szwedzkiereminiscencje

Pamietnik z Gulagu AD 2009

In Pamietnik, Szwecja on 27 sierpnia 2010 at 13:39

Na dobry poczatek wczorajszy zachod slonca:

Poniewaz z Jenny Diskie idzie mi wolno (skad inad ksiazka o nieruszaniu sie – widocznie tytul podswiadonie spowalnia moje czytanie), to pozwole sobie zaprosic na moje zeszloroczne zapiski. Zamiast zdjecia Gulagu zdjecie zachodu slonca, poniewaz Gulag nalezy do obiektow strategicznych. Dawniej mozna bylo robic zdjecia, a teraz zaostrzono, i to bardzo, przepisy dotyczace bezpieczenstwa obiektu. Rok temu mialam ambicje, zeby swoj pamietnik uzupelnic – i na ambicji sie skonczylo. Zapraszam wiec jedynie na pare dni mojego surrealistycznego zeslania do Gulagu:

Pamietnik z Gulagu


Tydzien szósty – drugi dzien tygodnia

Dzisiaj mialam zadanie bojowe, zeby zdobyc rysunki dla Hansa. Hans wykazuje wyjatkowe zainteresowanie znikajacymi srubami, poniewaz juz po raz kolejny szuka rysunkow szczegolowych srub. Raz byly to sruby w samej turbinie i pozostaje miec nadzieje (ze wzgledu na przyszlych uzytkownikow), ze znalazl, czego szukal. Od wczoraj szukal nastepujacych elementow: srub, nitow i kawalka rury. W samo poludnie mialam wyznaczone spotkanie z osoba, która ma wszystkie rysunki mechaniczne w malych palcu. No, moze na biurku, ale udalo mu sie cos niecos wygrzebac. Ba, okazalo sie nawet, ze znalazl DWIE rury – do koloru, do wyboru. Hans nie wykazal entuzjazmu –przynioslam podobno za  malo srub.

Wczoraj popoludniu zebralam sie na odwage i wybralam na spacer wzdluz ogrodzenia z potrojnego drutu (w tym jeden kolczasty). Spacer ten laczy sie z niebezpieczenstwem skrecenia nogi na wertepach, zniszczenia butow na zwirze oraz zlapania przez straznika. Juz raz zostalam pouczona, zeby nie chodzic po chodniku okoloplotnym, tylko po wertepach okalajacych. Podobno kamery sa niezwykle czule i moga sie wlaczyc jakbym tak sie zatoczyla na plot (tylko dlaczego malabym sie zataczac, skoro na terenie Gulagu obowiazuje absolutna prohibicja?). Tym razem udalo mi sie – przeszlam po zwirze kolo kanciapy wartowniczej na kolkach  , a potem jak gdyby nigdy nic wstapilam na chodniczek. I jak juz poczulam sie szczesliwa, ogladajac zamglone morze przez potrojna siatke, kiedy z narzeciwka przytoczyl sie samochod wartownikow. Nie dosc, ze szlam po chodniku, to jeszcze trzymalam w reku siatke. Ani chybi po mnie – straznicy zaoczyli moja skromna osobe i zadzwonili po posilki! No nic, pocieszalam sie – w siatce mam tylko herbate, pokaze straznikom, to mnie puszcza wolno. No i nagle uprzytomnilam sobie powage sytuacji: hebata byla iranska! A Iranczycy maja zamkniety wstep na szwedzkie kierunki zwiazane z energia atomowa i jak wszystkim wiadomo Iran nie ma najlepszej opinii w zakresie jadrowym. Czyli tlumaczenia o herbatce nie zdadza sie na nic nikomu, skoro pochodzenie owej herbatki jest trefne. Byl to jednak najwidoczniej moj szczesliwy dzien, poniewaz straznik tylko pomachal do mnie przyjaznie, zupelnie przy tym nie wykazujac zainteresowania ani moja siatka, ani tym bardziej jej zawartoscia. Reszta spaceru przeszla mi na kontemplowaniu par excellance kubistycznej architektury budynkow reaktora oraz barakow biurowych.

Okazalo sie zreszta, ze Iran jest tematem nosnym w naszym baraku. Jeden ze wspolpracownikow spedzil w Iranie az piec lat. Pokazalam mu moja iranska zdobycz i kolega przytakna, ze i owszem, taka pijaja w rzeczy samej Iranczycy. Na to wpadl kolega kolegi i zapytal: Iran – czy to stamtad pochodzisz? Tak mnie zatkalo, ze postanowilam przestac trzymac sie prawdy. Nie, nie z Iranu – jestem z Iraku! Na prawde? – zapytal kolega kolegi. To BARDZO interesujace…

Inne ciekawe zdarzenie czekalo na mnie wieczorem, kiedy juz mialam nadzieje wybrac sie do ”domu”. Przybiegl do mnie Hans (ten od wiecznie brakujacych srub) i zaciagnal do innego Niemca o dzwiecznym imieniu Udo. Udo caly byl na jasnocytrynowo i przypomina swietnosc NRD-owskiego przemyslu fonograficznego (z imiennikiem Udo Jürgensem na czele). Udo wykonywal skomplikowana operacje wymiany segregatorow na nowe i potrzebowal wzmocnienia mocy przerobowej. Mialam chec szczera pomoc mu w tej czynnosci, natknelam sie jednak na zasadniczy problem. Niemieckie segregatory o konstrukcji z poczatkow wieku stanowily wyjatkowo niefunkcjonalny relikt. Nie dalo sie na nie nic nanizac, a zdejmowanie szlo jeszcze gorzej. Na dodatek, po napelnieniu segregatora dokumentami, zamykanie szczek nastepowalo z rozglosnym ”buuums” i przypominalo dzialanie lapki na myszy. Trzeba bylo uwazac na palce i zeby sie nie nabawic zawalu. Oswiadczylam Udu (Udowi?), ze rozumiem juz teraz dlaczego Niemcy przegrali ostatnia wojne: z taka przestarzala technika! Zamiast ladnego rejestru uzywane sa male przekladki z chyba jeszcze przedwojennego zapasu, tak byly wyplowiale. Na dodatek uzywane dwustronnie – zgodnie ze slynna niemiecka oszczednoscia. Mial racje moj kolega, ktory napisal, ze rozwoj Siemensa zatrzymal sie z nastaniem drugiej wojny swiatowej. Udo chyba sie urazil i scytrynowial – nawiasem biorac wyjatkowo nietwarzowy dla niego kolor.

Nastepnego dnia spotkalam na schodach Bardzo Wazna Osobe. Bardzo Wazna Osoba, na co dzien pozbawiona poczucia humoru i wygladajaca jak Niemiec z komiksu, zatrzymala mnie i zanoszac sie smiechem powiedziala: ale dobrze powiedzilas wczoraj Udowi (Udu?) o tej przegranej niemieckiej – niemieckie segregatory na prawde do niczego sie nie nadaja! Trzeci raz kwestia przegania wojny przez przestarzala technike zostala wyciagnieta w obecnosci Uda, ktory tez musial sie zasmiewac, razem ze mna i Bardzo Wazna Osoba pod maszyna z kawa w skrawku, ktory sie ostal w obszaru kuchenno-jadalnego. Wstawiono tam plotter, trzy drukarki (w tym jedna olbrzymia, taka wieloczynnosciowa z kopiarka wlacznie)

Udo, ktory uwazal sie najwyrazniej za osobe ze mna zaprzyjazniona, wpadl pare dni pozniej do mnie do pokoju pytajac: ”Do you have money?” Gotowa juz bylam do oddania (skromnej) zawartosci portmonetki, ale okazalo sie, ze Udo niczym Janosik biednych nie rabuje. Potrzebowal tylko paru monet i zaryczal: ”I am hungry”, a nastepnie pobiegl kupic sobie czekaladke w maszynie ze slodyczami. Usilowal mi potem oddac piataka w Euro i centach, ale mialam gest i mu powiedzialam, ze stawiam tym razem. Potem Udo wyjechal, wiec nastepnego razu nie bylo.

W miedzyczasie zdarzyly sie i inne rzeczy – o przewazajaco surrealistyczno-dramatycznym charakterze. Po pierwsze moj ”krolewski dostarczyciel herbaty”, Iranczyk, zostal wyslany na zielona trawke. Juz wczesniej koledzy, a zwlaszcza nieliczne kolezanki pomawiali go, ze za dlugo wysiaduje w toalecie. Przedstawiano dwie teorie na temat jego domniemanych czynnosci tamze: albo dzialalnosc terrorystyczna, albo – no, wiadomo co. Jakos jak tam kiedys zajrzalam to nie bylo ”zaproscie mnie do stolu”, bo przy stole siedzialo ponad dwadziescia osob minus Iranczyk. Iranczyk siedzial grzecznie u siebie w pokoju i pilnie pracowal, na spolke zreszta z aborygenem. Natomiast za pare dni, jak chcialam mu zwrocic pieniadze za zakup herbaty, Iranczyka juz nie bylo! Jak sie okazalo zostal on zbojkotowany, a nastepnie zadenuncjowany przez…sprztaczke. Otoz pani sprzatajaca twierdzila, ze pokoj oraz fotel Iranczyka obklejone sa czyms-obrzydliwym i odmowila sprzatania tamze. Udala sie tez na skarge. Skarga trafila na zyzna glebe wyobrazni zaplodnionej poprzednio przez plotki. No i na nic sie zdaly tlumaczenia, iz po pierwsze niczym nie smaruje, a po drugie to czym smaruje, to na pewno nie to, co wszyscy maja na mysli. Iranczyk przepadl u prowadzacego projekt i pracodawca odeslal go do domu (szwedzkiego – nie az do samego Iranu, rzecz jasna).

Musze jeszcze opisac psychopate Hermana oraz wlasna kolizje z losiem, a wlasciwie loszakiem – ale jak na razie opisze inne zdarzenie. Otoz zostalam przydzielona do dzialu kontroli jakosci ogolnie, a do kolegi G. szczegolnie. Byl to bardzo wspanialomyslny przydzial, poniewaz kolega G byl zaaferowany wlasnymi sprawami oraz relaksowaniem sie po sprawach przy papierosie. Wspolpraca miedzy nami ukladala sie wiec znakomicie – kolega G wpadal do mnie tylko czasami, ze potrzebuje matczynego uscisku i wracal potem do swoich zajec. Tymczasem w poniedzialek przed samym sniadaniem site manager usmiechajac sie do mnie promiennie oznajmil mi, ze zostalam odkomenderowana na wysunieta placowke poza potrojnym ogrodzeniem i kontrola lotniskowa (o kontroli innym razem). Nakazano mi spakowac walizki i udac sie na spotkanie z kolega G. Moja dole dzielily jeszcze trzy kolezanki, ktore bez wiekszych protestow udaly sie na zeslanie. Sama zrobilam przy okazji porzadek w papierach i pozbylam sie (wraz ze zludzeniami, ze mi sie do czegos przydadza) tony wydrukow. Spakowalam tez materialy biurowe – oprocz dziurkacza, gdyz zostal on rozszabrowany pod moja ostatnia nieobecnosc. Ostal mi jeno sloiczek ze spinaczami – a jest to tutaj, cytujac kolege G, twarda waluta. Osobno, w ostatniej chwili przed nadejsciem transportu, spakowalam tez swoje jedzenie – w tym dzien wczesniej upieczny kawalek krwistego entrecote’u. Nastepnie, w towarzystwie kolezanki, poczlapalam ponuro w kwiatkiem biurowym poza potrojny plot w miejsce zeslania. Na miejscu ukazal mi sie widok przedziwny: na srodku sali lekcyjnej zajmowal miejsce kolega G (w tym czasie, kiedy nie palil). Promieniscie do niego siedzialysmy we cztery; kobiety wpatrzone w G, ktory najwyraznie tracil mores i wybiegal co chwile na  papierosa. Moja kolezanka nie wytrzymala napiecia, porwala jakies papiery i pobiegla z powrotem do Gulagu. Zdezorientowany G wyrazil supozycje, ze zabrala zla wersje dokumentu, wiec nastepna kobieta zajeta byla dzwonieniem do tej pierwszej i wyjasnianiem sprawy na odleglosc. Ja czekalam niemal godzine zanim moj komputer sie przeskanuje i bedzie uprzejmy sie otworzyc. Jak juz otworzylam i znalazlam informacje, o ktora prosil kolega G okazalo sie, ze przenosimy sie z powrotem do baraku w obrebie ogrodzenia. Przyczyna bowiem zeslania kolegi G byla pozytywna, czyli innymi slowy negatywna w skutkach kontrola wydychanego powietrza dzien wczesniej. Ranny ptaszek kolega G udal sie bowiem do pracy zanim zdazyl na dobre spalic piwa skonsumowane w kolegami dzien wczesniej. Biedaczek, budzi sie codziennie o 4:30 i pozniej juz nie moze zasnac. Podczas wiec gdy jego wspolpracownicy spali snem sprawiedliwych w hotelu, kolega G udal sie ochoczo do pracy – i wpadl na bramce. Poniewaz dzieki posrednio bin Ladenowi wladze zaostrzyly rygor w Gulagu, to wygladalo na to, ze kolega G bedzie mial trzyletni zakaz na teren obiektu. Ale poniewaz tak sie sklada, ze kolega G j osoba kluczowa w dziedzinie kontroli jakosci i jego dzialanosc za plotem oslabilaby jakosc projektu, to w drodze wyjatku postanowiono go wpuscic juz dnia nastepnego. Skutkiem tego cztery kobiety zapakowaly swój skromny dobytek i pomaszerowaly z powrotem do baraku. Rzecz jasna moje miejsce pracy zostalo juz zajete i zostalam odkomenderowana na inne. Wlasciel tego innego pojawil sie za jakis czas i wyrazil swoje niezadowolenia z zaistanialej sytuacji. Nie mial jednak szans, poniewaz bylo nas dwie. Udalo tez mi sie odzyskac jeden z uzywanych wczesniej komputerow – drugi z dostepem do Intranetu i systemu SAP stracilam bezpowrotnie. Na pocieszenie mialam jeszcze trzeci komputer – gdzies w drodze, razem z moimi papierami. Mój entrecôte odzyskalam dopiero nastepnego dnia – musial odstac swoje ”na bazie” i zostac obwachany przez psy bombowe. Widocznie wola dobrze dopieczony, bo nie spalaszowaly mojego krwistego wydania.

Advertisements
  1. Co to się wyrabia przez Arabów i Persów;) Czasem graniczy to z komedią;) Zdjęcie fantastyczne, aczkolwiek kojarzy mi się z pożarem.

    A czy był ciąg dalszy Twojej tajemniczej misji jako klientki w sklepie AGD? Naturalnie, o ile w ogóle możesz coś na ten temat zdradzić…

  2. zdjecie – przez pare dni panowal autentyczny jesienny sztorm i stad te pozarowe czerwienie na zachodzie

    moja misja mystery shopper to byl jednorazowy eksperyment 😉 natomiast dla chleba pracuje czasem jako konsultant w jednej ze szwedzkich elektrowni atomowych. jak widac zycie konsultanta pelne j atrakcji 🙂

  3. A jakie tam jest skażenie środowiska, że zapytam naiwnie?

  4. masz na mysli radioaktywnosc? b niewielka – jak zgasze swiatlo to nie swiece 😉
    na serio: minimalna. wiecej mozna sie napromieniowac promieniowaniem gamma latajac duzo samolotami

  5. uspokoiłaś mnie;)

  6. „Udo caly byl na jasnocytrynowo i przypomina swietnosc NRD-owskiego przemyslu fonograficznego” – ale smakowity fragment! Oczami wyobraźni ujrzałam tę ekscytującą postać w najdrobniejszych szczegółach! 🙂
    Irańska herbatka nie wiedzieć czemu kojarzy mi się z „Tea in the Sahara” Stinga.
    „Musze jeszcze opisac psychopate Hermana oraz wlasna kolizje z losiem, a wlasciwie loszakiem” – to się nazywa suspense! Rozpaliłaś moją ciekawość do czerwoności – przypomina sztormowe niebo z Twojego zdjęcia.

    • no wlasnie – nie opisalam i teraz juz po herbacie (na saharze)!
      pisanie bylo moim wentylem bezpieczenstwa w tym bezsensownym swiecie, ale czasami tzreba bylo popracowac – zatem o hermanie i zderzeniu z losiem opowiem ci przy okazji

  7. Pisz, pisz, mnie pewnie też Czarnobyl nieźle napromieniował swego czasu;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: