szwedzkiereminiscencje

Szorstka milosc do morza Carsten’a Jensen’a

In Ksiazki on 18 Maj 2010 at 11:17

Carsten Jenssen / Vi, de drunknade / My, utopiency (marynarze z Marstal)


Zaczne od tytulu. Ksiazka w oryginale jest po dunsku, ale szwedzki tytul to kalka dunskiego. Widzialam na jednym z blogów tlumaczenie „My, topielcy”, lecz po mojemu nie oddaje istoty rzeczy. Jak dla mnie topielec, a zwlaszcza topielica to ofiara, zas marynarze z Marstal to bardzo temperamentne osoby. „Utoniency” mi jakos nie lezy, natomiast „utopiency” brzmia dziarsko. Dodalam także „marynarzy z Marstal”, żeby zakotwiczyc (par excellance) w okreslonej geografii – bo to żaden matrix tylko dobra, stara powiesc. Mam tez ten luksus, ze czytam niemal w oryginale (róznica miedzy pisanym dunskim i szwedzkim nie jest duza) i mogę wychwycic skandynawskie smaczki kulturowe, które mogly zniknac w tlumaczeniu na polski. Nie zgadzam się na topielców w tytule i tyle!

Zaczynalam czytac trzykrotnie i ogarniala mnie juz panika, az w koncu niczym ostry wir tekst chwycil mnie w objecia i utonelam. Powiesc polecila mi znajoma, z która mam podobne gusty literackie, a potem jeszcze mój zaprzyjazniony bibliotekarz. Czulam się już wybitnie glupia, ponieważ coraz to otwieralam lekture, przewalczylam pierwsze 30 stron – a potem kompletna amnezja i nie pamietalam NiC. Trzeba przy tym dodac, ze to cegla, nie ksiazka: 710 stron o dosc gestym druku i formacie sporo wiekszym niz pocket. Przy tym tekst jest intesywny i nie można wybrac drogi na skróty. Albo: można, ale szkoda. Co ciekawe, autorowi udaje się utrzymac wysoki poziom literacki przez cala ksiazke – nie widac spadków formy czy weny twórczej. Podobno pisal ja cale piec lat i wyrzucal setkami zapisane już stronice. Osiagnal efekt rewelacyjny, a na dodatek jest to powiesc bardzo sycaca. Czytelnik odczuwa duza satysfakcje po przeczytaniu kilkudziesieciu stron, zas po przeczytaniu calosci – pelnie blogostanu.  Nie chodzi „na glodzie” jak po zakonczeniu lektury „Samotnosci liczb pierwszych”. Ten tekst zdaje się szalenie nasycony, acz nieprzerysowany. Spotkanie z „Utopiencami” to jak spotkanie z fascynujacym mezczyzna: przystojnym, barczystym, dzielnym, prawym i hojnym. Równie satysfakcjonujaca jest tresc jak i forma. Pisane, a przy okazji malowane – bo krajobrazy czy waskie zaulki Marstal staja same przed oczyma.

Wiem już teraz, czemu nie moglam na poczatku zazebic się z powiescia. Pisana jest niewspólczesnie, klasycznie. Jak poddalam się jej klimatowi, to przypomnialy mi się od razu ksiazki czytane w dziecinstwie. Tak się zlozylo, ze po czesci wychowalam się na ksiazkach „przedwojennych”, dawanych mi na urodziny czy wygrzebywanych w szafach rodziny. Były to lektury raczej chlopczynskie i Jensen przypomnial mi kartki „Robinsona Crusoe”, Stevensona oraz Verne’a. Zorientowalam się, ze to rodzaj powiesci awanturniczej, z elementami barona Münhausena. No i zdecydowanie Conrad! Jensen przyznal się do korzystania z klimatów Twaina – czego sama nie wymyslilam, ale tez czytalam kiedys namietnie. Szwedzki recenzent wspomina o realizmie magicznym i można tak scharakteryzowac pewne sceny. Natomiast jak dla mnie jest to raczej wplyw przekazywanych z pokolenia na pokolenie opowiesci, typu bajki braci Grimm. Ma klimat shant’ów i smak raz kiepskiego, dunskiego piwa, a raz mocniejszych trunków w zamorskich knajpach portowych. Żeby przeczytac, trzeba dac się porwac niczym morskiej fali i mieć nadzieje, ze wyrzuci nas bezpiecznie na brzeg. To nie jest ksiazka na pól gwizdka – trzeba, jak marynarz,  wciagnac pelna piersia haust morskiego powietrza i rzucic się w wir wielkiej przygody.

Motto: Bo nie zna zycia, kto nie sluzyl w marynarce…

Jak dla mnie jest to najbardziej meska ksiazka, jaka czytalam od dawna. Wydaje mi się także, ze powstala wlasnie z potrzeby po pierwsze „meskiej przygody”,a  po drugie tesknoty za uswieconych tradycja rolami spolecznymi. Mysle, ze wiele osób, niezaleznie od plci, chetnie by oddalo swoje korporacyjne mundurki za marynarski worek i obietnice mocnych doznan. Morze uosabia nieprzewidywalnosc ludzkiego losu, daje lekcje pokory. Z jednej strony „Utopiency” to powiesc o morzu, a z drugiej – o zyciu. Poza tym epopeja, choc nie trzynanstozgloskowcem. Próba utrwalenia swiata, który niedawno odszedl i już „se ne wrati”. Historia mieszkanców dunskiego miasteczka Marstal miedzy rokiem 1848 a 1945. Jensen, sam z urodzenia marstalczyk, wyssal zeglowanie z mlekiem matki, choc pózniej zostal dziennikarzem. „Utopiency” emanuja rzadka autentycznoscia i miloscia do tego biednego i kruchego pomostu miedzy marynarzem z dziada pradziada a wiecznie niesytym ofiar zywiolem.

Wiem, ze pisze panegiryk, ale przeczytalam teraz pare polskich recenzji on-line i NIE oddaja one „Utopiencom” i Jensenowi sprawiedliwosci. Nazywanie „powiescia marynistyczna” to tak jak nazwanie „Robinsona” powiescia kanibalistyczna. Piszacy recenzje zerknal chyba tylko na obwolute i nawet sobie nie zadal trudu przetlumaczenia streszczenia z tylu okladki. Sama znam paru Szwedów, którzy wieku pietnastu lat wyslani zostali przez ojców na morze, żeby się (nomen omen) wyszumieli i już uladzeni, po zwizytowaniu zamorskich burdeli, powracali do domów i zostawali szacownymi podporami spoleczenstwa. Dla wielu pokolen facetów morze to był wentyl bezpieczenstwa i szkola zycia. „My, utopiency” to także powiesc historyczna i ogólnoludzka.

Teraz już do rzeczy. Akcja zaczyna się w przededniu wojny dunsko-niemieckiej. Zaglowiec Laurids’a Madsen’a wylatuje w powietrze. Laurids także, lecz Swiety Piotr zawraca go na ziemie, gdzie przezywa niewole niemiecka, a nastepnie wraca do domu. Podróz do nieba i z powrotem nie zrobila mu jednak dobrze – pewnego dnia Laurids musztruje się na nastepny statek i wszelki slad po nim ginie. Jego syn, Albert, dorasta w gronie równie biednych i często osieroconych chlopaków. Gnebi ich najpierw sadystyczny nauczyciel, a pózniej sadystyczni bosmanowie. Chlopcy zaciagaja się zaraz po zakonczeniu szkoly, w wieku lat pietnastu. Albert przechodzi wszystkie szczeble kariery, zostaje kapitanem statku, a pózniej armatorem. W miedzyczasie, po wielu trudach udaje mu się odnalezc ojca. Wraca do domu jednak nie z Lauridsem, lecz z zasuszona glowa. Pod koniec zycia zaczyna mieć prorocze sny. Zaprzyjaznia się z szescioletnim chlopcen, Knud’em Erik’iem. Majatek Alberta dziedziczy matka chlopca, Klara. Klara nienawidzi morza i podstepem doprowadza do zaniku floty marstalskiej. Mimo wysilków matki Knud Erik kontynuuje marynarskie tradycje i druga wojna swiatowa  zastaje go na morzu. Udaje mu się przezyc jeden za drugim niebezpieczny szlak w konwojach i na jednym z nich odnajduje swoja mlodziencza milosc. Dunska zaloga przezywa odyseje przy powrocie do Marstal i przyplywa do portu razem zakonczeniem wojny.

Carsten J tworzy galerie barwnych postaci i nie szczedzi im cech uznawanych za ujemne. Nigdy jednak nie moralizuje i daje swoim bohaterom uczcziwa szanse na poprawe. Obrazuje proces dorastania i ksztaltowania charakterów mlodych ludzi. Jest bezpruderyjny przy ukazywaniu blasków i nedzy zycia marynarza.  Zapisuje przemiany spoleczne. Podkresla wysilek kobiet, na których barki spada stworzenie rodziny, codzienne troski i dziesiatkowanie najblizszych, zabranych przez zarloczne morze. Ludzie przyjmuja smierc z godnoscia i nie uciekaja przed nia. Postac wdowy Klary jest feministyczna, zanim jeszcze narodzil się feminizm. Na przykladzie tej prostej i nieszczesliwej kobiety ukazuje, ze wladza jaka daje majatek w polaczeniu z odwaga i wiedza prowadzi do celu – nawet jeżeli w wypadku Klary okazuje się walka z wiatrakami. „My, utopiency (marynarze z Marstal)” to dobra literatura i madra  ksiazka – wszyscy do wiosel i czytac!

A na deser próbka tekstu:

Nie wiem, czy zwariowalem, czy co? – wybuchnal. Pingwiny zyja przeciez pod biegunem poludniowym.

Zgadza sie – odpowiedzial Dreyman. Pingwiny to biegun poludniowy. W tych okolicach nie ma zadnych pingwinów.

Tak mi się wlasnie wydawalo. Możecie mnie, skoro chcecie, nazwac wariatem,. Ale na lodzie przed Ave Maria stoi pingwin cesarski.

Lornetka powedrowala z rak do rak. Wszystko się zgadzalo. Przed porzuconym szkunerem stal cesarski pingwin i kolysal się na bialym lodzie.

Idzie ku nam – powiedzial Knud Erik.

Zebrali się przy relingu. Pingwin cesarski zblizal się powoli swoim charakterystycznym chodem, kolyszacym i szurajac lapami, jakby ciagnal za soba duzy ciezar.

Okrutnie się rozczarujesz, maly pingwinku – powiedzial Dreyman. Te odrobine jedzenia, która dysponujemy zachowamy dla siebie. Nie dostaniesz nawet jednego okruszka..

Knud Erik stal w milczeniu. Zmruzyl oczy i zdawal się nie slyszec uwag towarzyszy.

To nie żaden pingwin – powiedzial.

  1. O, Koleżanka się rozpisała dzisiaj:) Znaczy się – książka zrobiła faktycznie duże wrażenie:)

  2. dobrnelam, a jakze;)
    moje kolezanki zgodzilyby sie z Toba absolutnie, ja chyba tez. choc platonicznie kocham sie w Pilchu;))))))
    recenzja jest b. zachecajaca, choc morze nie jest moim ulubionym tematem, a do tego 800 stron! toz to znecanie sie nad czytelnikiem:) Twoja okladka o wiele bardziej urokliwa od polskiej…

  3. Lato niestety zapowiada się na deszczowe, Pilch niemal cały przeczytany, więc Carsten ma duże szanse. I to całkowicie dzięki Twojej recenzji;)
    A może tytuł „My, zatopieni” by pasował? Jak zatopieni/ pogrążeni w lekturze itp.
    Niedawno zauważyłam (choć to nie ten przypadek), że niem. wydawcy lubią skracać długaśne tytuły;) I tak np. ze Stow. Miłośników Placka itd. zrobili po prostu Deine Juliet;) Ale ja ich akurat lubię za akuratność w języku…

    • „zatopionych” zdecydowanie kupuje! kojarzy sie z „trafiony-zatopiony” czyli akcja – tak, jak trzeba. z przekladem tytulow (jak tutaj) trudna sprawa. „disgrace” coetzee to po polsku „hanba”,a po szwedzku „onåd” czyli „nielaska” – i j to w obu wypadkach poprawne tlumaczenie tego samego slowa po angielsku…

  4. To jest b. ciekawy temat – przekład tytułów książek. Można doktorat robić;)

    • pewnie, ze fajnie byloby napisac taki doktorat! pomyslam sobie jeszcze jjedna rzecz: ze czasami najpierw tlumaczy sie tytul, tak doslownie i na roboczo. a potem zapomina sie go zaktualizowac po przetlumaczeniu calej ksiazki – tak bylo pewnie z topielcami. sama sie zlapalam, ze w tlumaczeniu, kt usiluje teraz zainteresowac jakies wydawnictwo, zostawilam doslowne (i dlugie) tlumaczenie z angielskiego. i ze moznaby lepiej – ale widze to dopiero z dystansu. na poczatku czlowiek tak wchodzi w inny jezyk, ze nie widzi roznicy z jezykiem ojczystym. a „stowarzyszenia” zupelnie inaczej brzmia w kulturze, gdzie ludzie lubia zrzesac sie (brytyjczycy) niz np. w PL, gdzie samo slowo „stowarzyszenie” czy „towarzystwo” traci XIX wiekiem…

  5. O, to ja mam inne skojarzenia ze stowarzyszeniem – organizacja do zbierania darowizn, nierzadko przeznaczanych na nie te cele, które się ogłasza w statucie;(
    A dystans zawsze się przyda;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: