraly zycia.

val-sloneczny-dzien

Czekam (bez wypieków na twarzy, ale mimo to) na czesc czwarta – nie jest to literatura na tyle smakowita, zeby czytac, ale historia a tle nabrala rumienców, iz z przyjemnoscia wyslucham ciagu dalszego.

Lekcja patriotyzmu – Broniewski, Czapski

In Uncategorized on 11 lutego 2017 at 23:30

czapski-jozef

Broniewski z Czapskim spotkali sie w armii Andersa – zas u mnie zbiegli w czasie z bozonarodeniowym pobytem w macierzystym Krakowie. O Broniewskim czytalam w ”Broniewskim, milosci, wódce, polityce” Mariusza Urbanka. Czapskiego odwiedzilam w dedykowanym mu pawilonie muzeum Hutten-Czapskich, zapoznajac sie glównie z malarstwem, które ilustrowac bedzie dzisiejszy wpis. Wtedy nie wiedzialam wtedy jeszcze, ze obaj panowie sie znali, ba, nawet dzielili pokój podczas przymusowego pobytu w Kujbyszewie. Ze jeden i drugi to uczestnicy obu wojen swiatowych, wojny bolszewickiej, „klienci” radzieckich wiezien; jak i kawalerowie krzyza Virtuti Militari.

cza-dziennik-2.jpg

Z wystawy wyszlam z cytatem Józefa: ”Nie liczy sie realizm czy antyrealizm. Liczy sie prawda.” W ksiazce znalazlam cytat Wladyslawa: ”…Slowianie pytaja zawsze w imie czego? Po co? Dokad? Dzieli nas od nich zasadniczy stosunek do prawdy w zyciu, w twórczosci, we wszystkim.” Te cytaty mi sie nalozyly, kiedy poszukiwalam wspólnego mianownika dla nastepnego opracowania, o którym chcialabym tu wspomniec, a mianowicie ”Polacy-Zydzi, Polen-Juden, Poles-Jews 1939-1945”, wybór zródel, Andrzej Krzysztof Kunert, z przedmowa Wladyslawa Bartoszewskiego. Gdzie Rzym, a gdzie Krym – ktos zapyta. A jednak, etos rycerski przebija przez wypowiedzi, zachowania i poczynania pokolenia wywodzacego sie jeszcze z XIX wieku.

cza-recepcja.jpg

Od lat pieciu przeczesuje literature i szukam dokumentu, który pozwoliby mi sie obmyc z lepkich pomówien pewnego szwedzkiego nauczyciela historii. Czytalam wówczas ”My z Jedwabnego” i niepotrzebnie wdalam sie w dyskusje na ten trudny temat. No i dostalam za swoja lekkomyslnosc, dostalam na odlew po buzi pytaniem ”Dlaczego wszyscy Polacy to tacy antysemici?”. Uslyszalam w kraju, który pierwszych Zydów przyjal dopiero 300 lat temu, a i to tych samych bogatych (czyli nie-polskich)! Tak sie wtedy tym przejelam, ze az dostalam brzydkiej alergii. I obiecalam sobie, iz nie spoczne, az znajde odpowiednia literature z epoki, na która bede sie mogla powolac. Innymi slowy, szukalam prawdy – et voilà , oko padlo na wystawe ksiazki przecenionej przy ulicy Szewskiej.

cza-6.jpg

Najpierw rozprawie sie z butnie insynuacyjnym ”wszyscy”, co powoduje doznana lepkosc, poniewaz poczulam sie wrzucona do jednego wora z wojennymi szmalcownikami i czynownikami pogromu kieleckiego. Posluze sie cytatem swiadka epoki, polskiego Zyda, Marcela Dogilewskiego (uogólniajac jego stwierdzenie na Polaków):

…Zydzi sa narodem jak kazdy inny, a zatym i wsród nich znajduja sie jednostki dobre i zle, uczciwe i nieuczciwe, o takich czy innych zapatrywaniach politycznych. Nie ma jakiejs ”duszy zbiorowej” zydowskiej, nie ma wad ani zalet wspólnych wszystkim. Prawodawstwo juz w zaraniu wieków srednich odrzucilo pojecie odpowiedzialnosci zbiorowej, jako niezgodne z elementarnymi zasadami sprawiedliwosci i humanitaryzmu. Dzis, gdy Hitler stara sie narzucic swiatu ”nowy porzadek” i nowe, swoje porzadki prawne, galwanizuje on równiez zasady odpowiedzialnosci zbiorowej, zwlaszcza w stosunku do narodów podbitych. Tym bardziej kazdy, w kim tli sie iskierka poczucia sparwiedliwosci musi odgrodzic sie od tych absurdalnych kategorii myslenia, w których wina za czyn jednostki obklada sie spolecznosc.

Cytat godny uwagi takze we wspólczesnym postrzeganiu uchodzców…

cz-nedza

Opracowanie Kunerta pozwala odetchnac pelna piersia za wypowiedzi i postawe polskich srodowisk emigracyjnych w czasie II WW, za raporty plynace z kraju. Sa to glosy polsko-polsko i polsko-zydowskie. Polityków, przywódców wojskowych oraz rozmaitych organizacji. Z Londynu i Palestyny – nota bene tej samej, gdzie losy rzucily Broniewskiego z Czapskim. Powiem szczerze, z dusza na ramieniu szukalam alibi, bojac sie nieprzyjemnych paszkwili – a znalazlam wypowiedzi odwazne, empatyczne i madre. Przeczytalam od deski do deski (tylko jedna wersje jezykowa, z trzech mozliwych, gdyz kazdy z dokumentów zamieszczony zostal po polsku, angielsku i niemiecku). Fascynujacy opis epoki, w której istniala jeszcze czynnie, choc dogorywajaca, polsko-zydowska diaspora.

czapski-robotnicy

A co Broniewski? Pelnokrwisty szlachciura – niczym z opisów Singera. Patrzac z zewnatrz, kobieciarz, birbant i karciarz. Zagladajac do srodka, gorejcy patriota polski i pan miekkie serduszko, wspólczujacy biedocie czy mniejszosciom narodowym, dzielny zolnierz, prawy Polak niezalamujacy sie w sledztwie. Czlowiek-paradoks – albo po prostu czlowiek. Za piekno jego poezji, za ”sznyt” dobrego wychowania jestem w stanie mu wybaczyc libacje alkoholowe, które tak mnie irytuja w przybyszewszczyznie Pilcha. Zawsze mialam slabosc do chlopców z dobrych domów.

czapski-autoportret

Mariusz Urbanek wykonal kawal dobrej roboty. Szczególnie waznej teraz, kiedy z przerazeniem czytam od ”dekomunizacji” ulic, w tym imienia Dabrowszczaków. Podczas gdy Hiszpanie glosno mówia o uldze po zakonczeniu dyktatury Franco, Hemingway nadal pyta komu bije dzwon, Brytyjczycy produkuja seriale i filmy o mlodych ludziach, którzy uciekali zaangazowac sie po stronie rewolucyjnej, ”nasi” solidaryzuja sie z faszystami.

Umierajacy republikanie

broczac po bruku krwia swoim ran,

w krwi umaczanym palcem po scianie

wypisywali „No pasaran!”

Kiedy ”patriota” moze byc wylacznie prawicowiec – a nie pilsudczyk, jak Wladyslaw B. Kiedy o obronnosci decyduja cywile, zas ciskajacy ”komuchami” wyrazaja sie kaleka polszczyzna, tak daleka od kulturalnego, wycyzelowanego jezyka Broniewskiego (zadalam sobie trud wysluchania kilku wierszy na portalu youtube). Bardzo bym chciala, zeby szwedzki nauczyciel historii posluchal recytacji ”Ballad i romansów” w wykonaniu poety. Ech, gdzie ci przedwojenni mezczyzni?

cza-2.jpg

A oto wiersz ocalony dzieki wpisowi w notatniku Józefa Czapskiego, oryginal rosyjski:

„Czlowiek – to brzmi dumnie! –

powiedzial stary Maksym,

a tu bija cie w morde

i mówia zes sukinsyn

I cóz taki-syn ma robic

za kratkami w NKWD?…

wiec pomódlmy sie kurwamacia

przygaslej czerwonej gwiezdzie

I jeszcze:

Gdybym mógl, powiedzialbym Ance,

po calem zyciu zawilem –

mojej jedynej kochance:

zylem.