Pchla pisarka – Alice Munro

Alice Munro / Nära hem / 2009 / okladka Lotta Kühlhorn

 

Nie zawsze jest mi z Alice po drodze – na trzy opowiadania jedno konczy sie w niespodziewanym dla mnie momencie, konca drugiero w ogóle nie zauwazam i dopiero to trzecie przykuwa moja uwage i zapisuje sie w pamieci.

 

Munro ma przedziwny sposób opowiadania. Troche jakby sie w przelocie slyszalo rozmowe przypadkowych towarzyszek podrózy, wsiadajac na jednej stacji i wysiadajac na nastepnej. Skacze z akcja niby ta pchla i prawde rzeklszy czesto musze przewracaca kartki i wracac do wczesniejszego tekstu, bo jak juz mysle, ze wiem o czym czytam to pisarka myli trop. Wprowadza od razu wiele postaci, uzywajac zazwyczaj tylko imienia. Potem pisze juz „on” i „ona”, a ja mysle, iz wiem o kim mówi – a tymczasem nic mi sie nie zgadza. Po cofce o piec zdan okazuje sie, ze wprowadzila tam wlasnie nowa pare bohaterów i tym razem to o nich uzywa zaimków „on” i „ona”! Nota bene trudno w tych opowiadaniach zdefiniowac jednoznacznie KTO jest glównym bohaterem.

 

Podobnie jak „Korekty” zlozyly sie w czasie z opisywaným w nich Bozym Narodzeniem, jedno z opowiadan AM traktowalo o indyku otrzymanym na Swieta – czyli znowu koincydencja z moja rzeczywistoscia, gdyz wlasnie wtedy faszerowalam i pieklam indora. Skad inad ciekawe jaka mi ksiazka wpadnie w reke przy nastepnej wizycie w bibliotece? Pozostaje zywic nadzieje, ze nie bedzie to krwawy kryminal – skoro lektura tak mi ostatnio determinuje zycie.

 

 

Do zbioru „Blisko domu” wybrano po trzy opowiadania z tomów: „Jablka i pomarancze”, „Drogi milosci” oraz „Ksiezyce Jowisza”. Tych najbardziej wiejskich, farmerskich czy tez pionierskich nie moge czytac – dreczy mnie prymitywizm, pustka i brutalnosc egzystencji. Munro najwyrazniej zna realia, bo dorastala w „family of fox and poultry farmers” (czy oni rzeczywiscie trzymali te lisy w kurniku?). Nie wiem czemu akurat AM tak mnie meczy – kiedys czytalam z zachwytem proze Faulknera czy Steinbecka. Akurat opowiadanie o indykach mnie nie uspilo ani nie zbrzydzilo, a wrecz sie spodobalo, ale pare innych z niesmakiem przeskoczylam.

 

Ciekawa jestem czy Munro czytaja  takze mezczyzni? Autorka pisze o kobietach, zas mezczyzni pelnia role rekwizytów czy dopelnienia owych niewiast. Duza zaleta tej prozy jest opisywanie – teraz juz z pozycji dojrzalej kobiety – wypadków czy losów ludzkich, bez moralizowania, bez podawania przyczyny, bez psychologizowania, bez wyciagania wniosków. Z drugiej strony czasami chcialabym schwycic ja za reke i powstrzymac przed zmazaniem swiezo nakreslonej postaci, która mnie wlasnie zaintrygowala. Opowiadania Alice sa jak Linus na linie:

 

 

cos sie caly czas dzieje, akcja jest liniowa, a wrecz punktowa, bo na dobra sprawe nie istnieje / nie liczy sie ani przeszlosc ani przyszlosc. Dzieje sie tu i teraz, w dodatku pisarka rzuca jedno celne zdanie i pózniej zaczyna juz o czyms innym – jakby musiala przerwac, zeby sprawdzic czy jej sie zupa nie przypala albo nastawic pranie na wirowanie.

 

Natomiast te drobne momenty jakby jasnowidzenia czy blyskotliwosci stanowia zaplate za trud czytelniczy. Czytelnik uzyskuje potwierdzenie wlasnych obserwacji, doswiadczen, podejrzen: no wlasnie, tez mi sie tak zdawalo! Albo: no popatrz – ona tez! I byloby jeszcze lepiej gdyby pani M pisala powiesci – cóz zrobic, wole postaci pelnokrwiste i dookreslone, pejzaze odmalowane, atmosfere oddana – zamiast dwóch wymiarów drzemiaca gdzies glebie.

 

 

Mysle, ze Alice Munro ma tyle samo milosniczek co obojetnych czytelniczek. Sama nadal nie moge sie zdecydowac do którego grona sie zaliczyc?


About this entry