szwedzkiereminiscencje

Archive for the ‘Muzyka’ Category

Letnio x 4

In Feminizm, Ksiazki, Muzyka, Pamietnik, Sztuka, Szwecja on 1 Sierpień 2014 at 20:21

Upal byl niemozebny – czytalam zachlannie ksiazki na plazy (skalistej), ale już na recenzowanie ich nie miałam ani sily, ani czasu. Czasu, ponieważ piekna pogoda przyszla po zakończeniu tygodniowego urlopu, zatem mogłam plazowac się dopiero po pracy. A po słonecznych kapielach, kapiele w podgrzanym do ludzkich temperatur Kattegacie. Zas po kapielach sloneczno-morskich codzienny koncert w Parku Zdrojowym, na białych laweczkach, a jakze. Teraz zaledwie dwadziescia pare stopni i mam wrazenie, ze marzne do szpiku kosci. Za to mózg wybudza się ze stanu hibernacji i skonczyla mi sie wymówka, ze na sleczenie przed komputerem zdecydowanie za goraco.

IMG_0997

Na dzisiaj proponuje az cztery pozycje – trochę po lebkach, bo choć ogladalnosc tego blogu, ku mojemu zdumieniu, utrzymuje się, to ostatnio tylko z rzadka widze komentarze. Nudno się pisze sobie a muzom, gdyż z zalozenia blog miał stać się centrum kontaktu z podobnymi do mnie (o co normalnie trudno). Szef kuchni dziś poleca trochę chinszczyzny: Jung Chang, Den sista kejsarinnan av Kina; niezawodna noblistkę Alice Munro, Brinannde livet; Joyo Moyes i Livet efter dig oraz lekturę dziecinstwa, Katherine Allfrey, Penny i dobra wrózka.

IMG_0983

Zaczne od tej ostatniej. Na wakacje często mam ochote zaglebic się w lekturze i zapomnieć o całym swiecie – zwłaszcza w dni deszczowe. Co prawda czytałam już wtedy Cesarzowa, ale szybko znudzily mi się szykany chińskiego dworu i zatesknilam za czyms bardziej swojskim. Penny Brown, jak brzmi tytul oryginalu, była prezentem od chrzestnej matki, pianistki. Zaplatala się w repertuar prezentowy jakby mimochodem, gdyż zazwyczaj dostawalam klasyki literatury przedwojennej (sprzed tej pierwszej wojny!), typu Pollyanna albo Jules Verne. Teraz zastanawiam się dlaczego akurat tak zapadla mi w pamięć? Chyba glównie dlatego, ze szesnastoletnia glówna bohaterka była niewiele ode mnie starsza, a już zupełnie samodzielna. Planujaca wakacje w Szkocji z jeszcze bardziej samodzielna Mojra Bret-Huttingdon. Kochałam opisy Mojry w kurtce losiowej i bryczesach, popijacej whisky, pitraszącej pod namiotem wspanialy omlet z kurkami i szybko kierującej turkusowym (!) samochodem. Ekscentrycznej, wielkodusznej damy o ostrym jezyku. No i opisy Szkocji, znanej mi wczesniej z historycznych „Porwanego za młodu”, „Katriony” oraz „Rob Roya”. Nota bene obecne czytanie szkockiej lektury miało moc sprawcza: w koncertowej muszli wysluchalam muzyki zespołu Rant, wywijajacego z zapalem na smyczkach (dwie Szetlandki i dwie Highlandki). Przy okazji natknelam się na znajomego skrzypka, który jednej Rantówce swój instrument pozyczyl. Czyli Penny i dobra wrózka ma nadal dla mnie wymiar magiczny. Warto dzieciom kupować dobre książki!

IMG_0984

Inna lektura stricte wakacyjna okazala się Joyo Moyes, otrzymana jako gratis, wraz z lipcowa Elle. Po polsku, jak znalazłam, zatytulowana Zanim się pojawiles. Wole jednak szwedzkie tłumaczenie Me before you – mniej dosłowne: Zycie po Tobie. Ksiazka sprawnie napisana; z poczuciem humoru, co akurat ważne ze względu na egzystencjalny watek główny. Autorka wykonuje pare wolt, wiec czytelnik nie jest w stanie przewidzieć rozwoju akcji. Niby Brytyjczycy wydali ostatnio tyle poczytnych pisarek, a jednak Joyo znalazła wlasna nisze. Podoba mi się, ze przedstawia na sposób równie wiarygodny osoby z różnym backgroundem. Każdy ma swoja prawde – Moyes nie stosuje tu dychotomicznego podzialu na prawde kobiet i mężczyzn; młodych i starych; robotników i warstwy uprzywilejowanej. Uniwersalne losy czy tez wspólny mianownik ludzkiej kondycji to w moim odczuciu, glówna sila powieści. Snując narracje o losach głównych bohaterów, Lou i Willa, obrazuje plastycznie zmiany społeczne, zachodzące w postmodernie. Sa przegrani – Lou, tracaca prace w kafejce oraz jej ojciec, zwolniony z fabryki. Sa tez wygrywający, jak Will, spekulujący przedsiębiorstwami. Choć na koniec to wlasnie on dokona sorti (w dobrym stylu), a wielka wygrana od losu wyciaga Lou – nie przypadkiem czy na piękne oczy, tylko kosztem pracy nad sobą oraz dobroczynnemu wpływowi Willa. A pod tym wszystkim temat trudny: kiedy jakość zycia bywa na tyle marna, ze wolno z niego aktywnie zrezygnowac? Nie raniąc zbytnio własnego otoczenia? Czy tak się w ogóle da? Moyes popelnila niezle czytadlo – ani płytkie, ani miałkie.

IMG_0980

Najlepsza, zgodnie z przewidywaniami, okazala się zawsze niezawodna Alice. Ku mojemu zaskoczeniu zdaje się mieć niedwowierzajaca prase w Polsce – albo to ja otwieram nie te artykuly, co trzeba? Osobiscie się do niej coraz bardziej przekonuje – choć niestety, nie ma co liczyc na ciag dalszy. Dear Life (Drogie zycie) zaczyna się tak znakomitym opowiadaniem (a opowiadan, z zasady, nie znosze), ze po jego przeczytaniu poczułam się juz nasycona – i musiałam ksiazke na chwile odlozyc. Trawiłam dobre pare tygodni, zanim się znowu powazylam o powrót do lektury. To jest wlasnie róznica miedzy literatura a ksiazka – ze wysublimowana, krótka forma wpija się pazurami w dusze, niczym wampir, i nie chce popuscic. Ba, jeszcze gorzej: ten wampir zlewa się w jedno własnymi odczuciami, z własnymi uczuciami – i już do końca nie wiadomo, czy Munro pisze o mnie, czy tez o kims innym. Takie odczucie towarzyszylo mi przy paru opowiadanich, choć nie przy wszystkich. Czesci, traktujaca o ludziach zbyt ode mnie dalekich, „slucha się” niczym basni o zelaznym wilku. Pisze „slucha”, a nie „czyta”, gdyż zdecydowanie mam wrazenie, ze opowiadania (no wlasnie!) Alice Munro przeznaczone sa do przekazywania w waskim gronie, tak ad hoc. Przypominają zasłyszane w dziecinstwie opowieści kobiet w różnym wieku, które podczas wspólnych wakacji, na spacerze albo przycupniete na lawce, wspominaly znanych im ludzi czy miejsca. Te wszystkie historie ludzkie charakteryzują się brakiem sensu moralnego, brakiem waznosci pojedynczego losu, brakiem logiki podejmowanych decyzji. Jednych prowadza w dobra strone, zas drugich na rozdroża. Kto ma racje? I kto to może – i ma prawo – sadzic? Ksiazka WSPA-NIA-LA!

IMG_0988

Chinska cesarzowa Cixi plasuje się gdzies po srodku. Lubie biografie, a szczególnie nieznanych mi wcześniej kobiet. Za wartość poznawcza autorka dostaje piatke. Z drugiej strony jej „poparcie” dla Cixi wydaje się trochę zbyt nachalne. Obraz Chin zawężony do ludności pochodzenia mongolskiego i Chinczyków Han. A gdzie inne grupy etniczne? Według Chang to wlasnie cesarzowa otwarla feudalne państwo srodka dla Europejczyków i Amerykanów, wbrew panującym, nieprzychylnym dla niej opiniom. Czyli ksiazka w zalozeniu miała obraz Cixi wybielić. Zawsze jednak istnieje ryzyko, ze reklama będzie zbyt nachalna i tak się trochę i tu stało. Zarówno dla samej cesarzowej, jak i pochwal dla Stanów Zjednoczonych. Z drugiej strony Stany rzeczywiście wypadają pozytywnie na tle agresywnej polityki imperialnych Europy, ze Szwedami wlacznie. Ciekawy okres w historii, koniec XIX i przełom XX wieku. Interesujące wycieczki w swiat eunuchów. Fascynuja, silna osobowość samej cesarzowej, która jako nastolatka została konkubina. Opisy psów pekińczyków. Dość paskudna historia wprowadzania chrzescijanstwa – zupełnie inna niż u Cronina. Jeszcze paskudniejsza historia znarkotyzowania Chinczyków opium, również przez Europejczyków – trudno czytac z czystym kolektywnym sumieniem. Autobiograficzne „Dzikie labedzie” były zdecydowanie ciekawsze. Pracy tej samej pisarki o Mao niestety nie znam. Na pewno dla nas jej ksiazki to kopalnia wiedzy o chińskich i azjatyckich uwarunkowaniach. Brakuje mi więcej informacji o zyciu codziennym innych warstw społecznych – co jedli, jak mieszkali, jak zyli. Bo biografia biografia, ale osoba portretowania musi zostać przedstawiona na tle swojej epoki. W Cesarzowej brakuje silnych postaci drugoplanowych. Trudno tez ustalić do końca stany emocjonalne – mysle, ze biograf ma trudne zadanie, ponieważ z jednej strony stara się bazować na faktach historycznych (z nieodłącznymi lukami), a z drugiej musi nadac swojemu bohaterowi zycie, aby go uczynic wiarygodnym. Tego ostatniego czynnika zabrakło – Cixi jawi się bardziej pomnikowa niż ludzka. Można powiedzieć, ze Chang przywraca Cixi utracona czesc i przedstawia ja jako produkt swojej epoki, natomiast nie udało się ukazac jej jako pełnokrwistej kobiety.

IMG_0977

Zdjecia-nie-na-temat z wystawy akwareli Larsa Lerina na wyspie Tjörn. W tym jeden malunek Krakowa!

Muzyczna nostalgia – jazzowo

In Muzyka, Pamietnik, Przywracanie pamieci on 20 Czerwiec 2014 at 13:00

Paradoksem rodzinnego Krakowa jest koegzystencja mieszczanstwa, raczej z tych drobnych i zakorzenionych w CK Austrii badz w snach o przedwojniu, z atencja do inteligentnego wygłupu, artystowskich ciągot oraz wszelakiego rodzaju kolorowych ptaków (a zwłaszcza tych nadużywających). Nikomu w Szwecji nie jestem w stanie przekazac, iż w Krakowie to można zostać wylacznie profesorem lub artysta – a najlepiej to i jednym, i drugim. Co prawda Szwedzi chętnie spiewaja gremialnie, głównie w chórach przykościelnych (mimo deklarowanego ateizmu), ale przyzwolenie na wygłup maja wylacznie nastolatki. Tudzież pijani – jednak wyłącznie w piątek i sobote poznym wieczorem. Nawet parasolowe określenie artystów nie obejmuje ani malarzy, ani innych plastykow – artysta ma być wyłącznie sceniczny. Może to być połykacz ognia albo spiewajacy treser szczurów – byle straszyl, tumanil, przestraszal. Postacie w malowniczo pomiętych ubraniach, często-gesto zaludniające przybytki spotkan urodzonych krakusów, nie wzbudzają tutaj zaufania. Po co siedzieć w scisku i oparach skoro można posiedzieć na otwartej werandzie wlasnego domu?

worcoholic-przy-pompie

Moim własnym domem pozostanie na zawsze Kraków, który bohatersko broni się przed inwazja kohorty zagranicznych turystów. Ow Kraków ciemnych mieszkan, ze stosami starych gazet i rzedami zakurzonych butelek. Kraków wszechstronnie uzdolnionych znajomych, ze specyficznym poczuciem humoru i ciągotami do całonocnego rozstrzasania weltschmerzu. Jednym z takich znajomych – ba, w dodatku pewnie najstarszym – jest Jasiek Purchla (dla ciekawych zdjecia archiwalne tu: http://www.szpnr1.republika.pl/) . Sila rzeczy stalam sie swiadkiem rozwoju jego drogi muzycznej – od piosenek z harcerstwa wykonywanych na szkolnych lekcjach spiewu, poprzez wspolne spiewanie przy ognisku w liceum, az po wspolprace ze studentami Akademii Muzycznej w okresie studiow. Teraz zaczely mnie dochodzic sygnaly, ze Jas gra na prawde dobrze, ale do tej pory nie mialam mozliwosci zweryfikowania tych subiektywnych, bo pochodzacych z ust wspolnych znajomych, opinii. Zdesperowana poprosilam o spotkanie w tworca, z ktorej to milej pogawedki wyszlam obdarzona dwoma kompaktami. Lekkomyslnie obiecalam zrecenzowac na blogu – czyli co, tanie to drogie albo slowo sie rzeklo…

worcaholic-to-nie-j-moj-swi

Szczerze mowiac, bylam obaw pelna, czy aby znajde cos dla siebie – nasze drogi z Jasiem sie ostatnio rozeszly. Czasami jednak szczescie sprzyja i jedna z plyt przypadla mi zdecydowanie do gustu. Mysle o „To nie moj swiat”, nagranej na przelomie 2012 i 2013 . Tekst i muzyka: Jan Purchla. Milosc od pierwszego spojrzenia, a wlasciwie przesluchania. Czemu? Glownie przez skojarzenia pozytywne ze znajomymi wykonawcami. Przede wszystkim ze Skaldami z plyty „Od wschodu do zachodu slonca”. Wyznam szczerze, przedkladam Jasia liryka nad Janka zbereznika. Co prawda „Zuzanna w kapieli”, z drugiego podarowanego mi krazka, wzbudza skojarzenia z bardem naszej mlodosci, Leonardem Cohenem, lecz Cohen pobrzmiewa takze lekko i w „To nie moj swiat”. Za to Skaldowie bez pudla: wokal, instrumentacja, zawieja, (nad kazdym wisi) katastrofa, cisza (choc nie krzyczy). Z tymi skrzypkami i chorkiem to troche pod Grechute, ale Skaldowie goruja. Joanna Slusarczyk w duecie niczym Lucja Prus z Zielinskim. Nastepny w kolejce to Wysocki, ktorym podszyty zdecydowanie „Lodolamacz Lenin”. W innych utworach pobrzmiewa nawet Quincy Jones sprzed 30 lat, Cotton Club (Mambo no 16) oraz Piwnica – zwlaszcza w „Mambie ” oraz „Sa milosci”. No i Niemen, zarowno w nawiazaniu do „Pod Papugami” jak i „Dziwny jest ten swiat” w tytulowym „To nie moj swiat”. Oczywiscie sa to cytaty czy tez zródla inspiracji, poniewaz muzyka ma charakter jazzowy. Taki liryczny, melodyjny jazz. Dobry do sluchania w samochodzie, w pracy na sluchawkach, mycia okien albo i do zatanczenia wieczorem. A jak ktos sie chce wsluchac w slowa, to znajdzie przeslanie spoleczno-polityczne od Jasia przekornika.

Muzycznie najbardziej spodobal mi sie „Zorba i ja”, ktory ma zadatki na czepliwca, podobnie zreszta jak „Wielka cisza”. Najbardziej za serce ujela mnie ballada „Nie stanie sie nic”, szczegolnie za genderowe ujecie: raz mowa o siostrze, raz o bracie. Filozoficznie i z dystansem. Ladnie brzmi takze „Patrycja” – Joasia Slusarczyk spiewa niczym Dzida za starych czasow. Slabe strony? Manieryczne przeciaganie w wibrato samoglosek przez soliste – choc glownie na tym drugim, tu nie recenzowanym krazku. Poza tym wymowa angielskiego slowa „destiny” – Worcoholic wybiera wlasciwa sciezke spiewajac po polsku.

No i co jeszcze? Jak juz raz powiedzial mistrz: reszta jest milczeniem. Albo wielka cisza.

 

Vademecum-po raz XXXV

In Muzyka, Pamietnik, Szwecja on 17 Sierpień 2013 at 22:33

Morze mialo dzisiaj kolor morzowy. Albo morzny. W przeciwienstwie do poniedzialku, kiedy nadciagala burza, a morze mienilo sie teczowymi barwami. A to zielono-zlote, niczym pokryte luska – a to farbkowo niebiesciutkie, falami rozzlocone.  Poza morzem festiwal muzyki kameralnej Change. Kupilam bilet na jeden koncert – i po prawdzie chcialabym o tym przezyciu jak najszybciej zapomniec. Co prawda instrumenty byly renesansowe, ale muzyka jak najbardziej wspólczesna z mozliwych.  O ile sie nie myle, siedzial za mna sam kompozytor, Mats Persson. W ogóle wszyscy mile mnie przyjeli, usmiechajac serdecznie, kazdy z osobna – niczym u jakiejs sekty. Jak zwykle na koncertach muzyki tzw. powaznej czulam sie szalenie mlodo, ze wzgledu na srednia wieku. No nic, czuje sie bogatsza o nastepne doswiadczenie. A teraz do kolejnego odcinka Vademecum, które zmeczylo sie juz oczekiwaniem, gdyz widac dno w garnku albo koniec w tekscie.

vbg-festn

Rondellhundar czyli psy na rondach

 

Wlasciwie powinien to byc podrozdzial do akapitu o szwedzkim poczuciu humoru. Co do dokladnej genezy uczone glowy spieraja sie do dzis – wiec skupie sie raczej na opisie zjawiska. Osobiscie uwazam zreszta, ze wspomniane psy sa forma spolecznego protestu przeciw rondom, które w pewnym momencie zaczely sie wszedzie pojawiac. W Szwecji wladze maja w zwyczaju organizowac „akcje”, niczym za póznego Gierka i nagle postanowily przebudowac wiekszosc skrzyzowan na ronda. Znajomy dziewiecdziesieciolatek kiedys takie rondo staranowal, bo przez kilkadziesiat lat byl przyzwyczajony do jazdy na wprost i mu sie noga zaplatala w pedalach. W kazdym razie pewnego dnia ronda staly sie faktem, a przestrzen publiczna uzyskala puste wyspy niezagospodarowanego terenu. Poniewaz przyroda nie znosi prózni, na jednym z rond w Linköping w roku 2006 ustawiono rzezbe, której elementem byl pies. Psa zdemolowano i ktos postawil natychmiast innego.

 

Od tej pory ruszyla istna lawina psów na rondach, wystepujacych w calej Szwecji, z próba zaszczepienia trendu zagranica, w tym w Londynie. Z zalozenia psy nie sa piekne ani artystyczne, bedac wyrazem ruchu spolecznego – gdzie zapotrzebowanie na sztuke laczy sie z rebelia i humorem. U mojej znajomej, na niewielkim rondzie, ktos ustawil dwa psy. W pewnym momencie oba zniknely, a w zamian pojawilo sie ich potomstwo: osiem malych szczeniaków. Najslynniejszym psem na rondzie zostal jednak prorok Mahomet, którego tak przedstawil w karykaturze wspominiany juz wczesniej artysta Lars Vilks. Sprawa miala miejsce anno domini 2007, a jeszcze do tej jeszcze Vilks odbiera grozby i czesto policja, ze wzgledów bezpieczenstwa, odwoluje zapowiedziane spotkania z artysta. Polityczny zart z sekularyzowanej Szwecji zdecydowanie nie znalazl zrozumienia u religijnych wyznawców Islamu.

 

Psy na rondach to jedyny znany mi rodzaj rzezby, która znajduje uznanie w oczach Szwedów. Od wielu lat juz nie uwiecznia sie postaci królewskich, a ostatnie wojna miala miejsce przed ponad dwustu laty. Sztuka monumentalna nie cieszy sie powodzeniem i czasami tylko na ulicy mozna spotkac odlew postaci znanej osoby zwiazanej z tym miejscem. Nowym pomnikiem, którym interesowaly sie media byl posag Pinokia. Na pomniki o tematyce patriotycznej ani religijnej nie ma zbytu.

 change1

Nowi tradycjonalisci – mlodzi Szwedzi

 

Jak to zauwazyli specjalisci z Instytutu szwedzkiego, obraz Szwecji zagranica zdominowany jest przez wyobrazenie zbudowane na podstawie osiagniec sprzed dwudziestu lat. Innymi slowy nasze wyobrazenie o innej kulturze nie nadaza za rozwojem wypadków i dlatego Szwecja postrzegana jest glównie jako osrodek egalitaryzmu i róznouprawnienia. Tymczasem tendencja zaczyna sie odwracac i mlode pokolenie ma zupelnie inna koncepcje zycia w rodzinie. Na przelomie lat szescdziesiatych i siedemdziesiatych pokolenie dziadków walczylo o zmiane mentalnosci, a ich wnuki, wchodzace teraz w doroslosc, dokonuja zwrotu o 180 stopni. Zaczyna sie miedzy innymi napomykac o zaletach wychowania dzieci w domu, podczas gdy wczesniej litowano sie nad maluchami, które nie byly posylane do przedszkola.

 

Nastapila wyrazna zmiana stosunku do swojej cielesnosci, makijazu i ubrania. Kobiety eksponuja i seksualizuja swoje ciala, zmieniajac je za pomoca operacji plastycznych. Przyczyniaja sie do tego programy telewizyjne, takie jak „Szwedzkie zony z Hollywood”. Tytulowe zony, bedace z zawodu zonami przy mezu, stworzyly mode na „piekna pania domu”. Zjawisko dosc kuriozalne, biorac pod uwage, ze zazwyczaj sa kilkadziesiat lat mlodsze od swoich slynnych i bogatych malzonków – i od nich calkowicie zalezne. Czyli zupelne przeciwienstwo wyemancypowanej Szwedki! A jednak to o nich pisza gazety i o nich dyskutuja Kowalscy na przyjeciach. To im zazdroszcza domu z basenem, szybkich samochodów czy obficie zaopatrzonej garderoby. Pierwsza z nich ma polskie korzenie i jako dziecko zostala zaadoptowana do Szwecji, zeby w koncu wyjsc za maz za Paula Anke. Anna Anka dlugo byla na ustach wszystkich. Jej wypowiedzi o swiadczeniu malzonkowi á vista uslug wszelakich bulwersowaly, ale tez wzbudzaly podziw. W tym momencie lansowana jest agresywnie nastepna z hollywódzkich zon, Maria Montazami. Stala sie ozdoba wszystkich stacji komercyjnych i reklamuje niemalze wszystko. Jej osiagnieciem bylo wyjscie w Stanach za czlowieka, który stal sie zamozny oraz urodzenie czwórki dzieci. Typowa rola kobiety w patriarchalnym systemie: pieknej i opowiadajacej swoim szczesciu czyli spelnieniu w roli zony i matki.

 

Czesc mlodych ludzi koncentruje sie bardzo na swojej rodzinie. Duzo sie mówi o ciazy, macierzynstwie i celebruje rodzicielstwo. Dziecko czy tez dzieci znajduja sie w centrum uwagi i mlode rodziny chetnie spedzaja czas we wlasnym gronie, biorac ze soba malenkie oseski na dalekie wyprawy. Zadaja miejsc dla karmiacych w samolocie czy restauracji oraz miejsca na wózek w pociagu. Z jednej strony mlodzi malzonkowie dziela równo miedzy siebie obowiazki, ale z drugiej i tak pojawia sie aspekt genderowy, gdyz do zachowania pewnego stylu zycia potrzebna bywa pomoc innych kobiet. Na przyklad babcia, która sie prosi o przylot kilkuset kilometrów, zeby posiedziala z niemowlakiem popoludniu, poniewaz oboje rodzice maja wazne wyjscie. Albo zaangazowanie zarówno babci jak i niani, zeby dwójka rodziców mogla pracowac zawodowo – przy czym trójka dzieci chodzi i tak codziennie do przedszkola. Glowa rodziny pracuje chwilowo zagranica i jego blisko dziewiecdziesiecioletnia matka musiala przyleciec, zeby przejac czesc obowiazków przypadajacych na jedynaka  – zeby obowiazki rodzicielskie podzielone byly po równo. A niania w stolicy potrzebna jest do odprowadzania i przyprowadzania dzieci z przedszkola

change2

Po przerwie – remanenty i nie tylko

In Ksiazki, Kulinaria, Muzyka, Pamietnik, Przywracanie pamieci, Szwecja on 14 Wrzesień 2012 at 22:42

W rzeczy samej, absentowalam sie chwile. Najpierw odbywlam podróz – takze sentymentalna – do mojego macierzystego grodu (widok na mój kosciól parafialny):

Pózniej doznalam wstrzasu anafilaktycznego – dzieki polskiemu lekarstwu na zoladek. Zdarza sie rzadziej niz raz na dziesiec tysiecy…

A jeszcze potem wciagnela mnie wezbrana fala zycia zawodowego. Z pozytywów – zrobili mi pare profesjonalnych zdjec (to akurat moge uzywac prywatnie):

Z negatywów – mam totalnie ugotowany mózg (mózdzek na goraco w kokilkach?). Za to mam na skladzie dwa remanenty. Pierwszy to ksiazka autorki „Elegancji jeza” , Muriel Barbery. Elegancje poznalam w wersji filmowej – ksiazke czytala z przyjemnoscia moja kolezanka, która nie czytuje literatury literackiej. Ale film mial w sobie „cos” – absolutnie nie przecze. Zas „Smakoszka” skusila mnie apetycznym tytulem, lecz moich kulinarnych oczekiwan nie spelnila. Kocham stare ksiazki kucharskie, uwielbiam dobre jedzenie oraz gotowanie na cztery rece, z kims, kto lubi i gotowac, i jesc. Moze nie bylam dostatecznie skupiona – w kazdym arzie odnioslam wrazenie, iz w tej ksiazce chodzilo o cos innego niz jedzenie. Idea zdala mi sie jednak na tyle pretensjonalna, ze zupenie nie przystawala do czytania na plazy oraz otaczajacego mnie szumu fal. Bardzo dziwne doswiadczenie: przeczytalam w zasadzie wiekszosc ksiazki bez zrozumienia przeslania i bez odczuwania przyjemnosci. Duzy druk i krótkie rozdzialy, a poza tym pokawalkowanie, majace dac wglad w stan mentalny osób dramatu. Z tym, ze dramatu zupelnie nie odczulam. Byl to jakis malo dramatyczn dramat, a nawet jego niezrozumienie nie odcisnela drmatycznego pietna na moim zyciu. Ksiazka mdla niczym klopsiki w szarym sosie.

Drugi remanent to zbiór Borisa Betzikoffa „Szwedzki Zyd wspomina”. Najciekawsze sa wspomnienia dorastania w zydowskiej diasporze w Sztokholmie. Poza tym z lekka przerazajace cytaty hierarchów szwedzkiego i dunskiego Kosciola z lat trzydziestych. Przerazajace, gdyz przypominaja do zludzenia wspólczesne wypowiedzi o koncu cywilizacji i potrzebie rzadów silnej reki. Czyli protestanci podobnie jak katolicy aktywnie przyczyniali sie do szerzenia antysemityzmu. Ciekawy byl tez fragment z zycia biblioteki (Betzikoff zostal bibliotekarzem) – podczas prelekcji czytelnicy domagali sie demokratyzacji jezyka czyli nieuzywania „trudnych” wyrazów. Zwrócilam na to uwage, poniewaz pisalam na ten temat w moim vademecum o Szwecji. Zawsze milo doznac potwierdzenia wlasnych obserwacji.

Poza remanentami, jak to zwykle latem, powrócilam do „Slawy i chwaly”. To jest ksiazka mojego zycia, o której pisac sie nie podejmuje. Za kazdym razem znajduje cos dla siebie – i za kazdym razem odkrywam cos nowego. Powiesc dla wrazliwych – zwlaszcza na piekno i na muzyke. Tak jak inni otwieraja Biblie i kieruja sie znalezionym na chybi-trafil cytatem, tak ja w jakis sposób kieruje sie „Slawa i chwala”. Iwaszkiewicz stal sie moim wiernym i lojalnym przyjacielem. Ksiazka nad ksiazkami – dla mnie.

 

Boje sie, ze niewiele teraz bede miala czasu na czytanie i pisanie – za co prosze o wybaczenie. Czytam „Polowe zóltego slonca”, co zapowiada sie wcale-wcale. Gdzies w tyle glowy budzi sie we mnie chec zapoznania z „Fifty shades of Grey” – i skonfrontowania tego tekstu z Anis Nin oraz Henry Millerem. Obejrzalam wlasnie wywiad z autorka – która przypominala jako zywo Dawn French (moze troche mniej puszysta, lecz ten sam rodzaju humoru). Osoba z poczuciem humoru pisze zapewne niezle (chcialam uzyc slowa „dowcipnie”, ale w okreslonym kontekscie akurat to slowo mogloby nabrac innego znaczenia)? Podobno czytaja ja glównie kobiety. Jak spotkam w ksiegarni na lotnisku to pewnie sie nie opre. A w miedzyczasie moze zaczne po prostu wywieszac kolejne hasla mojego vademecum o Szwecji? Bo tego i tak nikt nie wydrukuje – a skoro juz wiosna siedzialam i stukalam w klawiature to moze by tak ktos to przeczytal? W ten sposób rozwiazalabym sprawe aktywnosci na blogu – ku mojemu zaskoczeniu codziennie ktos tu wpada, niezaleznie od mojej aktywnosci. Czuje sie jednak zobowiazana – jako wzorowa pani domu czy tez prowadzaca salon – do zabawiania gosci i czestowania czyms wiecej niz gammal skåpmat (resztkami z obiadu). Wiec jesli nie odnotuje protestów to przejde na publikowanie vademecum. Zywie nadzieje, ze z przerwami na ksiazki, bez których zycia sobie zupelnie nie wyobrazam!

Women of the Avant-garde 1920-1940

In moda, Muzyka, Polskie refleksje, Przywracanie pamieci, Sztuka on 29 Maj 2012 at 11:16

Chociaz krótko chcialabym napisac o wspanialej wystawie, która udalo mi sie zobaczyc ostatnim rzutem na tasme – bo juz sie wlasnie zamknela. Wybralam sie do ulubionego muzeum sztuki, Louisiany w dunskim Humlebaek, co daje dodatkoway bonus w postaci przejazdu promem i rzutu okiem na zamek Hamleta.

Do obejrzenia wystawy zachecila mnie w pierwszym rzedzie informacja o ekspozycji rzezb Katarzyny Kobro, które znalam jedynie ze slyszenia. No i ze w ogóle w tym zakatku swiata pamietano o polskiej artystce – jak sadze, glównie dzieki uczestnictwu w organizacji muzeum w Düsseldorfie. Z tymi „marchewkami” róznie to bywa: czasami bingo, a czasami zupelna klapa. Tym razem intuicja mnie nie zawiodla i wystawa spelnila oczekiwania z naddatkiem. Duzy zastrzyk zróznicowanej i orginalnej sztuki spod znaku dada, surrealizmu i konstruktywizmu.

Pierwsza znakomitoscia byl pomysl przedstwienia siatki znajomosci oraz wzajemnych powiazan wszystkich artystek: Sophie Taeuber-Arp, Claude Cahun, Soni Delaunay, Germaine Dulac, Florence Henri, Hannah Höch, Katarzyny Kobro i Dory Maar. O Dorze pisalam nie tak dawno, o Soni przypominaly niedawno kolorowe gazety ze wzgledu na mode, ale przyznam sie szczerze, ze pozostalych nazwisk nie znalam. Z Arpów znalam tylko dadaiste Hansa – jak sie okazalo, meza Sophie. Oczywiscie nie tylko ja – sytuacja dosyc typowa, poniewaz historia sztuki pisana jest – niezaleznie czy przez kobiety, czy przez mezczyzn – glównie o tworzacych mezczyznach. Stad zapewne pomysl  wystawy i jak sadze nie tylko ja odczulam po jej obejrzeniu cos w rodzaju wstydu – klasa i jakosc zamieszczonych eksponatów byly imponujace. Wystawa przyciagnela tlumy zwiedzajacych, na cale szczescie.

Bardzo ciekawa byla tez sama ekspozycja, podzielona na narozniki poswiecone kazdej z twórczyn osobno. Ze wzgledu na kruchosc papieru, na którym powstawala czesc prac, obszar ekspozycji zostal zaciemniony, o czym lojalnie informowala kartka przy wejsciu. Przy kazdej z twórczyn zamieszczona zostala siatka znajomych oraz biogram po dunsku i angielsku, a na ekranie wkomponowanym w tablice informacyjna wyswietlano zdjecia. W jednej z sal, poswieconej lalkom Sophie Taeber-Arp mozna z kolei bylo posluchac muzyki kobiet kompozytorów z epoki, na przyklad Nadii Boulanger (nauczycielka Grazyny Bacewicz i Quincy Jonesa) i jej siostry, Lili, a do tego zobaczyc w kolorze film, do którego marionetki powstaly („Król Jelen” Carla Gozzi). W innej z sal wyswietlane byly fragmenty innej inscenizacji, a w sali kinowej dwa filmy po 45 minut. Jak widac eksponaty to nie tylko rysunki, malunki czy rzezba – ale takze bizuteria, rekodzielo artystyczne typu unikatowego plaszcza aktorki Glorii Swanson, wspomniane juz lalki, zdjecia, film i collage. Wyjatkowo wiele eksponatów, na dodatek swietnie wystawionych. No i wyjscie ze znakiem zapytania w glowie: dlaczego ja tych prac nie znalam? Dlaczego nie ma tych nazwisk w dostepnych podrecznikach historii sztuki?

Odpowiedzi udzielil niejako utrwalony na tasmie filmowej przyjaciel Sophie. Jak opowiadal znal jako artyste Hansa Arpa, czesto bywal u Arpów w domu, lecz dopiero przez przypadek odkryl pracownie Sophie, a w niej prace, które go zelektryzowaly. Jak stwierdzil, Sophie wyprzedzila konceptualnie superznanego Paula Klee (sama odwiedzilam muzeum z Lucernie ze wzgledu na Klee – i sie rozczarowalam). Tymczasem w domu robila wszystko: od utrzymywania meza poprzez zalatwianie spraw praktycznych, po przyzywanie guzików. I wlasnie to one utkwily mi w glowie: podobno malzonek Arp nie tylko nie potrafil sam sobie przyszyc guzika, ale jeszcze na dodatek zadal, zeby Sophie przyszywala od nowa wszystkie. LUBIL, zeby komplet guzików przyszyty byl, jak to wyrazil, jedna nitka! Podobno zreszta ja na swój narcystyczny sposób bardzo kochal… Narrator filmu czytal rozdzierajace serce treny Arpa – ale napisze brutalnie, ze mojego serca nie zmiekczyly. Jak sadze, po prostu nie znalazl potem drugiej tak ofiarnej kobiety, która by go rozpieszczala. Zreszta zmarla przez niego, poniewaz Hans odmówil noclegu w nieogrzewanym pomieszczeniu. No to poszedl spac do ciepla, a Sophie zostala sama na sam z (nie-mopsozernym) piecykiem, którego nie umiala obslugwac. Zapalila ogien tak nieszczesliwie, ze sie zatrula tlenkiem wegla – rano przyjaciele znalezli ja juz martwa.

Czyli pierwsza refleksja to znikanie kobiet nie tylko z kart historii i polityki, ale takze i totalny brak informacji o twórczosci artystycznej i intelektualnej artystek. A byly to kobiety o silnej osobowowsci i silnych pogladach, zazwyczaj niezrozumiane czy zignorowane przez wspólczesnych. Traktowane jako zony swoich mezów, choc czesto pierwsze wpadaly na nowatorskie pomysly.

Druga refleksja byla refleksja scisle polska – ze nie umiemy docenic, a juz na pewno wyeksponowac wlasnych artutów. Polska awangarda miedzywojenna byla czesto lewicujaca, co w PRL bylo niepoprawne ze wzgledu na najaczesciej tragiczne/smiertelne skutki wizyt w ZSRR albo równie niepoprawne kontakty z artystami zachodnimi. To wstyd, zeby postacie Juliana Przybosia czy Jana Brzekowskiego (ne wspominajac o Kobro i Strzeminskim) przypominal kurator wystawy w Danii! Szczególnie, jak to bywa, zagubily sie kobiety. Zazwyczaj musialy zaczynac od rzemiosla, bo nie mogly w kraju studiowac malarstwa. Uzywaly tanszych, mniej trwalych materialów – wiec mniej prac sie dochowalo (Sophie Taeber-Arp dala w prezenccie slubnym dwa pejzaze kuzynce, która natychmiast je podarla). Albo, jak Katarzyna Kobro, musialy napalic w piecu swoimi rzezbami, zeby móc nakarmic dziecko. Oj, dola! W kazdym razie szkoda, ze Polska nie wyslala na wystawe filmu o Katarzynie Kobro – jesli go jeszcze nie nakrecono, to najwyzszy czas po temu. Rzadzacy chetnie doplacja do rozgrywek pilkarskich meskich zawodników, natomiast nikt nie pomyslal o promocji Polski przy pomocy sztuki kobiet. Do muzeum Lousiaina sciagaja turysci zarówno dusnscy jak i szwedzcy, wiec reklama poszlyby na conajmniej dwa kraje. Nasza wizytówka móglby sie stac nie tyle antysemityzm na stadionach czy zle przetlumaczone haslo „feel like at home” co awangardowa rzezbiarka. Na cale szczescie za oknem (pociagu) póznowiosenna zielen:

Wariacje pianistów-Bernhard

In Ksiazki, Muzyka on 7 Styczeń 2012 at 14:23

Thomas Bernhard / Undergångaren / 2004

(czytane do muzyki Bacha)

Juz sam tytul, w oryginale:Der Untergeher nastrecza trudnosci. Bo przegrany to ten, która gral i nie wygral. Loser to takze tez, który zawsze przegrywa. Zas Untergang to m.in. tytul filmu o upadku Hitlera. Na cale szczescie istnieje dokladny szwedzki odpowiednik, który po angielsku oznacza: fall, destruction, ruin, doom, perdition. Czyli: zeby upasc, nalezy najpierw znajdowac sie wysoko. Zeby popasc w ruine trzeba najpierw zdobyt swietnosc. Tytul w oryginale sugeruje kogos, kto osiagnal bardzo wiele i pózniej to stracil. Spadl z wysoka.

Szwedzi by powiedzieli, ze Bernhard jest „bardzo specjalny” (co tutaj oznacza: zdecydowanie odbiegajacy od normy). Pisze jednym ciagiem, pozornie caly czas to samo, dorzucajac caly czas detale, krazac i okrezajac czytelnika. Troche czasu ulpywa zanim czytelnik sie do takiej formy narracji przystosuje. Kiedy juz troche okrzeplam  wpadalo mi do glowy kolejno kogo mi pisarz Bernhard przypomina? Przypominal mi:

  • Jelinek,
  • Kafke (szczególnie motyw zamku)
  • Musila
  • Gombrowicza
  • Pisarzy czeskich
  • Innych pisarzy opisujacych CK-Austrie

Nastepna zagwozdka bylo rozszyfrowanie glównych bohaterów: narratora,Wertheimera i Glenna Goulda. Trzech pianistów w trzech mozliwych (hipotetycznie) konstelacjach:

  • Jeden pianista, dotkniety schizofrenia, o trzech róznych osobowosciach
  • Swieta trójca, konstelacja trójkata, gdzie zawsze dwóch wystepuje na przeciwko jednego
  • Matrioszka: sluchamy narratora, zeby odkryc Werheimera, w którego wnetrzu kryje sie Glenn Gould

Poza tym motyw Austrii, bo tak jak zolnierz Hlaski myslal tylko o jednym, to Bernhard pisze zawsze o Austrii. Podobno Grydzewski „chodzil zawsze z pieknym psem, airdale-terrierem. Slonimski twierdzil, ze ten pies nie lubil swojego pana, co bylo tragedia zycia…nie pana, tylko psa.” Tak i rzecz sie pzredstawia Bernhardem i Austria: TB meczy sie, gdyz mu z ojczyzna nie po drodze. Przy czym Austrii dodal tylko splendoru, a sam okupil te milosc-nienawisc cierpieniem. Zreszta nie on jeden – Jelinek przeciez tez. I tak sobie mysle, ze Austria – skad inad kiedys dla nas synonim dobrobytu w postaci mydelka Fa z Mexico Platz – rzeczywiscie ma klopot z tozsamoscia. Po pierwsze wlasnie „upadek i destrukcja” – bo jak sie poczyta Jasienice to moc i potega Austrii oraz jej dominujaca rola w Europie robia wrazenie. Siatka szpiegów, zwiazki z Watykanem, polityka obsadzania tronów, niszczenia kolejnych panstw. Potem jeszcze CK, którego slady czuje sie jeszcze w moim macierzystym Krakowie. A teraz? Teraz lezy i kwiczy. Pieniadze niby sa, kultura niby jest – i co z tego? Mnie przypomina karkas upieczonego indyka z resztkami miesa na piersi – reszta zostala zjedzona, skrzydla i nogi oderwane (pytanie tylko czy indyk moze lezec i kwiczec?). Czy tytulowym upadlym i przegranym jest Wertheimer czy moze jego ojczyzna, matka Austria? W dodatku Bernhard wyglada jak typowy Austriak, a wrecz jak Mozart na slynnych czekoladkach:

Poza tym: czy zwyciestwo Glenna Goulda nie jest symbolicznym zwyciestwem Ameryki nad Europa? (TB pisal powiesc w czasie kiedy Ameryka Pólnocna znajdowala sie jeszcze w dynamicznym okresie). Moze ten upadek to nie tylko ruina Werheimera, jego ojczystej Austrii, ale takze naszej rodzinnej Europy?

Jakby TB pisal przystepniej to jego lekture mozna by polecic biednym tego swiata – w jego swiecie pieniadze szczescia zdecydowanie NIE daja. Wszyscy trzej pianisci to potomkowie rodzin bogatych, finansowo niezaleni i uzdolnieni, mogacy robic co im na mysl wpadnie. Tylko ze to bogactwo przygniata ich, a Werheimowi wpada do glowy wylacznie spacer z zamku do miejscowej gospody. Zas wolnosc poczynan sprowadza sie do terroryzowania wlasnej siostry. Opetani sa glównie mysla o doskonalosci. Porazke ponosi cywilizacyjny mit, ze warto sie ksztalcic, niemiecki mit ze „Ûbung macht den Meister”. Ucza sie, cwicza, a potem – juz na szczycie – odkrywaja, ze ktos (Gould) jest jeszcze lepszy. A jak nie jest sie najlepszym to nie warto zyc… Przypomina sie matka w „Pianistce” Jelinek. Mnie bolesnie przypomina sie wychowanie w Krakowie. A najlepszy z najlepszych, Gould? Tez nie byl szczesliwy i umarl przedwczesnie. Czy warto wiec dazyc do idealu?

Nota bene zwycieza zamieszczone u tamaryszka motto Kolakowskiego:

Chcieć niezbyt wiele.

Moral wpisuje sie tez dokladnie w rozwazania Barlomieja Dobraczynskiego z WO:

Jak być szczęśliwym?

Przyjmujemy zwykle dwie strategie szukania sensu – czyli szczęścia – w życiu. Pierwsza: ustawiasz standardy jak najwyżej i próbujesz im sprostać

Takie strategie maksymalistyczne są, paradoksalnie, strategiami ograniczającymi, wręcz samobójczymi. Iwaszkiewicz, Márai – nieszczęśliwi. Być może dlatego, że wielki intelekt podsuwał im wysokie standardy, do których świat nie pasował.

Czyli znowu Kolakowski sie klania:

Nie szukać szczęścia

Jedna rzecz podobala mi sie zdecydowanie: ze Bernhard opisuje ekscentyków. Takich do entej potegi, takich na prawde odjechanych. I ze przedstawia ich jako wrazliwych, zdolnych ludzi – a nie niebezpiecznych wariatów. Jezeli byli niebezpieczni, to glównie dla siebie. Nie wiem jak inni, ale ja sobie zycze w 2012 jak najwiekszej ilosc autentycznych ekscentryków! Takich niesfotoszopowanych, niepieknych na pierwszy rzut oka. Prawdziwych.

Muzyka dunskich zeglarzy

In Muzyka, Szwecja on 7 Sierpień 2011 at 21:57

Koncert Sovaernets Tamburkorps, S:t Nikolaikyrka Halmstad, 7.08.2011

 

Czytam, jak to latem ”Slawe i chwale”. Slawie i chwale ja bezustannie, a zwlaszcza wrazliwosc Iwaszkiewicza na muzyke i sztuke. Czytam wiec o wrazeniach Janusza Myszynskiego i Edgara Szyllera podczas sluchania koncertów na zywo. No i doczekalam sie wlasnego koncertu i wlasnych wrazen!

 

W Halmstad zakonczyly sie wlasnie tegoroczne Tall Ships’ Races i miasto roilp sie od marynarzy rosyjsko- i hiszpanskojezycznych. Program artystyczny bogaty, a czego wybralam wypróbowane miejsce rozrywki: kosciól Sw.Mikolaja. Juz w progu witali umundurowani Dunczycy, wreczajac program. Udalo mi sie znalezc miejsce zaraz przy nawie glównej, zeby móc nagrywac. Ku mojemu wielkiemu szczesciuodkrylam w programie utwór jednego z moich ulubuienców, Quincy Jonesa. Poza tym utwory dunskie, wloskie i brytyjskie. Calosc prowadzil charyzmatyczny dyrygent – czesciowo po dunsku, czesciowo po szwedzku. Jak to tutaj w zwyczaju zapowiadal kazdy utwór z osobna, tlumaczac przy okazji jego strukture czy opowiadajac ciekawostki. Orkiestra skladala sie glównie z mlodych mezczyzn (graja w niej tylko do osiagniecia trzydziestu pieciu lat), ale z przyjemnoscia odnotowalam jedna dziewczyne. Ich zeglarskie mudury kojarza mi sie pozytywnie z siostrzana druzyna z liceum – druzyna wodna im.Stankiewicza w moim szczepie czyli Szarej Siódemce.

 

Nagralam dwa utwory. Pierwszy to British Sea Songs. Nie znalam wczesniej, ale zawierzylam wielowiekowej, imperialnej tradycji brytyjskich zeglarzy, zdobywców siedmiu mórz i zapewne tyluz oceanów ;-)

 

 

Po tej dosc pompatycznej i uroczystej muzyce nadszedl czas na rytmy jazzujace. Duza partia instrumentów detych szczególnie sie do tego nadawala (choc trabki brzmia równie dobrze w muzyce baroku, chocby u takiego Purcella). Jedna rzecz jest pewna: ze orkiestra swietnie sie bawi grajac, a publicznosc zostala zarazona ich mlodzienczym entuzjazmem. Na pewno wielka w tym zasluga starszego juz mlodzienca, dyrygenta. Publicznosc klaskala, krzyczala i na deser zostala nagrodzona bisem. Kosciów Sw.Mikolaja ma wspaniala akustyke i powietrze wrecz wibrowalao muzyka. Szalenie ozywiajace zakonczenie weekendu – zawsze mam wrazenie, iz muzyke mozna odczuwac na poziomie molekularnym i ze dobrze wplywa nawet na takie mitochondria.

Hindus bez walizki-Rishab Prasanna

In Muzyka, Pamietnik, Szwecja on 5 Czerwiec 2011 at 23:36

Laholmski Festiwal Muzyczny – dzien ostatni

Nie wiem ile do tej pory po swiecie podrózowal Rishab Prasanna – w kazdym razie ostatnia podróz autobusowa wywarla na nim niezapomniane wrazenie, a moze i nawet wycisnela trudne do zmycia pietno. Dzisiejszy koncert poswiecil swojej utraconej i cudownie odnalezionej walizce, jak równiez kierowcy przewozacego go autobusu. Rishab znajdowal sie w stanie szoku, ze rzeczony kierowca, wydzwoniony na komórke, oddal walizke sam z siebie i bez bicia. Poszerzylo to moje horyzonty, bo do tej pory bywalam na koncertach poswieconych inauguracji albo zakonczeniu, gdzie sluchalam utworów napisanych z milosci do pan i panów, a czasami z zalu po ich odejsciu. Rishab zmienil mój tradycyjny tryb myslenia i to taki maly bonus dzisiejszego koncertu.

 

O Rishabie i jego bracie mozna poczytac sobie tutaj: http://prasannaflute.com/profile.html

 

Na pewno pozytywna zmiana dzisiaj bylo ustawienie krzesel – zamiast renesansowych widoków bedzie mozna rozróznic muzyków, poniewaz nareszcie nie stoja pod swiatlo. Niestey nie znam nazwisk towarzyszacych mu muzyków – chlopcy co prawda zdradzili po koncercie jak maja na imie , ale co do nazwisk to pewnie nawet urzad podatkowy nie zmusi ich do ujawnienia sie. Skoro wiec tak chca niech nam przygrywaja incognito. Incognito numer jeden (Axel) gralo na ksylofonie. Bardzo mnie to ucieszylo, gdyz moje dziecko gralo kiedys na marimbie i instrumenty perkusyjne bliskie sa mojemu sercu matki. Przy okazji ciekawostka – jakkolwiek grupa grala muzyke typu folk, to instrumenty perkusyjne nie zaliczaja sie do szwedzkich instrumentów ludowych. Najpopularniejszym instrumentem ludowym sa skrzypce. Potem dlugo, dlugo nic i na drugim miejscu flet. Podobno ostatnich flecistów uchwycono w  wlatach piecdziesiatych na tasmie i cale szczescie, gdyz nawet sztuka gry na flecie zanikala. Instrumenty perkusyjne mogly wystepowac w Szwecji w sredniowieczu, ale w roku 1684 zabroniono ich uzycia. Uznano je za instrumenty o charakterze militarnym i zastrzezono tylko do tego celu! Tak wiec tradycyjna muzyka ludowa Szwecji nie zawiera instrumentów rytmicznych. Dopiero w latach czterdziestych tego wieku instrumemty perkusyjne zrobily came back – i to w niewielkiej grupie entuzjastów. Za to na dzisiejszym koncercie oprócz Axela na instrumentach perkusyjnych gral tez Thomas. Pierwszy zarejestrowany przeze mnie utwór poswiecony jest znanemu nazwisku w swiecie muzyki ludowej – niestety, nie zanotowalam od razu i nie jestem pewna. Brzmialo ono jak Adolf Köstler – za ewentualne przeklamanie przepraszam:

 

 

Po raz pierwszy widzialam, ze ktos uzywa smyczka do wydobywania dzwieku z ksylofonu – efekt byl zupelnie ciekawy. W ogóle chlopcy grali niezle i naslabsza strona byly niekonczace sie opowiesci o zagubionej walizce. Podobno ten utwór najpelniej obrazuje traume Rishaba:

 

 

Poniewaz wszystko (z walizka) dobrze sie skonczylo, Rishab zaproponowal romantyczne zakonczenie koncertu:

 

 

To byl jego pierwszy koncert na ziemi szwedzkiej. Mam nadzieje, ze niedlugo otrzasnie sie z szoku powalizkowego i bedzie mógl grac muzyke poswiecona czemus innemu.

Grajkowie jarmarczni

In Muzyka, Pamietnik, Szwecja on 3 Czerwiec 2011 at 23:10

Zamiast isc na wczorajszy koncert wypuscilam sie z calodzienna wizyta do Båstad. Relacji z wczorajszej myzyki wiec nie bedzie – za to wklejam widok na port w Båstad (znanym z turnieków tenisa i pijanstw w trawie bogatych nastolatków).

Najciekawszym utworem w wykonaniu byly wariacje na temat japonskiej piosenki dzieciecej. Podobno w Japonii jak zapala sie zielone swiatlo dla pieszych to sluchac walsnie te melodie. Utwór byl dosc dlugi, wiec dla pewnosci zapytalam o interwaly czasowe miedzy zmiana swiatel w Japonii. Sama melodia podtsawowa jest krótka – to wariacje sa dlugie. Przepraszam bardzo za kat natarcia, ale zapomnialam, ze youtube nie publikuje nagran w pionie:

Towarzyszacy mu perkusistabyl jednoczesnie takze flecista. Ku mojemu zdumieniu odegrak szwedzka wersje Bogurodzicy – tzn.sredniowiecznej piesni bojowej. Podobno to motyw walki swietego Jerzego ze smokiem, gdzie Jerzym jest Szwecja, a smokiem sasiednia Dania. A kogo to broni Jerzy? Matki Boskiej! Bo to bylo jeszcze przed reformacja króla Wazy. W kazdym razie okazalo sie, ze nie jestesmy tacy unikalni jakby nam sie zdawalo… Po sredniowiecznejmaryjnej piesni bojowej obaj panowie zaprosili na utwór wywodzacy sie ze sredniowiecza

A na koniec grajek Jerzy zaprezentowal bardzo dziwny instrument, bedacy kombibacja…fletu z perkusja. Jakbym nie zobaczyla to bym nie uwierzyla. Zabaczcie sami:

Jak zwykle na koncert przyszla tylko zapalona garstka sluchaczy. Niewatpliwa zaleta byla rodzinna atmosfera. Za oknem powiewa flaga ONZ. W ramach dnia ONZ odbedzie sie jutro wyklad o Afryce i akustyczne wartsztaty muzyczne. Mysle, ze sobie odpuszcze. Za to w niedziele ma sie pojawic Rishab Prosanna – mnie osobiscie nieznany, lecz podobno niezmiernie popularny. Ano zobaczymy – do niedzieli wiec!

Prokofjew+skrzypce=no-no

In Muzyka, Pamietnik, Szwecja on 1 Czerwiec 2011 at 23:17

Koncertmistrz(yni) z Malmö zaprasza

Moim ulubionym baletem jest ”Romeo i Julia” Sergieja Prokofjewa. Niedawno odkrylam takze „Kopciuszka”. Tymczasem jego Sonata C-dur na dwoje skrzypiec, op. 56 (1932) jest straszna! Niech kompozytorowi ziemia lekka bedzie, ale na pewno musial ciezko za ten utwór odpokutowac. Bo czy to ma byc przyjemna muzyka? A jedna z wykonaczyn to nie byle kto tylko pani koncetrmistrz Orkistry Symfonicznej z Malmö, wiec na pewno to nie wina wirtuozów.

 

 

 

 

Duzo bardziej udany byl utwór Wieniawskiego. Sadzac z wymowy wykonala go Polka z pochodzenia. Przy okazji takze duza pochwala dla akompaniatorki – niestety, nie uchwycilam jej nazwiska. Grala wspaniale i sama sobie przewracala kartki, czego sie wczorajszemu akompaniatorowi nie udalo. Radzila sobie nawet ze skrzypiacym pedalem.

 

 

Najpieknisjzy byl w sumie widok przez okno. Tak sobie pomyslalam, filmujac muzyke, ze oko kamery okazuje renesansowy obraz, gdzie cos sie rozgrywa na pierwszym planie, a na dalszym jest piekny, zielony krajobraz. Albo krajobraz jak z Breughel’a – bo widac bylo nawet skrzydlo wiatraka (wiatrowni). Albo krajobraz Brytyjczyków realistów, których w zasadzie nie lubie – ale tutaj byliby na miejscu. Bardzo dobrze sie komponuje muzyka z krajobrazem nad rzeka Lagan. Po koncercie moja sasiadka  zwierzyla sie, ze ona caly czas widzi obrazy (oczami duszy swojej) jak slucha muzyki. Nie potrafi pozwolic muzyce swobodnie przeplywac przez siebie tylko musi caly czas cos sobie wyobrazac. Jak widac kazdy odbiera muzyke inaczej – najwazniejsze, zeby byc na nia wrazliwa / wrazliwym.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 112 obserwujących.