szwedzkiereminiscencje

Na pohybel normalnosci-Lütz

In Ksiazki, Szwecja on 6 Kwiecień 2011 at 00:46

Manfred Lütz, På tok! Vi behandlar fel människor; vårt problem är de normala, 2010

 

 

Trafilam nareszcie na swego – zakochalam sie w ksiazce niemieckiego lekarza, teologa i filozofa Manfreda Lütza (Lirael – nie wiem CZY to aby dobre zdanie na poczatek?). Skusil mnie tytul „Wariacja! Leczymy nie tych co trzeba; sprawca klopotów sa normalni”. A wypowiada sie autorytet czyli psychiatra. Od dawna wiedzialam, ze odrobina szalenstwa jezeli nie ulatwia to ubarwia zycie i tylko ludzie szaleni twierdza, ze sa absolutnie normalni. Czytajac nie zdawalam sobie sprawy, ze autor jest takze teologiem – szwedzcy wydawcy ukryli skrzetnie ten fakt. Urzeklo mnie gleboko humanistyczne podejscie do czlowieka jako godnej szacunku jednostki. Wokól mnie panstwo, gdzie ludzie zostali zredukowani do sily roboczej i jednostki wytwarzajacej podatek, który moze pójsc na zbrojenia czy pomoc jakiejs juncie. O wszystkim rozmawia sie w kategoriach ekonomicznych: ile to bedzie kosztowac i czy to sie bedzie oplacac (pytanie tylko komu?). Czlowiek zostal uprzedmiotowiony i zmonetaryzowany. Juz nie mówie o tym, ze Szwecja to kraj „nie wysowywatsja” – wychylenie sie w którakolwiek strone grozi kara, a w najgorszym razie wypadkiem. Trinny i Susanah nie mogly wyjsc z podziwu, ze Szwedki ubieraja sie glównie w legginsy, a poza tym w dzinsy i czesto jakis worek na górze – elegancja nie poplaca, poplaca przecietnosc. Lütz rozprawia sie z ta szaromyszowatoscia w dalszej czesci ksiazki. Tymczasem juz w przedmowie wyraza swoja opinie:

 

Wieczorne wiadomosci w TV, ogladane oczyma psychiatry i psychoterapeuty sa nieustannym zródlem irytacji. Pokazuje sie opetanych wojna, terrorystów, morderców, oszustów finansowych, wyrachowanych ksiegowych i bezwstydnych egoistów – i nikt nie mówi o poddaniu ich leczeniu. Mysle wtedy o ludziach, których spotkalem tego dnia w pracy: o wzruszajacych pacjentach w demencja, alkoholikach obdarzonych cienka skóra, w najwyzszym stopniu wrazliwych schizofrenikach, poruszajacych pacjentach z depresja i fascynujacych maniakach – i wtedy legnie sie w mojej glowie powazne podejrzenie, ze leczymy nie tych co trzeba! Problemów przysparzaja nam nie wariaci, lecz ci normalni!

 

Z satysfakcja czytam jak lekkim piórem autor przyklada wyznawcom tzw. zdrowego sposobu zycia. Znam takich wielu – religie zastapilo im przestrzeganie specyficznej diety, czesto wlasnego pomyslu (ser bialy i makaron razowy odpadaja – ja jem TYLKO zdrowa zywnosc to autentyczna wypowiedz mojej znajomej). Znajoma ta opowiadala mi z wypiekami na policzkach, ze raz w tygodniu chodza z mezem na gimanstyke. I jak zdrowo ona sie po tym czuje! Pewnie, ze pora na ruch, bo ma okolo dwudziestu pieciu kilo nadwagi – ale czuje sie niczym Paris Hilton. Rzeczonej Paris dostaje sie takze od Lütza, co znowu przysparza mu mojej sympatii. Celnie zauwaza, ze ten, który nie wierzy juz w nic wierzy we wszystko. Dostaje sie ruchom ezoterycznym i calemu ruchowi new age z krysztalami, mediami, wrózami itp. Wyzwolenie sie z tradycyjnych norm przynioslo ze soba gleboka niepewnosc. Ludzie poszukuja wspólnot o nowych norm i pytaja co dzisiaj jest normalne? Stad wielka popularnosc poradników i wrecz uzalenienie niektórych osób od najnowszych porad. Lütz slusznie zauwaza, ze dawniej ludzie sobie bez tych poradników tez jakos radzili – a teraz nagle ktos wytworzyl w nich potrzebe kupowania coraz to nowych doradców. Podoba mi sie jego szkola, wedlug której psychiatra ma pomagac punktowo i potem wycofac sie. Poza  tym autor koncentruje sie na pozytywach u swoich pacjentów pytajac: jak sie panu ostatnio udalo przestac pic zamiast: czemu pan pije? Jego metoda przypomina mi dawne ciotki czy doswiadczone nauczycielki, które potrafily zawsze dotrzec do najbardziej krnabrnych dzieci apelujac do tego, co w nich najlepsze. Tymczasem w Szwecji wyrzuca sie co zywsze dzieci do szkolnego psychologa i dzieciego psychiatry, na samym wstepie je marginalizujac.

 

Interesujaca tez jest teoria, ze spoiwem miedzy ludzmi stala sie pogarda; pogarda dla innych. Mozna zdefiniowac z jakiego srodowiska sie ktos wywodzi okreslajac w jakim srodowisku czuje sie falanie. Ci ludzie uwarzaja sie sami za chodzacy wzorzec normalnosci i definiuja: normalni to tacy jak my – nienormalni to ci inni. Moim ulubionym cytatem jest:

 

Czlowiek moze traktowac swoje zycie jak dzielo sztuki, które  sam tworzy.

 

Zawsze to mówilam!

 

No i bardzo cieplo pisze o pacjentach ze schizofrenia, o uzalenionych i ich rodzinach czy ludziach dotknetych boarderline disorder. Zdecydowanie sprzeciwia sie odhumanizowaniu pacjenta – dla niego zawsze to cierpiacy czlowiek z dolegliwosciami, a nie ciekawy przypadek tego czy owego. Jest tez zwolennikiem odpowiedzialnosci za swoje czyny, bez zwalania na okolicznosci czy hormony. Niezmiernie mnie to podnioslo na duchu, bo w Szwecji konsumpcja alkoholu bywa okolicznoscia lagodzaca – i ludzie mówia: ja nic nie pamietam, przeciez bylem pijany. Tymczasem lekarz Lütz twierdzi: to nie serotonina podniosla twoja reke do twarzy zony – to ty ja uderzyles. Innym przykladem ze Szwecji, który przychodzi mi do glowy, to byla przywódczyni partii komunistycznej, która na srodku kina zdjela majtki i sie wysikala publicznie. Oczywiscie wszyscy ja rozgrzeszyli, bo byla zalkoholizowana. Nawet mówi sie: zrobic pudla czyli okazac skruche po wpadce – a potem wszyscy ci wybacza jak ladnie pzreprosisz i najlepiej na cos zrzucisz. Lütz przywraca proporcje czyli to nie alkohol sika na srodku kina tylko pani Gudrun Schyman.

 

Gdyby go to nie obrazalo powiedzialabym, ze ksiazka Lütza to glos uspionej normalnosci (a na pewno glos ozsadku). Czyta sie znakomicie, poniewaz autor dysponuje wspanialym poczuciem humoru, a z tekstu emanuje cieplo i empatia. Wyglasza zdecydowanie ostre poglady, ale ujmuje lagodnoscia i wyrozumieniem dla ludzkich przypadlosci. Jak dla mnie to jaskólka – moze wiosny, a moze jakiegos ruchu oddolnego ludzi, którzy zachowali w sobie czlowieka i nie dali sie przeksztacic w sterowane neuroprzekaznikami jednostki produkcyjne.

 

 

  1. Zdanie na początek – idealne! Zdecydowanie zachęciło mnie do dalszej lektury.
    Bardzo zachęcający opis książki, a pomysł na nią przewrotny i intrygujący.
    Ludzie są dziwni. Jeśli ser bialy i makaron razowy to nie jest zdrowa żywność, to ja ogłaszam upadłość.
    Hurra, ta książka Lütza została przetłumaczona na język polski! Chętnie po nią sięgnę. Są jeszcze dwie wydane u nas: „Bóg: Mała historia Największego” i „Obezwładniony olbrzym: Psycho – analiza Kościoła katolickiego”. Już tytuły świadczą o tym, że autor jest błyskotliwy i ma poczucie humoru.

  2. o, to fajnie, ze j po polsku – szukalam o nim info na necie i notka biograficzna byla tylko po niemiecku i chyba szwedzku. wlasnie poczucie humoru daje dobra równowage ksiazce – nigdy nie j przegnebiajaca ani agresywna. j dosc krótka i warto ja pzreczytac dla poprawienia humoru i poczucia wlasnej wartosci. no i dla posmiania sie

  3. Okładka szwedzka znacznie lepsza niż polska.

  4. ta okladka mnie dodatkowo zachecila – wskazuje na poczucie humoru takze u rysownika

  5. Okładka wydawnictwa „W drodze” też z założenia miała być chyba zabawna. ale nie wyszło najlepiej.

  6. Okładka wydawnictwa „W drodze” też z założenia miała być chyba zabawna, ale nie wyszło najlepiej.

    • przeczytalam opis ksiazki po polsku i obejrzalam okladke – jakis koszmar! przegiecie w druga strone – pewnie bym sie na ten tytul i autora nie zdecydowala. wydawnictwo jakby przejelo motody PRL typu „na zachodzie bija murzynów”. czytajac te pozycje ani bym nie pomyslala, ze moze byc odczytana jako krytyka zgnilego zachodu – z czym mi sie od razu kojarzy prezentacja po polsku. a fuj! dla mnie to refleksja na temat wspólczesnosci i naszej cywilizacji – podana z duza doza dystansu i poczucia humoru

      acha, a moja znajoma, niejadka serowa i razowa, nabrala sie wlasnie na fale „aloe barbadensis”. uwaza, ze aloes (ale tylko barbadensis – uwaga na podróbki) zapewnia atrakcyjnosc ciala uzywany od zewnatrz i dobre zdrowie przy uzywaniu wewnetrznym. ja sie z tego moge nabijac, ale w zyciu bym jej nie pietnowala jako degeneratki. ten polski tekst jakby sugeruje (choc niby to madrzy dominikanie), ze poczciwa lena nalezy do pustej wewnetrznie „cywilizacji smierci” czy jak to sie jeszcze w pewnych kregach nazywa. lena to dobra, choc niezbyt madra kobiecina i nie bylaby inna jakby biegala co niedziele do kosciola… mysle, ze to nie tyle ludzie opuscili kosciól, co kosciól opuscil wiernych nie nadazajac za wyzwaniami wspólczesnosci. ksiazka lütza nie pietnuje i nie nasmiewa sie z poszczególnych ludzi – natomiast poszukuje czlowieczenstwa w zbiurokratyzowanym swiecie

  7. Przepraszam za zdublowany komentarz!😦

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: